Tango Kaja w czasie zarazy

Jest pandemia, polskie szpitale jak klocki domina wypadają z systemu opieki zdrowotnej z powodu kolejnych zarażeń i zachorowań personelu, rośnie liczba bezrobotnych, rośnie liczba firm, które padły lub padną w ciągu najbliższych tygodni, zatem nic pilnego się nie dzieje, możemy porozmawiać o zakazie aborcji.

To nie ja, to oni – wczoraj Sejm znów omawiał projekt kompletnego zakazu. Tak, znów projekt Kai Godek. Tak, do niej nie dociera, że Polki tego zakazu nie chcą i wychodzą na ulice (no, teraz nie mogą, ale to proszę pani Godek nie oznacza, że zmieniłyśmy zdanie). Protest przeniósł się do internetu, gdzie na falę wpisów z flagą Czarnego Protestu prolajferzy odpowiadali swoimi przemyśleniami o cudzych brzuchach i łatwości „urodzenia i oddania do adopcji”. Nie zauważyłam, by ktokolwiek jakoś się zagłębiał w temat, jak w trudnej sytuacji życiowej (proszę wyjrzeć za okno) przechodzić dziewięć miesięcy ciąży z ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej (proszę spojrzeć akapit wyżej, o placówkach ochrony zdrowia wyłączonych z obiegu z powodu zarażeń wśród pacjentów i personelu). O ile pandemia zapewne minie i wirus nie zostanie z nami na zawsze – a jeśli zostanie, to tak jak grypa: z opracowaną szczepionką i lekami znacząco łagodzącymi objawy – to skutki będziemy odczuwać jeszcze latami. Te rynkowe, gdzie zmniejszy się liczba miejsc pracy, punktów usługowych, produkcyjnych i handlowych, i te związane z ochroną zdrowia. Po takim kryzysie „niech jadą” lekarze i „tylko piją kawkę” pielęgniarki masowo odejdą z zawodu, choćby dlatego, że już teraz około 20-35% z nich jest w wieku emerytalnym i pracuje chyba wyłącznie dla etosu, tylko że za znacznie mniejszą stawkę niż ideowy marszałek Karczewski. Reszta wyciągnie wnioski z tego, jak ich bezpieczeństwo, warunki pracy i potrzeba zapewnienia narzędzi do walki z epidemią zostały potraktowane przez władzę i nie sądzę, byśmy jeszcze mieli cieszyć się luksusem umawiania wizyt specjalistycznych na terminy w ciągu jednego roku.

Wracając więc do obrad Sejmu i wałkowania projektu całkowitego zakazu aborcji, uchwalenie w tej chwili zakazu przerywania ciąży nie tylko na życzenie (czego w Polsce nie mamy od lat dziewięćdziesiątych, a co podczas nieuchronnego kryzysu byłoby ratunkiem dla wielu), ale również w przypadku zagrożenia życia i zdrowia kobiety lub znaczącego uszkodzenia płodu jest dodatkowo dotkliwe dla kobiet, które są zazwyczaj pierwszymi ofiarami kryzysów ekonomicznych. Oczywiście, zwolenników całkowitego zakazu aborcji zupełnie nie martwi życie istniejących rodzin tych kobiet, które być może są już matkami i kolejna ciąża obciążająca ich zdrowie w warunkach bezrobocia i okrojonego dostępu do lekarzy może skończyć się nie tylko bohaterskim zgonem ciężarnej, co chętnie wszak wynoszą na ołtarze, ale też powiększeniem grona sierot, które sobie raczej za dobrze nie poradzą bez matki.

Oczywiście o kwestiach ekonomicznych, o prawach kobiet i o tym, że ciąża to niekoniecznie stan błogosławiony, było już na tym blogu kilkanaście razy pisane i czytelniczka wie to wszystko i zna na pamięć. Żeby więc coś świeżego było, przejrzyjmy skromny wybór argumentów latających po sieci wśród gorliwych obrońców donaszania niechcianych ciąż (zebrane z różnych wątków):

