Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.
Reklamy

Krzycz na bitego, żeby nie płakał

Kto powinien ustalać, ile dyskryminacji, cierpienia i krzywdy to za dużo, a ile jeszcze można znieść cierpliwie, czekając na lepsze czasy i klimat odpowiedniejszy do zmian?

Na pewno nie osoba dyskryminowana, powiedział pan premier Tusk, który uważa, że lepiej od osób LGBT umie sformułować postulaty w sprawie równouprawnienia.

Najgorsze co mogłoby się stać to przygotowanie takiej ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uzna za niezgodną z konstytucją. To mogłoby zamrozić temat związków partnerskich na dekady. Bo dziś nie widzę szans, że w ciągu 10-15 lat w Sejmie znajdzie się większość dla radykalnych rozwiązań tej sprawy. Ja chciałbym żyć w kraju, gdzie wszelkie odmienności cieszą się szacunkiem wyrażonym w przepisach prawa, ale muszę być odpowiedzialny za skutki prawne i społeczne. Do efektów dojdziemy drogą ewolucji, choć może nie będą to efekty przez wszystkich tutaj pożądane – mówił Tusk
Tłumacząc z pokrętnej mowy na bezpośredni przekaz: mniejszości, siad na dupie, dostaniecie tyle wolności i tyle praw, ile wam jesteśmy skłonni dać, i nie próbujcie żądać więcej, niż nam się wydaje. Bo to nie jest tak, że osoby LGBT jakieś prawa mają, bo są ludźmi – politycy, czyli biali, heteroseksualni mężczyźni praworządnego wyznania rzymskokatolickiego są dysponentami tych praw, i będą je wydzielać po uważaniu, a niesfornych i roszczeniowych skarcą lejąc po łapach i strasząc, że na lata odbiorą im wszelkie nadzieje.
To powiedział pan premier Tusk, i przynajmniej szczerze powiedział, co myśli. Bo cóż innego znaczyło to szantażowanie Trybunałem Konstytucyjnym? Jeśli premier rządu, szef partii mającej sejm, senat, prezydenta i większość władz lokalnych i samorządowych nie umie zrobić skutecznej kampanii poparcia dla nowej ustawy, i to ustawy, która w przeciwieństwie do paru innych, przepchniętych przez sejm (np ustawy podwyższającej VAT), nie odbiera nikomu pieniędzy ani praw, za to pewnej grupie przyznaje prawa, którymi większość cieszy się od dawna i ma je za wręcz przyrodzone. To nie jest gra o sumie zerowej, gdy komuś trzeba część praw zabrać, by przydzielić osobom LGBT możliwość dziedziczenia, opieki nad partnerem/partnerką, otrzymania informacji o stanie zdrowia czy wzięcia wolnego na zajęcie się chorym/chorą. To kwestia zmiany zapisu i wyrównania dotychczasowej dyskryminacji, a za tym – złagodzenia wielu indywidualnych dramatów i krzywd. Ale dla pana premiera to są radykalne żądania. Pan premier uważa, że to on wie lepiej, ile jeszcze osoby dyskryminowane mogą wytrzymać, i będą musiały wytrzymać, póki on nie uzna, że już wystarczy. Pan premier sam wie lepiej, o ile osoby LGBT mogą go prosić, żeby się on i cała klasa polityczna nie obraziły. To nie jest rozmowa obywatela z obywatelami, to jest rozmowa właściciela z podwładnymi. Nie jest to specyfika samego Tuska, to dyskurs całej prawicowej klasy politycznej i publicystycznej, która swoje przywileje społecznie traktuje jak przyrodzone prawa, a prawa mniejszości – jak fanaberyjne i wyuzdane roszczenia.
 
Premier był łaskaw wiedzieć lepiej również w sprawie aborcji. Tu znów było śmieszno i straszno, zupełnie jak w dowcipie „a mógł zabić”. Nie wierzycie?
 

