Kultura gwałtu czyli komu wolno się upić

Pół internetu i prawie całe USA wrze, bo miły biały chłopiec się upił, zaciągnął za śmietnik pijaną dziewczynę z imprezy, wykorzystał ją seksualnie, a teraz poniesie konsekwencje (chyba że sąd go polubi).

 

(Gdyby ktoś był przez ostatnie dni w dżungli odcięty od prasy i internetu, podaję link do relacji samej ofiary. Uwaga, tekst dość długi oraz zawiera dużo triggerów.)

 

Nie chcę tu się zamadto rozwodzić nad samym Brockiem Turnerem – ocena jego działań jest chyba jednoznaczna, nie sądzę, by ktokolwiek z czytelników nie zgadzał się, że z chłopaka po pijanemu wyszło niebezpieczne bydlę – i że na trzeźwo spanikował nie tyle przed ohydą własnego postępku, co przed grożącymi mu konsekwencjami. Co jest obrzydliwe w najwyższym stopniu. Brock Turner jest tu dorodną egzemplifikacją zjawiska toczącego współczesny świat:cała rozprawa, proces, sposób przesłuchań, linia obrony, kuriozalny wyrok; plus to, co się wokół sprawy dzieje, skupia jak w soczewce obraz tego, co zwykło się nazywać kulturą gwałtu. Dla tych, którzy nie spotkali się z tym terminem wcześniej, pozwolę sobie uprościć, że jest to zestaw norm kulturowych, przekonań, stereotypów i funkcjonujących społecznych reguł, które sprawiają, że w przypadku przemocy seksualnej nie ma czegoś takiego, jak domniemanie niewinności ofiary – spora część przesłuchania i procesu skupia się bowiem na wykazaniu współwiny ofiary przemocy, jej prowokowania sprawcy, niedochowania jakichś procedur bezpieczeństwa, nieprzestrzegania reguł dotyczących stroju, sposobu ruszania się etc. Sprawca dostaje szczególne przyzwolenie na agresję seksualną, jako sposób „podrywu” czy „flirtu”, i istotą staje się nie tyle wykazanie, że przekroczył granicę bezpieczeństwa czy komfortu ofiary – co wykazanie, że ofiara uczyniła wszystko co w swojej mocy, by jednoznacznie tej przemocy zapobiec (spoiler alert: nigdy, bo w kulturze gwałtu nigdy nie jest się wystarczająco przewidującą, wystarczająco chronioną, wystarczająco bezpieczną). Kultura gwałtu sprawia, że policje świata wydają instrukcje do kobiet o treści: nie noś krótkich spódnic, bo gwałciciel uzna, że może – bez względu na statystyki, które nie potwierdzają tego przesądu w żaden sposób. Kultura gwałtu pozwala wygłaszać publicznie politykom brednie, że jakoby kobietę się zawsze troszkę gwałci, bo jak ona mówi „nie”, to ma na myśli „tak” – i prasa to drukuje, a dziennikarz prowadzący wywiad nie wyrzuca polityka ze studia.

 