Mamy oto pełną skalę – od protekcjonalnego kiwania paluszkiem przez jakiegoś księdza na posłankę na Sejm: nieważne kwestie merytoryczne, nieważne prawa kobiet, istotne, że się księdzu kobieta podoba i chce ją skarcić, że się odezwała nie w stylu księżowskich kazań, furda powaga urzędu posła na Sejm Rzeczypospolitej, ważne, że dziewczyna urodziwa, to można ją po ojcowsku pouczać,

piękna

mamy w innym wątku sugestię jakoby uroda protestującej była nie dość dorodna, by jej wysłuchać; tu z obrzydliwym podtekstem, że oto piszący ma prawo oceniać atrakcyjność kobiety i na tej podstawie wyrokować w sprawie jej praw reprodukcyjnych i możliwości zajścia w ciążę (ten motyw niestety był dużo popularniejszy i się powtarzał w odniesieniu do wielu protestujących pod własnym nazwiskiem lub zdjęciem),

brzydula

aż po nawet niczym niezamaskowany rasizm i postulat wyrugowania z kraju osoby o poglądach nienawistnych piszącemu. Tu pięknie pogarda wobec protestującej w sprawie praw rozrodczych łączy się z pogardą dla imigrantów, osób niebiałych i z kultywowaniem mitu o rzekomo upadłej Szwecji. Bingo na miarę naszych możliwości.

ciapaci

Mamy też dorodny przykład wnioskowania nieliniowego, gdzie lesbijki nie są kobietami, prostytutki nie są kobietami, oraz jako przykład osób najbardziej skłonnych do stosowania aborcji autor podaje osoby nieuprawiające seksu hetero:lk

Ponieważ autorkę bloga przeglądanie wpisów szybko zemdliło po udokumentowaniu najbardziej osobliwych ripost, najczęstsze argumenty zostaną tylko streszczone bez zdjęć – życzenie, by protestująca sama się zabiła, sugerowanie, że terminacja zarodka = pyzate niemowlę w rzeźni, sugestia, że rozwiązaniem problemu niechcianych ciąż jest stuprocentowa abstynencja u kobiet, a z niechcianymi ciążami spotykają się wyłącznie rozwiązłe prostytutki. Nikt w przejrzanych przeze mnie kilkudziesięciu wątkach nie podjął tematu ciąży z płodem obciążonym chorobami i niepełosprawnościami. Pojawił się za to mój ulubiony argument, że jak ktoś nie chce dziecka (tu wstawić gwałtowne a dramatyczne żachnięcie się z oburzenia) to można oddać do adopcji, tyle osób chce mieć dzieci!

Ponieważ jestem leniwa, zrobiłam leniwy research. Sprawdziłam, ile jest placówek opiekuńczych (domów dziecka, rodzinnych domów dziecka, rodzin zastępczych, placówek opieki interwencyjnej) w kilku województwach: mazowieckim (124), śląskim (147), podkarpackim (57). Średnio zajmują się one co najmniej dziesięciorgiem dzieci (rodzinne zwykle mniej, 2-8, placówki państwowe lub samorządowe mają i ponad czterdzieścioro podopiecznych), przy czym na Podkarpaciu nie ma w ogóle placówek mniejszych niż na dziesięcioro podopiecznych. O ile praktyka pokazuje, że małe dzieci (do lat dwóch), zdrowe, pełnosprawne, z uregulowaną sytuacją prawną (całkowite zrzeczenie się praw przez rodzinę biologiczną) wychodzą do adopcji dość bezproblemowo, to cała reszta potrafi pozostać w systemie do pełnoletności. Oczywiście, im więcej dzieci z jednej rodziny trafia do systemu, tym trudniej im z niego wyjść – chęć adoptowania całej gromady zgłasza bardzo niedużo potencjalnych rodziców, a jeszcze mniej ma na to warunki. Każda niepełnosprawność, choroba, zaburzenie – choćby wynikłe z przebywania w systemie opieki – obniża rażąco szanse na wyadoptowanie. Bieżący kryzys pandemiczny pokazał, że placówki opiekuńcze wcale nie są objęte szczególnym zainteresowaniem państwa (zostały pominięte w przepisach dotyczących ograniczeń ruchu i zapobieganiu rozprzestrzeniania się wirusa), więc nikłe szanse na to, by przy zwiększeniu podaży niepełnosprawnych dzieci urodzonych w wyniku zakazu terminowania ciąż z płodem uszkodzonym nagle zyskały większą wydolność. Raczej zwiększy się śmiertelność w tych placówkach, które zostaną przeciążone zadaniami ponad ich budżet, przy jednoczesnym utrudnionym dostępie do lekarzy i sprzętu. System już teraz sobie nie radzi z istniejącą liczbą sierot społecznych, dzieci niechcianych lub odebranych dysfunkcyjnym rodzinom biologicznym, by w ogóle myśleć o dokładaniu mu dzieci trwale niepełnosprawnych, wymagających niebywale kosztownego leczenia, rehabilitowania i dodatkowych zabiegów opiekuńczych. System już teraz wymaga nie tylko dofinansowania, ale też przemyślanej reformy przepisów związanych z porządnym zdefiniowaniem dobra dziecka jako głównego przedmiotu zainteresowania, aktualizacji przepisów dotyczących adopcji międzynarodowych, zmiany przepisów dotyczących statusu sierot społecznych i dzieci pochodzących z interwencji oraz usprawnienia procedur nadzoru nad losami dzieci przemieszczanych między rodziną pochodzenia, ośrodkami i rodzinami zastępczymi. Potrzebne są miesiące pracy interdyscyplinarnych zespołów, by system stał się sensowny, wydolny i skuteczny; potrzebne są dodatkowe kadry w ośrodkach opiekuńczych, w instytucjach kontroli i kwalifikacji, potrzebne są rozsądne przepisy i potrzebne są środki na realizację tych zmian. Na pewno system nie potrzebuje dodatkowych dziesiątek dzieci, których potrzeby przerastają umiejętności i stan posiadania większości placówek opiekuńczych, wychowawczych czy rodzinnych.

