Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.

 

Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.

Co KRRiTV rozumie z telewizji

Czytam sobie podrzucone przez znajomych linki i zamiast drapać się w głowę, wytrzeszczać nieładnie albo wznosić gromkie okrzyki,gdy widzę, że:

 
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła karę na TVN, bo jej zdaniem odcinek [„Rozmów w toku” – uzupełnienie naima] o „przypadkowym i szybkim seksie” zaprezentował „obraz współżycia seksualnego sprzeczny z moralnością i dobrem społecznym”. A program 4 października 2010 r. wyemitowano o godz. 15.55, a więc w czasie chronionym, w którym zabronione jest rozpowszechnianie audycji lub innych przekazów zagrażających rozwojowi małoletnich, w szczególności zawierających treści pornograficzne lub w sposób nieuzasadniony eksponujących przemoc.
 
 

uśmiecham się filozoficznie i z drobną satysfakcją.  Satysfakcję oczywiście czerpię stąd – czyli z własnej notki na temat notorycznego mylenia w sporach ideologicznych postulatów deskryptywnych i normatywnych. Jasne, wymaganie od polityków czy zawodowych ideologów udzielających się w mediach zachowania porządku myślenia i spójności pod względem logicznym jest skazane na porażkę, jednak po Sądzie Okręgowym i Apelacyjnym spodziewałabym się więcej w tym zakresie – a te właśnie Sądy utrzymały karę KRRiTv w mocy.

 
Kara dla TVN jest bowiem skutkiem tego właśnie niezrozumienia granicy między widzianym a postulowanym – KRRiTv oburzyła się niespójnością między reportażykami i wywiadami z promiskuitystycznymi kobietami i nastolatkami a wizją pobożnej i wstrzemięźliwej młodzieży, jaką postuluje MEN układając swoje trwożliwe pod względem informacyjnym programy edukacji seksualnej wychowania do życia w rodzinie. Zdaniem polityków (a z kogóż innego składa się KRRiTv?!) naród nasz jest skromny, moralny, patriotyczny i skłonny do rzeczy wielkich, grzechem się brzydzi, seks uprawia z konieczności a i to wyłącznie w ramach świętych związków – i wszelkie kontrprzykłady ujawnione w prime-time podlegają surowej reprymendzie z grzywną w bonusie. Dla ozdoby opakowujemy naganę w papier świąteczny z napisem „ochrona dzieci” i voila! – dostajemy surową karę za talk show.
 
Maleńki disclaimer – program Drzyzgi widziałam parę razy i z chęcią zalałabym go napalmem osobiście, ale z powodów jak następuje:
– za organizowanie wystawy osobliwości dla gawiedzi w prime-time, gdzie jako dziwowiska występują ludzie w dowolny sposób niekonwencjonalni, głupi, niedostosowani, ofiary i agresorzy, odmieńcy i szaleńcy, bez żadnego rozróżnienia, wszystko z podpisem i w ramce dla rozkoszy P.T. publiczności
– za reporterstwo Drzyzgi: wścibsko-dociekliwie-użalające się nad wywiadowanym, z obowiązkowym tonem pouczenia i wyższości i z narzucaniem tezy
– za psychologów w studio, których dobre rady najchętniej rozjeżdżałabym czołgiem – są miałkie, nieadekwatne i z kategorii „prawda leży pośrodku”
– za publiczność w studio, która na żywo ocenia wywleczone na środek sceny ofiary programu –
podsumowując, by się nie rozdrabniać: za to wszystko co sprawia, że granica między medium informacyjnym a cyrkiem dziwadeł z watą cukrową i z kiwającym się karłem na celowniku w strzelnicy zaciera się coraz bardziej.
 
 
W tym przypadku jednak KRRiTv nie wrzeszczy na TVN za miałkość, głupotę i prostactwo rozrywki przebranej za talk-show na tematy społeczne, nie ruga ich za dziennikarstwo rodem z magla i czułostkową protekcjonalność Drzyzgi w stosunku do wiwisekcjonowanych osobliwości, lecz za to, że zobaczyli obraz współżycia seksualnego sprzeczny z moralnością i dobrem społecznym.
 
