Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Reklamy

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.

 

Prawa kobiet, ale…

Oczywiście, że szanuję kobiety i ich prawa, ale powinniśmy też pamiętać o [wstaw randomowo ulubioną abstrakcyjną ideę], które są conajmniej równie ważne, więc nie możemy forsować rozwiązania korzystnego dla kobiet wbrew tej sprawie.

Ponieważ niedawno przeczytałam tę historię i nie mogę się otrząsnąć z grozy. Dla tych, którzy nie czytają po angielsku streszczenie artykułu: w 2002 w szkole dla dziewcząt wybuchł pożar. 15 dziewcząt zmarło, ponad 50 doznało obrażeń. Mutaween (czyli religijna policja obyczajowa) nie pozwoliła dziewczętom uciekać z budynku, ponieważ nie były ubrane odpowiednio do wyjścia w miejsce publiczne (tzn. okryte od stóp do głów). Personel zaganiał je do płonącej szkoły i odpychał cywilnych ratowników, bo niemoralne byłoby, żeby obcy, niespokrewnieni mężczyźni dotykali skóry młodych dziewcząt.

Przepraszam, ale potrzebuję chwili przerwy.

Pisałam już wcześniej o tym, jak komplikuje dyskusję, gdy mieszają się porządki normatywne i opisowe, gdy zderza się z jednej strony argumentacja oparta na konkrecie z argumentacją wywiedzioną z abstrakcji. Horror z Mekki jest wymowną ilustracją, że priorytet nawet najpiękniej brzmiącej idei nad konkretami, takimi jak życie i zdrowie konretnych, realnych dziewcząt nie przynosi dobrych rezultatów. Dziewczyny zginęły, by nie wodzić na pokuszenie ratowników.

Rok temu inna dziewczynka niemal zginęła, żeby nie gorszyć swoich rówieśników i nie szczuć ich do złego. Jej zbrodniczo zły przykład polegał na chodzeniu do szkoły i chęci uczenia się jak najdłużej.

W tym roku dostała nagrodę imienia Sacharowa za działalność na rzecz praw człowieka.

Chwilę później strażnicy moralności kobiet obiecali, że znów postarają się ją zabić, bo szarga przyzwoitość i ideały islamu żyjąc i chcąc się uczyć w szkole.

Zarzuty o przejście na stronę zła i ciemności życia laickiego i zwalczania islamu brzmią wątło, gdy się czyta, jak Malala wygłosiła swoje przemówienie na forum ONZ:

Bismi Allah ar-Rahman ar-Rahim, w imię Boga miłosiernego, litościwego – zaczyna drobna brunetka w różowym stroju. Na początek chcę podziękować Bogu i wszystkim, którzy modlili się za moje wyzdrowienie. Nie mogę uwierzyć, ile dostałam miłości z całego świata.
 
 
Ubrana w strój zasłaniający jej ciało i włosy, zaczynająca przemówienie w ONZ od inwokacji do Allaha wydaje się być wspaniałą ambasadorką islamu, czyż nie? Z punktu widzenia fanatycznych wyznawców szariackiej wersji gender zasługuje na śmierć, ponieważ nie dała się zamknąć w domu i pisała o potrzebie edukacji, domagając się, by wbrew zakazom mułłów utrzymano przy życiu szkoły dla dziewcząt. (Zwróćcie uwagę – już nawet nie koedukacyjne placówki, ale choćby segregowane z przyczyn religijnych szkoły!) Jej rewolucyjne i wywrotowe przemówienie zawiera takie oburzające tezy:
 
– Mamy tego dość. Kobiety i dzieci cierpią na całym świecie. W Indiach dzieci są ofiarami przymusowej pracy. W Nigerii niszczone są szkoły. W Afganistanie przez dekady rządzili ekstremiści. Dlatego wzywamy dzisiaj światowych przywódców: zmieńcie politykę, zapewnijcie nam spokój, niech prawa kobiet i dzieci wreszcie będą przestrzegane.- Chcemy szkoły, chcemy prawa do nauki dla każdego dziecka. Bo jedno dziecko, jedna książka i jeden długopis, mogą zmienić przyszłość świata.

 

Malala staje się, świadomie lub nie, rzeczniczką feminizmu, wołając o prawo do wyboru i uszanowanie wyborów poczynionych przez kobiety. Ona wybrała bycie wierzącą muzułmanką i bycie wykształconą. Władze jej kraju odmawiają jej tego prawa do tego wyboru: ma być muzułmanką lub umrzeć. Bycie muzułmanką w ich rozumieniu nie wymaga umiejętności czytania ani liczenia, nie wymaga znajomości geografii ani fizyki, nie musi obejmować rozumienia historii ani chemii. Ich – władz religijnych – rozumienie istoty bycia muzułmańską kobietą jest jedynie słuszne i wyczerpuje spektrum dostępnych ścieżek życiowych dla kobiet pod ich panowaniem. Te, które wychylą się choćby z prośbą o pozwolenie na chodzenie po ulicach w zwykłym, wygodnym ubraniu lub z postulatem czytania podręczników i zdobywania wiedzy są zastraszane i zapędzane kolbami do domów. Lub rozstrzeliwane. Ich upokorzenie, ból i okaleczenie to konsekwencje, jakie ponoszą za żądanie prawa do wyboru swojego życia.

