prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery

Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Zbiórka zabawek do trumny

Dzisiaj krótko i z porcją ciśnienia na granicy wylewu, w ramach post scriptum do niedawnej notki.

Narodowcy pikietują przed kościołami w parafiach posłów, którzy nie poparli zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Tydzień temu byli w Bilczy, gdzie mieszka Lucjan Pietrzczyk z PO. W niedzielę stali w Strawczynie, parafii posła PSL Marka Gosa. Mieli transparent z napisem: „Poseł Marek Gos głosował za prawem do zabijania chorych dzieci za twoje pieniądze”.
(…)

– Wszystko, co napisaliśmy, jest prawdą – twierdzi. Powołuje się przy tym na „religię katolicką, która zabrania aborcji”.

Zapytaliśmy, czy Ruch Narodowy będzie pomagał rodzicom wychowującym ciężko chore dzieci. – Tak, planujemy zbiórkę zabawek – odpowiedział Lewicki.

 Żródło.

Otóż siły narodowe z jednej strony stosują zawstydzanie i zastraszanie (to zawsze jakiś postęp, zwłaszcza gdy porównać pikiety z pobiciami np. w Białymstoku) osób publicznych działających niezgodnie z ich wyobrażeniem, z drugiej strony – wybierając takie miejsce na transparenty – wciągają w swój proceder największą siłę opinio- i prawotwórczą w Polsce, czyli kościół katolicki. Skuteczność tego może być niezła, bo o ile tym razem narodowcy zachowają czyste rączki, proboszcz i społeczność lokalna zrobi za nich mały towarzyski linczyk.
 
Pan Lewicki rączek sobie nie pobrudzi biciem, ale buzię sobie trochę popsuł kłamstwami. Pisząc na transparentach o dzieciach, ma na myśli zarodki i płody (szanowni państwo, tzw. późna aborcja w Polsce nie jest i nie była legalna, i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie, więc to, o czym mówimy przy ustawie aborcyjnej, to w najlepszym razie płody), a pisząc <i>chore dzieci</i>, kreśli u odbiorcy w głowie obrazek nieszczęsnych, gorączkujących lub słabowitych istotek, którym strasznie współczujemy. Tymczasem ustawa zezwala na terminację ciąży przy wadach letalnych lub nieuleczalnych i ciężkich, takich jak poważne deformacje i upośledzenia, a nie katar. Więc pan Lewicki świadomie manipuluje na transparencie, pisząc o <i>chorych dzieciach</i>. Zdumiewająca subtelność i łagodność przekazu u frakcji, która bez oporów potrafi straszyć zdjęciami z zabiegów aborcyjnych (znów, najczęściej są to efektowne makabry z zabiegów dużo późniejszych niż te, na które zezwalają polskie przepisy), lecz tym razem powstrzymała się taktownie, i nie zilustrowała swojego transparentu.
A mogła dla ścisłości przekazu udekorować banner tym lub tym lub tym zdjęciem (uprzedzam, naprawdę lepiej nie klikać) – bo o takich chorych dzieciach decydowali posłowie, zezwalając łaskawie nie rodzić efektów ciąży nieodwracalnie uszkodzonej.
 
Zaś odpowiedź w sprawie zaangażowania w pomoc matkom dzieci urodzonych zgodnie z prawicowym porno na mnożenie cierpienia i bólu wybiła mnie z butów tupetem i bezczelnością. Kto kliknął w straszne linki, może się zastanowić, jak pomoże zbiórka zabawek w przypadkach takich jak zobrazowane. Kto nie kliknął, może rozważać, jakie zabawki wręczać noworodkom umierającym w kilka godzin lub dni po porodzie, lub dzieciom pozostającym przez resztę życia bez specjalnego kontaktu z jakąkolwiek rzeczywistością.  I czy matki będą bardzo wdzięczne Lewickiemu za okazaną troskę i zrozumienie ich sytuacji.

Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.

Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?

