Tajne zdrowie seksualne

Sejm poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Obecny, odchodzący skład rzutem na taśmę puścił dwie rzeczy, którymi najwyraźniej chce się zapisać w pamięci i historii – obywatelski projekt „Stop pedofilii” i uchwałę o potępieniu nienawiści antykatolickiej.

Poznęcać chcę się tylko nad pierwszym, drugi jest tak absurdalny, że nie wymaga specjalnego słowotoku.

Treść ustawy procedowanej przez Sejm. Dla tych, którzy nie lubią czytać długiego tekstu, będą zrzuty ekranu.

stop pedofilii

I to wszystko, cała ustawa.

Gdyby ktoś na marginesie się zastanawiał, jak kodeks karny rozumie pojęcie małoletni, to już wyjaśniam: tak jak kodeks cywilny. Czyli – małoletni to osoba poniżej 18 roku życia, która nie zawarła związku małżeńskiego.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu zapisu ustawy, z §3 na trzy lata idzie siedzieć niejaki Shakespeare, który publicznie zachwycał się karesami małoletniej Capulettówny oraz nieletniego Montecchio. Jeśli uznać, że tekst dramatu jest za mało masowy, to trudno, facet nam się wymknie spod karzącej ręki sprawiedliwości, ale taki Zeffirelli, który to nakręcił (uwaga, propaguję środek masowego przekazu, w kinach też bywało), nie dość, że filmując romans nieletnich, to jeszcze zatrudniając aktorów poniżej 18 roku życia – Olivia Hussey miała około 15 lat w chwili powstania ekranizacji. No nie wyłga się facet. Dystrybutor, który chciałby teraz takie straszności wyświetlać w kinach, też na trzy lata utraci kontakt z własnym domem. O Nabokovie nawet nie zacznę, panie prokuratorze, sam pan wie, co robić. Kto dalej? Puccini, naturalnie, jego Suzuki w Madame Butterfly pełnoletnia nie była (a ślub zawarła jeno fikcyjny, więc nie upełnoletniła się w rozumieniu polskiego prawodawcy). Do więzienia! Ale nie bądźmy tacy, cudze wsadzamy, swojego nie znamy – biografowie św. Jadwigi, która co prawda za mąż poszła, ale w wieku lat 12. Fredro, stary zbereźnik, recydywista, nawet nie ma co się wahać. Że nie czepiam się żywych? No cóż, Tomek Tryzna, Antoni Libera… Panowie, pakujcie szczoteczki, nie ujdzie wam na sucho takie zachwycanie się efektami dojrzewania młodzieży.

A teraz nieco mniej frywolnie, dwie sprawy, które z ustawy się wyłaniają. Ponury §4 penalizuje przy rygorystycznej a szerokiej interpretacji wszelką edukację o fizjologii i zdrowiu seksualnym. Nie da się prowadzić zgodnych ze współczesnym stanem nauki lekcji o dojrzewaniu, hormonach, ciele i jego reakcjach nie popadając w konflikt z zapisami ustawy. Jak wyjaśniać uczniom pobudzenie i napięcie seksualne, jak powiedzieć, że masturbacja jest naturalną reakcją i sposobem rozładowania tego napięcia, że jest zdrowa, fizjologiczna i bezpieczna, nie popadając w konflikt z zapisem o „propagowaniu innej czynności seksualnej” – nie mam pojęcia. Zapewne o to chodziło autorom, by taka nieaprobowana przez bigotów treść nie mogła dotrzeć w ogóle do niewinnych główek dziecięcych. Ubija to co prawda program edukacji o zdrowiu seksualnym oparty o standardy przyjęte na świecie, ale, uwaga, niespodzianka – taki jest plan. Voilá, oto wyimki z uzasadnienia projektu ustawy:

uzasadn1

Drugi akapit wprost nas informuje, że zło leży w wiedzy zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia. Prosimy nie regulować odbiorników, WHO zdaniem autorów ustawy to straszliwi deprawatorzy.