(Jakby ktoś chciał wspomnieć o adopcji via tzw. okna życia, to koleżanka Lemingarnia już dość skutecznie rozjechała ten pomysł, nie muszę po niej przepisywać.)

Procedowanie zakazu aborcji dla przypadków płodów uszkodzonych i obciążonych poważnymi wadami w sytuacji zapaści systemu ochrony zdrowia, z której to zapaści nie podniesiemy się przez lata jest nie tylko zbrodnią wobec tych kobiet, których dotknie bezpośrednio przymus donoszenia uszkodzonej ciąży i urodzenia dziecka okaleczonego i dysfunkcyjnego. Jest to zbrodnia również wobec tych dzieci, które obecnie znajdują się w ośrodkach opiekuńczych, i dla których zabraknie środków po dorzuceniu do systemu opiekuńczo-przedadopcyjnego nowych, wyjątkowo ten system obciążających dzieci o szczególnych wymaganiach. Trzeba być Chazanem, by uznawać za sukces w sensie medycznym, moralnym bądź prawnym pojawienie się na świecie istoty skazanej na krótkie, obciążone nieprzerwanym cierpieniem i pozbawione nadziei na poprawę życie. Trzeba być polskim Sejmem, by procedować takie projekty w trakcie pandemii, gdy obecnym już na świecie obywatelom trudno dostać się do szpitali, do specjalistów czy do sprzętu ochrony dróg oddechowych chociażby, nie mówiąc o tym, ilu z tych obywateli balansuje właśnie na progu bezrobocia i niemożności utrzymania już istniejących rodzin z ich zwykłymi wymaganiami.

O procedowanym równolegle projekcie zakazu edukacji seksualnej się nie wypowiem, bo rozpisywanie się o projekcie celowego utrzymywania w ignorancji, ciemnocie i przesądach wydaje mi się marnowaniem amunicji. O poprzednim podejściu pisałam raz, o obecnym mam do powiedzenia tyle, że mam nadzieję, że jego absolutny bezsens i głupotę dostrzeże i odrzuci nawet obecnie decydujące czcigodne grono posłów na Sejm.

 

POST SCRIPTUM: Aczkolwiek wątpię, by na ten półmartwy blogasek trafiła czytelniczka tego nieświadoma, dodam dla porządku: autorka występując przeciwko obecnemu tzw. kompromisowi aborcyjnemu oraz wszelkim próbom jego zaostrzenia nie postuluje i nigdy nie postulowała przymusu aborcyjnego w żadnym przypadku. Upraszczając: jeśli przychodzisz tu polemizując, że twój zestaw wartości wymaga od ciebie donoszenia każdej ciąży i wychowywania z uczuciem i dbałością każdego urodzonego dziecka, autorka będzie ci życzyć samych sukcesów na tej trudnej drodze, żądając jednocześnie, by wszystkie pozostałe mogły decydować za siebie w razie wątpliwości, i by ich wybór był również uszanowany.