Kultura gwałtu to kultura przyzwalająca na gwałt, rozmydlająca jego znaczenie. Wychowany w tej kulturze złoty chłopiec być może naprawdę nie rozumie, że problemem stawiającym go przed sądem nie jest to, że się nawalił alkoholem, lecz to, że brutalnie zaatakował i wykorzystał drugiego człowieka. Adwokat złotego chłopca może być zawodowym cynikiem, ale zatrudniająca go rodzina nie miała problemu, gdy przeczołgał w sądzie ofiarę napaści, postawił ją w krzyżowym ogniu pytań i wręcz oskarżył, że sama jest sobie winna, że została spenetrowana patykami na asfalcie za śmietnikiem. Wszystkie argumenty i pytania były użyte, by wykazać winę ofiary. Alkoholowe zamroczenie okazało się być bardzo niesymetryczne: zwalniało z odpowiedzialności i moralnej oceny działania sprawcę, zarazem obciążając dziewczynę, która była tak pijana, że nie mogła protestować, gdy sprawca wlókł ją za śmietnik i penetrował jej nieprzytomne ciało. Kultura gwałtu sprawia, że dziewczynę rozliczano w sali sądowej ze spożycia alkoholu, które przyczyniło się do jej upodlenia, krzywdy, cierpienia i zagrożenia życia. Sprawca wykorzystywał fakt, że była pijana przeciwko niej, adwokat insynuował że jej się podobało – mówimy o byciu penetrowaną patykami i szyszkami i patykami na asfalcie za śmietnikiem! – a sędzia tego wszystkiego słuchał i zamiast wywalić to towarzystwo za obrazę sądu, uznał, że wystarczającą karą dla Brocka Turnera będzie kilka miesięcy więzienia. (I to jest moim skromnym zdaniem obraza sądu: kilka miesięcy za gwałt. Prawie tak dobrze, jak w polskich sądach, gdzie za gwałt zbiorowy jest wyrok w zawieszeniu.)

 

Brock Turner wygrał wszystko. Jest młody, śliczny, biały, studiuje na prestiżowym uniwersytecie (nikt go za taką błahostkę jak gwałt na pijanej przecież nie wywali), uprawia z sukcesami sport (tu akurat federacja sportowa uznała, że nie życzy sobie by ją reprezentował, ukłony, USA Swimming!) i rodzice go kochają. Tu listy w jego obronie, które do sądu wysłali matka i ojciec gwałciciela. O ile rozumiem, że miłość rodzica nie zanika, gdy dziecko okazuje się potworem, i że uczucie wobec własnego potomka sprawia, że chciałoby się oszczędzić mu cierpień i niedogodności za wszelką cenę, o tyle uważam, że państwo Turnerowie przekroczyli granicę melodramatu i pozwolili sobie na zupełnie niedopuszczalne rzeczy, byle tylko wybronić syna przed konsekwencjami. W chwili, gdy ojciec gwałciciela szlocha, że

dwadzieścia lat jego życia nie powinno zostać przekreślone przez dwadzieścia minut akcji

jest albo bardzo, bardzo cyniczny, albo bardzo podły. Albo po prostu wychował się w kulturze gwałtu i naprawdę uważa, że te dwadzieścia minut, które sprawiły, że ofiara przeszła przez szpital, potem przez koszmar stresów wokół swojego zdrowia, potem przez paraliżujący stres związany z traumą, następnie przez całkowicie upokarzającą procedurę policyjną i sądową (ponownie odsyłam do pierwszego linku z jej listem), utraciła zdolność do pracy i musiała się przeprowadzić – otóż że te dwadzieścia minut nie powinny jakoś poważne rzutować na przyszłą karierę sprawcy, który przez ten czas, gdy ofiara traciła całe swoje dotychczasowe życie – chodził na studia, ale bez radości, i nie smakowały mu steki. Doprawdy, życie ukarało go zbyt srogo!

 

Ale znowu, co wolno kochającemu ojcu, nie powinno uchodzić sądowi. Argument z wielkiego przygnębienia pięknego syna, który nie ma apetytu, bo się boi aresztu i zrujnowania przyszłej kariery nie powinien przekonywać sędziego, że oto należy pogłaskać biednego zestresowanego gwałciciela i zasądzić mu kwartał za kratkami. To, że Brock był dzieckiem sukcesu nie powinno sprawiać, że wymiar sprawiedliwości uzna go za niewinnego. Ofiara robiła w swoim życiu wiele rzeczy, które pijacki gwałt zniszczył bezpowrotnie – jednak nikt nie potraktowałby serio listu do sądu w jej sprawie, listu opisującego jej braka entuzjazmu wobec steków. W przypadku Turnera brak apetytu i otrzymane w przeszłości dobre stopnie okazały się być ważkim argumentem – dlaczego wykańczający stres skutkujący utratą pracy, wyprowadzka, zaburzenia snu i łaknienia u ofiary nie stają się argumentem równie ważkim? Dlaczego w postępowaniu sądowym ofiara dała się zgwałcić a sprawca bezmyślnie się upił? Dlaczego ofiarę rozlicza się z tego, że nie była w stanie protestować, a sprawcy nie zadaje się pytania, czemu penetrował jakimś brudnym badylem kogoś, kto był zbyt nieprzytomny, by się sprzeciwić?