Cytowany rzekomy program dla grup wiekowych to oczywiste przeinaczenie, kłamstwo i bzdura. Żaden program nie przewiduje uczenia technik masturbacyjnych, a zwłaszcza nie kieruje takiej wiedzy do przedszkolaków, to jakieś mroczne fantazje autorów dokumentu. Nikt z edukatorów działających wg standardu WHO nie oczekuje raportów z samogwałtu od dzieci, natomiast owszem, ma świadomość, że zjawisko masturbacji dziecięcej istnieje i jest przez medycynę i psychologię rozpoznane. Owszem, program przewiduje uświadamianie rodzicom, że takie zachowania dziecięce mogą się pojawić, i że nie są powodem do paniki – ale w jaki sposób autorzy uzasadnienia do projektu zrobili z tego tak efektowną woltę, pojąć nie jestem w stanie. I tak dalej, każdy kolejny akapit, przeinaczenia i przekłamania.

uzasadn2

Tu już zieje grozą. Lista zajęć podejrzanych dla autorów projektu to warsztaty, hm, z wszystkiego związanego z ochroną zdrowia i edukacją na temat własnego ciała. W jaki sposób prowadzić lekcje biologii nie zahaczając o tematy zakazane pozostaje enigmą. To, że autorzy jednocześnie próbują podważyć wartość edukacji antyprzemocowej, równościowej i przeciwdziałającej przemocy pod pozorem ochrony niewinności dziecięcej, jest wręcz odrażającym nadużyciem. Edukacja antyhomofobiczna od dawna była solą w oku wielu organizacji konserwatywnych, które czuły się poszkodowane w swojej wolności prześladowania i pogardzania, natomiast jak dotąd nie podejmowały aż tak bezczelnych prób zamknięcia ust ludziom powołującym się na rzetelne badania naukowe i wiedzę medyczną.

Mamy o tym całkiem niemłody obrazek, dwudziestoletni.

how-would-you-like-this-wrapped

Jest tak naprawdę jeszcze jeden wątek, nieszyderczy, wokół tego szkodliwego projektu. Ta zmiana w kodeksie karnym idzie za myślą, że jedynym prawidłowym źródłem edukacji seksualnej winna być rodzina, a wszelka edukacja ze strony profesjonalistów ode złego jest i sieje zamęt a demoralizację. O seksie mają uczyć rodzice i basta.

I z tą ideą założycielską zgodzić się nie sposób.

Primo: większość rodziców nie jest do tego merytorycznie przygotowana. Sam fakt posiadania organów rozrodczych nie zapewnia wiedzy o ich działaniu, problemach i zjawiskach wokół nich istniejących. (To samo dotyczy też trzustki, jak ktoś wątpi, to proszę, kto z czytelników potrafi bez sprawdzania w encyklopedii czy internecie powiedzieć, co dokładnie robi trzustka i na co wpływa? A mają wszyscy.) Edukacja powinna przedstawiać nie tylko podstawy morfologii i fizjologii, ale informować o cyklu, o objawach zaburzeń, o zakażeniach, infekcjach, profilaktyce i leczeniu – oraz o związku z płodnością. Powinna zawierać dane o podstawowych badaniach profilaktycznych (cytologii, mammografii, badaniu prostaty i jąder, w tym – o samobadaniu!) oraz odmitologizować te badania. Powinna przekazywać wiedzę o tym, jak często chodzić do lekarza, co może niepokoić na różnych etapach życia między menarche a menopauzą (i odpowiednio między dojrzewaniem a andropauzą) a co jest objawem naturalnym i fizjologicznym. Powinna też rozbrajać szkodliwe mity z mediów i filmów, w których chociażby wszystkie kobiety są idealnie bezwłose poniżej rzęs, co w naturze jako zjawisko nie występuje. Takiej kombinacji wiedzy specjalistycznej rodzice bez przygotowania medycznego po prostu nie mają, i opcja skorzystania z wiedzy fachowca, który przy tym nie speszy się rozmawiając o penisach i pochwach, jest super wartościowa.

Secundo: do zdrowia seksualnego należy też poza medycyną cała dziedzina interakcji międzyludzkich wokół seksu, czyli edukacja na temat konsentu. Według badań, Polacy bardzo mało między sobą o seksie rozmawiają, w większości nie wymieniają informacji o swoim zdrowiu seksualnym z nowymi partnerami, nie ustalają swoich granic, preferencji ani oczekiwań – wszystko załatwiane jest między domniemaniem a niedopowiedzeniem. Nie jest to dobra baza do uczenia młodych ludzi, jak udzielać świadomej zgody, jak o nią prosić bez nacisku, jak ustalać granice swojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Asertywności, bezpieczeństwa i szacunku dla swojego i partnera ciała i psychiki nie są w stanie nauczyć ludzie, którzy sami o to nie zadbali i nie doświadczyli takiej formy dbania. Nie ma sensu, by kolejne pokolenie miotało się między „dowodem miłości”, „obowiązkiem małżeńskim” a „jak suka nie da to pies nie weźmie”. Stać nas na więcej wiedzy niż przeterminowanych stereotypów.

