Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

Reklamy

prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery

Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Granat w stawie, kręgi na wodzie

Przez znajome internety przewala się lawina wpisów na temat byłego kolegi/znajomego/współpracownika, który okazał się być bardziej wannabe gwałcicielem i molestowaczem niż fajnym kumplem. Bomba wybuchła, tekst stał się viralem i krąży, ostrzegając kolejne grupy dziewczyn przed gościem, którego wszyscy dotąd znali z zupełnie innej, szanowanej strony. Jednocześnie coraz to zgłaszają się nowe ofiary faceta i mówią: „o rany, was też..?”.

To nie będzie tekst o tym mężczyźnie.

To będzie tekst o ludziach wokół. O falach reakcji wzbudzonej przez ujawnienie sprawy i wyraźne zajęcie stanowiska.

Ponieważ w ramach tej kampanii ostrzegawczo-informacyjnej po raz pierwszy dało się zobaczyć w działaniu hasło miej odwagę powiedzieć STOP, gdy przy tobie ktoś przekracza granice. Mnóstwo ludzi zareagowało i wysłało wyraźny sygnał, że molestowanie, prześladowanie, napastowanie jest nie w porządku i budzi ich sprzeciw. Wymagało to tym większej odwagi i samozaparcia, im dłużej znali się i lubili ze sprawcą. Przejście od pobłażliwego zmarszczenia nosa na nutę No ale on już taki jest do ponurej konstatacji o cholera, tyle lat kumplowałem/am się ze stalkerem i molestatorem nigdy nie jest łatwe. Chroniąc siebie i własny obraz jako osoby, która przecież nie zezwalałaby na przemoc w swoim otoczeniu – nie dopuszcza się myśli, że oto ten fajny ziom z pracy drastycznie przekroczył granice żarcików czy uwodzenia. On tak ma, taki jest rubaszny w obejściu, takie ma trochę krzywe poczucie humoru, ale to swój facet. Im dłużej to jest swój facet, tym dłużej ofiary molestowania czują się nieswojo z myślą, że miałyby zgłaszać protest albo głośno się poskarżyć na to, co je spotkało. I dlatego właśnie swój chłop miał wolną rękę przez wiele lat, a nikt nie widział sygnałów ostrzegawczych. A dlatego właśnie, że tak trudno od akceptowania wraz z wadami swojego chłopa dojść do radykalnego zrywam z tobą kontakt, bo skrzywdziłeś wiele kobiet; chciałam stąd podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w wielu miejscach: w informowanie, w przekazywanie dalej ostrzeżeń na temat własnego kumpla, w opiekę nad osobami skrzywdzonymi przez jego działanie. Wiem, że musiało być to dla nich traumatyczne, trudne i dotkliwe, i dziękuję, że uwierzyli prześladowanym dziewczynom zamiast chronić swoje dobre samopoczucie i utrzymywać się za wszelką cenę w przekonaniu, że przecież nie firmowaliby swoją przyjaźnią kogoś, kto krzywdzi. Ich odwaga w wyjściu z własnej strefy komfortu psychicznego pomogła nie tylko dotychczasowym ofiarom, ale też tym, które znalazły się w kręgu oddziaływań tego gościa i zostały w porę ostrzeżone. A także zupełnie innym, nieznanym wam dziewczynom i facetom, którzy mieli złe doświadczenia z innymi stalkerami i gwałcicielami: daliście osobom skrzywdzonym przez molestowanie poczucie, że jeśli odezwą się głośno, ktoś im jednak uwierzy. Nawet, jeśli napastnik jest znany i respektowany.

Druga rzecz w związku z tą sprawą to oczywiście reakcje w sieci. Jako że tekst ostrzeżenia pojawił się w wielu miejscach, na społecznościówkach i komunikatorach, nieuniknione były petardy komentarzy.

Jeśli ktokolwiek z komentujących całą akcję z niedowierzaniem czyta również tego bloga, chciałabym wypunktować, co następuje:

