Co mówią pomniki

W „NIE” była kiedyś taka stała kolumna z cytatami z Wałęsy, miała tytuł Pan Prezydent powiedział. Redaktorzy wybierali co bardziej soczyste wypowiedzi i dawali je bez słowa komentarza, tylko opatrzone datą i źródłem. W zasadzie to była całkiem dobra idea, Wałęsa najlepszy jest saute, bez przypraw i szczególnej obróbki.
 
 
– Nie życzę sobie, żeby ta mniejszość, którą toleruję, ale z którą się nie zgadzam, żeby mi wychodziła na ulice i moje dzieci, moje wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami.
 
a później:
 
Grzegorz Kajdanowicz spytał, czy w ocenie prezydenta polityk o orientacji homoseksualnej także powinien być sadzany w parlamencie w ostatniej ławie.- Oczywiście, że tak. Jak sprawiedliwość, to sprawiedliwość – odpowiedział pewnie Wałęsa. – A nawet jeszcze za murem, bo tyle reprezentuje. Ja jestem sto procent demokratą, ale w każdej dziedzinie, a nie tak, żeby 1 proc. wchodził mi na głowę, i mówił „musisz się zgodzić, bo jesteś w większości”.
 

W żadnym przypadku nikogo nie będę przepraszał – oświadczył Lech Wałęsa, tłumacząc się ze swojej piątkowej wypowiedzi o homoseksualistach oraz miejscu mniejszości w parlamencie i życiu publicznym

(Gdybym była odrażającym trollem internetowym, żądałabym, by w ramach podkładu pod ten wywiad Wałęsy odtwarzać w trybie ciągłym to)

Dodał, tłumacząc:

 

– Nie zagrażam im, udowodniłem to przez swoje życie i walkę. Natomiast teraz to te mniejszości są groźne, te mniejszości zagrażają większości, afiszują się i chcą narzucić większości swoje prawa. Ja się z tym nie zgadzam jako demokrata.

Na to bardzo mocno zareagowała Agnieszka Holland, punktując, że głosy poparcia w Polsce nie tak trudno uzyskać głosząc tezy rasistowskie, homofobiczne, antysemickie czy w inny sposób – pogardliwe i wyższościowe, bo to popularny sposób narracji.

 
Czy coś można do tego dodać?
Oczywiście, prasa i internet od paru dni wciąż dodają, a to sążniste artykuły i felietony odkrywające zdumiewającą prawdę, że noblista nie znaczy nobliwy a prezydentura niekoniecznie uszlachetnia. Komentarze w pod artykułami dzielą się na oburzone bądź zachwycone Wałęsą, trybunem ludu.
 
Bo Wałęsa jest trybunem ludu. Zawsze był i zawsze będzie trybunem tego samego ludu – ludu robotników z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Tych, których upoił poryw wolności mówienia, że nie chcą komuny, kartek i ścieżek zdrowia dla politycznych, chcą kiełbasy, urlopów w FWP i żeby żony nie krzyczały, jak skacowani wracają z ryb z kolegami. Tych, którzy nosili wąsy, brody i swetry i uciekali przed milicją i SB w największej przygodzie swojego życia, która nadała sens i ukształtowała ich na zawsze.
 
To nie jest moment, w którym oglądam z chorą fascynacją, jak wyewoluowali ludzie z KOR i ROPCiO; jak rozeszły się drogi tych szczególnych towarzyszy broni; jaką drogę przebyli od rozwożenia ulotek, wspierania rodzin internowanych robotników czy ukrywania się przed SB do salonów, ministerstw, gabinetów czy konferencji o brzozach smoleńskich lub donikąd, do zapomnienia i biedy. To jest moment, w którym stawiam tezę, że Wałęsa mentalnie i psychicznie nie zaszedł nigdzie dalej, niż był w latach osiemdziesiątych. Jego rewolucja się odbyła, jego pomnik stanął, ale pochód poszedł dalej a pomnik stał się słupkiem milowym. Znacznikiem, punktem odniesienia. Punktem widokowym na naszą przeszłość.
 