Tertio: bzdurą jest utożsamienie edukacji na jakiś temat z modelowaniem. Od uczenia się o ptakach ludzie nie zaczynają latać, od wiedzy o tym, że istnieją inne orientacje niż heteroseksualna (i inne identyfikacje płciowe niż cisgender) ludzie nie zmieniają swojej tożsamości. Edukacja pozwalająca młodym ludziom rozpoznać zjawiska wokół siebie jako występujące w pewnym odsetku populacji, naturalne i zdemitologizowane nie tylko zdejmie odium z mniejszości, ale też pozwoli uczniom nieheteroseksualnym lepiej odnaleźć się w środowisku, gdy będzie ono mniej antagonistycznie nastawione. Co jeszcze ważniejsze, edukacja na temat zdrowia seksualnego osób nieheteroseksualnych prowadzona przez profesjonalistów w szkole może być jedynym źródłem sensownej wiedzy dla uczniów LGBT. Nie wszyscy rodzice są do tego przygotowani, by rozmawiać z dziećmi o seksie, do rozmów o seksie nieheteroseksualnym tym bardziej. A uczniowie LGBT w tej szkole i tak są, i mają pod górkę. Nie można im jeszcze bardziej utrudniać funkcjonowania.

Quatro, i to już będzie koniec tej wesołej analizy – koncepcja, że rodzice załatwią kwestię tzw. staroświecko uświadamiania jest bardzo fajna, ale ma pewien mankament wbudowany w fundament: nie wszystkie dzieci w Polsce mają tych rodziców. Lokatorzy domów dziecka w świetle tej wizji uświadomienia zaznać nie mogą, bo każdy z wychowawców, który „działając w związku z zajmowanym stanowiskiem lub wykonywanym zawodem” próbowałby takich wykładów się podjąć, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Nie sądzę, by chciał ryzykować, niech się dzieciaki dowiedzą wszystkiego z filmów porno. A my się ucieszymy, że tak ochroniliśmy maluchy przed grozą deprawacji.

EDYTOWANE, CZYLI POST SCRIPTUM

Jako że ranek mądrzejszy od wieczora, dziś dopiero zobaczyłam jeszcze jedną wesołą interpretację tej ustawy. (Jeśli któryś z czytających to prawników ma uwagi, to pokornie proszę wygłaszać)

Otóż mamy w prawie zapis tzw. wieku zgody, i wynosi on lat 15. Czyli osoba w wieku lat 15+ może uprawiać seks, a co więcej, uprawianie seksu z osobą 15+ jest legalne. Osoba lat 16 zatem idzie do lekarza i pyta o możliwości stosowania specyfików profilaktycznych właściwych dla wieku i ciała tejże osoby – czy może brać środki hormonalne, czy lepiej prezerwatywy? Czy z budową anatomiczną jest wszystko dobrze i czy nie ma ryzyka infekcji, etc itd, inteligentne pytania młodej osoby, która nie chce podejmować współżycia na rympał i spontanicznie. Czy lekarz, „działając w ramach zajmowanego stanowiska i wykonywanego zawodu” może osobie będącej pacjentem zalecać raczej seks bez penetracji, petting czy też inne „inne czynności seksualne” jako alternatywę wczesnej inicjacji, czy też w obawie przed prowokacją i prokuratorem za drzwiami raczej powinien nabrać wody w usta i wywalić za drzwi pacjenta bez żadnych porad? Czy wypisanie tabletek antykoncepcyjnych jest w świetle tego artykułu mniej szkodliwe niż rozmowa o innych niż stosunek formach aktywności seksualnej? Oraz co to za idiotyzm, że młody człowiek ma prawo seks uprawiać, ale nie może się dowiadywać o związanych z seksem konsekwencjach zdrowotnych i fizjologicznych?