Tusk powtórzył swoje wcześniejsze zapewnienia, że nie będzie dążył do liberalizacji ustawy aborcyjnej. – Ale na zaostrzenie tych regulacji też się nie zgodziłem. Jestem zwolennikiem status quo – zaznaczał, a publiczność odpowiedziała buczeniem.

Czyli – nie miejcie złudzeń, że pozwolę wam decydować o waszych ciałach samodzielnie, że pozwolę wam decydować, czy dacie radę donosić ciążę, urodzić i znieść wszystkie trudy później. Niech wam się nie wydaje, że poza wąziutkim zakresem absolutnie ostatecznych dramatów (z którego to zakresu w praktyce i tak nie możecie za bardzo skorzystać) państwo oddali od was przymus donoszenia każdej niechcianej ciąży. Cieszcie się, że nie odebraliśmy wam nawet tego ogryzka wolności, jaki zapisany jest w ustawach (których i tak nie przestrzegamy).  Bądźcie grzeczne i nie proście nachalnie, bo pójdziecie spać bez kolacji. Tak mówił premier do kobiet, tak mówi do obywatelek i obywateli.

 
Ja rozumiem, że politykę się robi brzydko, i że partia, której spadają sondaże będzie chciała iść zgodnie z sondażami, nawet jeśli po trupach. Smutne – że zawsze są to trupy mniejszości i osób dyskryminowanych. Smutne, że prawie zawsze są to trupy kobiet. Najsmutniejsze, gdy politycy idący po trupach pokrzykują groźnie, by trupy umierały ciszej i mniej protestowały, gdy się po nich depcze. 

Opozycje i sensacje

Dziś będzie krótko i nudno. Będą też brzydkie wyrazy, takie jak Gowin, błędy logiczne, erystyka i pieprzenie w mediach (i nie chodzi niestety o ekscytujące filmiki w płatnych serwisach).

No to lecimy, najpierw odhaczamy pozycję pierwszą:

Miliony młodych kobiet w Polsce dzisiaj boją się urodzić dziecko, bo wiedzą, że albo stracą pracę, albo będą miały kłopot z powrotem na rynek pracy. To jest zadanie dla polityków, a nie jakieś pseudoproblemy w rodzaju legalizacji paramałżeństw homoseksualnych.

Powiedział Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, polityk Platformy Obywatelskiej.

Co my tu mamy? Mamy otóż dorodny przykład tzw. fałszywej opozycji, czyli przeciwstawienie istotnego problemu (rynek pracy wrogi kobietom w wieku rozrodczym) problemowi rzekomo błahemu (legalizacja związków LGBT), którego to błahego problemu rozwiązywanie ma rzekomo utrudniać lub uniemożliwiać rozwiązanie problemu prawdziwego. Chwila namysłu pozwoli jednak uważnemu czytelnikowi klepnąć się w czoło ze zdumieniem i wykrzyknąć: – hola, hola, panie ministrze, a co ma piernik do wiatraka? W jaki sposób legalizacja małżeństw jednopłciowych rzutuje na postawy pracodawców wobec kobiety w ciąży? Jak zmienia dostępność żłobków, lekarzy pediatrów, jak wpływa na nadgodziny dla młodych matek lub gorliwość ojców w braniu zwolnień lekarskich na chore dziecko, by matka nie kumulowała nieobecności w swojej pracy?