 

Na korzyść Brocka Turnera zagrało jego dotychczasowe, dobre i wygodne życie. Jego kariera i pochodzenie. Gdyby był czarny, a nie biały, sąd raczej nie okazywałby takiej wyrozumiałości ani pobłażliwości. Gdyby nie był ucieleśnieniem sukcesu, nie dostałby w promocji tego żenująco niskiego wyroku. Brock Turner może jęczeć i płakać w mediach, że pijaństwo jednej nocy zrujnowało mu reputację, ale dopóki kultura gwałtu w Stanach i na świecie ma się dobrze, na niczym poza ewentualnym uszczerbkiem na karierze chłopak nie ucierpi. Jego ofiara straciła dużo więcej, ale do tego ten złoty młodzieniec się nie odniesie w żadnym ze swoich płaczliwych oświadczeń – w kulturze gwałtu to jego cierpienie ma wyjść na pierwszy plan, to jego strata jest tu pierwszorzędna. Ofiara, cóż, mogła się nie upijać, prawda?

 

Jest w tym wszystkim jasny punkt, na szczęście. Skandaliczny wyrok, groteskowe postępowanie przygotowawcze i cała medialna szopka pod wezwaniem „ratujmy bogatego, białego, ślicznego chłopca przed konsekwencjami jego własnego przestępstwa” były zbyt ostentacyjne nawet jak na amerykańskie standardy i spowodowały reakcję polityków wyższego szczebla. Joe Biden zachował się przyzwoicie i napisał list otwarty w sprawie tego procesu. Zauważył wreszcie, że kultura i tradycja ustawiają kobiety na przegranej pozycji, w kontekście zapobiegania przemocy seksualnej. Jest nadzieja, że kultura wsparcia gwałcicieli powoli odejdzie w przeszłość. Pytanie, kto powie o tym polskim policjantom i sędziom?

Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery

Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Czy jesteś zwolenniczką operacji?

Jedną z fałszywych opozycji, jakie pojawiają się przy okazji omawiania przypadku fanatyka Chazana, jest pytanie do potępiających zmuszanie kobiet do donoszenia każdej ciąży: to znaczy że jesteś zwolenniczką/zwolennikiem aborcji?

Pytanie jest rozpaczliwie głupie, jak się zastanowić nad jego znaczeniem. Co to znaczy, być zwolennikiem aborcji? Jakby to brzmiało, jakby podstawić inne zabiegi medyczne:

– Czy jesteś zwolennikiem usuwania zębów?

– Czy jesteś zwolennikiem wycinania wyrostka?

– Czy jesteś zwolennikiem wymrażania/wypalania nadżerek?

 

Zdrową odpowiedzią na tak zadane pytania byłoby wytrzeszczenie oczu i zastrzeżenie, że to mocno zależy od pacjenta, któremu ma się coś robić, oraz od jego stanu zdrowia – czy ma chore zęby, nierokujące sukcesów w leczeniu, czy ma wyrostek w stanie zapalnym, czy chce go usuwać prewencyjnie, czy ma nadżerki i czy wolał(a)by ich nie mieć. Nikt normalny nie chodzi z ewangelią, że wszystkie wyrostki powinny podlegać resekcji, a zęby mądrości podlegają karczowaniu na mocy objawienia. Nikt nie głosi potrzeby wycinania wszystkim znamion ze skóry ani wybielania zębów pod nadzorem prokuratora.