Ochrona życia nie dla żywych

Jestem za ochroną życia. Najsilniej, gdy czytam takie newsy:

Ojczyma aresztowano, na razie pod zarzutem utrzymywania nielegalnych stosunków płciowych z nieletnią [obecnie jedenastoletnią – przyp. Naima]. W Chile prawo zezwala na współżycie po ukończeniu przez dziewczynkę 14 lat oraz pod warunkiem, że jest dobrowolne. A Pamela Echaura broni jak lwica nie własnej córki, ale męża – zeznała, że wiedziała o tym, co się w domu dzieje, ale że córka zgadzała się na stosunki z ojczymem. – Mojego partnera spotyka wielka niesprawiedliwość – stwierdziła.

Albo takie:

Beatriz ma 22 lata, od miesiąca leży w szpitalu pod opieką lekarzy. Jest chora na lupus, poważne osłabienie odporności, oraz ostrą niewydolność nerek. Oddycha ciężko i prawie nic nie je. Lekarze stwierdzili, że jej 26-tygodniowy płód nie ma sporej części mózgu (anencefalia) i w razie doprowadzenia do rozwiązania, nie przeżyje. Dziewczyna oraz opiekujący się nią lekarze zgłosili wniosek o zezwolenie na przerwanie ciąży z powodu zagrożenia życia matki oraz beznadziejnego stanu płodu.Sąd najwyższy pozostał nieugięty. – Prawo matki nie ma pierwszeństwa przed prawem istoty nienarodzonej – orzekł sąd. – W konstytucji istnieje absolutny zakaz aborcji, bo ustawa chroni życie od poczęcia.

Tymczasem – w przeciwieństwie do tego, jak zawłaszczono w dyskursie publicznym termin życie do zygoty, blastocysty lub zarodka – bardzo szanuję życie ludzi, którzy przyszli na świat jakiś czas temu i borykają się z jego trudami. Szanuję i chcę ochrony życia dziecka urodzonego, jedenastoletniego, które musi radzić sobie z przemocą, wykorzystaniem i zdradą przez najbliższych, a obecnie zmaga się z ciążą, na którą jest bezwzględnie nieprzygotowane. Jedenaście lat! To jest dziecko, dziecko, które powinno się uczyć, bawić, zaprzyjaźniać z innymi dziećmi, rosnąć i rozwijać, a nie – żywić płód kosztem własnego kośćca i mięśni, deformować miednicę i kręgosłup, być może doznać nieodwracalnych szkód wywołanych przedczesnymi obciążeniami.

To jest dziecko, którego prawo nie ochroniło przed gwałtem, przed wykorzystaniem, przed cierpieniem i bólem, a teraz – nie ochroni przed cierpieniem ciąży, ryzykiem utraty zdrowia lub życia. To jest to życie, które nie podlega ochronie prawnej. To jest życie dziewczynek i kobiet.

Jeśli dwudziestodwuletnia kobieta ma donosić (w jej przypadku doleżeć) ciążę z płodem anencefalicznym, niezdolnym do przeżycia, nawet kosztem jej własnego zgonu, to o jakiej ochronie życia mówi Sąd Najwyższy Salwadoru? Czy kobieta w ciąży nie jest już żywa? Czy jej życie nie podlega trosce i dbałości, czy staje się wyłącznie białkowym opakowaniem płodu, niezbędną przechowalnią, żywym inkubatorem, ale ubezwłasnowolnionym i pozbawionym podstawowych praw człowieka?

Przerażają mnie ludzie, których wzrusza plemnik ocierający się o komórkę jajową, którzy ronią łzy nad dzielącymi się pospiesznie komórkami i empatyzują z narastającą tkanką, ale zupełnie bezwzględni i pozbawieni współczucia są, kiedy mówią o żyjących i czujących kobietach. Ludzie, którzy mają ocean rzewności i czułości dla zarodka, ale jedenastolatka w ciąży zagrażającej jej zyciu nie powoduje najmniejszego skurczu w ich wrażliwych na dzieciątka serduszkach. Tania empatia i darmowe bohaterstwo, ot co przemawia przez obrońców życia nie broniących dzieci już urodzonych. Ciekawe, czy matki, siostry, żony i córki tych prawych i godnych ludzi mają świadomość, że dla swoich najbliższych są tylko podrzędną formą istnienia białka, narzędziem kultu płodów; niezbędnym, by obiekt ich uwielbienia powstał i przetrwał, ale samoistnie pozbawionym jakichkolwiek przywilejów i praw.