  • za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom. Zastanówcie się, czy właśnie to chcieliście wyrazić.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że macie za mało dowodów, że uwierzycie, dopiero gdy jakaś wasza dobra, długoletnia znajoma potwierdzi wam, że ona też była molestowana tak, jak to opisują inne – odbieracie wiarygodność dziewczynom, które i tak są w dramatycznie dotkliwej sytuacji. Co więcej, żądacie zdania szczegółowego raportu z traumatycznego doświadczenia nie mając do tego najmniejszych praw. Takie wymagania stawiają ofiarę w klinczu: albo ponownie przeżyje swój dramat referując detale wydarzenia, o którym woli nie pamiętać, albo zarzuci się jej kłamstwo lub pieniactwo. Dajecie jasny przekaz: osobom skrzywdzonym przez napastnika seksualnego się nie wierzy, ich doświadczenia są negowane a wiarygodność podważana. Ciekawość szczegółów nie usprawiedliwia szantażowania ofiar w celu wydobycia z nich niechcianych wspomnień. Internetowy komcionauta może poczytać sobie Fakt, jak jest żądny sensacji.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że uwierzylibyście, gdyby do internetowych wpisów dołączyć kwity z przekazania sprawy na policję czy prokuraturę – podważacie wiarygodność ofiar oraz uzurpujecie sobie prawo do decydowania, jak mają swoją sprawę prowadzić. W tej konkretnej i w każdej innej sprawie to osoba skrzywdzona decyduje, czy chce swój przypadek zgłaszać i w jakiej formie.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że pokrzywdzone powinny były zrobić to czy tamto – wbijacie je we wtórną traumę. Sytuacje molestowania mają to do siebie, że nie da się na nie przygotować i zareagować optymalnie. Sprawca zastrasza, zawstydza, wpędza w poczucie winy, wmawia sama tego chciałaś, nikt ci nie uwierzy. Wymądrzanie się anonimowo po fakcie, że gdyby pokrzywdzone zrobiły coś tam, to sprawy potoczyłyby się inaczej tylko utrwala stres i traumę. Pouczając zza klawiatury ofiarę molestowania nie pomagacie ani jej, ani nikomu innemu, tylko poprawiacie sobie nastrój złudzeniem, że was to nie spotka, bo jesteście tacy przewidujący/ce.

To nie jest pierwsza sytuacja, gdy ktoś znany, szanowany, ze środowiskowym prestiżem i autorytetem przekracza granice. Nie jest też ostatnia, niestety, są inni i będą następni. Jest to pierwsza taka akcja, w której widzę, jak środowisko umie się przełamać i przyznać, że nie widziało przez lata złych rzeczy, również dlatego, że nie chciało widzieć. Dzięki tej akcji ostrzegawczej łowisko wreszcie się skurczyło nie tylko dla tego jednego seksualnego napastnika. W świat poszedł sygnał, że molestowanie nie jest dobrze widziane nawet, jeśli uprawia je jeden ze swoich. Jeśli choć paru stalkerów i macaczy w tej chwili poczuło się mniej pewnie i zawahało się, czy ktoś nie patrzy im z dezaprobatą na ręce, to akcja odniosła już sukces.

Nie wystarczy komentować w internetach pod artykułami o gwałtach gdzieś daleko w świecie. Skomentowanie zachowania własnego znajomego, który pcha się z łapami do koleżanki wymaga więcej odwagi. Dziękuję wszystkim, którzy ją mieli. Dzięki wam zrobiło się bezpieczniej.

Edycja: justowanie i literówka.

Etycy i esteci

W mediach wezbrała powszechna  wyrozumiałość i wystąpiła z brzegów. Specjaliści w różnym wieku na wyprzódki lecą tłumaczyć, że co prawda Polański zrobił brzydko, ale z różnych powodów nie powinniśmy być Katonami i mówić mu przykrości.

Bieżąca ścieżka obrony wiedzie nieco mniej obrzydliwą trasą niż parę lat temu, kiedy to kolega po fachu rechotał, że nie można przecież zgwałcić prostytutki (Zanussi, wstań) a koleżanka (Stalińska, o tobie mowa) mu basowała, uprawiając victim blaming aż świstało. Engelking co prawda ma wstrząsającą refleksję, że skoro ofiara nie była dziewicą, to co to za gwałt. Tu oczywiście miałabym pytanie, czy jakby kto upił/ućpał dorosłego i – jak sądzę – niedziewiczego Engelkinga i odbył z nim stosunek analny wbrew woli, to pan pisarz nadal byłby taki pewny, że to nie gwałt i nie ma o czym mówić; no, ale nie jestem z zawodu etyczką, więc nie będę sugerować tak wyuzdanych eksperymentów myślowych.

Wracając do naszych tytanów i tytanic wyrozumiałości. Do tkliwego wybaczania skłaniają ich trzy okoliczności:

  • wyjątkowy dorobek artystyczny Polańskiego
  • publiczna deklaracja ofiary gwałtu, że przebacza sprawcy
  • upływ czasu, wskazujący na przedawnienie

Pierwszy argument jest tak kompletnie od czapy, że aż nie wiem, jak może przechodzić przez usta i klawiaturę zawodowcom (Środa ma kwity na bycie etyczką, ba, powołuje się na nie w swoim kuriozalnym felietonie). Twórczość Polańskiego ma się nijak do jego postępku, bo nie twórczością gwałcił trzynastolatkę w swoim jacuzzi. Jeśli Środa przedkłada wyżej filmy Polańskiego nad służbowe kreacje czy wyczyny oratorskie Wesołowskiego, to oczywiście kwestia jej wrażeń estetycznych, ale wywodzenie z tego skutków prawnych czy moralnych w kwestii zupełnie niezwiązanej z uprawianą przez obu panów sztuką czy pracą jest totalnym nadużyciem. Pol Pot nie byłby ani odrobinę mniejszym zbrodniarzem, gdyby przy rzeziach Kambodży grał wirtuozersko na flecie. Literacka wartość pamiętników czy biegłość zawodowa prawniczych publikacji nie rzutuje na opinię o pozostałych dokonaniach Hansa Franka. I tak dalej, bo dojechaliśmy do Godwina.