 

Nie pytajcie mnie więc przy następnej okazji, czy jestem zwolenniczką aborcji, bo to nieuczciwe i niemądre zagranie erystyczne. Nie jestem. Jestem zwolenniczką tego, by każda kobieta mogła sama zdecydować o swoim ciele i zdrowiu w sposób, który będzie dla niej najlepszy. I żeby w tej decyzji mogła liczyć na kompetentnego i profesjonalnego lekarza, który będzie zwolennikiem ochrony zdrowia swoich pacjentek. Przeraża mnie zarówno wizja świata, w którym istnieje przymus hodowania nadżerek/zgniłych zębów/brodawek na skórze dopóki nie odpadną samoistnie lub zabiją nosiciela – tak samo jak świat, w którym ustawowo zmuszano by ludzi do niechcianych zabiegów na ich ciele.

 

(Osoby gotowe spieszyć z moralnym potępieniem, że zarodek w macicy to nie ropień na zębie ani nadżerka pragnę zapewnić, że mają pełną swobodę antropomorfizowania swojej zygoty, ale upraszam je o nierozciąganie swoich wyobrażeń na inne macice oraz nieprzyjmowanie swoich fantazji za uniwersalne i wiążące dla wszystkich na świecie.)

 

Notkę o Chazanie napisała bardzo pięknie Szprota, więc ja nie muszę.

Nie jesteśmy nic wam dłużne

Przepraszam z góry, notka jest nieco niechlujna, pisana w emocjach i stąd może w niej być więcej błędów niż zwykle. Zastrzegam sobie prawo do wyedytowania lub poprawienia części tekstu po czasie.

 

Na początek link do strasznego wpisu, żeby ustawić nastrój dzisiejszej notki. Uprzedzam, link do tumblra w języku zagranicznym.

Napisałam notkę o tym, jak mężczyźni o mentalności zdobywców czują się uprawnieni ignorować protesty ofiar i dają sobie prawo autorytarnego decydowania, czy protest był na poważnie czy tylko udawany. Napisałam, że konwencja wymuszająca na kobietach pozorowanie oporu sprzyja kulturze gwałtu, bo nie dając wyboru kobiecie, pozwala mężczyźnie łaskawie zdecydować po uważaniu, czy zgodzi się on respektować odmowę.

Po czym przychodzi komentator i pisze, że jak w klubie spodoba mu się dziewczyna, to nawet jak mu odmówi, to będzie do niej wracał i zaczepiał, bo a nuż wymęczy na niej zgodę, a żal by mu było „zmarnować okazję”. I facet pisze to publicznie pod notką o molestowaniu i nie widzi w tym nic dziwnego.

 

Drodzy normalni mężczyźni, którym żal marnować okazję:

Nie jesteśmy okazją. Jesteśmy ludźmi. Przychodzimy w miejsca publiczne nie dla waszej wizualnej przyjemności, nie po to, by umilić wam czas, tylko dlatego, że mamy swoje sprawy. Nasza obecność w jakimś miejscu nie oznacza, że jest to obecność dla was. Nasz czas nie jest do waszej dyspozycji. Nie jesteśmy wam winne ani dłużne uwagi, czasu, zainteresowania ani uprzejmości – nawet, jeśli nas do tego przez wiele lat wychowywano. Umiemy mówić – jeśli chcemy z wami nawiązać znajomość, potrafimy to wyrazić słowami jednoznacznie. Jeśli mówimy, że nie jesteśmy zainteresowane, że jesteśmy zajęte, że jesteśmy umówione – to znaczy, że nie mamy ochoty z wami rozmawiać. Naprawdę, wolno nam nie chcieć. Naprawdę, wolno nam też w tej samej chwili chcieć rozmawiać z kimś innym. Jeśli odmawiamy tańca, to nie znaczy, że nie będziemy tańczyć za chwilę z inną osobą – nie musimy się z tego tłumaczyć. I nie musimy tego mówić dwa razy.