 
Oczywiście nie wiem, czemu Krajowa Rada nienawidzi polszczyzny i pisze o obrazie sprzecznym z dobrem społecznym, bo to jest w jakimś dziwnym języku i nic sensownego nie znaczy. Całe oskarżenie znaczy tyle: Rada obejrzała coś, co jej nie pasuje do wyobrażeń o moralności Polaków i za to nałożyła karę. (Hipoteza zero jest taka, że jakby Drzyzga owe dziewczyny pod koniec programu ustawiła do biczowania lub dała widowisku pointę w rodzaju: wszystkie nasze bohaterki są dziś samotne, smutne i wielokrotnie chore wenerycznie, to KRRiTv przyznałaby jej order za właściwe wzorce, ale oczywiście nie mamy jak tego przetestować.) Nie za jakieś straszliwe wykroczenia przeciwko obyczajności na ekranie, bo TVN to gadające głowy a nie peep-show; lecz za pokazanie Polek, które mają w nosie jak święta Rada wyobraża sobie wzorcowo ich życie seksualne, i to pokazanie w godzinach popołudniowych a nie w paśmie dla nietoperzy. Zgorszenie, jakie usiłuje KRRiTv ogłosić w imieniu maluczkich, to zgorszenie samej Rady Polkami, które mimo grzmiących ideologów i polityków, zawodowych moralizatorów i pouczaczy w dziedzinie katolickiej etyki seksualnej – uprawiają seks okazjonalny, jednorazowy, pozamałżeński i czysto rekreacyjny i potrafią o tym powiedzieć publicznie.
 
 
Nagana dla TVN jest w jakimś sensie naganą dla ludzi niespełniających tego właśnie normatywnego wzorca idealnego Polaka. Naganą dla tych, co mówią, że jest inaczej, niż w naszym imieniu mówią upiększacze rzeczywistości – że są w Polsce również ludzie, którzy ignorują katolicką naukę w zakresie erotyki, seksu i prokreacji. Że są ludzie, którzy nie wstydzą się odbiegania od tego wydumanego ideału, który usiłuje się na mocy dekretu wprowadzić. Sąd, utrzymujący w mocy grzywnę za gadanie o własnym życiu seksualnym w telewizji wprowadza niejako (gdybyśmy byli w USA z ich prawem precedensowym, wprowadziłby całkiem niemetaforycznie) taki dekret, że wolno mówić wyłącznie o jedynym akceptowanym sposobie funkcjonowania seksualnego. W ogóle, stawianie przez Sąd (za wnioskiem Rady) w jednym zdaniu czyjegoś życia seksualnego z dobrem społecznym wskazuje na głębokie pomieszanie pojęć.  Jeśli sądy w Polsce zaczynają oceniać swobodę seksualną prywatnych osób w kategoriach tak abstrakcyjnych jak dobro społeczne i moralność publiczna, trudno zachować wiarę w wolność osobistych wyborów i w wolność wypowiedzi. Prawem nadrzędnym staje się moralność świętoszków z KRRiTv. Oczywiście nazwana troską o małoletnich.
 
 
Zupełnie nie wiem, czemu w świetle tej historii, wkrótce po burzy wokół brytjskiego projektu cenzury internetowej, przypomniał mi się pewien stary obrazek.
 
how-would-you-like-this-wrapped

Krzycz na bitego, żeby nie płakał

Kto powinien ustalać, ile dyskryminacji, cierpienia i krzywdy to za dużo, a ile jeszcze można znieść cierpliwie, czekając na lepsze czasy i klimat odpowiedniejszy do zmian?

Na pewno nie osoba dyskryminowana, powiedział pan premier Tusk, który uważa, że lepiej od osób LGBT umie sformułować postulaty w sprawie równouprawnienia.