Co do kuriozalnego stwierdzenia, iż:

O „przypadku Polańskiego” nie mam jednoznacznej opinii. Jako osoba prywatna i lubiąca jego filmy uważam, że trzeba dać mu spokój; jako osoba szanująca prawo jestem za ekstradycją; jako etyk uznaję, że przebaczenie ofiary wymazuje winę sprawcy. Reszta powinna być sprawą jego własnego sumienia.

(Środa dixit), nie jest ono w niczym lepsze od salomonowego prawdopośrodkizmu Engelkinga:
Czy jest z tej matni jakiekolwiek uczciwe wyjście? Jest uczciwsze od innych, czyli umycie rąk. Umycie rąk, które oznacza stwierdzenie: jest źle, że Roman Polański nie trafił do więzienia za swój czyn, ale tak naprawdę, to ten czyn niewiele mnie obchodzi – także dlatego, że nie jestem i nie zamierzam być jego sędzią, a uznaję Polańskiego za jednego z najważniejszych reżyserów, więc wygodniej mi nie osądzać. Gorzej – czytaj: mniej wygodnie – by było, gdyby Roman Polański do więzienia za swój czyn trafił. Dlatego lepiej nie optować za ślepym, mechanicznym działaniem wymiaru sprawiedliwości – i zamieść sprawę pod dywan, zdając sobie sprawę z własnej klęski. Jest to najlepsze ze wszystkich złych rozwiązań.
Otóż, Samantha Geimer może przebaczać wyłącznie w swoim imieniu. To nad nią znęcał się trzydzieści lat temu Polański, to ją przesłuchiwali – według najlepszych technik oskarżania ofiary – amerykańscy policjanci i prawnicy, to z jej przeżyć wiele gazet zrobiło sobie materiał na pierwsze strony i to o jej prowadzeniu po trzydziestu latach tak swobodnie rozprawia felietonista polskiego portalu. Geimer ma prawo mieć dość cyrku wokół siebie, ma prawo chcieć lub nie chcieć procesu i dojrzeć do wybaczenia sprawcy lub po prostu odpuścić. Środa ochoczo podpinająca się pod tę deklarację przebaczenia jest dla mnie powodem do zażenowania. Etyczne wymazanie winy może tu następować w odczuciu Geimer, natomiast ci, których tyłek nie ucierpiał, niech się tak rączo nie podwieszają ze swoim rozgrzeszaniem i anulowaniem winy. Zwłaszcza, że deklaracje o wybaczeniu mogą płynąć z różnych pobudek, również z zamęczenia ofiary przez różnych medialnych ekspertów od oceny jej działań i głębi jej krzywd.
Byłoby nieźle, jakby chyża w darowaniu win Środa pomyślała, że jej felieton może czyta nie tylko Roman Polański, ale też dzieciaki gwałcone przez inne sławy, światowe czy lokalne. Myślę, że nie cieszyłyby się z takiego rozgrzeszania sprawców.
Argument z przedawnienia jest tak naprawdę najmocniejszy.
Od razu zastrzegam się, że nie będę nawet udawać, że znam przepisy prawa karnego obowiązującego w stanie Kalifornia – zwłaszcza te sprzed trzydziestu siedmiu lat. Jeśli ktoś z komentatorów zna, poproszę o skomentowanie.
Natomiast wiem, że w wielu systemach legalnych wszczęcie postępowania przerywa bieg przedawnienia, co mogłoby znaczyć, że w sensie prawnym nie ma co mówić o przeterminowaniu się sprawy. Sprawę wszczęto, Polański po prostu uciekł, wystraszony perspektywą znacznie surowszej kary niż ta, którą się spodziewał dogadać z prokuratorem jego prawnik. Stąd też USA mimo upływu czasu wciąż żąda ekstradycji, a Polański stąd też woli osobiście nie jeździć na gale oskarowe.
Czy zbrodnia przedawnia się w sensie moralnym? Nie wiem. Na pewno dzisiejszy Polański to zupełnie inna osoba niż trzydzieści lat temu, co wnoszę nie tyle z jakiejś tajemnej wiedzy na temat jego nawrócenia, co z tego, że nikt nie jest odporny na upływ trzech dekad. Czy to jest powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że „było minęło”? Nie mam takiej pewności. Nie znaczy to, że mam pewność, że posadzenie osiemdziesięciolatka w sprawie przestępstw popełnionych przez czterdziestolatka jest jedynym rozwiązaniem. Mam pewność, że bardzo źle się stało, że czterdziestoparoletni facet przed tym sądem nie stanął i nie przyjął na klatę konsekwencji. Być może proces nie byłby uczciwy, być może kara byłaby dużo cięższa niż spodziewana. Być może posadzenie celebryty, ba – wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy! – do więzienia za gwałt na nieletniej spowodowałoby większe zmiany w powszechnej świadomości i wcześniejsze wyjście na jaw innych dramatów wykorzystywania dzieci. Jeśli Środzie i Engelkingowi wolno rozpaczać, że siedzący za kratkami artysta nie nakręciłby tylu arcydzieł, mnie wolno fantazjować, że proces i więzienie dla Polańskiego dałyby wyraźny sygnał (nie tylko medialny) o niezgodzie na pedofilskie gwałty, wykorzystywanie nieletnich i tuszowanie przestępstw w przypadku, gdy sprawcami są znane osobistości.
Nie będzie efektownej pointy, nie mam zamiaru robić za Maxa Kolonko i mówić, jak jest i jak ma być. Chciałabym tylko, żeby sławne etyczki nie były tak rącze w biciu się w nieswoje piersi i wybaczaniu nieswoich krzywd tylko dlatego, że lubią fajne filmy. Bo etyka i estetyka powinny się różnić czymś więcej, niż jedną sylabą.
A na zakończenie mała zagadka – czy autorem zalinkowanej polemiki z profesorą Środą jest:
a) zawodowy etyk
b) przyzwoity felietonista
c) internetowy brukowiec zajmujący się na co dzień kwestią bielizny noszonej przez gwiazdki i gwiazdeczki?
Odpowiedzi prosimy nie nadsyłać, bo wstyd.