To mogą być akademickie dyskusje, zdumione nieludzkimi przepisami w odległych dzikich krajach, ale raj pełny pozbawionych prawa do ochrony życia i zdrowia kobiet i dziewczynek chcą nam wprowadzić nasi lokalni władcy i wannabe władcy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tej biednej dziewczynki, o której życie i zdrowie  nie upomina się prawo jej ojczyzny, a miłosierne religie każą jej umrzeć lub cierpieć w imię własnych upodobań do rosnącej tkanki (ta tkanka, kiedy chodzi samodzielnie, mówi i prosi o pomoc, nie jest już interesująca ani wzruszająca). Jej ciąża nie wzięła się z powietrza, nie zstąpiła w słupie światła i dymu. Jej ciąża wzięła się z wieloletniego, konsenwentnego i niczym niezakłóconego gwałcenia. Ojczym zaczął wykorzystywać seksualnie dziewięcioletnią dziewczynkę, i nikt się nie wtrącał – bo rodzina jest święta, bo mir domowy, bo co komu do tego, jak kto wychowuje swoje dzieci. Znamy to? Znamy. Ci sami specjaliści, którzy ze świętym ogniem w oczach mówią o ochronie płodów, zabraniają obcym (aka – służbom państwowym, urzędnikom, wychowawcom) wtrącać się w sprawy rodziny, a wszelkie ustawy mające poprawić sytuację tych bezbronnych, którzy już się urodzili – traktują jak zamach na tradycję, rodzinę i wolność. Rodzina jedenastoletniej Chilijki korzystała z tej ochrony w szczególny sposób – chroniąc prawo gwałciciela do krzywdzenia dziecka tak, jak chce i jak długo chce. Dopiero ciąża spowodowała, że ktoś ośmielił się donieść – ale nadal, matka dziecka wolała je zdradzić i oskarżyć o gorliwe i chętne współżycie z ojczymem, byle tylko zachować wszelkie wolności i przywileje sprawcy. To dziecko ma pecha, bo się urodziło, a rząd oraz prawo Chile, międzynarodowa prawica i kościół nie są już zainteresowane jego obroną. To dziecko ma pecha, bo jego rodzina okazała się bezwzględna, okrutna i zdradziła zaufanie dziewczynki po wielekroć, a prawo, rząd, kościół ani żadna inna władza nie upomniały się o nią.

Za każdym razem, gdy czytam, że Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej to zamach na niezawisłość i wolność rodziny, zastanawiam się, które rodziny tak boją się zapobiegania przemocy, i którym wolnościom rodziny zagraża zakaz bicia, poniżania i gwałcenia kobiet i dzieci. Ja bardzo bym chciała, by życie – i to w Chile, i to w Polsce, było pod ochroną. To życie, które się urodziło, i to które ideologom wydaje się najlepsze do poświęcenia w imię ich wyobrażeń. To również moje życie.

 

(Edycja: przecinki)

Wyważanie drzwi wykresem

I oto mamy dzień, w którym dziennikarze Rzeczpospolitej czytają raport demograficzny ze zrozumieniem. W pewnym sensie jest to święto, bo fakty przebiły się przez pancerz ideologicznych deklaracji, i wydały ładny owoc: poniższą tabelkę –

tabela_RP

Coś, co po drugiej stronie lasu było mówione od dawna, przebiło się do dyskursu prawicy – zależność między stabilnością ekonomiczną a dzietnością. Po prostu – kobiety mające zatrudnienie prawie dwukrotnie łatwiej podejmują decyzję o urodzeniu dzieci, ba, prawie dwukrotnie więcej tych dzieci mają.