Najgorsze co mogłoby się stać to przygotowanie takiej ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uzna za niezgodną z konstytucją. To mogłoby zamrozić temat związków partnerskich na dekady. Bo dziś nie widzę szans, że w ciągu 10-15 lat w Sejmie znajdzie się większość dla radykalnych rozwiązań tej sprawy. Ja chciałbym żyć w kraju, gdzie wszelkie odmienności cieszą się szacunkiem wyrażonym w przepisach prawa, ale muszę być odpowiedzialny za skutki prawne i społeczne. Do efektów dojdziemy drogą ewolucji, choć może nie będą to efekty przez wszystkich tutaj pożądane – mówił Tusk
Tłumacząc z pokrętnej mowy na bezpośredni przekaz: mniejszości, siad na dupie, dostaniecie tyle wolności i tyle praw, ile wam jesteśmy skłonni dać, i nie próbujcie żądać więcej, niż nam się wydaje. Bo to nie jest tak, że osoby LGBT jakieś prawa mają, bo są ludźmi – politycy, czyli biali, heteroseksualni mężczyźni praworządnego wyznania rzymskokatolickiego są dysponentami tych praw, i będą je wydzielać po uważaniu, a niesfornych i roszczeniowych skarcą lejąc po łapach i strasząc, że na lata odbiorą im wszelkie nadzieje.
To powiedział pan premier Tusk, i przynajmniej szczerze powiedział, co myśli. Bo cóż innego znaczyło to szantażowanie Trybunałem Konstytucyjnym? Jeśli premier rządu, szef partii mającej sejm, senat, prezydenta i większość władz lokalnych i samorządowych nie umie zrobić skutecznej kampanii poparcia dla nowej ustawy, i to ustawy, która w przeciwieństwie do paru innych, przepchniętych przez sejm (np ustawy podwyższającej VAT), nie odbiera nikomu pieniędzy ani praw, za to pewnej grupie przyznaje prawa, którymi większość cieszy się od dawna i ma je za wręcz przyrodzone. To nie jest gra o sumie zerowej, gdy komuś trzeba część praw zabrać, by przydzielić osobom LGBT możliwość dziedziczenia, opieki nad partnerem/partnerką, otrzymania informacji o stanie zdrowia czy wzięcia wolnego na zajęcie się chorym/chorą. To kwestia zmiany zapisu i wyrównania dotychczasowej dyskryminacji, a za tym – złagodzenia wielu indywidualnych dramatów i krzywd. Ale dla pana premiera to są radykalne żądania. Pan premier uważa, że to on wie lepiej, ile jeszcze osoby dyskryminowane mogą wytrzymać, i będą musiały wytrzymać, póki on nie uzna, że już wystarczy. Pan premier sam wie lepiej, o ile osoby LGBT mogą go prosić, żeby się on i cała klasa polityczna nie obraziły. To nie jest rozmowa obywatela z obywatelami, to jest rozmowa właściciela z podwładnymi. Nie jest to specyfika samego Tuska, to dyskurs całej prawicowej klasy politycznej i publicystycznej, która swoje przywileje społecznie traktuje jak przyrodzone prawa, a prawa mniejszości – jak fanaberyjne i wyuzdane roszczenia.
 
Premier był łaskaw wiedzieć lepiej również w sprawie aborcji. Tu znów było śmieszno i straszno, zupełnie jak w dowcipie „a mógł zabić”. Nie wierzycie?
 

Tusk powtórzył swoje wcześniejsze zapewnienia, że nie będzie dążył do liberalizacji ustawy aborcyjnej. – Ale na zaostrzenie tych regulacji też się nie zgodziłem. Jestem zwolennikiem status quo – zaznaczał, a publiczność odpowiedziała buczeniem.

Czyli – nie miejcie złudzeń, że pozwolę wam decydować o waszych ciałach samodzielnie, że pozwolę wam decydować, czy dacie radę donosić ciążę, urodzić i znieść wszystkie trudy później. Niech wam się nie wydaje, że poza wąziutkim zakresem absolutnie ostatecznych dramatów (z którego to zakresu w praktyce i tak nie możecie za bardzo skorzystać) państwo oddali od was przymus donoszenia każdej niechcianej ciąży. Cieszcie się, że nie odebraliśmy wam nawet tego ogryzka wolności, jaki zapisany jest w ustawach (których i tak nie przestrzegamy).  Bądźcie grzeczne i nie proście nachalnie, bo pójdziecie spać bez kolacji. Tak mówił premier do kobiet, tak mówi do obywatelek i obywateli.

 
Ja rozumiem, że politykę się robi brzydko, i że partia, której spadają sondaże będzie chciała iść zgodnie z sondażami, nawet jeśli po trupach. Smutne – że zawsze są to trupy mniejszości i osób dyskryminowanych. Smutne, że prawie zawsze są to trupy kobiet. Najsmutniejsze, gdy politycy idący po trupach pokrzykują groźnie, by trupy umierały ciszej i mniej protestowały, gdy się po nich depcze. 

