Superman w pelerynce prawnika

W czasach słusznie minionych niejaka Majka Jeżowska indoktrynowała polskich nieletnich śpiewając, że „wszystkie dzieci nasze są„. Mnie utkwiło w pamięci, to i pewnie Krzysztofowi Orszaghowi tak długo się pod czaszką tłukło, aż wytłukło.

Żarty żartami, ale w tej sprawie dzieją się rzeczy niepokojące, i to na wielu planach.

Po pierwsze, Orszagh, było nie było – prawnik, i to dość renomowany, firmujący Stowarzyszenie Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej (stowarzyszenie, zaznaczmy, walczące o praworządność i przestrzeganie procedur!) – otwarcie zignorował prawo i stosowane w Polsce procedury. Z zakładki „o nas” Stowarzyszenia:

Misja
Celami Stowarzyszenia są: walka o podmiotowość ofiary; pomoc rodzinom, których najbliżsi zostali zamordowani; pomoc ofiarom przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu; wpływanie na kształt przepisów prawnych.

Prowadzone działania
Organizacja liczy ponad dwustu członków. Współpracuje z policją i mediami. W działania organizacji zaangażowani są wolontariusze, którzy wspomagają ofiary przestępstw w codziennych czynnościach, tj. np. sprzątanie mieszkania po włamaniu, blokowanie skradzionych czeków, pomoc w przewożeniu osób i rzeczy w sytuacjach kryzysowych. Stowarzyszeniu udało się: doprowadzić do zdelegalizowania posiadania drewnianych pałek o kształcie kija baseballowego; powołać specjalne zespoły policyjne odpowiedzialne za przesłuchanie i pomoc kobietom zgwałconym; wprowadzić do procesu karnego instytucji przedstawiciela społecznego, który czuwa nad zapewnieniem ofierze prawidłowości postępowania wobec niej. Członkowie organizacji biorą udział w procesach sądowych jako przestawiciele społeczni.

To nie dla drwiny cytat. To dla pokazania, że Orszagh i jego współpracownicy znają w pełni procedury sądowe i prawne, potrafią poruszać się zarówno w przepisach, jak i w sądzie, umieją wpływać na kształt prawa stanowionego (doprowadzenie do delegalizacji pałek) jak i stworzenia nowych procedur w organach ścigania (powołanie specjalnych zespołów do przesłuchiwania ofiar przestępstwa). Po czym następuje osłupiająca deklaracja, że Orszagha interesuje duch prawa, a nie jego litera.

To kolejny prawnik, który wygłasza takie credo dla usprawiedliwienia własnego łamania przepisów. Przypomnę nieśmiało, że podobnie wyrażał się Jarosław Gowin, gdy jeszcze łaskawie ministrował sprawiedliwością w Polsce. Pomijam chwilowo nasuwające się wątpliwości, czy duch i litera prawa stoją w tak zapiekłej opozycji i tak intensywnie się sobie przeciwstawiają, że nie da się być w zgodzie z obiema naraz bez naruszania przepisów lub popełniania straszliwych błędów, bo notka zrobiłaby się komentarzem do kodeksów. Skupię się na tym, co przebija z tej deklaracji za każdym razem: poczucie, że prawo jest jakimś tworem podlegającym wielopoziomowemu zrozumieniu – dla gawiedzi są przepisy, czyli litera do zastosowania bezpośredniego, bez prób interpretacji czy naciągania; zaś dla oświeconych i biegłych w piśmie jest DUCH prawa, mistyczny i metafizyczny rdzeń, którego nie da się wyrazić banalną matematyką kodeksów, ale który daje się wtajemniczonym zgłębić i zinterpretować. Oczywiście, to zrozumienie Istoty Rzeczy Prawa przewyższa nieskończenie proste aplikowanie przepisów i pozwala je wyniośle ominąć:

Krzysztof Orszagh: Nikogo nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie okradłem, nie przyjąłem żadnych korzyści majątkowych. Więc – tak, mam czyste sumienie. Moralnie i etycznie.

Jednak łamał pan prawo.

– Zawsze postępowałem w zgodzie z prawem naturalnym i moją własną etyką.