 
Za to samo prawo, o które upominamy się również w Polsce.
 
W dyskusjach o feminizmie bardzo nie lubię argumentu, że my kobiety na Zachodzie mamy już wszystko i walczymy o wyimaginowane fanaberie – końcówki gramatyczne lub możliwość wyboru w kwestii macierzyństwa. Że prawdziwe problemy kobiet są gdzie indziej. Otóż i tak i nie. Istota problemu jest ta sama: władza – państwowa lub religijna, która odbiera kobietom wolność i prawo do decyzji o własnym losie, mówiąc, że istnieją jakieś wyższe, abstrakcyjne racje, przed którymi żądania kobiet (czy dotyczą one zuchwale prawa do czytania, czy noszenia wybranych strojów, czy niezachodzenia w ciążę gdy tego nie chcą) muszą się bezwzględnie ugiąć. Różnice polegają na sankcjach – w krajach zachodu do piętnastoletnich uczennic władza nie strzela. Polska władza religijna natomiast marzy o takich prerogatywach, jakimi dysponują mułłowie i imamowie –
 
To feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże. 
 
(Żeby nie było, to autentyczny cytat z polskiego biskupa. W komciach można zgadywać, z którego.)
Polska władza (teoretycznie) świecka potrafiła już dawno ustalić i ogłosić, że dla niej istotniejsze są kwestie idei i abstrakcji od jakichkolwiek realnych wydarzeń. Ktoś, kto uznaje prymat abstrakcyjnych koncepcji nad realnym dobrostanem konkretnych, żywych ludzi, stawia się w bardzo niebezpiecznym miejscu. Gdy ideologiczna słuszność i wierność idei przesłania mu żywego człowieka, jego życie, jego ból, jego zdrowie lub potrzeby, gdy czuje, że rozwiązanie konfliktu między ideą a konkretem polegać może wyłącznie na uciśnieniu i upokorzeniu bliźniego – staje po tej samej stronie, po której stali strażnicy szariatu zapędzający przestraszone uczennice do ognia. Czy jest to stos całopalny z niestosownie ubranych dziewczynek, czy umieranie kobiety, której odmówiono aborcji mimo wskazań medycznych; czy jest to Polska, Irlandia czy Arabia Saudyjska – fanatycy żądają ofiar z kobiet w imię swojej ideologii. Dlatego oburzam się, gdy ktoś uzasadniając żądanie całkowitego zakazu aborcji, mówi, że owszem, żal mu kobiet i rozumie, że może być im trudno, ale istnieją wyższe racje. Wolałabym żyć w kraju, w świecie, w którym kobiet nie trzeba żałować, a nie ma wyższej racji niż prawa człowieka – do ochrony, do zdrowia, do wyboru.
 
 
 
Zwolennikom uszanowania różnic kulturowych, których nie rozumiemy, ale które musimy respektować (zadziwiające, jak chętni jesteśmy do respektowania czyichś praw do represjonowania słabszych) polecam anglojęzyczny blog kalibrujący. Dla tych, którzy lekceważą wołania o prawa kobiet w świecie muzułmańskim, zbywając je wyniosłym one są zadowolone, lektura ta powinna dać szczególnie wiele do myślenia.

Prześladowanie pustą ścianą

To jest najlepszy lead do artykułu na wyborcza.pl od niepamiętnych czasów i zasługuje na Złotego Monty Pythona. Albo na nagrodę imienia Mrożka, trudno mi się zdecydować:

 

Obrazę uczuć religijnych oraz dyskryminowanie policjantów katolików zarzucają komendantowi Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą oraz politycy PiS.
To zdanie, w którym sprawą komendanta policji zajmuje się Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą sprawia wrażenie, jakby uciekło z jednoaktówki Jarry’ego. Przecież to piękne, komitet –  i to nie byle jaki, ogólnopolski! – od spraw sekt, zajmuje się niebywałym wykroczeniem komendanta, który w swoim gabinecie i w sekretariacie komendy zdjął ze ściany krzyże. Wyczuwacie potencjał grozy? Straszne rzeczy się stały, i tylko szyderca nie dostrzega powagi sytuacji. Na szczęście poseł na Sejm ocenia rzecz przenikliwie:

Jeszcze dalej w krucjacie przeciwko komendantowi idzie agent Tomek – poseł PiS Tomasz Kaczmarek. Portal Niezalezna.pl informuje, że o zachowaniu komendanta wobec podwładnych poinformował m.in. Sienkiewicza, prokuratora Seremeta, rzeczniczkę praw obywatelskich Irenę Lipowicz, pełnomocniczkę rządu ds. równego traktowania Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz oraz Państwową Inspekcję Pracy. W liście do Seremeta zarzuca komendantowi obrazę uczuć religijnych podległych mu policjantów. Oczekuje ścigania i ukarania Szwalbego. W piśmie do Lipowicz mówi o dyskryminowaniu policjantów ze względu na wiarę.