Trwożliwe króliczki

W zasadzie cały artykuł jest tak śliczny, że mam ochotę wkleić go w całości, polać się syropem i wytarzać w nim, a potem chodzić i budzić radość wśród współmieszkańców tego pięknego miasta.

Ambasadorką oburzonych [tęczą na Placu Konstytucji – przyp. moje] została Olga Johann, wiceprzewodnicząca Rady Warszawy z ramienia PiS. Wcześniej sama wielokrotnie składała przeciw tęczy interpelacje.

Interpelacja przeciw tęczy, tak powinien się nazywać tomik poezji.

(Swoją drogą, czy bycie politykiem/polityczką/radną powoduje amputację słuchu i wyczucia obciachu? Serio składa się interpelacje o takich tytułach i nie parska się śmiechem?)

Oddajmy głos pani Johann:

– Okazuje się, że towarzystwo spod tęczy  siada na schodach kościoła – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale parafian może niepokoić.

Aż się prosi o trawestację, w innej części internetów zwaną copypastą:

Okazuje się, że towarzystwo spod kościoła siada na schodach szkoły – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale uczniów może niepokoić.

– Okazuje się, że towarzystwo spod pomnika powstańców siada na schodach urzędu – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale urzędników może niepokoić.

I tak dalej.

Mnie uderzył w tej wypowiedzi obraz przelęknionych parafian, których ze spokoju i samozadowolenia wybija obecność w tej samej przestrzeni miejskiej ludzi o innych poglądach czy zapatrywaniach. To zabawne, że dominujące wyznanie (mityczne 95% katolików, zgadza się? to samo 95% które robi za uzasadnienie obecności funkcjonariuszy religii od przedszkola po hospicjum i obecności władz państwowych na wszystkich mszach) trwoży się niespokojnie, gdy na schodach jednego z kilkudziesięciu tysięcy ich obiektów przysiądzie kilkunastu ludzi wierzących w zupełnie inne ideały, mocno niezwiązane z religią. Mało zabawne jest, że dla komfortu tej większości, lękliwej jak króliczki (mimo swojej miażdżącej przewagi zagwarantowanej szeregiem zapisów ustawowych, takich jak Wartości Chrześcijańskie, obraza uczuć religijnych i szczególne miejsce świat katolickich w kalendarzu), pani radna usiłuje wykopać mniejszość z okolic świątyni, która – info dla osób odległych od stolicy – znajduje się poniekąd w centrum miasta, na przecięciu wielu szlaków komunikacyjnych, w otoczeniu knajp, sklepów i punktów usługowych otwartych dla zróżnicowanej klienteli. Pani Johann wolałaby, aby z przestrzeni publicznej w zasięgu wzroku korzystali tylko katolicy. W imię spójności poznawczej parafian.

Akcja Katolicka pisze w tej sprawie tak: „Zwracamy uwagę, że taki symbol jest wyznacznikiem wszystkich dotychczas odbytych w Warszawie publicznych imprez i manifestacji organizowanych przez środowiska deklarujące odmienne przekonania moralne. (…) Prezentowane tam treści i hasła, w tym również antykościelne, są zdecydowanie w sprzeczności z zasadami wyznawanymi przez chrześcijan. Dlatego wyeksponowanie tuż przed kościołem tej symboliki budzi wśród wiernych oburzenie i protest”. Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi tęcza naruszająca ich uczucia religijne.

No co ja poradzę:

 Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi kwietnik naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi jednorożec naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi krzyż naruszający ich uczucia religijne.

I tak dalej.