Dlaczego wywlekam ten wykres? Bo obala ona kilka mitów jednocześnie, jednym kopem z półobrotu, i warto go zachować gdy znów te mity wypłyną:

Mit pierwszy:

Rozmnaża się zasadniczo bezrobotna hołota, pasożytująca na klasie pracującej, żerując na zasiłkach i becikowym. No więc, ziarenko prawdy jest takie, że owszem – nadwyżkowe, tj takie, na których wychowanie rodziny nie stać dzieci, pojawiają się tam, gdzie panuje i tak skrajna bieda i nędza, połączona z brakiem edukacji seksualnej oraz z brakiem antykoncepcji. (Tu rzut oka na lidera tabeli, ze wskaźnikiem dzietności ponad 7. Jakoś chyba nikt nie będzie zaciekle bronić tezy, że siódemka dzieci to efekt chcenia i planowania Nigeryjek, a nie – efekt tego, że tej siódemki nie miały jak uniknąć.) Natomiast tam, gdzie ciąża nie jest dopustem, karą i nieszczęściem, a zjawiskiem oczekiwanym, należy spodziewać się odwrotnej relacji.

Wniosek – jest argument za zdjęciem części stygmatu z bezrobotnych, których sytuacja i tak jest parszywa. Oraz za zmianą sposobu postrzegania rodzin wielodzietnych.

Mit drugi:

Kobiety nie rodzą dzieci, bo prą na karierę. W dawnych dobrych czasach kobieta siedziała w domu, strzegąc ogniska domowego i niańcząc rozkoszne dzieciątka, a mężczyzna wykazywał się dzielnością dostarczając niezbędne dla domu mamuty pieniądze. Godność macierzyństwa nie była szargana, a mężczyzna cieszył się należnym mu szacunkiem i posłuchem, i żyli długo i szczęśliwie.

Ziarno prawdy: owszem, przed pojawieniem się skutecznej antykoncepcji i kontroli płodności, ludzie mieli więcej dzieci. (Jako że były to czasy medycyny niewspółczesnej, więcej tych dzieci również umierało, zarówno na wady wrodzone jak i z powodu chorób nabytych, w tym również takich, które obecnie są zupełnie eradykowane  – no ale nie o tym mowa)

Wiadro kontry: na luksus kobiety niepracującej i udomowionej przy dzieciach mogły sobie pozwolić daleko nie wszystkie sfery. O ile mamy jakieś dokumenty (pamiętniki, listy, obrazy, dzieła sztuki) pokazujące, że szlachta, zamożne mieszczaństwo i arystokracja od renesansu mogła w ten sposób zarządzać życiem rodzinnym, to umyka nam fakt, że w całej reszcie społeczeństwa – czyli w jego większości! – wśród chłopstwa, drobnych rzemieślników i handlarzy – pracowali wszyscy, którzy nie byli całkiem unieruchomieni wiekiem lub niepełnosprawnością. (W dodatku warto dodać, że wyższe sfery masowo wysyłały swoje niemowlęta na wieś, do mamek, na wychowanie, obalając tym samym mit o czułej miłości macierzyńskiej jako czymś wdrukowanym nam biologicznie. Oraz pokazując, że związek między czułym macierzyństwem a domowym bytowaniem kobiety był dość luźny)

Wniosek: konserwatyści wszelkiej maści, rozdzierający szaty nad spadającą demografią i wieszczący rychłą zagładę narodu, jeśli Polki nie porzucą garsonek, szpilek, biurek, segregatorów, kas i lad, za którymi robią szalone kariery wbrew swojemu przeznaczeniu – ci konserwatyści powinni na chwilę przysiąść w skupieniu i przemyśleć wyniki raportu. Ich ideologiczny zapał w zaganianiu kobiet do garnków, pieluch i pralek nie powinien upośledzać zdolności rozumienia rzeczywistości, a fakty mówią za siebie: dopóki kobieta nie zostanie ubezwłasnowolniona i pozbawiona możliwości kontroli nad własnym ciałem, tak długo świadomie decydować się na dzieci będzie wtedy, gdy będzie mieć podstawy utrzymania dzieci. To znaczy pracę i własne dochody.

Co daję pod rozwagę różnym filozofom i teologom udzielającym w prasie porad na temat życia rodzinnego w świecie idealnie kulistych baniek mydlanych.