Kiedy posłuchać przerażających rzeczy, jakie Wałęsa mówi dziś w radio i telewizji, warto sobie uświadomić, że to live transmission sprzed trzydziestu lat. Tam byliśmy. Wszyscy. Nie tylko zdrowy głos polskiego ludu pracującego, ale wszyscy. Elita pisała pogardliwie między sobą o rekomendowanym do remontu majstrze – złotej rączce pedałku, co miało być miłe, bo jedno z piszących lubiło dokładną robotę w domu, a drugie lubiło pedałków (cytuję niedokładnie, bo z pamięci jeden z listów Przybory do Osieckiej z „Listów na wyczerpanym papierze”), i mówimy tu o absolutnej elicie kulturalnej PRL. Wałęsa, którego zakonserwowały w poglądach i samozadowoleniu Nobel i prezydentura dużego kraju jest głosem tamtego pokolenia. Pokolenie mniej oklaskiwane niż pomnik transformacji miało lepszą motywację, by uczyć się nowych rzeczy; i od czasów przaśnych wąsów, popularnych palonych na korytarzach szpitali i uniwersytetów oraz poklepywania po pupie sekretarek zdążyło pokonać drogę do demokracji oznaczającej szacunek dla innego człowieka. Demokracja według Wałęsy jest demokracją stoczniowców blokujących miasto: jesteśmy wkurzeni – ale policzyliśmy się i jest nas mnóstwo, teraz musicie nas słuchać. To walnięcie pięścią przyniosło mu zwycięstwo i triumf w Stoczni nad Jaroszewiczem, podpisanie protokołów i późniejszą karuzelę nagród i zaszczytów. Nie przyniosło refleksji, że jako prezydent i obywatel świata nie jest już jednym z uciśnionych i jego głos staje się głosem satrapy i tyrana.
W ramach wywiadu Moniki Olejnik z Wałęsą o burzliwej demonstracji Solidarności pod Sejmem wyjątkowo brutalnie ujawniło się, jak dalece prezydent utożsamia się z racją dziejową, którą miał, reprezentując robotników trzydzieści lat wcześniej. Chwila, w której symbol gniewu robotniczego mówi:

– Pałowałby pan działaczy Solidarności?  – pytała dziennikarka.

– Tak. Z przewodniczącym na czele – odpowiedział Wałęsa Pierwszego bym ja wyszedł i spałował za to, że nie potrafi mądrze układać stosunków w wolnej Polsce.

– Laureat Pokojowej Nagrody Nobla, były przewodniczący „Solidarności” chciałby pałować przewodniczącego „Solidarności”? – dopytywała Olejnik.

– Bo takie miałbym prawo, gdybym był na miejscu premiera – odpowiedział Wałęsa Na miejscu premiera albo komendanta bym sam wyszedł, żeby jakiś policjant się nie bał spałować przewodniczącego, to ja bym, jako komendant policji, sam go spałował.

 
 zapiera dech w piersiach. Nie tylko dlatego, że cała ta sytuacja jest nierealna, a pomnik gniewu związkowców zamiast trollerskiego długopisu z papieżem (zawsze sądziłam, że był to dowód na abstrakcyjne poczucie humoru Wałęsy i jego potencjał trollerski) chwyta tonfę.
Niecały rok później Wałęsa nie bije już związkowców, ale buduje dla gejów getto ławkowe w Sejmie, powołując się na siłę większości. I tak samo jak rok wcześniej, duża grupa ludzi – dziennikarzy, polityków (a nawet rodzony syn Lecha, Jarosław!), artystów i dawnych przyjaciół wyraża zdumienie i grozę tymi słowami, oraz solidarność z ludźmi, których były prezydent właśnie odesłał za mur. Część z nich próbowała osłonić Wałęsę, mówiąc o jego minionej wielkości i zasługach, ale stawała nieco bezradnie wobec strasznego brzmienia słów o wysyłaniu gejów na margines i boczne uliczki.
Minęło trzydzieści lat od czasów, w których ten głos nie wzbudziłby praktycznie żadnych reakcji.
 
Jest dobrze. Mamy czasy dużo gorsze dla symboli i pomników, ale bezpieczniejsze dla żywych ludzi.
 
 
 
**************
 Uwaga formalna dla ewentualnych komcionautów: wylecą wszelkie dywagacje o Bolkach i Lolkach, prowokacjach i Magdalence. To nie jest ten temat ani ten rodzaj blogaska.
Reklamy