Facet, który w klubie, parku czy bibliotece podchodzi i zagaja, może być – w zależności od sposobu wykonania – miłym nowym znajomym, dziwakiem, natrętem lub chamem. Facet, który słyszy odmowę ale się nie zniechęca i zaczepia dalej, jest tylko natrętem. Jeśli wraca mimo wielokrotnych odmów i domaga się uwagi/tańca/rozmowy/kontaktu – budzi co najmniej niepokój i dyskomfort. Najprawdopodobniej budzi jednak lęk. Serio, panowie zdobywcy, panowie „żal mi byłoby okazji” – serio chcecie budzić w nas strach? Cieszy was kontakt oparty na lęku przed waszą reakcją na bardziej stanowczą odmowę? Odpowiada wam zaganianie nas do kąta, nękanie, zastraszanie, ignorowanie oporu?

Mówienie, że nie mamy luzu albo poczucia humoru, gdy reagujemy agresją na wasze nawroty i ponowne awanse nie poprawia waszych szans. Nie mamy obowiązku śmiać się, gdy zbywacie nasze obiekcje. Nie jesteśmy wam dłużne cierpliwości, gdy się naprzykrzacie. Mamy swoje życie i wasze oczekiwania, potrzeby i zachcianki nie są w nim priorytetem.

Gdy zastawiacie nas w kącie pomieszczenia sobą i składacie frywolne i jakże żartobliwe propozycje – to Jeśli protestujemy cicho i niepewnie, to nie dlatego, że nie jesteśmy przekonane, czy na pewno chcemy odmawiać. To dlatego, że boimy się was rozjuszyć. To dlatego, że jednocześnie zastanawiamy się, czy zdołamy przemknąć się pod waszym ramieniem, odwrócić waszą uwagę albo wręcz przeciwnie, skupić uwagę barmana/kelnerki/koleżanek/tego pana, co wyprowadza właśnie psa i uratować się z sytuacji. Gdy po raz trzeci danego wieczoru dosiadacie się do stolika z propozycją nawiązania bliższej znajomości, nie dostajecie punktów za wytrwałość. Sprawiacie, że obliczamy czas potrzebny na niepostrzeżone wyjście.

Dopóki nie użyjecie pięści albo krzyku, wasza natarczywość nie spowoduje żadnej reakcji otoczenia. Wręcz przeciwnie, jeśli my pójdziemy do ochrony poskarżyć, że wciąż nas zaczepiacie – zostaniemy wyśmiane, że jesteśmy przewrażliwione, sztywne albo histeryczne. Może nam się słownie oberwać aluzjami do naszych potrzeb seksualnych albo frustracji na tym punkcie. Może, bo przecież kobieta w miejscu publicznym przez domniemanie należy do każdego, kto zechce się nią zainteresować. Natarczywość w miejscu pracy/nauki to przecież tylko koleżeńskie żarty. Zaloty, które powinnyśmy docenić. Komplementy, za które powinnyśmy być wdzięczne. Mamy się miło uśmiechać i grzecznie odpowiadać, gdy zaszczycacie nas niechcianą uwagą.

Nie, nie jesteśmy wam tego winne. Nie znaczy nie. Nie znaczy – odejdź, nie nękaj. Przykro nam, że jesteście rozczarowani, ale nie jesteśmy waszą nagrodą, trofeum ani należną wam rozrywką. Jesteśmy tu na tych samych prawach i jednym z tych praw jest nieuczestniczenie w niechcianych interakcjach. Jeśli tego nie szanujecie, nie jesteście zdobywcami, niezmordowanymi rycerzami, dżentelmenami starej daty. Jesteście prześladowcami.

 

Edycja:

Dopisuję link do Niny Wum oraz do Waterloo. Hivemind w akcji.

___________________________________________________________

Ponieważ wszyscy mają wpisy o świątobliwych lekarzach, to ja nie muszę, podlinkuję sobie tylko całkiem dorzeczny artykuł dwóch teologów, który trochę bez echa przeleciał przez media – a szkoda, bo rozumny. A na deser notka lekarza, który nie podpisał, za to przeczytał deklarację kolegów.

O zdobywcach, ladacznicach i innych mitach obowiązkowego „nie”

Co mówi kobieta do nachalnego mężczyzny?

– Nie, nie, proszę, nie.