Bardziej gorliwi i wszechstronni w składaniu skarg byli tylko podwładni komendanta, bo sprytnie poskarżyli się bezpośrednio do biskupa.
Co samo w sobie zasługuje co najmniej na wyróżnienie. Ponieważ, proszę państwa, jeśli w Polsce służba mundurowa ma problemy, to odwołuje się od razu do władzy najwyższej, trafnie rozpoznając, że jedyną grupą zawodową, której nikt nie podskoczy jest tu episkopat.

 

Nie zazdroszczę teraz przełożonym komendanta Szwalbego. Szwalbego dałoby się wybronić, gdyby sypiał ze swoją podwładną i rozplotkowywał sekrety służbowe na prawo i lewo – wystarczyłoby przenieść go na emeryturę z wysoką odprawą i usunąć ze świecznika. Niestety, komendant wygłupił się, traktując poważnie koncepcję świeckiego państwa i uznając, że w urzędzie powinno być widać od progu neutralność światopoglądową – a zawodowi katolicy natychmiast rozpoznali w tym zamach na ich uczucia religijne. W sytuacji, gdy wywołano upiory dyskryminacji i prześladowania katolików i obrazy uczuć religijnych nikt przy zdrowych zmysłach nie stanie w roli adwokata faceta, który już został obwołany Kaligulą i Neronem w jednym. Nie wydaje się, by ktokolwiek w Komendzie Wojewódzkiej czy Głównej, czy też w ministerstwie odważył się zasugerować, by Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami (proszę wybaczyć, ale ta nazwa mnie odrobinę upaja) spadł z byka i pomieszał proporcje, myląc usunięcie z państwowej placówki znaku towarowego jednej religii z represjami wobec jej wyznawców.

Gdyby to miała być notka bardzo serio, ale za to krótka, składałaby się tak naprawdę z dwu linków – jednego do artykułu z Wyborczej i tego drugiego. Dla tych, którzy w szkole unikali języka angielskiego, pozwolę sobie spolszczyć czwarte pytanie –

4. Moja wolność religijna jest zagrożona, ponieważ:

A) Nie mam prawa prywatnie się modlić.

B) Nie wolno mi zmuszać innych, by publicznie modlili się modlitwami mojego wyznania.

I krótkie rozwiązanie do testu:

Jeśli odpowiedziałeś B na któreś z pytań, nie tylko nie doszło do zamachu na twoją wolność religijną, lecz wręcz jest poważna obawa, że to ty represjonujesz religijne wolności innych.

 

Oczywiście, nie ma co się łudzić, że coś, co wymyśliło sobie tak doskonale pompatyczną nazwę, jak (no naprawdę, nie mogę się powstrzymać) Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami zrozumie subtelną granicę pomiędzy utrzymaniem wizerunku świeckiego państwa w placówkach takich, jak urzędy czy posterunki a prześladowaniem i represjami na tle religijnym. W kraju, gdzie każda miejscowość powyżej sześciu chałup ma aleję, uliczkę lub placyk imienia Właściwego Papieża, gdzie krzyże, kaplice i trzydziestometrowe betonowe Jezusy wyrastają szybciej niż szpitale i przedszkola koncepcja, że jakieś miejsce nie zostanie oznakowane krzyżem na stałe na znak zawłaszczenia przez jedynie słuszną frakcję religijną – ta koncepcja po prostu nie ma szans się przyjąć. Przywykliśmy, że każdą nową szkołę, targowisko czy szpital otwiera zgrabny tandem: biskup i jego kropidło, że wszelkie uroczystości związane ze świętami państwowymi zaczynają się mszą w pełnej obsadzie rządu i prezydenta, a mszę tę transmituje sumiennie telewizja państwowa, przywykliśmy, że przestrzeń publiczna ma co krok znaki handlowe kościoła, przybijane czy przykręcane ukradkiem, ale nieusuwalne i przytwierdzone na stałe. Przywykliśmy, że na obraz masztów telefonii MOC SYMBOLICZNĄ nad Polską utrzymują setki tysięcy kościołów, bazylik, kapliczek, figur, obrazów, krzyży i krzyżyków, wszechobecnych oznak tego, że to jest państwo wyznaniowe. Próba uwolnienia posterunku od tego powszechnego obrandowania katolickim logo spotkała się z taką reakcją, jakby przynajmniej pluton chrześcijan trafił do Koloseum na imprezę z lwami. Co wiele mówi zarówno o mocy tej siatki symbolicznej jak i o sile uczuć religijnych, które drżą, kurczą się i upadają, gdy nie widzą swojego znaczka przez osiem godzin naprzeciw własnego biurka w pracy. Prześladowanie religijne policjantów, którzy idąc na pielgrzymkę muszą wziąć urlop (ale mają zapewnione przez swoją firmę autokary na powrót do domu) łamie mi doprawdy serce.