 

 

 

W poszukiwaniu sławy i fortuny

Jak zgłaszać mobbing, stalking, przemoc lub napastowanie seksualne, będąc kobietą – podręcznik cywilizacji zachodniej.

W Stanach gorącym tematem jest podważenie nominacji do Sądu Najwyższego z powodu oskarżeń kandydata o molestowanie seksualne. Bardzo interesujące są reakcje na te oskarżenia – ani sam Kavanaugh ani jego prawnicy nie domagają się śledztwa FBI w tej sprawie ani nie chcą przed FBI zeznawać, na co z kolei nalega oskarżająca kandydata dr Ford. Co ma ten smaczek, że w amerykańskim prawie okłamanie FBI jest przestępstwem, i to zdaje się bardzo poważnie traktowanym. Fascynujące, że rzekoma mitomanka napiera na zeznawanie, a ponoć niewinny sędzia wręcz przeciwnie. Opinia społeczna jest podzielona, głosy establishmentu idą w kierunku bagatelizowania problemu i komentowania, że gdyby faktycznie jakieś molestowanie zaszło, to Ford nie czekałaby tyle czasu ze zgłoszeniem; fakt, że dopiero przy nominacji sędziego porusza ona wypadek z czasów, gdy była nastolatką, świadczy, iż szuka ona rozgłosu kosztem kandydata (etc). Czyli trzynastolatka powinna była od razu uruchomić całą maszynę prawną w czasach, gdy w USA klimat dla zgłoszeń przestępstw seksualnych był jeszcze mniej sprzyjający. To, że poczekała do czasu, gdy jest wiarygodną osobą z dorobkiem własnym, świadczy o niej fatalnie – najwyraźniej szkoda nie była taka dotkliwa, skoro mogła odroczyć interwencję.

Jeśli komuś nie w smak przypadek zza oceanu, mamy też lokalne opinie o bieżącym procesie sprzed lat, równie soczyste i równie mocno stające nawet nie tyle w obronie sprawcy, co przeciwko zgłaszającej molestowanie kobiecie.

jkmźródło – Twitter, konto Janusza Korwina-Mikke)

(Ja wiem, że argumentowanie z Korwina to prawie jak Poe’s law w wersji krajowej, ale cytuję go specjalnie, bo chciałam znaleźć obrońcę spoza sfer ewidentnie klerykalnych, gdzie bohaterska obrona księdza mogłaby mieć uzasadnienie w postaci solidarności zawodowej)

Tu więc mamy uwagę pełną troski, że oto cyniczna i interesowna młodzież będzie specjalnie zakładać pułapki na biednych księży w celu wyłudzenia odszkodowań (JKM tu swobodnie ignoruje primo fakt, że ten wyrok przyznający odszkodowanie i rentę jest pierwszy w historii polskich procesów o molestowanie przez kler, secundo – że sprawę założyła dorosła już kobieta po przepracowaniu traum) – z czego wynika osobliwy wniosek, że błędem jest przyznawać odszkodowania ofiarom przemocy seksualnej. Nie dziwi to bardzo mocno w wykonaniu kogoś, kto twierdził, że „zawsze się trochę gwałci” i kto uważa, że od edukacji seksualnej jest lepsze molestowanie przez doświadczonego partnera, bo to bardziej naturalne; a o Korze pisał, że najwyraźniej trauma molestowania w dzieciństwie bardzo jej się przysłużyła, bo stworzyła z niej artystkę.

(Przepraszam, więcej nie będę, mnie samą zemdliło)

Czyli jeśli kobieta zgłasza sprawę molestowania sprzed lat, to jest karierowiczką, która wygrzebuje jakieś przeterminowane wydarzenia po to, by skorzystać na aktualnej sławie i pozycji swojego krzywdziciela (vide reakcja na Weinsten-gate i momentalne uwagi, że aktorki same brały udział w aktywności seksualnej i dopiero teraz im to przeszkadza); a jeśli zgłasza od razu to jest pazerna i wcale tak nie straumatyzowana, bo ma siłę iść do sądu, a cała sprawa jest podejrzana. A kobieta łaknie rozgłosu i wylansowania się na nazwisku znanego sprawcy.