Priorytety

Małopolska nie ma ostatnio szczęścia w prasie.

Mimo wielkich starań lokalnych władz i policji, wypłynęła jednak przykra sprawa intymna, znaczy, że oficjele chadzali do burdeli i dali się tam nagrać. Zaczęło się od publikacji w NIE (pierwsza i następna w odpowiedzi na reakcję bohaterów), po których czytelnicy zaczęli mlaskać i rechotać nad wizją marszałka Sejmu z opuszczonymi spodniami i debatować, czy to tak ładnie na co dzień głosić różne okrągłe zdania o honorze i moralności, a wieczorami robić wycieczki do wesołych instytucji i tam się oddawać przyjemnościom mniej prorodzinnym.

Szum medialny wokół tej publikacji (pomińmy na moment niepowtarzalny a niesmaczny styl NIE, celujący w to co leży bardzo na dnie duszy polskiego czytelnika) mocno rozczarowuje. Publiczność oto roztrząsa wątek obyczajowy i erotyczny, wizualizuje sobie polityka w sytuacji nieparlamentarnej i rechocze, że oto kolejny ze świecznika wylądował po pośladki w błocie. Mało głosów wszelako krzyczy o tym, co najstraszniejszego w tym artykule (i w idących jego śladem publikacjach, choćby w Rzeczpospolitej tu i tu) – że oto na naszym bogobojnym Podkarpaciu latami kwitł sobie handel żywym towarem i niewolnictwo, a w dodatku że dotyczyło to również dzieci. Jeśli prawdą są sensacje z taśm, oto różne VIPy nie tyle korzystały z usług seksualnych w burdelu co po prostu gwałciły dzieci (serio, nie da się inaczej określić wykorzystywania dziewczynek poniżej 15 roku życia przetrzymywanych w burdelach). Powiedzmy to jeszcze raz, małopolskie władze przez wiele lat udawały, że nie widzą, że dwóch obrotnych braci handluje kobietami, trzyma je wbrew ich woli i zmusza do prostytucji, wystawiając je również lokalnym oficjelom w zamian za przymknięcie oka.Ba, władze lokalne do spółki z krajowymi miały w zanadrzu dla sutenerów bonus, acz w trakcie obecnego niemrawo idącego śledztwa nikt się do wręczenia nagrody nie chce przyznać.

wycinek z gw

źródło: gazeta.pl

Czym się zasłużyli nowej ojczyźnie? Rzepa rozwija temat:

rzepaźródło: Rzeczpospolita

Małopolskie władze miały taki spokój duszy, że nie przeszkadzało im nawet, że w burdelach trzymane są dzieci. Pewnie było to o tyle łatwiejsze do zniesienia, że dzieci zostały przez sutenerów importowane z Ukrainy i można było udawać, że nikt o tych dziewczynkach nie wie, no, chyba że klient, który korzystał z niepowtarzalnej okazji, w innych warunkach objętej artykułem 200 kodeksu karnego. Dziewczynki siedziały w burdelu odpracowując rzekomy dług i ucząc się, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie ma im nic do zaoferowania w zakresie ochrony ich niewinności i dzieciństwa. Cóż bowiem pochłaniało ostatnio lokalnych radnych i było ważniejsze od rezolucji w sprawie handlu żywym towarem na ich terenie, od wykorzystywania nieletnich i od seksualnego obozu pracy dla kobiet?

Ilustracja poniżej:

 

Barbara Nowak
źródło: Twitter

Gdyby ktoś się zastanawiał, kim jest ta pani, która z takim wyczuciem chwili i kontekstu używa tagów #chrońmyDzieci, spieszę z wyjaśnieniem – to małopolska kurator oświaty. Kobieta, której zadaniem jest nadzór nad szkołami w regionie, nad realizowaniem zadań stojących przed szkołami i wychowawcami, oraz pilnowanie realizacji przez podległe jej placówki obowiązku szkolnego. To taki miły przepis, który mówi, że dzieci do ukończenia roku szkolnego mają obowiązek pobierać naukę. Dzięki temu nie mamy w kraju analfabetów, których rodzice wyreklamowaliby ze szkół w celu pracy zarobkowej bądź tyrania w gospodarstwie czy własnej firmie; dzięki temu przepisowi chronimy prawo do edukacji i rozwoju nieletnich. Przypomnijmy jeszcze, że nie jest to przepis uchwalony sobie a muzom, jego nieprzestrzeganie podlega sankcjom – Organ miejscowy administracji publicznej właściwy do spraw edukacji może nałożyć na opiekuna prawnego dziecka karę grzywny w celu przymuszenia do realizowania tego obowiązku. (za Wikipedią).