Mamy tu do czynienia z kolejną inkarnacją starożytnej maksymy divide et impera, obecnie w wersji: poszczujmy na siebie dwie grupy mające we współczesnej Polsce przegwizdane (dodatkowe punkty dla tych, którzy zauważą, że obie te grupy mają prawo mieć grube pretensje wobec PO, która w kampanii wyborczej obiecywała różne rzeczy zarówno w sprawie sytuacji kobiet jak i kwestii praw osób LGBT). Chwila, w której obie grupy rzucą się na siebie zamiast na polityków mających w nosie realizację własnych obietnic wyborczych, będzie doskonałym powodem do wzniesienia kieliszka szampana przez radę starszych w każdej partii mającej na sztandarach jakieś hasła o społeczeństwie, obywatelach etc ozdobniki. Ponieważ pan minister nie dość, że kobiety faktycznie zatroskane o swoje życie zawodowe po urodzeniu dziecka szpetnie napuszcza na gejów i lesbijki dobijających się o prawa do funkcjonowania w związkach, nie dość, że obrzydliwie wartościuje dramaty społeczne (matki są ważne, potrzebne i godne naszej uwagi, geje i lesbijki to margines wymyślający problemy i ogólnie, mitomani i wariaci); to przede wszystkim w ogóle nie deklaruje, że się czymkolwiek zamierza zająć – ani jako on sam, ani jako członek rządu i partii u steru władz. Po prostu tak sobie, dla podtrzymania rozmowy rzucił granatem w kompostownik i z kieliszkiem wina mszalnego będzie kontemplować efekty w otoczeniu.

Obserwacja, że polityka sprawowana w mediach a nie w sejmie czy gabinetach rządu zmienia się w turniej ersytycznych popisów nie jest ani świeża ani odkrywcza. Telewizornie polują nie na pracowitych posłów, lecz na złotoustych (Niesiołowski, Cymański, Palikot, nieboszczyk Lepper, niekiedy Miller – to nazwiska obiecujące, że w trzydziestosekundowym cytacie będzie mięso, obelga, żart lub idiotyzm, który obleci kilka stacji i gazet, podniesie cytowalność i klikalność przy zerowym wysiłku redakcji, bo to ani komentarza merytorycznego nie wymaga, ani danych). To, że politycy dotąd trzymający się swojej specjalności obecnie wychodzą przed szereg mikrofonów, by wygłosić swoją tombakową myśl, zawdzięczamy temu, czemu i inne majtki Dody na jedynkach gazet i serwisów. Śmieszyć może, że taki poważny we własnym mniemaniu Gowin też w to wpada z pluskiem: wygłasza seryjne głupoty i cieszy się, że album z wycinkami prasowymi z dnia na dzień grubszy.

Obawiam się, że z tego właśnie powodu pan minister teraz strasznie głupio się tłumaczy przed premierem, że wcale nie naplótł idiotyzmów, tylko mu dziennikarze przekręcili i wyrwali z kontekstu. Opowiedział skandaliczne rzeczy bez pokrycia, oskarżył Niemców o eksperymenty na homunculusach, wymyślił nieistniejący handel zarodkami i inne nośne medialnie bajędy a teraz udaje, że nie on i w ogóle to media są brzydkie i się czepiają. Trudno jest, panie ministrze, udawać lorda z monoklem, gdy się najpierw popisywało bon motami wątpliwej świeżości i wstrząsało ogłaszaniem zbrodni widzianych oczyma duszy. Albo gorączka na widok mikrofonu, ekscytacja i sensacja, albo powaga urzędu, jedno z dwojga. Albo szczucie ludzi na siebie, ogłaszanie ex cathedra kto jest w Polsce ważny i godny zajęcia się jego dramatami, a kto pajac i niewart uwagi pseudoproblem – albo bycie ministrem sprawiedliwości. To słowo coś znaczy, panie ministrze, i niech pan nie mówi, że je wyrwałam z kontekstu.

(Edycja tekstu – wyłapana przez Nameste frojdówka, dziękuję za zwrócenie uwagi)

Co mówią pomniki

W „NIE” była kiedyś taka stała kolumna z cytatami z Wałęsy, miała tytuł Pan Prezydent powiedział. Redaktorzy wybierali co bardziej soczyste wypowiedzi i dawali je bez słowa komentarza, tylko opatrzone datą i źródłem. W zasadzie to była całkiem dobra idea, Wałęsa najlepszy jest saute, bez przypraw i szczególnej obróbki.
 