 

Rozważałam dziś, co mi przypomina to niemal histeryczne oznakowywanie krzyżami obiektów o różnym, choć zawsze świeckim, przeznaczeniu. Niestety, skojarzenie nie jest przyjemne – dwudziestolecie międzywojenne i nagonka antysemicka, która ewoluowała od haseł o popieraniu polskiego handlu do dewastowania żydowskich sklepików. Wówczas masowo wieszano krzyże w piekarniach i sklepikach z kapustą w wielce pobożnej intencji zaznaczenia, że to sklep chrześcijański, co najpierw miało przynieść wygraną na wojnie propagandowej ONR i Falangi, a później – chroniło przed aktywistami pogromów. Miało to wówczas równie wiele wspólnego z praktykami religijnymi co obecne instalowanie krzyża gdzie tylko się da, per fas et nefas, byle zaznaczyć katolickość terenu i przynależność do prawidłowej frakcji. Zważywszy intensywność i kierunek reakcji na zdjęcie jednego z setek tysięcy krzyży, w tej kampanii nie chodzi wcale o jakieś uczucia chrześcijańskie, na pewno nie w tym kontekście, w jakim chrześcijanie lubią o nich opowiadać. Chodziło o podkreślenie bycie naszymi, odpowiednimi, po właściwej stronie. Komendant wyłamał się z niepisanej umowy i zadeklarował, że urzędy państwowe nie stoją po żadnej stronie, co jest oczywistym naruszeniem reguł rozgrywania wpływów.

 

Oczywiście, sama historia Szwalbego zapewne jest dużo prostsza. Komendant prawdopodobnie już wcześniej wykonał jakieś posunięcia niepasujące do zastanego na posterunku porządku. Zgaduję, że były one na tyle niepodważalne formalnie, że podwładni po prostu wzięli na przeczekanie, czekając na coś, co będą mogli oprotestować bez ryzyka dyscyplinarnych konsekwencji. No i przy pierwszej decyzji nielimitowanej kodeksem czy regulaminem ruszyli szeroko, od posłów, ministrów po biskupa, krzycząc rozpaczliwie, że ich dręczą za wiarę. Groteskowość tej reakcji wydaje się wskazywać na pretensje głębsze niż zdjęcie jednej dekoracji znad futryny, a eskalowanie tego do prześladowania religijnego można by zbyć wzruszeniem ramion. Można by, gdyby nie lawinowa a błyskawiczna odpowiedź środowisk, które zawodowo zajmują się pielęgnacją urazów uczuć religijnych. Te grupy nie mają pojęcia o komendancie Szwalbem ani o wewnętrznych rozgrywkach wśród mundurowych, one reagują na naruszanie monopolu w zakresie symbolicznego zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez kościół, co werbalizują jako prześladowanie katolików. Szwalbe jest tylko pretekstem do podsycenia intensywności roszczeń i oskarżeń w imieniu represjonowanej większości, jak sami się przedstawiają. Co oczywiście nie oznacza, że Szwalbemu odpuszczą. Krzyż wróci, choćby w teczce nowego komendanta, ponieważ w Polsce wolność religijna oznacza, że nie wolno zostawić ani jednej ściany, która nie jest ich. Spokojnie, odzyskają ten przyczółek, żebyśmy nawet na chwilę nie zapomnieli, że mieszkamy w ich państwie i mamy pełną wolność być katolikami, czy nimi chcemy być, czy nie, i bez względu na to, czy jesteśmy w swoim domu, w kościele czy w państwowym urzędzie. A zwłaszcza w państwowym urzędzie.

 

Taki duży, taki mały

Na marginesie poprzedniej notki błysnęła mi przelotnie myśl, że kościół rzymskokatolicki w Polsce zachowuje się jak Alicja po zjedzeniu wiadomego ciasteczka. W zależności od rozmówcy rozdyma się on do gigantycznych rozmiarów lub kurczy niemal do zniknięcia. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika taka zależność: kościół jest wielki, gdy rozmawia z państwem i rości – wówczas za jego plecami stoją legiony, 95% katolików, którzy muszą: mieć religie w szkołach, kapelanów w szpitalach i wojsku, wydziały teologiczne refundowane z budżetu i świątynie co skrzyżowanie, a kapłani tego niezmierzonego ludu powinni korzystać z wszelkich możliwych udogodnień prawnych i fiskalnych w sprawowaniu swojej niezbędnej krajowi posługi. Z drugiej strony do własnych wyznawców kościół kieruje komunikat wręcz odwrotny: że oto jest instytucją w oblężeniu, prześladowaną, wypychaną z życia publicznego, nieżyczliwie komentowaną i zepchniętą do narożnika. Arcymistrzem komenderowania batalionami stłoczonymi na atakowanej permanentnie reducie jest oczywiście Rydzyk, który non stop mówi o prześladowaniu i niszczeniu przez przeważające siły wroga, a mówi to wszystko przezwłasne radio i telewizję, jeszcze niedawno komunikował przez firmową telefonię komórkową, ma swoją uczelnię i na zlotach gromadzi tysiące wyznawców (którzy powtarzają za nim, że są ostatnim, wątłym bastionem w zalanym bezbożnictwem świecie).