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

Czy jesteś zwolenniczką operacji?

Jedną z fałszywych opozycji, jakie pojawiają się przy okazji omawiania przypadku fanatyka Chazana, jest pytanie do potępiających zmuszanie kobiet do donoszenia każdej ciąży: to znaczy że jesteś zwolenniczką/zwolennikiem aborcji?

Pytanie jest rozpaczliwie głupie, jak się zastanowić nad jego znaczeniem. Co to znaczy, być zwolennikiem aborcji? Jakby to brzmiało, jakby podstawić inne zabiegi medyczne:

– Czy jesteś zwolennikiem usuwania zębów?

– Czy jesteś zwolennikiem wycinania wyrostka?

– Czy jesteś zwolennikiem wymrażania/wypalania nadżerek?

 

Zdrową odpowiedzią na tak zadane pytania byłoby wytrzeszczenie oczu i zastrzeżenie, że to mocno zależy od pacjenta, któremu ma się coś robić, oraz od jego stanu zdrowia – czy ma chore zęby, nierokujące sukcesów w leczeniu, czy ma wyrostek w stanie zapalnym, czy chce go usuwać prewencyjnie, czy ma nadżerki i czy wolał(a)by ich nie mieć. Nikt normalny nie chodzi z ewangelią, że wszystkie wyrostki powinny podlegać resekcji, a zęby mądrości podlegają karczowaniu na mocy objawienia. Nikt nie głosi potrzeby wycinania wszystkim znamion ze skóry ani wybielania zębów pod nadzorem prokuratora.

 

Nie pytajcie mnie więc przy następnej okazji, czy jestem zwolenniczką aborcji, bo to nieuczciwe i niemądre zagranie erystyczne. Nie jestem. Jestem zwolenniczką tego, by każda kobieta mogła sama zdecydować o swoim ciele i zdrowiu w sposób, który będzie dla niej najlepszy. I żeby w tej decyzji mogła liczyć na kompetentnego i profesjonalnego lekarza, który będzie zwolennikiem ochrony zdrowia swoich pacjentek. Przeraża mnie zarówno wizja świata, w którym istnieje przymus hodowania nadżerek/zgniłych zębów/brodawek na skórze dopóki nie odpadną samoistnie lub zabiją nosiciela – tak samo jak świat, w którym ustawowo zmuszano by ludzi do niechcianych zabiegów na ich ciele.

 

(Osoby gotowe spieszyć z moralnym potępieniem, że zarodek w macicy to nie ropień na zębie ani nadżerka pragnę zapewnić, że mają pełną swobodę antropomorfizowania swojej zygoty, ale upraszam je o nierozciąganie swoich wyobrażeń na inne macice oraz nieprzyjmowanie swoich fantazji za uniwersalne i wiążące dla wszystkich na świecie.)

 

Notkę o Chazanie napisała bardzo pięknie Szprota, więc ja nie muszę.