 
– Nie życzę sobie, żeby ta mniejszość, którą toleruję, ale z którą się nie zgadzam, żeby mi wychodziła na ulice i moje dzieci, moje wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami.
 
a później:
 
Grzegorz Kajdanowicz spytał, czy w ocenie prezydenta polityk o orientacji homoseksualnej także powinien być sadzany w parlamencie w ostatniej ławie.- Oczywiście, że tak. Jak sprawiedliwość, to sprawiedliwość – odpowiedział pewnie Wałęsa. – A nawet jeszcze za murem, bo tyle reprezentuje. Ja jestem sto procent demokratą, ale w każdej dziedzinie, a nie tak, żeby 1 proc. wchodził mi na głowę, i mówił „musisz się zgodzić, bo jesteś w większości”.
 

W żadnym przypadku nikogo nie będę przepraszał – oświadczył Lech Wałęsa, tłumacząc się ze swojej piątkowej wypowiedzi o homoseksualistach oraz miejscu mniejszości w parlamencie i życiu publicznym

(Gdybym była odrażającym trollem internetowym, żądałabym, by w ramach podkładu pod ten wywiad Wałęsy odtwarzać w trybie ciągłym to)

Dodał, tłumacząc:

 

– Nie zagrażam im, udowodniłem to przez swoje życie i walkę. Natomiast teraz to te mniejszości są groźne, te mniejszości zagrażają większości, afiszują się i chcą narzucić większości swoje prawa. Ja się z tym nie zgadzam jako demokrata.

Na to bardzo mocno zareagowała Agnieszka Holland, punktując, że głosy poparcia w Polsce nie tak trudno uzyskać głosząc tezy rasistowskie, homofobiczne, antysemickie czy w inny sposób – pogardliwe i wyższościowe, bo to popularny sposób narracji.

 
Czy coś można do tego dodać?
Oczywiście, prasa i internet od paru dni wciąż dodają, a to sążniste artykuły i felietony odkrywające zdumiewającą prawdę, że noblista nie znaczy nobliwy a prezydentura niekoniecznie uszlachetnia. Komentarze w pod artykułami dzielą się na oburzone bądź zachwycone Wałęsą, trybunem ludu.
 
Bo Wałęsa jest trybunem ludu. Zawsze był i zawsze będzie trybunem tego samego ludu – ludu robotników z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Tych, których upoił poryw wolności mówienia, że nie chcą komuny, kartek i ścieżek zdrowia dla politycznych, chcą kiełbasy, urlopów w FWP i żeby żony nie krzyczały, jak skacowani wracają z ryb z kolegami. Tych, którzy nosili wąsy, brody i swetry i uciekali przed milicją i SB w największej przygodzie swojego życia, która nadała sens i ukształtowała ich na zawsze.
 
To nie jest moment, w którym oglądam z chorą fascynacją, jak wyewoluowali ludzie z KOR i ROPCiO; jak rozeszły się drogi tych szczególnych towarzyszy broni; jaką drogę przebyli od rozwożenia ulotek, wspierania rodzin internowanych robotników czy ukrywania się przed SB do salonów, ministerstw, gabinetów czy konferencji o brzozach smoleńskich lub donikąd, do zapomnienia i biedy. To jest moment, w którym stawiam tezę, że Wałęsa mentalnie i psychicznie nie zaszedł nigdzie dalej, niż był w latach osiemdziesiątych. Jego rewolucja się odbyła, jego pomnik stanął, ale pochód poszedł dalej a pomnik stał się słupkiem milowym. Znacznikiem, punktem odniesienia. Punktem widokowym na naszą przeszłość.
 