Słyszymy tu argument z własnego sumienia i z prawa naturalnego – co dotąd raczej pojawiało się w prawicowej i kościelnej erystyce, gdy kaznodziejom kończyły się dowody merytoryczne na poparcie osobistych i estetycznych idiosynkrazji w sprawach obyczajowych. Obawiam się, że tu również jest to odwołanie do „bo tak powinno być”, a nie czegokolwiek dyskutowalnego czy egzekwowalnego w świecie prawnym. Co zresztą znacząco podkreśla fraza zgodnie z moją własną etyką: zdumiewa, że prawnik nie czuje niebezpieczeństwa czającego się w tym argumencie – wszak i największy ideologiczny zbrodniarz miał swoją własną etykę, i jako społeczeństwa się raczej takich etycznych indywidualności obawiamy, słusznie czując jak widać, że ten indywidualizm może mocno kolidować z prawem formalnym jak i bezpieczeństwem postronnych.

Zupełnie groteskowo brzmi porównanie handelku adopcyjnego z działalnością opozycyjną Orszagha:
 

– Kiedy w 1980 r. rzucałem kamieniami w ZOMO, też podejmowałem decyzje zgodnie z moją etyką. Gdybyśmy wtedy je szanowali, żylibyśmy wszyscy teraz w realnym socjalizmie. Pan mówi o literze prawa, ja o jego duchu. Ustawa jest zła.

Ponieważ branie forsy za złamanie przepisów kodeksu rodzinnego jest zupełnie tym samym, co branie udziału w demonstracji.

Po chwili namysłu dopada mnie przerażająca refleksja, że dla wielu tak właśnie jest i być może w latach osiemdziesiątych dla Orszagha właśnie tak było: opór wobec władzy nie wynikał z wyczerpania ścieżki procesowej (praktycznie nieistniejącej, przyznajmy) i legalnej, a z rozkoszy kowbojowania i pogwizdywania szlagieru Kanta pod młodym wąsem (tego szlagieru o niebie gwiaździstym).
 
Żeby nie było, że same szyderstwa i tautologie uprawiam, podsumuję dotychczasowe zarzuty: źle jest, gdy ktoś łamie prawo. Gdy łamie prawo prawnik, jest to bardzo źle. Gdy łamie prawo prawnik szefujący fundacji wołającej o praworządność, rzecz jest przerażająca totalnie. Również dlatego, że jest to kolejna katastrofa NGOsów, jaka przewala się przez media w ostatnich miesiącach – od złodziejstw Śpiewaka, przez haniebne funkcjonowanie Maciusia (zarówno jeśli chodzi o metodologię badań jak i o finanse fundacji), teraz zaś kompletna porażka wiarygodności Stowarzyszenia im. Jolanty Brzozowskiej. Potencjał zaufania do organizacji społecznych mamy bardzo nędzny w Polsce, a teraz, rękami prawnika, dodatkowo obniżony. I to zarówno po stronie obywateli, którzy widzą, że szef praworządnej de nomine fundacji robił szwindle, jak i po stronie państwa, które nie bardzo będzie mogło poważnie traktować udział członków Stowarzyszenia jako współtwórców prawa czy głosy doradcze przy ustalaniu procedur. Gdyż, niestety, Orszagh.
 
Żeby nie było, że tyle akapitów natłukłam, a w ogóle nie zajęłam się najważniejszym, czyli dziećmi. Vox populi w komentarzach krzyczy, że Orszagh dobrze zrobił, bo uratował dzieci z patologii (niestety dla wywodów, dobrze dla prywatności dzieci, Wyborcza nie podaje żadnych konkretów odnośnie tej patologii, więc możemy gdybać, czy chodzi o skrajną nędzę, uzależnienia czy tylko o niechęć do posiadania i wychowywania biologicznego dziecka). Orszagh broni się, że efektywnie dobierał rodziny adopcyjne i używa przy tym argumentu, od którego naprawdę świerzbią mnie ręce:
 

Jeden z głównych zarzutów podnoszony przeciw panu: rodziny nie przechodziły takiej weryfikacji jak w ośrodkach adopcyjnych. Wysyłał pan dzieci do przypadkowych ludzi?

– Rodziny przechodziły moją osobistą weryfikację. A moje procedury były bardziej konkretne i dokładniejsze niż te stosowane w ośrodkach.

Jak mam to rozumieć?

– Sprawdzałem, czym zajmują się ludzie, do których kierowałem dzieci. Czy mają stabilną sytuację finansową, czy potrafią zapewnić dziecku odpowiednie warunki i wreszcie, dlaczego tak zależy im na dziecku. Zapewniam, że nie były to osoby z przypadku.

I taka chałupnicza weryfikacja wystarczała?

– Na pewno była lepsza niż ta stosowana w ośrodkach. Żadne z dzieci nie trafiło do rodziny, w której by je zabito.