Mit trzeci:

Upadek obyczajów, konsumpcjonizm i moda na singli sprawia, że dzieci się nie rodzą. Bo to, panie, z Unii przyszła taka okropna moda.

Ziarno prawdy: dzieciatym jest trudniej, dziecko ogranicza możliwości konsumpcyjne rodziny i wymusza zupełnie inne strategie gospodarowania pieniędzmi.

W kontrze:

Unijne biuro statystyczne zbadało, jak na dzietność wpływa nie tylko wzrost produktu krajowego brutto, ale także wskaźnik konsumpcji (Actual Individual Consumption, AIC), poziom bezrobocia osób w wieku rozrodczym (15–49 lat) oraz poczucie niepewności w gospodarce (Consumers’ Confidence Index CCI).

W trzech ostatnich kategoriach zajmujemy pierwsze lub jedno z pierwszych miejsc w Europie. Na przykład poziom korelacji między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością w Polsce jest najwyższy. Innymi słowy, u nas pogarszająca się sytuacja zewnętrzna szczególnie negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny.

Mody czy pożądania kreowane przez media i kulturę mogą wpływać w sprawach tak kluczowych jak posiadanie dziecka na znikomy odsetek ludzi. Moda może determinować inwestycję w niepraktyczne i niewygodne buty lub rozrzutnie kosztowny samochód (który w czasach kryzysu można ewentualnie ze stratą odsprzedać), ale nie spowoduje decyzji o ponadwudziestoletniej inwestycji, jaką są dzieci.

Wniosek: gromienie mody, stylu życia, pracy zawodowej i innych łatwych celów ideologicznej połajanki jest dużo łatwiejsze, niż dodanie do siebie statystyk i pokazanie, że nie da się jednocześnie biadać nad spadającą dzietnością i wyrzekać, że rodakom nie podobają się elastyczne formy zatrudnienia czyli umowy śmieciowe, obcinanie świadczeń i życie w zawieszeniu. Nie da się zarazem wywalać ludzi na samozatrudnienie/działalność gospodarczą i spodziewać się, że z braku pracy i perspektyw ochoczo zajmą się rozmnażaniem, a dziećmi zajmą się eksploatując w ogródkach podziemne żyły złota zapewne.

Pytanie, czy ustawodawcy i federacje pracodawców dostrzegą to, co dostrzegł już dziennikarz Rzeczpospolitej?

Przepraszam za wyważanie otwartych drzwi, ale okazja się szybko nie powtórzy, by móc polemizować z felietonistami „Rz” za pomocą artykułu z „Rz”.

 

(Edycja: przecinki i gramatyka)

Matki, feministki, alimenciary

Wiem, że to już zakrawa na masochizm, ale wracam do Szlendaka, z którego mądrości cieszyłam się kilka notek temu – gdy szanowny socjolog rozjeżdżał feministki źle odnoszące się do macierzyństwa:

– Choćby te wyrażone w pogardzie, z jaką traktowane są kobiety czerpiące przyjemność z poświęcania się dzieciom. Jedna z moich doktorantek bada kwestię kobiet, które określają się jako feministki, ale także postanowiły mieć dzieci i chcą czerpać przyjemność z macierzyństwa. Akademickie feministki traktują takie kobiety niczym zdrajczynie całego ruchu, bo one niby poddały się męskiej presji, zrezygnowały ze swoich ambicji, by urodzić dziecko. Niektóre odłamy feminizmu mają z macierzyństwem kłopot.

 

 Aha, tylko, że te wrogie macierzyństwu feministki nie istnieją:

Co ciekawe, nie-feministki, w szczególności te będące matkami, mają błędne poglądy na temat stereotypowej feministki, która w ich oglądzie jest osobą niezainteresowaną czasochłonnymi i pracochłonnymi praktykami przywiązania rodzicielskiego. Nie-feministki uznawały feministki za mniej zainteresowane przywiązaniem rodzicielskim, kiedy to w rzeczywistości feministkom było ono bliższe.