Zgodnie zatem z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, stosowny organ administracji właściwy do spraw edukacji  powziąwszy wiedzę, jeśli nie z lokalnych ploteczek i szumu z magla, to z przetaczającej się przez prasę burzy artykułów z wyimkami z doniesień i nagrań, powinien natychmiast wytoczyć wszelkie dostępne działa i wszcząć postępowanie w celu wyjaśnienia, czy w rzeczy samej przedsiębiorczy sutenerzy trzymają jakieś dzieci i czy aby te dzieci nie powinny uczyć się w lokalnych szkołach czegoś innego niż obsługa erotycznych roszczeń spasionych knurów, pardon, klientów burdeli. Stosowny organ administracji płonąc ze wstydu zwołałby konferencję i ogłosił, że wydusi z siebie środki specjalne na zajęcie się tymi dziewczynkami, by pozwolić im nie tylko przepracować traumę bycia seksualnymi niewolnicami w polskim przybytku, nie tylko naprawić krzywdy, których doznały, ale też nadgonić program szkolny i dać im szansę na porządne wykształcenie, którą utraciły, będąc zmuszane do prostytucji. Organ administracji, kurator oświaty, rozesłałby piorunem zapytanie do podległych szkół o dostępnych nauczycieli, którzy mogliby te dziewczynki objąć edukacją możliwie dwujęzyczną (nie ma pewności przecież, czy Ukrainki mówią biegle po polsku na tyle, by podołać programowi nauczania), jeśli na czas śledztwa muszą one pozostać w Polsce, i kto mógłby zapewnić im opiekę pedagogiczną i nauczanie indywidualne, by nie robić z nich sensacji przez dołączanie znienacka do klas. To zrobiłby przyzwoity kurator oświaty, który poważnie traktuje swoje obowiązki i dla którego istotne jest chronienie dzieci przed krzywdą, wykorzystaniem i deprawacją.

Tymczasem mamy na powyższym obrazku panią kurator, która jest oto właściwym organem do spraw edukacji, i której rozumienie ochrony dzieci polega na wsparciu nieprawdopodobnego wręcz działania sejmiku. Sejmik bowiem, po rozebraniu tej konstrukcji literackiej w nagłówku, uchwalił coś w rodzaju współczesnych ustaw norymberskich, decydując, że dzieci w Małopolsce nie powinny być edukowane w zakresie praw człowieka (praw do własnej seksualności, prawa do prywatności, prawa do intymności, prawa do odmowy), że tym, co stanowi największe zagrożenie dla dzieciństwa jest wprowadzenie edukacji równościowej do szkół – a nie, na przykład, trzymanie 14- i 15-letnich dziewczynek w burdelach i stręczenie ich grubym rybom biznesu i polityki. Radni są zadowoleni z siebie nadzwyczaj, że oto uchronili region przed strasznym demonem równości i zakazali uchwałą wszelkich działań mających obronić małopolskie mniejszości seksualne przed prześladowaniem i krzywdą, a pani kurator basuje im, wołając „Chrońmy Dzieci”. Nie wiem, czy to obłuda, czy głupota, czy podłość inspirowana ideologiczną trucizną sączoną z różnych środków przekazu włączając w to ambony, ale ironia tej deklaracji przekracza moje granice bezpieczeństwa.

Pani kurator, brzydzę się tym, co pani robi. Państwo radni, wstyd mi za was.

Wstyd mi też, że tym wszystkim kobietom i dzieciom przetrzymywanym latami i wykorzystywanym w ohydny sposób przy milczącej zgodzie władz, moja ojczyzna pokazała właśnie środkowy palec . Polska, która ustami swoich polityków twierdzi, że musi chronić dzieci przed złem równouprawnienia i praw człowieka, ma w nosie prawa najsłabszych. Polska, która drży przed deprawacją dzieci wynikającą z rzetelnej edukacji seksualnej ignoruje deprawację dokonującą się dzień w dzień i noc w burdelach korzystających z niewolniczej pracy nieletnich Ukrainek. Polska, która trzęsie się od bogobojnych deklaracji i praworządnych sloganów, latami pozwala na niewolnictwo i handel ludźmi, a uprawiających ten odrażający proceder nagradza tym, co ma ponoć najcenniejszego – obywatelstwem. Jeśli to nie jest dowód, co naprawdę się w tym kraju liczy, to nie wiem, co nim jest, bo przecież nie deklaracje, a czyny.