Tu mam taką propozycję do czytelników, którym pogląd o niskich pobudkach kobiet zgłaszających po pewnym czasie molestowanie przez sławnych i znakomitych wydaje się jakoś bliski. Billa Cosby’ego o gwałty i przemoc seksualną oskarżyło 60 kobiet. Podajcie bez użycia wyszukiwarek chociaż pięć nazwisk, które zyskały sławę i popularność i jakoś wypromowały się na tym w show businessie. Podajcie pięć nazwisk kobiet oskarżających Cosby’ego w ogóle.

W wersji lokalnej – kto bez google poda nazwisko kobiet, które skrzywdził pan prezydent Małkowski (ubiegający się właśnie o reelekcję)?

Tam, gdzie nazwisko oskarżającej się jakoś utrwaliło w pamięci publicznej, stało się synonimem złej sławy, pazerności i bezwstydu (Monica Lewinsky). Ja nie wiem, czy to jest dobry argument, jakoś nie widzę, by ten rodzaj popularności był celem kobiet dokonujących zgłoszeń gwałtu.

Jeśli kobieta sprawy nie zgłasza, nie robi szumu, nie idzie do sądu, na policję bądź do władz firmy – to nic się nie stało. Najwyraźniej problemu nie ma wcale, a jeśli był, to nie dość dotkliwy, by sama skrzywdzona uważała, by warto było komuś zawracać głowę. Ot, zdarzyło się coś między ludźmi, bez zachwytu ze strony pani, ale wzięła się w garść i poradziła sobie bez afiszowania.

Pamiętacie z lekcji historii, jak wyglądał tzw. Sąd Boży, później przekształcony w procedurę ordaliów w postępowaniu podczas średniowiecznych procesów czarownic? Taka ostateczna procedura testowa mająca bez wątpliwości wykazać, czy oskarżona o czary jest wiedźmą i pomiotem szatana, czy niewinną pobożną chrześcijanką. W naszej strefie było to najczęściej pławienie czarownicy –  zanurzanie podsądnej w pełnym stroju w rzece lub strumieniu w celu sprawdzenia, czy się utrzyma na powierzchni. Piękno tego testu polegało na interpretacji wyników: jeśli kobieta poddana oczyszczającej mocy wody utonęła, była niewinna a oskarżenie było bezpodstawne. Jeśli ocalała i nie poszła na dno, oznaczało to, że jest czarownicą, której moralnego brudu nawet rzeka nie chce – była wówczas odławiana i poddawana przewidzianym za występek czarownictwa karom, które rzadko pozwalały jej proces przetrwać w dobrym zdrowiu, o ile udawało jej się w ogóle przeżyć.

czar

(ilustracja za http://www.romfordrecorder.co.uk)

Szanowni kierownicy zakładów, prezesi firm, szefowie działów, dyrektorzy i ministrowie. Nie mówcie, że nie ma w waszym otoczeniu molestowania, że nie znacie żadnej ofiary gwałtu czy przemocy seksualnej, że to problem marginalny i patologiczny. Że gdyby problem był, to by został zgłoszony.

Że pierwsze słyszę.

Że trzeba było przyjść do mnie, a nie od razu pisać do sądu. Jakby to było poważne, to by pani zgłaszała w kadrach od razu, a nie dopiero odchodząc z pracy.

Problem jest, i to duży i dotyczy ogromnego odsetka kobiet. Nie wiecie tego, bo nie chcecie wiedzieć – a ofiary takiej przemocy słuchają was i kalkulują swoje szanse na przetrwanie procesu weryfikacyjnego po zgłoszeniu. Słyszą jak bagatelizujecie, minimalizujecie i pozbawiacie znaczenia słowa innych ofiar. Słyszą, że gracie w Paragraf 22 i wiedzą, że aby pójść na policję, do przełożonych, do HR, do sądu – potrzebują olbrzymich zasobów: wsparcia bliskich, zapasów finansowych, pomocy terapeuty i prawnika. Boją się, że je nie stać – na upokorzenie, na poddawanie w wątpliwość, na wtórną wiktymizację, na prześwietlanie ich moralności i seksualności, na kwestionowanie motywacji stojącej za zgłoszeniem przestępstwa.