Kiedy posłuchać przerażających rzeczy, jakie Wałęsa mówi dziś w radio i telewizji, warto sobie uświadomić, że to live transmission sprzed trzydziestu lat. Tam byliśmy. Wszyscy. Nie tylko zdrowy głos polskiego ludu pracującego, ale wszyscy. Elita pisała pogardliwie między sobą o rekomendowanym do remontu majstrze – złotej rączce pedałku, co miało być miłe, bo jedno z piszących lubiło dokładną robotę w domu, a drugie lubiło pedałków (cytuję niedokładnie, bo z pamięci jeden z listów Przybory do Osieckiej z „Listów na wyczerpanym papierze”), i mówimy tu o absolutnej elicie kulturalnej PRL. Wałęsa, którego zakonserwowały w poglądach i samozadowoleniu Nobel i prezydentura dużego kraju jest głosem tamtego pokolenia. Pokolenie mniej oklaskiwane niż pomnik transformacji miało lepszą motywację, by uczyć się nowych rzeczy; i od czasów przaśnych wąsów, popularnych palonych na korytarzach szpitali i uniwersytetów oraz poklepywania po pupie sekretarek zdążyło pokonać drogę do demokracji oznaczającej szacunek dla innego człowieka. Demokracja według Wałęsy jest demokracją stoczniowców blokujących miasto: jesteśmy wkurzeni – ale policzyliśmy się i jest nas mnóstwo, teraz musicie nas słuchać. To walnięcie pięścią przyniosło mu zwycięstwo i triumf w Stoczni nad Jaroszewiczem, podpisanie protokołów i późniejszą karuzelę nagród i zaszczytów. Nie przyniosło refleksji, że jako prezydent i obywatel świata nie jest już jednym z uciśnionych i jego głos staje się głosem satrapy i tyrana.
W ramach wywiadu Moniki Olejnik z Wałęsą o burzliwej demonstracji Solidarności pod Sejmem wyjątkowo brutalnie ujawniło się, jak dalece prezydent utożsamia się z racją dziejową, którą miał, reprezentując robotników trzydzieści lat wcześniej. Chwila, w której symbol gniewu robotniczego mówi:

– Pałowałby pan działaczy Solidarności?  – pytała dziennikarka.

– Tak. Z przewodniczącym na czele – odpowiedział Wałęsa Pierwszego bym ja wyszedł i spałował za to, że nie potrafi mądrze układać stosunków w wolnej Polsce.

– Laureat Pokojowej Nagrody Nobla, były przewodniczący „Solidarności” chciałby pałować przewodniczącego „Solidarności”? – dopytywała Olejnik.

– Bo takie miałbym prawo, gdybym był na miejscu premiera – odpowiedział Wałęsa Na miejscu premiera albo komendanta bym sam wyszedł, żeby jakiś policjant się nie bał spałować przewodniczącego, to ja bym, jako komendant policji, sam go spałował.

 
 zapiera dech w piersiach. Nie tylko dlatego, że cała ta sytuacja jest nierealna, a pomnik gniewu związkowców zamiast trollerskiego długopisu z papieżem (zawsze sądziłam, że był to dowód na abstrakcyjne poczucie humoru Wałęsy i jego potencjał trollerski) chwyta tonfę.
Niecały rok później Wałęsa nie bije już związkowców, ale buduje dla gejów getto ławkowe w Sejmie, powołując się na siłę większości. I tak samo jak rok wcześniej, duża grupa ludzi – dziennikarzy, polityków (a nawet rodzony syn Lecha, Jarosław!), artystów i dawnych przyjaciół wyraża zdumienie i grozę tymi słowami, oraz solidarność z ludźmi, których były prezydent właśnie odesłał za mur. Część z nich próbowała osłonić Wałęsę, mówiąc o jego minionej wielkości i zasługach, ale stawała nieco bezradnie wobec strasznego brzmienia słów o wysyłaniu gejów na margines i boczne uliczki.
Minęło trzydzieści lat od czasów, w których ten głos nie wzbudziłby praktycznie żadnych reakcji.
 
Jest dobrze. Mamy czasy dużo gorsze dla symboli i pomników, ale bezpieczniejsze dla żywych ludzi.
 
 
 
**************
 Uwaga formalna dla ewentualnych komcionautów: wylecą wszelkie dywagacje o Bolkach i Lolkach, prowokacjach i Magdalence. To nie jest ten temat ani ten rodzaj blogaska.

