prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery
Reklamy

Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Czy jesteś zwolenniczką operacji?

Jedną z fałszywych opozycji, jakie pojawiają się przy okazji omawiania przypadku fanatyka Chazana, jest pytanie do potępiających zmuszanie kobiet do donoszenia każdej ciąży: to znaczy że jesteś zwolenniczką/zwolennikiem aborcji?

Pytanie jest rozpaczliwie głupie, jak się zastanowić nad jego znaczeniem. Co to znaczy, być zwolennikiem aborcji? Jakby to brzmiało, jakby podstawić inne zabiegi medyczne:

– Czy jesteś zwolennikiem usuwania zębów?

– Czy jesteś zwolennikiem wycinania wyrostka?

– Czy jesteś zwolennikiem wymrażania/wypalania nadżerek?

 

Zdrową odpowiedzią na tak zadane pytania byłoby wytrzeszczenie oczu i zastrzeżenie, że to mocno zależy od pacjenta, któremu ma się coś robić, oraz od jego stanu zdrowia – czy ma chore zęby, nierokujące sukcesów w leczeniu, czy ma wyrostek w stanie zapalnym, czy chce go usuwać prewencyjnie, czy ma nadżerki i czy wolał(a)by ich nie mieć. Nikt normalny nie chodzi z ewangelią, że wszystkie wyrostki powinny podlegać resekcji, a zęby mądrości podlegają karczowaniu na mocy objawienia. Nikt nie głosi potrzeby wycinania wszystkim znamion ze skóry ani wybielania zębów pod nadzorem prokuratora.

 

Nie pytajcie mnie więc przy następnej okazji, czy jestem zwolenniczką aborcji, bo to nieuczciwe i niemądre zagranie erystyczne. Nie jestem. Jestem zwolenniczką tego, by każda kobieta mogła sama zdecydować o swoim ciele i zdrowiu w sposób, który będzie dla niej najlepszy. I żeby w tej decyzji mogła liczyć na kompetentnego i profesjonalnego lekarza, który będzie zwolennikiem ochrony zdrowia swoich pacjentek. Przeraża mnie zarówno wizja świata, w którym istnieje przymus hodowania nadżerek/zgniłych zębów/brodawek na skórze dopóki nie odpadną samoistnie lub zabiją nosiciela – tak samo jak świat, w którym ustawowo zmuszano by ludzi do niechcianych zabiegów na ich ciele.

 

(Osoby gotowe spieszyć z moralnym potępieniem, że zarodek w macicy to nie ropień na zębie ani nadżerka pragnę zapewnić, że mają pełną swobodę antropomorfizowania swojej zygoty, ale upraszam je o nierozciąganie swoich wyobrażeń na inne macice oraz nieprzyjmowanie swoich fantazji za uniwersalne i wiążące dla wszystkich na świecie.)

 

Notkę o Chazanie napisała bardzo pięknie Szprota, więc ja nie muszę.

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.

 

Zbiórka zabawek do trumny

Dzisiaj krótko i z porcją ciśnienia na granicy wylewu, w ramach post scriptum do niedawnej notki.

Narodowcy pikietują przed kościołami w parafiach posłów, którzy nie poparli zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Tydzień temu byli w Bilczy, gdzie mieszka Lucjan Pietrzczyk z PO. W niedzielę stali w Strawczynie, parafii posła PSL Marka Gosa. Mieli transparent z napisem: „Poseł Marek Gos głosował za prawem do zabijania chorych dzieci za twoje pieniądze”.
(…)

– Wszystko, co napisaliśmy, jest prawdą – twierdzi. Powołuje się przy tym na „religię katolicką, która zabrania aborcji”.

Zapytaliśmy, czy Ruch Narodowy będzie pomagał rodzicom wychowującym ciężko chore dzieci. – Tak, planujemy zbiórkę zabawek – odpowiedział Lewicki.

 Żródło.

Otóż siły narodowe z jednej strony stosują zawstydzanie i zastraszanie (to zawsze jakiś postęp, zwłaszcza gdy porównać pikiety z pobiciami np. w Białymstoku) osób publicznych działających niezgodnie z ich wyobrażeniem, z drugiej strony – wybierając takie miejsce na transparenty – wciągają w swój proceder największą siłę opinio- i prawotwórczą w Polsce, czyli kościół katolicki. Skuteczność tego może być niezła, bo o ile tym razem narodowcy zachowają czyste rączki, proboszcz i społeczność lokalna zrobi za nich mały towarzyski linczyk.
 