Te wszystkie kobiety, które wstały i powiedziały na głos o swoich doświadczeniach, które odważyły się zeznawać na policji, w sądzie, w swojej firmie, w prasie – czy to w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie – mają mój ogromny szacunek, podziw i wsparcie. Za przełamanie milczenia, za zrobienie kroku, za domaganie się sprawiedliwości w warunkach, w których to one zostaną potraktowane przez wszystkie instancje z największą podejrzliwością i brakiem zaufania, w których zwycięstwo jest niepewne, sukces wątpliwy a sława ciąży kamieniem i staje się często wilczym biletem na rynku pracy. Tym wszystkim bohaterkom, które pod nazwiskiem lub anonimowo powiedziały #metoo, które poszły walczyć w imieniu swoim i innych, zbyt zastraszonych, zbyt niepewnych, zbyt przekonanych o bezcelowości protestu, dedykowana jest ta notka.

Dziękuję, że jesteście i walczycie również w moim imieniu.

 

 

Innego końca nie będzie

 

DSC_5040

(22 lipca 2017, fot. własna)

I wystarczy.

 

Nowa władza potyka się o własne nogi w dramatycznym pośpiechu ubicia niezależności sądów. Ma mimo własnej niezdarności i samobójczego wręcz niechlujstwa spore szanse na sukces, bo któż ją powstrzyma? Kiedy przyszli po Trybunał Konstytucyjny, któż na świecie protestował? W Polsce sporo ludzi wyszło na ulice i wróciło do domów, a życie toczyło się dalej. Rewolucja nie wyszła poza Facebooka, bo w domach była ciepła woda, frank nie stał zbyt wysoko a 500 zł łatało wreszcie budżety naciągnięte do ostatnich granic. Trybunał był daleko w Warszawie i trudno powiedzieć, czym się tak naprawdę zajmował, a w Biedronce podnieśli pensje. Niech się władza między sobą gryzie, co oni dla nas kiedykolwiek zrobili ważnego, ci prawnicy?

Niewielu widziało już wtedy, że zagarnięcie Trybunału to pierwszy krok do skoku na całość. Że partia po prostu usuwa sobie potencjalne przeszkody w Długim Marszu po Wszystko. Teraz prezydent może ze swoim uśmiechem wzorowego przedszkolaka zażartować, że bierze pod uwagę wątpliwości wyrażone przez suwerena okupującego ulice i odeśle do TK ustawy w celu zbadania ich zgodności z ustawą zasadniczą. Trybunał wybuchnie perlistym śmiechem sędzi Przyłębskiej i z przyjemnością potwierdzi wszystko, co tylko będzie potrzeba. Prezydent uśmiechnie się jeszcze szerzej i  zachwycony sobą, że mu się taki przedni dowcip udało zrobić, podpisze zamaszyście wszystkie ustawy jak leci, być może przy którejś narysuje serduszko. Monitor gorliwie opublikuje, głowy polecą, w teczkach przyjdą nowe, krawcy zarobią na poprawkach tog i biretów, ale póki woda w kranie, ciepło w kaloryferach, autobusy jeżdżą a głównym działem czytanym w prasie są horoskopy i plotki o życiu gwiazd i gwiazdeczek, rewolucji nie będzie.

Na ulice i przed sądy dziś wychodzą ludzie, którzy rozumieją, że trójpodział władzy jest bardzo istotnym wynalazkiem demokracji i że został zaprojektowany, by chronić społeczeństwo przed władzą, która chciałaby się nadmiernie skorumpować swoimi możliwościami. Demokracja wbudowuje sobie systemy zabezpieczeń i hamulców, by żadna ze stron, nawet wygrywając huraganowo (37 procent, anyone?) nie była w stanie zmienić się w dyktaturę absolutną. Sędziowie, nieusuwalni i niepodlegający władzy polityków mają być w założeniu niezależną instancją, recenzującą zgodność rzeczy z prawem i z niczym więcej. Tego chcemy, szanowni państwo, tego również ja bardzo chcę. Chcemy tej obojętnej na krzywdę ludzką grupy ludzi-paragrafów, którzy nie mają się wzruszać, przejmować, rozumieć sprawiedliwość dziejową czy rewolucyjną konieczność, dziejowy zakręt czy jakiekolwiek inne okoliczności, lecz orzekać zgodność z prawem i w związku z tym orzekać w ramach przepisów. Nawet jeśli brukowce będą wypisywać pełne oburzenia nagłówki o bezdusznym sądzie, który orzekł wbrew ludowej intuicji, wbrew poczuciu gniewu czy wbrew współczuciu, zasada dura lex sed lex powinna mieć również rozwinięcie durus iudex. Mają być sędziowie związani wyłącznie kodeksami, nie presją przełożonych, szczególną sytuacją czy świadomością, że za orzeczenie nie po myśli władzy mogą wylecieć z roboty na zawsze. Ta kasta musi być uprzywilejowana, po to właśnie, by się nie wahała orzekać wbrew intencji czy życzeniu polityków: czy sołtysa, czy rządu. Sąd, którego polityk wybiera i któremu polityk podpisuje nominację, nie jest sądem niezależnym, jest sądem, który się będzie wahać, czy mu się nie opłaca aby naciągnąć interpretacji przepisów, bo co zrobi, jak wyleci z roboty, zajmie się stolarką okienną?