Niewiarygodnie ruchomy środek prawej strony

Dziwię się ludziom, którzy się dziwią Niesiołowskiemu.

Ostatnio po internetach lata haniebny tekst wypowiedzi o córuni Holland (swoją drogą, jaka obrzydliwa protekcjonalność i mizoginia w tej córuni) i ludzie otwierają oczy i mówią: ojej, ale pan profesor nieładnie się wypowiada. Pan profesor co prawda nie tak dawno wypowiedział się na temat swoich marzeń o Polsce bez problemów. I znów – był szok, niedowierzanie, że dwudziesty pierwszy wiek, poseł partii centrowej, no, powiedzmy, centroprawicowej, i wygłasza takie rzeczy. Serio? Zdziwieni? Przecież w 2007 mówił

W Polsce nie ma żadnej dyskryminacji osób homoseksualnych. Twierdzenia o jej istnieniu nie mają żadnego sensu i nie są na niczym oparte – twierdzi wicemarszałek Sejmu. – To stała taktyka tych organizacji, które okłamują społeczeństwo i próbują mu wmówić, że homoseksualiści są prześladowani. A tak naprawdę to oni domagają się dla siebie przywilejów – na przykład możliwości zawierania małżeństw homoseksualnych czy adopcji dzieci. To też sposób na reklamę i nagłaśnianie swojego stylu życia, który nie podoba się większości społeczeństwa – dodaje.

Pytany, czy Tusk spotka się z organizacjami feministycznymi, lesbijskimi i gejowskimi (chcą z nim porozmawiać o dyskryminacji ich środowisk), Niesiołowski jest sceptyczny. – Donald Tusk sam zdecyduje, czy zgodzi się na to spotkanie. Moim zdaniem jako przyszły premier nie ma czasu na takie głupstwa

Żródło tutaj.

W zasadzie, mogłabym się bawić tak godzinami, bo Niesiołowski jest bardzo wymowny i bujnie się wypowiada, osobliwie o sprawach, których serdecznie nie lubi. I ludziach, którymi pogardza. A że szczęśliwie dla gazet i innych mediów, Niesiołowski nienawidzi połowy świata, cytatów się nazbierało. Jeszcze szczęśliwiej dla mnie, ktoś przede mną zrobił już kompendium cytatów.

Wszystkim naiwnie zdziwionym przypomnę, że Niesiołowski jest jednym z ojców założycieli ZChN. Tego ZChN, które było eurosceptyczne, mizgonistyczne i katolickie (dla koneserów – program partii). Co więcej, jak poczytać stare stenogramy, a dla mniej wytrzymałych – zalinkowane wyżej cytaty z Entomologa, można zobaczyć, że Niesiołowski wcale poglądów nie odwoływał, nie zmieniał (chyba, że poglądów na temat PO, którym najpierw soczyście gardził, a obecnie reprezentuje). To nie Niesiołowski przeniósł się z biegiem lat do centrum, to prawa ściana podjechała na środek sejmu, a z nią przemieścił się ultrakatolik, homofob, mizogin, patriarcha żądający władzy nad macicami i odsyłający znaną reżyserkę do kąta. Niesiołowski jest tym samym strasznym panem politykiem, który nas śmieszył (bo groteskowy) i przerażał (bo wyposażony we władzę) gdy w roku 1993 ze swoimi kumplami przeforsował jedną z nabardziej restrykcyjnych w Europie ustaw antyaborcyjnych, dla śmiechu nazwaną kompromisem. Jeśli się dzisiaj możemy dziwić, to nie samemu panu posłowi, co raczej temu, w jaki sposób znalazł się w partii mniejszego zła i reprezentuje umiarkowane centrum.

Powiedziałabym jeszcze, że może czas baczniej poobserwować egzotyczne istoty na prawym skraju sceny, bo one dziś robią za współczesne odpowiedniki Niesiołowskiego z wczesnych lat dziewięćdziesiątych; i za lat dwadzieścia parę mogą zająć jego dzisiejszą pozycję. Sejm polski bowiem wydaje się kręcić tylko w jedną stronę, powoli, ale nieubłaganie.