 

Polsko, masz pojebane priorytety.

 

A jeśli ktoś się oburzy, że to nie Polska, nie kraj, tylko poszczególne jednostki, ot, wybryki polityczek i polityków, lapsusy, a nie ogólna prawda – to proszę o dowód. Proszę o skrin lub link, w którym władze wyższe niż pani kurator małopolska wyrażają potępienie dla tej haniebnej uchwały i reakcji pani Nowak; link do materiału, gdzie pani kurator jest wzywana na dywanik i musi się tłumaczyć. Przydałby się też link w którym ktoś z władz postuluje objęcie sensowną opieką ofiar obrzydliwego procederu sutenerskiego, opieką psychologiczną, prawną, rehabilitacją i edukacją. Nie ma? No właśnie.

 

Święta polskie na coraz weselej

Odwieczna walka o rząd dusz wchodzi w kolejną rundę. Polska ma jak zwykle zaszczyt robić za scenę tego cyrku.

(Tu jest mały wtręt od autorki, która przeprasza wszystkich etnologów, kulturoznawców, religioznawców i antropologów kulturowych, którzy być może poniosą szkody w trakcie  zgrzytania zębami przy lekturze za ogromne uproszczenia i haniebne skróty dokonane na potrzeby pomieszczenia się w notce i nie zrobienia z niej nudziarstwa pękającego od przypisów. W razie czego proszę o łagodny wymiar kary w komentarzach)

Pierwszy front walki o chtoniczne święta na naszym terenie stoczyliśmy dość dawno, gdy swojskie Dziady zostały wyrugowane przez Wszystkich Świętych, a rytuały związane z kultem przodków, komunikacją ze zmarłymi i magią przechodzenia między światami zostały zsakralizowane, wtłoczone w ramy liturgiczne i zawłaszczone, po zmianie nazw i przypisaniu im nowych symbolicznych znaczeń. (Tu dygresja, że jest to dość stare zagranie kościoła zwanego powszechnym, i że tą praktyką oswajał sobie tereny pełne kultów lokalnych – ot, chrzcząc Izydę z Horusem Marią z Jezusem i wprowadzając do ikonografii kobietę karmiącą dziecko w sztywnej, hieratycznej pozie. Jako że z oryginałem szedł cały pakiet wyobrażeń i akcesoriów, Maria Żydówka wzbogaciła się po drodze o należący pierwotnie do Izydy, Królowej Nieba, płaszcz z gwiazdami, a półksiężyc, na którym niekiedy bywa przedstawiana, jest też częścią tego zapożyczonego wizerunku)

Izyda z Horusem, rzeźba z brązu, zbiory Muzeum Narodowego – można sobie porównać wizerunkami znanymi z kościołów

I tak oto ofiary z żywności składane duchom przodków zostały w naszej kulturze w postaci wieńców i kwiatów, ogniska wskazujące drogę zabłąkanym duszom skurczyły się do zniczy (acz w ostatnich latach znów się rozdymają do imponujących rozmiarów, patrząc po ofercie plastikowych i szklanych monstrów dostępnych w handlu), uczty ku czci przodków zredukowały się do sezonowych, przycmentarnych straganów z jedzeniem rzadko dostępnym w innych porach roku (obwarzanki, pańska skórka) lub prozaicznym bigosem z przyczepy campingowej. Pozostał wymiar społeczny, zgromadzenia się wokół zmarłych i ich wspominania, i duchowy, mniej lub bardziej należący do sfery religijnej. Tak oto święto pogańskie zostało wchłonięte przez rok liturgiczny, przyswojone i zaadaptowane do nowego światopoglądu wraz z całym folklorem i obrzędem, który bez dawnych wierzeń nie ma sensu, ale na tym właśnie folklorze najmocniej się trzyma. Kościół mógł odetchnąć, że spójność została zachowana, schizma pogańska z powodu Dziadów i celebry mu nie grozi, a rok liturgiczny zyskał trochę błyskotek do oprawy. Niestety, nie minęło marne kilkaset lat, a nad Polskę, udręczoną nie dość historią, dramatem i rodakami, nadciągnęła kolejna inwazja kulturowa, tym razem z dalszego zachodu – Halloween.