Dlatego tłumy już teraz zbierają się w obronie tego, co wydaje się dość nieintuicyjne: w obroni przywileju i wyjątkowości sędziów. Ponieważ niezależność Trybunału jest naszą ostatnią linią obrony przed ustanowieniem przez ustawodawcę prawa niesprawiedliwego lub krzywdzącego. Niezależność sądów, tych małych i tych rejonowych czy okręgowych, z Najwyższym na czele, jest ostatnią nadzieją obywatela, który wdał się w spór z władzą. Obywatel musi mieć prawo do sądu, który nie jest personelem wójta ani posła. Do sądu, który stać będzie by zagrać władzy na nosie, jeśli tak stanowi przepis. Inaczej obywatel może równie dobrze do tego sądu nie iść, tylko stulić uszy po sobie i zgodzić się, że policja będzie go bić i razić prądem, władza lokalna zwolni go z pracy w szkole czy ośrodku zdrowia a władza krajowa uchwali przepis o nielegalności protestowania przeciwko parlamentarzystom.

 

Czy wierzę, że uda mi się przekonać kogokolwiek? Wątpię. Ci, którzy tu przychodzą, z grubsza podzielają przekonanie, że wzajemna niezależność ośrodków władzy jest szalenie istotna dla zachowania bezpieczeństwa nas wszystkich. Ci, którzy wierzą, że przecież nic się nie stanie, ten rząd nas lubi i dba o nas, nie liczą się z tym, że raz zepsuty mechanizm zabezpieczeń będzie niezdolny powstrzymać następnych – dyktatorów, idealistów, marzycieli, rewolucjonistów, kandydatów na świętych lub tyranów. Dziś jest cudownie i można poczuć satysfakcję, że ci zarozumiali prawnicy wreszcie czują mores. Niestety, to nie jest dobrze, jeśli sędziowie się boją, ale to zrozumiemy jako społeczeństwo niestety trochę później.

 

Jestem pesymistką, rewolucja nie wybuchnie na skalę ogólnopolską, a partia przeprowadzi wszystko, co chciała. Ostatni wielki polski ruch społeczny obalający struktury władzy nie wziął się ze sponiewieranych ideałów demokracji, wziął się z frustracji podwyżkami. Dopóki nowe podatki nie zrobią wyrw w budżetach niwelujących zysk z wypłaty 500+, dopóki podwyżki się nie skumulują a Unia nie wprowadzi cięć w dofinansowaniu, nie spodziewam się, by protest osiągnął skalę wystarczającą do ogłoszenia nowych wyborów. Niestety, obawiam się jednocześnie, że co najmniej jedno z tych nieszczęść nas dotknie, i wyrwie z obojętności dotychczas pozostających w domu. Na wszelki wypadek podrzucam gotowca, oto, co będziemy wówczas przybijać do drzwi domów i zakładów pracy:

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.

  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.

  3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji  wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

  4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
    b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych
    c) znieść represje za przekonania.
  5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.

  6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:

    a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
    b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.

  8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.

  9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.

  10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.

  11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).

  12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

  13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.

  14. Obniżyć wiek emerytalny

  15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.

  16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.

  17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.

  18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.

  19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.

 

Tymczasem protestujmy w nadziei, że uda nam się niemożliwe. Jeśli nie dla zmiany, w którą trudno już uwierzyć, to choćby po to, by nie mieć sobie nic do zarzucenia – by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co można.

DSC_5021

(22 lipca 2017, Warszawa, barierki wokół Sądu Najwyższego, fot. własna)