Liss i Erchull konkludują: „Nasze wyniki sugerują, że powszechnie występujący stereotyp mówiący, że feministki są przeciwne związkom romantycznym i rodzinnym jest nieprawdziwy. Nasze dane wskazują, że to w rzeczywistości feministkom są bliższe praktyki przywiązania rodzicielskiego*”.

 

Tak jakoś nieswojo mówić, ale czyżby doktorantka Szlendaka istniała tam, gdzie i inne źródła jego mądrości naukawych? Bo jakoś badania (fakt, że na niezbyt wstrząsająco licznej grupie, ale jak na badanie psychologiczne – znośnej) nie bardzo są skłonne zgadzać się doktorantką. Za to – o, jakie to zdumiewające! – zgadzają się ze stereotypem, jaki pokutuje na temat feministycznego macierzyństwa. Hm, hm. Smutne to okropnie, bo poza Schadenfreude ze złapania pana doktora z opadniętymi spodniami na wierutnym kłamstwie mam wrażenie, że z nauką uprawianą w ten sposób jak robi to Szlendak i jego magistranci/doktoranci – dobrze nie jest i raczej nie będzie.

 

A teraz znacznie mniej zabawna część notki. Prosiłabym o kliknięcie i przeczytanie tego  artykułu, świetnie napisanego przez Izę Desperak (ukłony dla Szproty, która propagowała). Naprawdę, poproszę o przeczytanie całości, bo tu będą tylko skromne komentarze do poważnej pracy Desperak, która przeanalizowała kolejne zmiany ustaw wokół Funduszu Alimentacyjnego.

Historia jest ponura, ale dobrze odzwierciedla zmiany, jakim podlegało nasze myślenie o słabszych członkach społeczeństwa na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat: od solidarnego zrzucania się na pomoc dla osób pozbawionych środków do życia do piętnowania i potępiania roszczeniowych nierobów. Widać tu doskonale, jak odchodzimy od myślenia o sobie jak o wspólnocie (ponowne podziękowania dla Szproty za mądre obserwacje) w kierunku wizji hordy i indywidualnej walki na zęby i pazury –  walki, w której słabsze osobniki mają sobie radzić same albo zginąć, bo ludzi sukcesu to nie musi obchodzić.

Historia zmian w Funduszu odzwierciedla to, jak zmieniło się myślenie ustawodawcy o samych alimentach. Fundusz pierwotnie wypłacał potrzebującym należne świadczenia nieściągalne w zwykłym trybie, zostawiając sobie późniejsze dochodzenie ich od dłużnika. Ustawodawca bowiem uważał wówczas, że potrzeby małoletnich są priorytetowe, a niewydolność bądź niefrasobliwość rodziców nie powinny powodować głodu lub niedostatku dzieci. Stąd Fundusz zakładał niejako za ojców należne dziecku pieniądze, a potem usiłował odzyskać je od ukrywających się rodziców z różną skutecznością. Zmiany w Funduszu brały się nie tylko z ogólnego debetu w budżecie państwa, ale i ze specyficznego przewartościowania podejścia do beneficjentów – uzależnienie wypłaty od sytuacji finansowej matki tam, gdzie dotąd decydowała zasądzona przez Sąd Rodzinny kwota alimentów była znamiennym objawem. „Państwo nie jest ojcem” – grzmiała Jolanta Banach, ale to zdradliwa teza, bo ojcem też nie jest samotna matka ani jej pracodawca, rodzina czy partner. Mówienie, że alimenty z Funduszu można przyciąć, gdy samotna matka przestaje żyć w nędzy dzięki znalezieniu lepszej pracy lub szczęśliwemu zamążpójściu, oznacza, że państwo (dotychczas będące pośrednikiem w wykonywaniu wyroku Sądu, przypomnijmy!) z góry zakłada, że to na samotnym rodzicu spoczywa ciężar utrzymania dziecka, a Fundusz będzie w ostateczności w minimalnym możliwym stopniu zapobiegać zgonom z głodu tych mniej zaradnych. Zamiast poprawić ściągalność należności od niewywiązujących się rodziców, ruszyła kampania oczerniająca roszczeniowe kobiety (a to nowość, prawda?) i wstrzymano wypłaty tym, które jakoś same utrzymują się na powierzchni.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że przecież to słuszne, że po co wypłacać z wychudzonego budżetu pieniądze tym, którzy sobie bez nich poradzili, przypomnę: alimenty to nie jałmużna ani darowizna – to zasądzone wyrokiem polskiego Sądu środki na utrzymanie dziecka. Fundusz wypłacał je w imieniu ojców niewypłacalnych (bezrobotnych, osadzonych w więzieniu etc) a potem od nich dochodził zwrotu kosztów. To nie były prezenty.