(Tu kolejna dygresja, że jak nasze Zaduszki są wpierw zlaicyzowanymi, a potem – skatolicyzowanymi pogańskimi obrzędami z dziedziny kultu zmarłych, tak Halloween w obecnym kształcie jest rezultatem przetrawienia przez folklor miejski USA oraz machinę konsumpcyjno-komercyjną obrzędów Samhain, czyli celtyckiego święta zakończenia zbiorów, końca lata i wegetacji, nocy błąkających się po ziemi duchów – a przy okazji jednego z Wielkich Sabatów. Co jest poniekąd lekko zabawne, że oto pogański obrządek zagraża naszej wielkiej polskiej katolickiej świętej tradycji po raz kolejny – raz wyłażąc spod spodu jako pozostałość naszych lokalnych, słowiańskich mitów i wierzeń – których nb mamy mnóstwo we wszystkich świętach kalendarza! – a ponownie jako importowany z zachodu produkt dynionośny)

Wracając jednak do naszego kulturkampfu: w związku z nadciągnięciem do hipermarketów plastikowych zębów Drakuli, poliestrowych płaszczyków maga i strzępiących się sukienek czarownic w komplecie ze szpiczastym kapeluszem z tektury (brodawki na nos do zdobycia we własnym zakresie) nastąpiło poważne wzmożenie sił tradycyjnie odpowiedzialnych za odpowiednie zabawy dziecięce. Katechetki i proboszczowie jak Polska długa i szeroka zaczęli wypuszczać z siebie różne wyrazy dezaprobaty dla zagrożeń duchowych płynących z przebierania się za diabła czy wiedźmę (zauważmy przy tym złośliwie, że sam diabeł nie budzi najmniejszych wątpliwości tego czcigodnego gremium, gdy lata po sąsiadach dwa miesiące później, w orszaku kolędników – więc nie o to tu chodzi bynajmniej, że się grono katolickich wychowawców diabłem jako takim brzydzi). Wyrazy wezbrały i zaowocowały w wielu szkołach imprezą konkurencyjną – Balem Wszystkich Świętych.

Wiedziony tradycją kościół katolicki, matka nasza polska despotyczna, uznał, że skoro udało się raz, to i drugi pójdzie tak samo łatwo – i zażądał, by dzieciaki pragnące przebieranek o treści niestosownie makabrycznej nawróciły się na właściwy gatunek i poprzebierały za katolickie osobistości duchowe. Nie, nie żartuję. Oddajmy zresztą głos poecie katechecie, oto autentyczne ogłoszenie z jednej z warszawskich szkół podstawowych:

„HOLLY WINS – POCHÓD WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
(imię i nazwisko autorki wycięte – naima)
31 października przebieramy się za ŚWIĘTYCH. Chcemy pokazać radosny aspekt świętowania ze Wszystkimi Świętymi w niebie. Dlatego też w przeddzień 1 listopada zapraszamy wszystkich do przebierania się za swoich ulubionych świętych (na przykład swoich patronów).”
Czy uważam to za absurdalne? Oczywiście.
Czy uważam to za niemądre? Ależ.
Czemu uważam, że warto o tym aż całą notkę, dobro wszak mocno limitowane na tym blogu?

Ponieważ jest to pomysł okropny, jeśli pomyśleć o nim serio i to wewnątrz samego paradygmatu religijnego, z którego niby wyszedł. Jeśli komuś źle się kojarzy oswajanie demonologii i mroku i śmierci przez wkładanie świecących wampirzych zębów i wyłudzanie cukierków w sąsiedztwie, to sugerowanie, że przebieranie się za świętych danego kultu po to, by popląsać na szkolnej dyskotece wydaje się dla odmiany profanacją i bluźnierstwem. Jeśli popatrzeć na to z perspektywy empatycznej, że oto wychowawcy martwią się, że na młode dusze horror demonicznych kostiumów może mieć zły, bo traumatyzujący wpływ, to niepojęte jest, by bez chwili wahania sugerowali przebieranki za takich oto popularnych świętych patronów