Oczywiście, motywy takiej rozbieżnej komunikacji są jasne. Władza administracyjna w demokratycznym kraju skłonna się ugiąć przed instytucją legitymującą się poparciem milionów i w imieniu milionów żądającą świadczeń i udogodnień. Vox populi, vox ecclesiae. Z drugiej strony zwarte szeregi łatwiej utrzymać w dyscyplinie, gdy będą one przekonane, że tuż za witrażem czyha wróg, a imię jego legion. Stąd na kazaniach proboszczowie i biskupi zwracają się do wiernych jak do garstki ocaleńców z potopu laickiego barbarzyństwa.

Można się zastanawiać, czy dla księży taka schizofreniczna sytuacja nie jest mentalnie szkodliwa i czy ciągłe przerzucanie się między manią wielkości a paranoją prześladowczą nie owocuje pewnymi nieodwracalnymi problemami poznawczymi. Stała jest bowiem w komunikacie kościoła wyłącznie roszczeniowość, zmieniają się tylko uzasadnienia. Budżet państwa zamykającego nierentowne szkoły i szpitale musi się dorzucić do budowania Świątyni Opatrzności Bożej, gigantycznego, betonowego kloca, ponieważ CAŁY NARÓD żąda i potrzebuje. Krzyża w urzędzie zawieszonego ot, tak zdjąć nie można, bo PRZEŚLADOWANIE KATOLIKÓW.

Gdyby przyjąć przez moment zupełnie poważnie te komunikaty wydawane przez kościół i próbować je uzgodnić, wyszłoby, że w Polsce katolików najmocniej prześladuje wroga im większość, którą zarazem stanowią katolicy. Dopiero, gdy większość narodu przestanie gnębić samą siebie, biskupi wyjdą z tego zaklętego koła sprzeczności.

Oczywiście, jest też znacznie prostsze rozwiązanie, to jest: nie brać wypowiedzi hierarchów serio ani zbyt mocno ich pod względem spójności nie rozważać. Przypuszczać można, że i oni w jakiejś mierze na takie bezrefleksyjne traktowanie liczą, wnioskując po egzaltacji i emfazie, z którą głoszą prześladowania stawiając przy tym świebodzińskiego kolosa.

Trwożliwe króliczki

W zasadzie cały artykuł jest tak śliczny, że mam ochotę wkleić go w całości, polać się syropem i wytarzać w nim, a potem chodzić i budzić radość wśród współmieszkańców tego pięknego miasta.

Ambasadorką oburzonych [tęczą na Placu Konstytucji – przyp. moje] została Olga Johann, wiceprzewodnicząca Rady Warszawy z ramienia PiS. Wcześniej sama wielokrotnie składała przeciw tęczy interpelacje.

Interpelacja przeciw tęczy, tak powinien się nazywać tomik poezji.

(Swoją drogą, czy bycie politykiem/polityczką/radną powoduje amputację słuchu i wyczucia obciachu? Serio składa się interpelacje o takich tytułach i nie parska się śmiechem?)

Oddajmy głos pani Johann:

– Okazuje się, że towarzystwo spod tęczy  siada na schodach kościoła – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale parafian może niepokoić.

Aż się prosi o trawestację, w innej części internetów zwaną copypastą:

Okazuje się, że towarzystwo spod kościoła siada na schodach szkoły – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale uczniów może niepokoić.

– Okazuje się, że towarzystwo spod pomnika powstańców siada na schodach urzędu – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale urzędników może niepokoić.

I tak dalej.

Mnie uderzył w tej wypowiedzi obraz przelęknionych parafian, których ze spokoju i samozadowolenia wybija obecność w tej samej przestrzeni miejskiej ludzi o innych poglądach czy zapatrywaniach. To zabawne, że dominujące wyznanie (mityczne 95% katolików, zgadza się? to samo 95% które robi za uzasadnienie obecności funkcjonariuszy religii od przedszkola po hospicjum i obecności władz państwowych na wszystkich mszach) trwoży się niespokojnie, gdy na schodach jednego z kilkudziesięciu tysięcy ich obiektów przysiądzie kilkunastu ludzi wierzących w zupełnie inne ideały, mocno niezwiązane z religią. Mało zabawne jest, że dla komfortu tej większości, lękliwej jak króliczki (mimo swojej miażdżącej przewagi zagwarantowanej szeregiem zapisów ustawowych, takich jak Wartości Chrześcijańskie, obraza uczuć religijnych i szczególne miejsce świat katolickich w kalendarzu), pani radna usiłuje wykopać mniejszość z okolic świątyni, która – info dla osób odległych od stolicy – znajduje się poniekąd w centrum miasta, na przecięciu wielu szlaków komunikacyjnych, w otoczeniu knajp, sklepów i punktów usługowych otwartych dla zróżnicowanej klienteli. Pani Johann wolałaby, aby z przestrzeni publicznej w zasięgu wzroku korzystali tylko katolicy. W imię spójności poznawczej parafian.