Pan Lewicki rączek sobie nie pobrudzi biciem, ale buzię sobie trochę popsuł kłamstwami. Pisząc na transparentach o dzieciach, ma na myśli zarodki i płody (szanowni państwo, tzw. późna aborcja w Polsce nie jest i nie była legalna, i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie, więc to, o czym mówimy przy ustawie aborcyjnej, to w najlepszym razie płody), a pisząc <i>chore dzieci</i>, kreśli u odbiorcy w głowie obrazek nieszczęsnych, gorączkujących lub słabowitych istotek, którym strasznie współczujemy. Tymczasem ustawa zezwala na terminację ciąży przy wadach letalnych lub nieuleczalnych i ciężkich, takich jak poważne deformacje i upośledzenia, a nie katar. Więc pan Lewicki świadomie manipuluje na transparencie, pisząc o <i>chorych dzieciach</i>. Zdumiewająca subtelność i łagodność przekazu u frakcji, która bez oporów potrafi straszyć zdjęciami z zabiegów aborcyjnych (znów, najczęściej są to efektowne makabry z zabiegów dużo późniejszych niż te, na które zezwalają polskie przepisy), lecz tym razem powstrzymała się taktownie, i nie zilustrowała swojego transparentu.
A mogła dla ścisłości przekazu udekorować banner tym lub tym lub tym zdjęciem (uprzedzam, naprawdę lepiej nie klikać) – bo o takich chorych dzieciach decydowali posłowie, zezwalając łaskawie nie rodzić efektów ciąży nieodwracalnie uszkodzonej.
 
Zaś odpowiedź w sprawie zaangażowania w pomoc matkom dzieci urodzonych zgodnie z prawicowym porno na mnożenie cierpienia i bólu wybiła mnie z butów tupetem i bezczelnością. Kto kliknął w straszne linki, może się zastanowić, jak pomoże zbiórka zabawek w przypadkach takich jak zobrazowane. Kto nie kliknął, może rozważać, jakie zabawki wręczać noworodkom umierającym w kilka godzin lub dni po porodzie, lub dzieciom pozostającym przez resztę życia bez specjalnego kontaktu z jakąkolwiek rzeczywistością.  I czy matki będą bardzo wdzięczne Lewickiemu za okazaną troskę i zrozumienie ich sytuacji.

Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?

Ochrona życia nie dla żywych

Jestem za ochroną życia. Najsilniej, gdy czytam takie newsy:

Ojczyma aresztowano, na razie pod zarzutem utrzymywania nielegalnych stosunków płciowych z nieletnią [obecnie jedenastoletnią – przyp. Naima]. W Chile prawo zezwala na współżycie po ukończeniu przez dziewczynkę 14 lat oraz pod warunkiem, że jest dobrowolne. A Pamela Echaura broni jak lwica nie własnej córki, ale męża – zeznała, że wiedziała o tym, co się w domu dzieje, ale że córka zgadzała się na stosunki z ojczymem. – Mojego partnera spotyka wielka niesprawiedliwość – stwierdziła.

Albo takie:

Beatriz ma 22 lata, od miesiąca leży w szpitalu pod opieką lekarzy. Jest chora na lupus, poważne osłabienie odporności, oraz ostrą niewydolność nerek. Oddycha ciężko i prawie nic nie je. Lekarze stwierdzili, że jej 26-tygodniowy płód nie ma sporej części mózgu (anencefalia) i w razie doprowadzenia do rozwiązania, nie przeżyje. Dziewczyna oraz opiekujący się nią lekarze zgłosili wniosek o zezwolenie na przerwanie ciąży z powodu zagrożenia życia matki oraz beznadziejnego stanu płodu.Sąd najwyższy pozostał nieugięty. – Prawo matki nie ma pierwszeństwa przed prawem istoty nienarodzonej – orzekł sąd. – W konstytucji istnieje absolutny zakaz aborcji, bo ustawa chroni życie od poczęcia.

Tymczasem – w przeciwieństwie do tego, jak zawłaszczono w dyskursie publicznym termin życie do zygoty, blastocysty lub zarodka – bardzo szanuję życie ludzi, którzy przyszli na świat jakiś czas temu i borykają się z jego trudami. Szanuję i chcę ochrony życia dziecka urodzonego, jedenastoletniego, które musi radzić sobie z przemocą, wykorzystaniem i zdradą przez najbliższych, a obecnie zmaga się z ciążą, na którą jest bezwzględnie nieprzygotowane. Jedenaście lat! To jest dziecko, dziecko, które powinno się uczyć, bawić, zaprzyjaźniać z innymi dziećmi, rosnąć i rozwijać, a nie – żywić płód kosztem własnego kośćca i mięśni, deformować miednicę i kręgosłup, być może doznać nieodwracalnych szkód wywołanych przedczesnymi obciążeniami.