Co ten nachalny mężczyzna słyszy?

– Nie, nie, proszę, nie przestawaj.

 

Na jednej ze społecznościówek facet, którego śledzę, bo robi przepiękne zdjęcia i niekiedy wrzuca fajne dywagacje zaczął wspominać, że całe jego życie erotyczne oparte było na schemacie, iż panie wygłaszały: ależ proszę pana, co pan robi przy gorliwym współudziale w ściąganiu odzieży. I że komu to przeszkadzało, pani zachowywała cześć, a pan się czuł zdobywcą. I że konwencja, w której kobieta zobligowana była do obrony swojej czci (mierzonej w zużyciu krocza) przez permanentne deklarowanie niechęci do seksu była dla tego świętego obrazu kobiety życzliwa i pozwalała jej zachować twarz.

 

No więc mam kłopot z obiema częściami tego wywodu. To znaczy mam świadomość, że konwencja i kultura przez lata nie pozwalała kobiecie być otwarcie inicjatorką seksu (por: ladacznica), kodyfikując nieformalne znaki (por: flirt towarzyski) przy bezwzględnym nakazie mówienia nie, proszę zabrać tę rękę. Kobieta miała odgrywać niewinną, niedoświadczoną i zdobywaną; mężczyzna miał mieć doświadczenie, kompetencje i głos decydujący – w tym również głos decydujący, czy to nie wygłaszane przez adorowaną kobietę jest formalne i do protokołu dyplomatycznego, czy na serio. Ten kanon towarzyski zapewnił nam, kobietom, poza wątpliwą korzyścią zachowania twarzy (serio? Twarz się miało wyłącznie, jeśli zachowywało się pozory osoby nie chcącej seksu? Naprawdę facetom to odpowiadało?), kompletną bezbronność. Ponieważ znikał pojęcie gwałtu na randce. Jeśli wszystkie kobiety muszą mówić nie, gdy adorator pcha się z łapami, to po czym rozpoznać te, które naprawdę nie chcą karesów i stosunku?

Tytułem dygresji – mam nawet na to ponury cytacik:

Jeśli dziewica została zaślubiona mężowi, a spotkał ją inny jakiś mężczyzna w mieście i spał z nią, oboje wyprowadzicie do bramy miasta i kamienować ich będziecie, aż umrą: młodą kobietę za to, że nie krzyczała będąc w mieście, a tego mężczyznę za to, że zadał gwałt żonie bliźniego.

 

To Deuteronomium sankcjonujące wprost tezę, że przyzwoita kobieta ma obowiązek zawsze protestować. Frapujące, że kanon poprawnych relacji między płciami wciąż nam określa świeżynka prosto z epoki brązu (nawet jeśli zgodnie odpuściliśmy sobie dosłowne kamienowanie rozpustnic i ladacznic, poprzestając na ostracyzmie i społecznej zgodzie na wyzwiska i blaming the victims).

Ze sprzeciwu wobec tej interpretacji, że nie z ust kobiety jest zarówno obligatoryjne jak i czysto konwencjonalne, wyrasta coraz silniejszy i oby powszechny ruch NIE ZNACZY NIE. Jestem całym sercem za jego postulatami i nie uważam, by uwolnienie słowa nie spod tradycyjnego zmrużenia oka odbierało wdzięk flirtowi czy uwodzeniu oraz wymagało przed każdorazowym zdjęciem odzieży notarialnego spisania umowy przed(gry)wstępnej. Bezwzględnie przyjęcie, że nie znaczy nie jest gwarancją bezpieczeństwa tysięcy kobiet, które mają prawo chcieć pójść na kawę, ale nie do łóżka; mają prawo chcieć się całować, ale nie robić fellatio; mają prawo chcieć się przytulać, ale nie zdejmować majtek. I tak dalej. (Czy muszę dodawać, że takie samo prawo powiedzenia nie, nie chcę ma mężczyzna i musi być ono tak samo respektowane? To na wszelki wypadek dodam, zanim przyjdzie ktoś z MRA i na mnie nakrzyczy.)