Tłumaczenie katolikom, że tęcza miewa pozytywne konotacje związane z pewną historyjką starotestamentową (poleca się jej odświeżenie w związku z ostatnimi oberwaniami chmur!), jest jałowe, ponieważ ich linia rozumowania jest taka, że tęcza na placu jest im wroga kulturowo i żadne konteksty biblijne tego nie poprawią, bo oni dobrze wiedzą, w czyim interesie ta tęcza. Oni nie zniosą, żeby pod kościołem stał symbol wrogiej im tolerancji. Oczywiście samo się prosi, by trollować panią Johann i jej Przerażony Legion Parafian pytaniem, czy wiedzą, że po grecku katholos znaczy powszechny i co oni na to w związku z przeganianiem hipsterów ze schodów kościoła, ale to byłoby kopanie wylęknionego króliczka. Oczekiwanie, by kościół, który procesuje się z Nergalem i Nieznalską rękami swoich gorliwców, kościół, który nasadza kaplice, krzyże i statuy na każdym metrze kwadratowym wolnej ziemi, poucza zarówno wyznawców i ateistów w zakresie moralności i żąda, by prawo odzwierciedlało katolicki punkt widzenia na życie seksualne; otóż, oczekiwanie by ten kościół przyjął do wiadomości istnienie ludzi niezainteresowanych jego sposobami krzewienia miłości bliźniego kijem i pałką ustawą i więzieniem, jest najwyraźniej mocno na wyrost. Natomiast pocieszające byłoby (gdyby nie było groteskowe), że majestat i groza tej instytucji jest tak wątła, że drży od zainstalowania jednej konstrukcji z kwiatków z tworzywa sztucznego, a jej wyznawcy tak są mimo przewagi liczebnej trwożliwi, że korzystanie z tej samej przestrzeni publicznej przez ludzi niewyznających tej samej bajki jest dla nich czymś tak konfundującym, że skłonni są usuwać własny dysonans poznawczy razem z hipsterami, ateistami i LGBT. I że radna Johann uważa, że ktoś powinien potraktować poważnie jej problemy z uzmysłowieniem sobie, że w dużym mieście, na jednym z głównych placów, poza katolikami będą też niekatolicy, i mogą oni również znaleźć się na schodach jednego z tamtejszych budynków.

Przerażające będzie dopiero, gdy jakiś urząd z fobiami pani Johann i jej Trwożliwego Legionu się zgodzi.

 

PS1. Wiem, że oprócz kabaretu Olgi Johann są też inne instytucje, których głosy w sprawie ujednolicenia polskiej memosfery brzmią znacznie mniej rozrywkowo. Pisali już o tym niegłupio:

Gothmucha

Ray Grant

Panoptykon

Nie zamierzam powtarzać ich argumentów, bo wyczerpali temat i słusznie ostrzegają przed rosnącą grupą ds zwalczania dysonansów poznawczych u większości. Mogę się tylko z nimi mocno zgodzić i jednocześnie trzymać kciuki, by nie mieli racji za kilka lat.

PS2. przepraszam za nadużywanie vonnegutowskiej frazy, ale cała ta historia brzmi jakby ją Kurt wymyślił.

Opozycje i sensacje

Dziś będzie krótko i nudno. Będą też brzydkie wyrazy, takie jak Gowin, błędy logiczne, erystyka i pieprzenie w mediach (i nie chodzi niestety o ekscytujące filmiki w płatnych serwisach).

No to lecimy, najpierw odhaczamy pozycję pierwszą:

Miliony młodych kobiet w Polsce dzisiaj boją się urodzić dziecko, bo wiedzą, że albo stracą pracę, albo będą miały kłopot z powrotem na rynek pracy. To jest zadanie dla polityków, a nie jakieś pseudoproblemy w rodzaju legalizacji paramałżeństw homoseksualnych.

Powiedział Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, polityk Platformy Obywatelskiej.

Co my tu mamy? Mamy otóż dorodny przykład tzw. fałszywej opozycji, czyli przeciwstawienie istotnego problemu (rynek pracy wrogi kobietom w wieku rozrodczym) problemowi rzekomo błahemu (legalizacja związków LGBT), którego to błahego problemu rozwiązywanie ma rzekomo utrudniać lub uniemożliwiać rozwiązanie problemu prawdziwego. Chwila namysłu pozwoli jednak uważnemu czytelnikowi klepnąć się w czoło ze zdumieniem i wykrzyknąć: – hola, hola, panie ministrze, a co ma piernik do wiatraka? W jaki sposób legalizacja małżeństw jednopłciowych rzutuje na postawy pracodawców wobec kobiety w ciąży? Jak zmienia dostępność żłobków, lekarzy pediatrów, jak wpływa na nadgodziny dla młodych matek lub gorliwość ojców w braniu zwolnień lekarskich na chore dziecko, by matka nie kumulowała nieobecności w swojej pracy?