No więc Orszagh nie tylko rozumie prawo lepiej niż byle sąd rodzinny, ale jednoosobowo lepiej weryfikuje potencjalnych rodziców niż sądy, ośrodki adopcyjne i gromada prawników, psychologów i pracowników społecznych. Jego intuicja jest wyśmienita i niezawodna, a jak widać kryterium trafności przyjął niewygórowane: wystarcza mu, że jak na razie, żadne z przekazanych dzięki jego rajfurzeniu dzieci nie zostało zabite. (Pominę skalę adopcji legalnych kontra panaorszaghowych i litościwie nie powiem – poczekamy, zobaczymy, bo przecież nie chodzi o to, by tym pechowym dzieciom faktycznie coś gorszego od obecnego cyrku z tożsamością się stało.)
 
W innym akapicie Orszagh się miota w kwestii finansów: przyznaje, że dostał kilkadziesiąt tysięcy, ale twierdzi, że to samo pokrycie kosztów, a on działał altruistycznie. Nie wiem, czy to procesowo mu poprawi sytuację, że handlował dziećmi za bóg zapłać, bo istoty rzeczy to za bardzo nie zmienia.
 
Pytania są teraz dwa: czy nie można było skutecznie i legalnie dokonywać dotąd adopcji w sposób pozwalający dziecku ominąć wegetowanie w Domu Małego Dziecka i oczekiwanie na decyzje powolnych młynów sprawiedliwości; oraz co będzie z dziećmi.
Odpowiadając na pierwsze pytanie – można było. Istnieje w prawie polskim (nieco nieformalnie, bo nie skodyfikowana, ale zupełnie legalna) instytucja adopcji ze wskazaniem, gdy matka biologiczna zrzeka się praw do dziecka przy porodzie, jednocześnie zawiadamiając, komu chce je przekazać. Rodzice adopcyjni składają oświadczenie w tej sprawie do sądu rodzinnego łącznie z deklaracją matki – która ma sześć tygodni na zmianę zdania. Dziecko natomiast w przypadku braku formalnych problemów może oczekiwać w domu rodziców adopcyjnych na zatwierdzenie procedury przez sąd. Jeśli zabrać się do pracy stosownie wcześniej, dopracować dokumenty potrzebne do operacji, nie potrzeba pośrednictwa pana Orszagha i przelewów na tysiące i dziesiątki tysięcy.
Powiem więcej. Orszagh to nie tylko prawnik i szef fundacji. Był kiedyś doradcą Andrzeja Czumy, ministra sprawiedliwości. Jeśli widział potrzebę korekty prawa adopcyjnego, kodeksu rodzinnego i przepisów dotyczących opieki rodzicielskiej, to krótszej drogi nikt nie miał. Mógł wnosić projekty obywatelskie przez Stowarzyszenie, mógł przez ministra. Wybrał drogę na skróty, przez rozczarowanie państwem czy przez zarozumiałość i poczucie omnikompetencji.
Co będzie z dziećmi? Nie wiadomo. Sąd rodzinny będzie mógł uznać, że zostawi je gdzie są, bo lepiej, by zatwierdzić istniejący stan prawny i nie przerzucać ich ponownie między instytucjami – lub zabrać je z rodzin adopcyjnych z powodu nielegalnego przysposobienia. I to również będzie wina Orszagha. Skomplikowanie losów tych dzieci, zagmatwanie ich sytuacji prawnej będzie wówczas konsekwencją jego buty i postawienia się ponad prawem. Orszagh postawił na swoje kompetencje moralne i osąd etyczny, niestety, postawił nieswoje żetony – zagrał życiem dzieci adoptowanych.
 
Ostatni obrzydliwy argument Orszagha brzmi, że uratował te dzieci (serio, on ma jakiś kompleks superbohatera) od wyrzucenia na śmietnik. Facet, który twierdzi, że rozumie prawo lepiej niż kodeks, ocenia ludzi lepiej niż psycholog i sąd, umie również zobaczyć alternatywne wersje historii. Naprawdę bardzo żałuję, że ta historia jest dużo poważniejsza i tragiczniejsza w skutkach niż blogaskowa szydera z faceta z urojeniami wielkości.
 
Skoro wpis i tak się rozrósł zupełnie nieznośnie, dywagacje na temat dzieciobójstw w kontekście niewydolnych procedur adopcji pozwolę sobie przenieść chwilowo do repozytorium tematów na później, żeby nie produkować całkiem niedających się znieść tl;dr’ów.
 
__________________
Edycja 15 maja 2013 – pozwalam sobie zalinkować felieton na ten sam temat, zamieszczony w Studiu Opinii. Szerzej niż tu i z ciekawymi argumentami.
Reklamy