To jest dziecko, którego prawo nie ochroniło przed gwałtem, przed wykorzystaniem, przed cierpieniem i bólem, a teraz – nie ochroni przed cierpieniem ciąży, ryzykiem utraty zdrowia lub życia. To jest to życie, które nie podlega ochronie prawnej. To jest życie dziewczynek i kobiet.

Jeśli dwudziestodwuletnia kobieta ma donosić (w jej przypadku doleżeć) ciążę z płodem anencefalicznym, niezdolnym do przeżycia, nawet kosztem jej własnego zgonu, to o jakiej ochronie życia mówi Sąd Najwyższy Salwadoru? Czy kobieta w ciąży nie jest już żywa? Czy jej życie nie podlega trosce i dbałości, czy staje się wyłącznie białkowym opakowaniem płodu, niezbędną przechowalnią, żywym inkubatorem, ale ubezwłasnowolnionym i pozbawionym podstawowych praw człowieka?

Przerażają mnie ludzie, których wzrusza plemnik ocierający się o komórkę jajową, którzy ronią łzy nad dzielącymi się pospiesznie komórkami i empatyzują z narastającą tkanką, ale zupełnie bezwzględni i pozbawieni współczucia są, kiedy mówią o żyjących i czujących kobietach. Ludzie, którzy mają ocean rzewności i czułości dla zarodka, ale jedenastolatka w ciąży zagrażającej jej zyciu nie powoduje najmniejszego skurczu w ich wrażliwych na dzieciątka serduszkach. Tania empatia i darmowe bohaterstwo, ot co przemawia przez obrońców życia nie broniących dzieci już urodzonych. Ciekawe, czy matki, siostry, żony i córki tych prawych i godnych ludzi mają świadomość, że dla swoich najbliższych są tylko podrzędną formą istnienia białka, narzędziem kultu płodów; niezbędnym, by obiekt ich uwielbienia powstał i przetrwał, ale samoistnie pozbawionym jakichkolwiek przywilejów i praw.

To mogą być akademickie dyskusje, zdumione nieludzkimi przepisami w odległych dzikich krajach, ale raj pełny pozbawionych prawa do ochrony życia i zdrowia kobiet i dziewczynek chcą nam wprowadzić nasi lokalni władcy i wannabe władcy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tej biednej dziewczynki, o której życie i zdrowie  nie upomina się prawo jej ojczyzny, a miłosierne religie każą jej umrzeć lub cierpieć w imię własnych upodobań do rosnącej tkanki (ta tkanka, kiedy chodzi samodzielnie, mówi i prosi o pomoc, nie jest już interesująca ani wzruszająca). Jej ciąża nie wzięła się z powietrza, nie zstąpiła w słupie światła i dymu. Jej ciąża wzięła się z wieloletniego, konsenwentnego i niczym niezakłóconego gwałcenia. Ojczym zaczął wykorzystywać seksualnie dziewięcioletnią dziewczynkę, i nikt się nie wtrącał – bo rodzina jest święta, bo mir domowy, bo co komu do tego, jak kto wychowuje swoje dzieci. Znamy to? Znamy. Ci sami specjaliści, którzy ze świętym ogniem w oczach mówią o ochronie płodów, zabraniają obcym (aka – służbom państwowym, urzędnikom, wychowawcom) wtrącać się w sprawy rodziny, a wszelkie ustawy mające poprawić sytuację tych bezbronnych, którzy już się urodzili – traktują jak zamach na tradycję, rodzinę i wolność. Rodzina jedenastoletniej Chilijki korzystała z tej ochrony w szczególny sposób – chroniąc prawo gwałciciela do krzywdzenia dziecka tak, jak chce i jak długo chce. Dopiero ciąża spowodowała, że ktoś ośmielił się donieść – ale nadal, matka dziecka wolała je zdradzić i oskarżyć o gorliwe i chętne współżycie z ojczymem, byle tylko zachować wszelkie wolności i przywileje sprawcy. To dziecko ma pecha, bo się urodziło, a rząd oraz prawo Chile, międzynarodowa prawica i kościół nie są już zainteresowane jego obroną. To dziecko ma pecha, bo jego rodzina okazała się bezwzględna, okrutna i zdradziła zaufanie dziewczynki po wielekroć, a prawo, rząd, kościół ani żadna inna władza nie upomniały się o nią.

Za każdym razem, gdy czytam, że Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej to zamach na niezawisłość i wolność rodziny, zastanawiam się, które rodziny tak boją się zapobiegania przemocy, i którym wolnościom rodziny zagraża zakaz bicia, poniżania i gwałcenia kobiet i dzieci. Ja bardzo bym chciała, by życie – i to w Chile, i to w Polsce, było pod ochroną. To życie, które się urodziło, i to które ideologom wydaje się najlepsze do poświęcenia w imię ich wyobrażeń. To również moje życie.

 

(Edycja: przecinki)