Mamy tu do czynienia z kolejną inkarnacją starożytnej maksymy divide et impera, obecnie w wersji: poszczujmy na siebie dwie grupy mające we współczesnej Polsce przegwizdane (dodatkowe punkty dla tych, którzy zauważą, że obie te grupy mają prawo mieć grube pretensje wobec PO, która w kampanii wyborczej obiecywała różne rzeczy zarówno w sprawie sytuacji kobiet jak i kwestii praw osób LGBT). Chwila, w której obie grupy rzucą się na siebie zamiast na polityków mających w nosie realizację własnych obietnic wyborczych, będzie doskonałym powodem do wzniesienia kieliszka szampana przez radę starszych w każdej partii mającej na sztandarach jakieś hasła o społeczeństwie, obywatelach etc ozdobniki. Ponieważ pan minister nie dość, że kobiety faktycznie zatroskane o swoje życie zawodowe po urodzeniu dziecka szpetnie napuszcza na gejów i lesbijki dobijających się o prawa do funkcjonowania w związkach, nie dość, że obrzydliwie wartościuje dramaty społeczne (matki są ważne, potrzebne i godne naszej uwagi, geje i lesbijki to margines wymyślający problemy i ogólnie, mitomani i wariaci); to przede wszystkim w ogóle nie deklaruje, że się czymkolwiek zamierza zająć – ani jako on sam, ani jako członek rządu i partii u steru władz. Po prostu tak sobie, dla podtrzymania rozmowy rzucił granatem w kompostownik i z kieliszkiem wina mszalnego będzie kontemplować efekty w otoczeniu.

Obserwacja, że polityka sprawowana w mediach a nie w sejmie czy gabinetach rządu zmienia się w turniej ersytycznych popisów nie jest ani świeża ani odkrywcza. Telewizornie polują nie na pracowitych posłów, lecz na złotoustych (Niesiołowski, Cymański, Palikot, nieboszczyk Lepper, niekiedy Miller – to nazwiska obiecujące, że w trzydziestosekundowym cytacie będzie mięso, obelga, żart lub idiotyzm, który obleci kilka stacji i gazet, podniesie cytowalność i klikalność przy zerowym wysiłku redakcji, bo to ani komentarza merytorycznego nie wymaga, ani danych). To, że politycy dotąd trzymający się swojej specjalności obecnie wychodzą przed szereg mikrofonów, by wygłosić swoją tombakową myśl, zawdzięczamy temu, czemu i inne majtki Dody na jedynkach gazet i serwisów. Śmieszyć może, że taki poważny we własnym mniemaniu Gowin też w to wpada z pluskiem: wygłasza seryjne głupoty i cieszy się, że album z wycinkami prasowymi z dnia na dzień grubszy.

Obawiam się, że z tego właśnie powodu pan minister teraz strasznie głupio się tłumaczy przed premierem, że wcale nie naplótł idiotyzmów, tylko mu dziennikarze przekręcili i wyrwali z kontekstu. Opowiedział skandaliczne rzeczy bez pokrycia, oskarżył Niemców o eksperymenty na homunculusach, wymyślił nieistniejący handel zarodkami i inne nośne medialnie bajędy a teraz udaje, że nie on i w ogóle to media są brzydkie i się czepiają. Trudno jest, panie ministrze, udawać lorda z monoklem, gdy się najpierw popisywało bon motami wątpliwej świeżości i wstrząsało ogłaszaniem zbrodni widzianych oczyma duszy. Albo gorączka na widok mikrofonu, ekscytacja i sensacja, albo powaga urzędu, jedno z dwojga. Albo szczucie ludzi na siebie, ogłaszanie ex cathedra kto jest w Polsce ważny i godny zajęcia się jego dramatami, a kto pajac i niewart uwagi pseudoproblem – albo bycie ministrem sprawiedliwości. To słowo coś znaczy, panie ministrze, i niech pan nie mówi, że je wyrwałam z kontekstu.