Komunikat płynący z tych zmian jest prosty: kobieto, radź sobie sama. Było nie zachodzić w ciążę z nieodpowiednim facetem, było nie rodzić dzieci. Zdumiewające, jak zbieżnie z polską ulicą, z Mikołejką, z forami internetowymi, mówi polski ustawodawca. Ten sam ustawodawca, który „szczególną opieką otacza małżeństwo, rodzinę i rodzicielstwo”, jak żartuje sobie Konstytucja. Ten sam ustawodawca, który surowo i pod sankcją więzienia zabrania aborcji z przyczyn społecznych i finansowych.

Kobiety w Polsce nie chcą rodzić dzieci, o czym trąbi co druga gazeta i praktycznie każdy portal internetowy. Kobiety w Polsce rodzą dzieci późno i niechętnie, przedkładając nad wczesne macierzyństwo dobrą (lub najlepszą dostępną w ich zasięgu) edukację i jakie – takie ustabilizowanie zawodowe (czyli stałą umowę o pracę, nie szalejmy z wyobrażeniami o mitycznej karierze). Robią to, bo zdają sobie sprawę, że od zajścia w ciążę staną się publicznym wrogiem numer jeden, nie znajdą zatrudnienia ani wsparcia, zostaną nazwane roszczeniowymi cwaniarami, a po urodzeniu będą musiały radzić sobie w dużej mierze same z wychowaniem dziecka, bo żłobki i przedszkola wyglądają na spotach wyborczych mniej efektownie niż stadiony. Kobiety w Polsce czytają prasę i są świadome, że jeśli ich wybór partnera i ojca dziecka okaże się niefortunny, zostaną same z obciążeniami wynikającymi z rodzicielstwa, a państwo będzie im pomagać dopiero, gdy znajdą się na granicy całkowitej nędzy.

Państwo samo nie chce, byśmy postrzegały je jako przyjazną i opiekuńczą wspólnotę. Państwo od nas żąda, ale nie podaje ręki, gdy staramy się sprostać jego żądaniom. Państwo oferuje nam frazesy o szczególnej opiece i trosce, ale obcina Fundusz Alimentacyjny i likwiduje żłobki. Państwo sponsoruje kampanie medialne i marsze prolajfersów, ale nie jest skłonne zauważyć, że dzieci narodzone w trudnych warunkach socjalnych potrzebują pieluch, kaszek i szczepionek bardziej, niż plakatów i kazań. Żądanie rozrodczości przy jednoczesnym wysłaniu samotnych rodziców do stygmatyzującej kolejki klientów opieki społecznej wydaje się drwiną. Zdziwienie niskim współczynnikiem dzietności w Polsce może pojawić się tylko u osób, które kompletnie nie potrafią widzieć więcej niż jednej statystyki naraz. Niestety, widzenie tunelowe nie sprawdza się przy planowaniu rodziny. Politykom od prorodzinności zaleca się szerszą perspektywę niż tylko walka z aborcją i feminizmem.

 

________________________________________________________________________

*[Dla tych, którzy dotąd omijali strony poświęcone rodzicielstwu i stylom wychowywania przyszłych pokoleń: tzw. „przywiązanie rodzicielskie” to styl wychowawczy oparty na podążaniu za dzieckiem, bardzo wymagający i zakładający, że to rodzic się dostosowuje do potrzeb dziecka, a nie na odwrót (mówimy tu o wychowaniu niemowląt a nie uleganiu terrorowi gimbazy!) – karmi na żądanie, nosi na rękach, koi, sypia z dzieckiem, długo karmi piersią etc.]