Akcja Katolicka pisze w tej sprawie tak: „Zwracamy uwagę, że taki symbol jest wyznacznikiem wszystkich dotychczas odbytych w Warszawie publicznych imprez i manifestacji organizowanych przez środowiska deklarujące odmienne przekonania moralne. (…) Prezentowane tam treści i hasła, w tym również antykościelne, są zdecydowanie w sprzeczności z zasadami wyznawanymi przez chrześcijan. Dlatego wyeksponowanie tuż przed kościołem tej symboliki budzi wśród wiernych oburzenie i protest”. Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi tęcza naruszająca ich uczucia religijne.

No co ja poradzę:

 Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi kwietnik naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi jednorożec naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi krzyż naruszający ich uczucia religijne.

I tak dalej.

Tłumaczenie katolikom, że tęcza miewa pozytywne konotacje związane z pewną historyjką starotestamentową (poleca się jej odświeżenie w związku z ostatnimi oberwaniami chmur!), jest jałowe, ponieważ ich linia rozumowania jest taka, że tęcza na placu jest im wroga kulturowo i żadne konteksty biblijne tego nie poprawią, bo oni dobrze wiedzą, w czyim interesie ta tęcza. Oni nie zniosą, żeby pod kościołem stał symbol wrogiej im tolerancji. Oczywiście samo się prosi, by trollować panią Johann i jej Przerażony Legion Parafian pytaniem, czy wiedzą, że po grecku katholos znaczy powszechny i co oni na to w związku z przeganianiem hipsterów ze schodów kościoła, ale to byłoby kopanie wylęknionego króliczka. Oczekiwanie, by kościół, który procesuje się z Nergalem i Nieznalską rękami swoich gorliwców, kościół, który nasadza kaplice, krzyże i statuy na każdym metrze kwadratowym wolnej ziemi, poucza zarówno wyznawców i ateistów w zakresie moralności i żąda, by prawo odzwierciedlało katolicki punkt widzenia na życie seksualne; otóż, oczekiwanie by ten kościół przyjął do wiadomości istnienie ludzi niezainteresowanych jego sposobami krzewienia miłości bliźniego kijem i pałką ustawą i więzieniem, jest najwyraźniej mocno na wyrost. Natomiast pocieszające byłoby (gdyby nie było groteskowe), że majestat i groza tej instytucji jest tak wątła, że drży od zainstalowania jednej konstrukcji z kwiatków z tworzywa sztucznego, a jej wyznawcy tak są mimo przewagi liczebnej trwożliwi, że korzystanie z tej samej przestrzeni publicznej przez ludzi niewyznających tej samej bajki jest dla nich czymś tak konfundującym, że skłonni są usuwać własny dysonans poznawczy razem z hipsterami, ateistami i LGBT. I że radna Johann uważa, że ktoś powinien potraktować poważnie jej problemy z uzmysłowieniem sobie, że w dużym mieście, na jednym z głównych placów, poza katolikami będą też niekatolicy, i mogą oni również znaleźć się na schodach jednego z tamtejszych budynków.

Przerażające będzie dopiero, gdy jakiś urząd z fobiami pani Johann i jej Trwożliwego Legionu się zgodzi.

 

PS1. Wiem, że oprócz kabaretu Olgi Johann są też inne instytucje, których głosy w sprawie ujednolicenia polskiej memosfery brzmią znacznie mniej rozrywkowo. Pisali już o tym niegłupio:

Gothmucha

Ray Grant

Panoptykon

Nie zamierzam powtarzać ich argumentów, bo wyczerpali temat i słusznie ostrzegają przed rosnącą grupą ds zwalczania dysonansów poznawczych u większości. Mogę się tylko z nimi mocno zgodzić i jednocześnie trzymać kciuki, by nie mieli racji za kilka lat.

PS2. przepraszam za nadużywanie vonnegutowskiej frazy, ale cała ta historia brzmi jakby ją Kurt wymyślił.

Bądź mniejszością, masz szansę przeżyć nietknięta dyskryminacją.