(Edycja tekstu – wyłapana przez Nameste frojdówka, dziękuję za zwrócenie uwagi)

Co mówią pomniki

W „NIE” była kiedyś taka stała kolumna z cytatami z Wałęsy, miała tytuł Pan Prezydent powiedział. Redaktorzy wybierali co bardziej soczyste wypowiedzi i dawali je bez słowa komentarza, tylko opatrzone datą i źródłem. W zasadzie to była całkiem dobra idea, Wałęsa najlepszy jest saute, bez przypraw i szczególnej obróbki.
 
 
– Nie życzę sobie, żeby ta mniejszość, którą toleruję, ale z którą się nie zgadzam, żeby mi wychodziła na ulice i moje dzieci, moje wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami.
 
a później:
 
Grzegorz Kajdanowicz spytał, czy w ocenie prezydenta polityk o orientacji homoseksualnej także powinien być sadzany w parlamencie w ostatniej ławie.- Oczywiście, że tak. Jak sprawiedliwość, to sprawiedliwość – odpowiedział pewnie Wałęsa. – A nawet jeszcze za murem, bo tyle reprezentuje. Ja jestem sto procent demokratą, ale w każdej dziedzinie, a nie tak, żeby 1 proc. wchodził mi na głowę, i mówił „musisz się zgodzić, bo jesteś w większości”.
 

W żadnym przypadku nikogo nie będę przepraszał – oświadczył Lech Wałęsa, tłumacząc się ze swojej piątkowej wypowiedzi o homoseksualistach oraz miejscu mniejszości w parlamencie i życiu publicznym

(Gdybym była odrażającym trollem internetowym, żądałabym, by w ramach podkładu pod ten wywiad Wałęsy odtwarzać w trybie ciągłym to)

Dodał, tłumacząc:

 

– Nie zagrażam im, udowodniłem to przez swoje życie i walkę. Natomiast teraz to te mniejszości są groźne, te mniejszości zagrażają większości, afiszują się i chcą narzucić większości swoje prawa. Ja się z tym nie zgadzam jako demokrata.

Na to bardzo mocno zareagowała Agnieszka Holland, punktując, że głosy poparcia w Polsce nie tak trudno uzyskać głosząc tezy rasistowskie, homofobiczne, antysemickie czy w inny sposób – pogardliwe i wyższościowe, bo to popularny sposób narracji.

 
Czy coś można do tego dodać?
Oczywiście, prasa i internet od paru dni wciąż dodają, a to sążniste artykuły i felietony odkrywające zdumiewającą prawdę, że noblista nie znaczy nobliwy a prezydentura niekoniecznie uszlachetnia. Komentarze w pod artykułami dzielą się na oburzone bądź zachwycone Wałęsą, trybunem ludu.
 
Bo Wałęsa jest trybunem ludu. Zawsze był i zawsze będzie trybunem tego samego ludu – ludu robotników z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Tych, których upoił poryw wolności mówienia, że nie chcą komuny, kartek i ścieżek zdrowia dla politycznych, chcą kiełbasy, urlopów w FWP i żeby żony nie krzyczały, jak skacowani wracają z ryb z kolegami. Tych, którzy nosili wąsy, brody i swetry i uciekali przed milicją i SB w największej przygodzie swojego życia, która nadała sens i ukształtowała ich na zawsze.
 
To nie jest moment, w którym oglądam z chorą fascynacją, jak wyewoluowali ludzie z KOR i ROPCiO; jak rozeszły się drogi tych szczególnych towarzyszy broni; jaką drogę przebyli od rozwożenia ulotek, wspierania rodzin internowanych robotników czy ukrywania się przed SB do salonów, ministerstw, gabinetów czy konferencji o brzozach smoleńskich lub donikąd, do zapomnienia i biedy. To jest moment, w którym stawiam tezę, że Wałęsa mentalnie i psychicznie nie zaszedł nigdzie dalej, niż był w latach osiemdziesiątych. Jego rewolucja się odbyła, jego pomnik stanął, ale pochód poszedł dalej a pomnik stał się słupkiem milowym. Znacznikiem, punktem odniesienia. Punktem widokowym na naszą przeszłość.
 