Śmierć polskich męczenników

Tortury polskich męczenników

 

Hans_Baldung_Grien_Enthauptung_der_hl_Dorothea

Ścięcie Świętej Doroty (źródło: Wiki commons)

 

Sebastiano_del_Piombo_001 Męczeństwo św Agaty

Sebastiano del Piombo – Męczeństwo Świętej Agaty (źródło – Wiki commons)

Poniżej wersja dla tych, którym obrazki nie wystarczą i lubią sobie poczytać horrory:

Makabra nr 1

Makabra nr 2

Makabra nr 3

Swoją drogą, ciekawe, jak by zareagowała katechetka, zachęcająca młodzież do uczczenia patronów, na uczennicę wcielającą się w świętą Agnieszkę, przemocą wrzuconą do burdelu? Lub na inną, z poświęceniem odgrywającą świętą Barbarę z odciętymi w trakcie tortur piersiami? O Szymonie Słupniku czy zabitym przez łuczników świętym Sebastianie nie ma co mówić, mają dużo bardziej konwencjonalny, Halloweenowy sztafaż.

Dla ustalenia uwagi, pragnę przypomnieć, że wszystkie te potwory, za które dzieci się pragną raz w roku przebrać, są doskonale identyfikowane jako postaci fikcyjne, literackie czy popkulturowe. Batman czy Dracula, Barbie czy czarownica, są wymyślonymi bohaterami filmów czy komiksów, co do których realnego istnienia dzieci raczej nie mają wątpliwości. (A jeśli mają, to problem nie leży w samym Halloween ani w przebierankach) Tymczasem kościół katolicki stanowczo się upiera, że cały wyniesiony na ołtarze panteon to prawdziwi ludzie, włącznie z męczennikami, więc proponowane przez katechetkę radosne obchodzenie imprezki przez ubranie się w strój zatłuczonego przez przeciwników ideologicznych człowieka znienacka przestaje mieć charakter frywolnej zabawy i radosnego świętowania ze świętymi, a raczej zieje makabrą dużo gorszą niż korowód poprzebieranych Rokitów. Jeśli ktoś nadal nie chwyta, proponuję taki oto eksperyment myślowy – czy taktownym i radosnym przebraniem na bal wszystkich świętych w podstawówce byłby kostium Maksymiliana Kolbe? Ten ikonograficzny oświęcimski pasiak? A strój Popiełuszki, być może razem z bagażnikiem samochodu, w którym wożono jego zwłoki? Da się w tym tańczyć na szkolnej dyskotece do Miłości w Zakopanem?

Ja rozumiem, że kościół się brzydko chwyta i nie lubi, jak mu podbierać daty na imprezy. Nie oczekuję, że nagle nastąpi wycofanie na swoje pozycje i kontrofensywa ideologiczna ograniczy się do pofukiwania z ambon na niestosowne dla polskiego kalendarza świąt wygłupy i sprośności nielicujące z zadumą czy maratonem cmentarnym. Oczekuję jednak, że naczelny głos w polskim domu, zawodowy etyk, moralista i upominacz, specjalista od tego co wolno, co wypada i co jest w ogóle do pomyślenia, kościół katolicki w osobach swoich aktywistów jednak będzie wykazywał się primo minimalną choćby znajomością własnej historii i mitologii, secundo zaś – raz na czas się zastanowił, co wygaduje. Bo jest mi jako ateistce głupio teraz, że mnie zniesmacza i lekką grozą przejmuje to, co katecheci proponują jako radosną zabawę w świętych. Może to kwestia wyczucia i smaku, a mój jest spaczony moralnym relatywizmem i cywilizacją śmierci, ale mniej straszliwe i zionące moralną zgnilizną wydają mi się sześcioletnie szczerbate wampiry niż sześcioletnie Karoliny Kózkówny.

I naprawdę, szanowny Kościele, nie sądzę, że ta sztuka, która raz się udała z przechwyceniem Dziadów w trybie serio, powiedzie się równie udatnie w trybie rozrywkowym z podmianą Halloween na marsz świętych pańskich. Ponieważ:

Hegel powiada gdzieś, że wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać: za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa.

Karl Marks