Fundacja – pozarządowa, co w kontekście badania ubocznych efektów nauczania religii w państwowych szkołach wydaje się oczywiste – sprawdziła, ile racji miały nieśmiałe głosy w roku 1990 sugerujące, iż wprowadzenie katechezy do podstawówek i liceów może się skończyć szykanowaniem uczniów niezainteresowanych rozwijaniem religijności. Dużo racji miały. Oto smaczki wyłowione przez Wyborczą: choć 10% małopolskich uczniów nie uczęszcza na zajęcia religijne, tylko siedemnaście placówek (na przeszło cztery i pół tysiąca!) organizuje im alternatywnie lekcje etyki, wyniosłym milczeniem pomijając ustawę, nakazującą stworzenie takich zajęć, gdy będzie minimum siedmioro chętnych, lub dla mniejszych grupek – powołanie międzyszkolnych klas etyki. Ha, ha, ustawa. Ha, ha, etyka. Siedzą więc ci ateiści lub innowiercy w bibliotekach, świetlicach lub na podłodze w szkolnym korytarzu. Niech znają swoje miejsce. Lepiej by dla nich siedzieć cicho, bo zawsze mogą spotkać się z ostrym jak brzytwa dowcipem katechety:

 „Do klasy przyszła uczennica, która nie uczestniczyła w lekcji religii i spędzała ją w świetlicy. Ksiądz przy całej klasie zaczął z nią dyskutować. »A ty masz Pana Jezusa w sercu? A gdzie się ochrzciłaś? W basenie? « – i zaczął ją tak wyśmiewać przy całej klasie” – czytamy w raporcie.

Co jest samo w sobie doskonałe, bo taka uczennica ma szalone możliwości reakcji: pan ksiądz, dzięki konkordatowi i połączonym staraniom kurii i kuratiorium, jest reprezentantem szkolnej władzy, a kiedy władza żartuje, nie należy wykazywać braku dystansu do siebie i niezbędnego poczucia humoru. Oczywiście, odcięcie się panu księdzu byłoby rozumiane słusznie jako bezczelność niedouczonej a rozwydrzonej smarkatej (znamy ten fachowy termin z doskonałych źródeł, choćby od samego profesora Legutki) oraz bezczelność i bluźniercze szyderstwo z uczuć religijnych. To się rozumie samo.

Nie sądźmy, że niepobożne dziecko w małopolskiej szkole musi chować się tylko przed księdzem:

„Pani postanowiła, że córka, która ma duże zdolności aktorskie, będzie grała w jasełkach Matkę Boską. I wtedy matka jednego dziecka powiedziała do nauczycielki przy innych dzieciach: »Jak ona może grać Matkę Boską, jak ona w Boga nie wierzy? «, (…) potem zostało w to wkręconych wiele rodziców” – czytamy w raporcie. Nauczycielka szkoły podstawowej w Krakowie uległa presji i odebrała dziewczynce rolę.

Rodzice i nauczyciele są już wdrożeni w przestrzeganie ustawy o wolności religijnej. Jakby ktoś nie wiedział, brzmi ona tak: wolno ci być katolikiem.

Żeby nie było, że raport jest ponury i jednoznacznie źle ocenia skutki edukacji katechetycznej dla tych, co nie zostali łaską wiary objęci, są też kontrprzykłady: oto dobra bibliotekarka przywozi z własnej pielgrzymki do Ziemi Świętej czekoladowe łakocie do gry w drejdla dla dziecka, które wysiadywało u niej w czytelni podczas lekcji religii. Pointa z relacji matki tego dziecka:

 Córka nigdy nie spotkała się z niezręcznymi sytuacjami ani ze strony katechety, ani nauczycieli, ani dzieci

Skupmy się nad tym wyznaniem, to fenomenalne. Nie, serio, skupmy się. Jeszcze raz:

Córka nigdy nie spotkała się z niezręcznymi sytuacjami ani ze strony katechety, ani nauczycieli, ani dzieci

Tak, to jest pozytywny przykład w raporcie. Pozytywny przykład mówi, że dziecko niekatolickie w polskiej szkole nie zostało pobite ani szykanowane, a władza pozwoliła jej żyć i się nie wtrącała. Proszę się tym nadelektować, to jest doskonałe podsumowanie ostatnich dwudziestu lat: oto po wprowadzeniu religii do szkół, a ocen z tejże na świadectwa, co prawda nadal są dzieci, które od tego szczęścia się wymigują, ale da się wśród nich znaleźć i takie, które z tego powodu nie spotkało jeszcze nic złego.

Na szczęście, jest Gazeta Wyborcza, która jest pismem lewicującym (spytajcie polską prawicę!) lub wręcz lewackim czy otwarcie komunistycznym i antyreligijnym (spytajcie polską prawicę ultra). Wyborcza na szczęście nie pozostawia sprawy bez komentarza czy pointy. Wyborcza idzie tropem raportu i o jego smętnych wynikach biegnie rozmawiać… z księdzem.

Pozwólmy sobie pofantazjować, co krakowski ksiądz z kurii metropolitalnej może na zarzuty z raportu odeprzeć. Może wyraził zażenowanie poziomem księży oddelegowanych do szkół? Może zwrócił uwagę na niedostateczny nadzór nad ich działaniami, na nieprzygotowanie dydaktyczne, lub nadmierną samowolę? Może wyraził potrzebę konsultacji ekumenicznych bądź po prostu, zwykłej uprzejmości dla tej mniejszości nieobjętej łaską wiary?