Kiedy posłuchać przerażających rzeczy, jakie Wałęsa mówi dziś w radio i telewizji, warto sobie uświadomić, że to live transmission sprzed trzydziestu lat. Tam byliśmy. Wszyscy. Nie tylko zdrowy głos polskiego ludu pracującego, ale wszyscy. Elita pisała pogardliwie między sobą o rekomendowanym do remontu majstrze – złotej rączce pedałku, co miało być miłe, bo jedno z piszących lubiło dokładną robotę w domu, a drugie lubiło pedałków (cytuję niedokładnie, bo z pamięci jeden z listów Przybory do Osieckiej z „Listów na wyczerpanym papierze”), i mówimy tu o absolutnej elicie kulturalnej PRL. Wałęsa, którego zakonserwowały w poglądach i samozadowoleniu Nobel i prezydentura dużego kraju jest głosem tamtego pokolenia. Pokolenie mniej oklaskiwane niż pomnik transformacji miało lepszą motywację, by uczyć się nowych rzeczy; i od czasów przaśnych wąsów, popularnych palonych na korytarzach szpitali i uniwersytetów oraz poklepywania po pupie sekretarek zdążyło pokonać drogę do demokracji oznaczającej szacunek dla innego człowieka. Demokracja według Wałęsy jest demokracją stoczniowców blokujących miasto: jesteśmy wkurzeni – ale policzyliśmy się i jest nas mnóstwo, teraz musicie nas słuchać. To walnięcie pięścią przyniosło mu zwycięstwo i triumf w Stoczni nad Jaroszewiczem, podpisanie protokołów i późniejszą karuzelę nagród i zaszczytów. Nie przyniosło refleksji, że jako prezydent i obywatel świata nie jest już jednym z uciśnionych i jego głos staje się głosem satrapy i tyrana.
W ramach wywiadu Moniki Olejnik z Wałęsą o burzliwej demonstracji Solidarności pod Sejmem wyjątkowo brutalnie ujawniło się, jak dalece prezydent utożsamia się z racją dziejową, którą miał, reprezentując robotników trzydzieści lat wcześniej. Chwila, w której symbol gniewu robotniczego mówi:

– Pałowałby pan działaczy Solidarności?  – pytała dziennikarka.

– Tak. Z przewodniczącym na czele – odpowiedział Wałęsa Pierwszego bym ja wyszedł i spałował za to, że nie potrafi mądrze układać stosunków w wolnej Polsce.

– Laureat Pokojowej Nagrody Nobla, były przewodniczący „Solidarności” chciałby pałować przewodniczącego „Solidarności”? – dopytywała Olejnik.

– Bo takie miałbym prawo, gdybym był na miejscu premiera – odpowiedział Wałęsa Na miejscu premiera albo komendanta bym sam wyszedł, żeby jakiś policjant się nie bał spałować przewodniczącego, to ja bym, jako komendant policji, sam go spałował.

 
 zapiera dech w piersiach. Nie tylko dlatego, że cała ta sytuacja jest nierealna, a pomnik gniewu związkowców zamiast trollerskiego długopisu z papieżem (zawsze sądziłam, że był to dowód na abstrakcyjne poczucie humoru Wałęsy i jego potencjał trollerski) chwyta tonfę.
Niecały rok później Wałęsa nie bije już związkowców, ale buduje dla gejów getto ławkowe w Sejmie, powołując się na siłę większości. I tak samo jak rok wcześniej, duża grupa ludzi – dziennikarzy, polityków (a nawet rodzony syn Lecha, Jarosław!), artystów i dawnych przyjaciół wyraża zdumienie i grozę tymi słowami, oraz solidarność z ludźmi, których były prezydent właśnie odesłał za mur. Część z nich próbowała osłonić Wałęsę, mówiąc o jego minionej wielkości i zasługach, ale stawała nieco bezradnie wobec strasznego brzmienia słów o wysyłaniu gejów na margines i boczne uliczki.
Minęło trzydzieści lat od czasów, w których ten głos nie wzbudziłby praktycznie żadnych reakcji.
 
Jest dobrze. Mamy czasy dużo gorsze dla symboli i pomników, ale bezpieczniejsze dla żywych ludzi.
 
 
 
**************
 Uwaga formalna dla ewentualnych komcionautów: wylecą wszelkie dywagacje o Bolkach i Lolkach, prowokacjach i Magdalence. To nie jest ten temat ani ten rodzaj blogaska.