Tyle, że to jest za mało. Jeśli chcemy (a my, Naima, chcemy) żeby dziewczyny i kobiety nie bały się mówić nie kiedy czegoś nie chcą, oraz by mężczyźni owo nie respektowali (i vice versa, rzecz jasna), to należałoby znieść niedopowiedziane a podstawowe założenie tej konwencji flirtu, która legitymizowała gwałt na randce jako zdeterminowaną odpowiedź na kobiece NIE. Założenie, że kobieta zawsze mówi nie, ponieważ nie wypada jej powiedzieć TAK.

Chciałabym żyć w świecie, w którym dziewczynom i kobietom przysługuje prawo mówienia tak, kiedy mają ochotę na seks. Prawo do tak nieobciążonego wyzwiskami puszczalskiej, sama-się-prosiła-ofiary-gwałtu, dziwki etc. Prawo do świadomego i wolnego decydowania o swojej seksualności w sposób otwarty, ba – do inicjowania relacji w sposób, który nie będzie powszechnie potępiany i uznawany za pretekst do traktowania kobiety jako zasłużonej ofiary dowolnych przestępstw seksualnych („no przecież mówiła, że chce ze mną seksu, to czemu teraz narzeka na gwałt grupowy? Przecież mówiła, że lubi seks”) lub niegodnej szacunku. Ponieważ wydaje mi się to jedynym sensownym sposobem zamknięcia ust specjalistom od zdobywania opornych kobiet. Nie brzmi dużo wiarygodniej i bardziej stanowczo, kiedy wiadomo, że można powiedzieć tak, kiedy się chce. Nie ma wówczas wątpliwości, czy kobieta sprzeciwia się awansom z powodów konwencji i braku możliwości innego wyrażenia zainteresowania, czy dlatego, że faktycznie chce uniknąć niechcianego kontaktu. Co więcej, dziewczyna świadoma, że ma prawo mówić tak, kiedy tego chce, może o wiele bardziej stanowczo powiedzieć nie. Ponieważ nie nie może być jedyną ścieżką wyboru podczas randki. Ponieważ nie może być tak, że to osoba, która słyszy nie decyduje, co tak naprawdę usłyszała. Paradoksalnie – drodzy konserwatyści, obrońcy czci niewieściej i mitu kobiety wiecznej niewinnej dziewicy – możliwość mówienia tak bardziej nas chroni przed niepożądanymi zalotami nachalnych zdobywców niż przymus trzepotania rzęsami podczas szeptania ależ, co pan robi..! Wówczas bowiem napastnik, zwany przez was dżentelmenem starej daty, nie będzie mieć wykrętu, że nie było wyłącznie figurą stylistyczną ze staromodnego flirtu: będzie miał bowiem świadomość, że gdyby kobieta chciała jego awansów, po prostu by się na nie zgodziła. W świecie świadomej zgody czy inicjatywy erotycznej kobiet znika owa mętna „zgoda domniemana” mimo wzbraniań się i zaprzeczeń; a seks wbrew protestom nie jest już przejawem rycerskiej uporczywości, a staje się – również w oczach samego sprawcy – tym, czym był od początku: gwałtem. Co być może powstrzyma tych, co to się chcą dżentelmenami mienić, od zbyt konsekwentnego zdobywania.

 

Post scriptum:

Do tej notki powinien być gigantyczny appendix o mitach kulturowych, dychotomii madonny i dziwki, o fetyszu dziewictwa oraz być może dalsze trollerskie wstawki ze Starego Testamentu, które de facto sankcjonują tę konwencję, na którą różni obrońcy mitu zdobywania opornej kobiety się powołują. Ale nie będzie, bo nikt nie lub tl;dr oraz być może kiedyś powstanie tu subiektywna analiza różnych aspektów kulturowego podwójnego standardu w ocenie zachowań seksualnych ludzi z podziałem na podstawowe płcie – ale nie dzisiaj.

E: literówka.

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.