Dobrze, już możemy przestać się śmiać i przejść do tego kuriozalnego wywiadu.

Ksiądz Wilk otóż stosuje doskonałe techniki obrony raportu.

Dzieci siedzą na korytarzach podczas lekcji religii? A powinny w klasie, z innymi katechizowanymi. Że to nie ich religia? Nie szkodzi, TU JEST POLSKA, TU TRZEBA ZNAĆ KATOLICYZM. Że dzieci niewierzące nie dostaną dobrych ocen z modlitw i mszy? To niech się postarają bardziej, zaangażują w wolontariat.

On. To. Naprawdę. Powiedział.

Gazeta, nasz wspaniały reprezentant i obrońca uciśnionych bohatersko wystękuje nieśmiałe pytanko, czy może jednak wszelako i aczkolwiek przesunąć te lekcje, żeby odbywały się pierwsze lub ostatnie, to nie będzie problemu z niechodzącymi. Ksiądz ma na to zdumiewająco szczerą ripostę: jest to niedopuszczalne, bo wówczas więcej owieczek ulegnie pokusie i umknie od tego dobrodziejstwa. Ksiądz może tak bezpośrednio rąbnąć, bo wie, że kuratorium go grzecznie w tej kwestii posłucha, bo kuratorium jest państwowe, czyli bogobojne, a raport prywatny.

Tak, jest tego więcej. Nasza dzielna Wyborcza pyta, co z tą dziewczynką, którą ksiądz publicznie wyszydzał pytając o chrzest w basenie. Na pewno nie wiedzieliście, że to nie były drwiny a dydaktyczna wstawka informująca o liturgii innych wyznań. Poważnie –

– Zastanawiam się nad intencją jego wypowiedzi. Może chciał przez nią opowiedzieć uczniom, jak wygląda chrzest w innych wyznaniach, nie przez polanie głowy wodą na znak chrztu, ale zanurzenie. Być może nie miał nic złego na myśli.

Och, zatem tak wygląda religioznawstwo, na które mają chodzić wszyscy, wierzący i niewierzący, bo zdobędą te fundamenty kultury, na których, prawda, spoczywa dzisiejsza Europa.

Streszczę ten dokument, żebyście sami nie musieli: dyskryminacja niewierzącej uczennicy, która z powodu połączonych szykan rodzicielskich i nauczycielskich wyleciała ze szkolnych jasełek, nie miała nic wspólnego z religijnym podłożem konfliktu, lecz z zawiścią. Wszelkie niedociągnięcia są zupełnie sporadyczne i rozdmuchane, ksiądz Wilk wie, bo żadna z owieczek mu się do kurii nie poskarżyła (doprawdy, w seminariach musi być wydział powiększania wyobraźni, bo ja mimo wysiłku nie widzę ateistów, biegnących do kurii w kwestii księdza ze szkoły ich dziecka. Skarżących się w kuratorium – prędzej. No ale widocznie ksiądz Wilk ma zdrowo ustawioną hierarchię instytucji i wie, że kuratorium mu przecież takiej przykrości nie zrobi i nie zacznie jakichś postępowań ani wyjaśnień. Choćby dlatego, że księża i katecheci nijak temu kuratorium nie podlegają). W ogóle, zdaniem kuriokuratorium, dyskryminacja niewierzących i innowierców nie istnieje w Małopolsce, a jeśli już ktoś się uprze maniacko i twierdzi inaczej, to ów incydent z pewnością wynika wyłącznie z braku manier u dyskryminujących, a nie z jakichś fundamentalnych podstaw, jak połączenie tronu z ołtarzem, pardon, władzy szkolnej z religijną. Jak msze otwierające rok szkolny. Jak rekolekcje zwalniające z lekcji cywilnych (matematyka osobliwie nie zwalnia z religii). Jak ksiądz w radzie pedagogicznej. Jak ocena z religii na świadectwie. To są fakty zupełnie oderwane od tego, o czym czytamy w raporcie.

Ksiądz Wilk mówi jak mówi, możemy zatrząść się w furii i podziwie dla jego tupetu i potęgi wyparcia, oraz niewątpliwej reklamy instytucji Kościoła Panującego. Natomiast Gazeta Wyborcza, która zamiast docisnąć rozmówcę, zadaje pokorne pytanka na kolanach, rozczarowuje zupełnie. Gazeta Wyborcza, uderzająca po komentarz do księdza, zamiast kuratorium, zamiast do ministerstwa edukacji, zamiast do rodziców dzieci z raportu – idzie zgodnie z prądem: Katolicyzm tak, wypaczenia nie. Dwadzieścia lat temu przynajmniej puszczała sensowne głosy przeciw wprowadzeniu katechezy do szkół. Teraz pozwala się wypowiedzieć w sprawie dyskryminacji niewierzących – księdzu, zwierzchnikowi katechetów szykanujących innowierców w Małopolsce.

Brawo, Gazeto.

Masz prawdziwe jaja.

Święcone.