Edycja:

W chwili, gdy publikowałam tę notkę, na ten sam temat napisała Anna Dryjańska. Bardzo polecam, bo patrzy dużo szerzej.

 

Nowicka-gate, czyli przeżujmy to jeszcze raz

Wielkie moralne oburzenie wybuchło z powodu wysokich nagród, jakie przyznało sobie prezydium sejmu. Prasa podaje kwoty, politycy (ci, którzy nie są w prezydium) wywracają oczami na pazerność chytrej baby z Radomia i jej kumpli. Kumple zaś mówią różnie, zależy, jak szybko przyłapani, najczęściej deklarują przekazanie kasy na zbożny cel. Nie zawsze, bo na przykład taki Wenderlich rzecze odkrywczo. I ma rację. Na marginesie, w internetach zauważono, że cała zabawa w nagrody odbywa się na podstawie dość starego przepisu, z 1981 roku. I jej konstytucyjność jest nieco niepewna w świetle bieżącego prawa. Ja się nie znam, ja nie jestem prawniczką, i zresztą nie to jest w tej histerii clou. Albowiem dzieje się tu dużo i jednocześnie, co wcale nie ułatwia nadążania za fabułą.

Niesiołowski jest zdumiewająco w tej sprawie łagodny:  – co nabiera nieco sensu, gdy zajrzeć tutaj i tutaj.  To dokumenty przesłane w 2012 przez Kancelarię Sejmu na wyraźne zapytanie Stańczyka o premie wypłacane z funduszu nagród. Dane nie zawierają ostatnich dwu lat. Co do 2012 wiemy już, że do sierpnia nagrody przypadły tylko Kancelarii Sejmu, natomiast bomba wybuchła w styczniu, w sprawie nagród dla prezydium.

Teraz dwa szybkie pytania testowe (proszę bez pomocy wyszukiwarek, z pamięci):
Kto dostał te nagrody, OPRÓCZ Ewy Kopacz i Wandy Nowickiej?

Aha, tak właśnie myślałam.
A dostało łącznie sześć osób:
Marszałkini Ewa Kopacz (PO)
Wicemarszałkini Wanda Nowicka (Ruch Palikota)
Wicemarszałek Cezary Grabarczyk (PO)
Wicemarszałek Eugeniusz Grzeszczak (PSL)
Wicemarszałek Jerzy Wenderlich (SLD)
Wicemarszałek  Marek Kuchciński (PiS)

Drugie pytanie: które z mediów opisało JAKO PIERWSZE sprawę nagród?
Odpowiedź: SuperExpress. Znany skądinąd z metody dziennikarskiej podążania za tropem podrzuconym przez bohaterów bądź wrogów bohaterów swoich reportaży, metody zwanej ustawką dziennikarską. Stawiam moje najładniejsze buty, że inspiracja do tego demaskatorskiego artykułu wyszła z Sejmu.

Media bowiem od 23 stycznia szaleją nad dwiema postaciami – Kopacz i Nowicką, znęcając się nad ich pazernością. Sejm podłączył się chcąc nie chcąc, po tym, jak Palikot uniósł się świętym oburzeniem i cofnął rekomendację dla Nowickiej jako reprezentantki własnego klubu. Tu zaczęły się dziać zaś sprawy zupełnie oryginalne.
Zaznaczmy po kolei: Palikot jako jedyny szef partii zaczął grzmieć o nieetycznym postępowaniu swojej klubowej koleżanki. Wyciągnął kartkę moralnych standardów, których oczekuje i których się trzyma (przypomnijmy, że o ile Ruch Palikota to nowa partia w Sejmie, jej wódz to sejmowy recydywista, były członek PO, który za czasów poprzedniej kadencji najwyraźniej inne moralne standardy nosił, bo milczał w sprawie funduszu nagród i nie widział żadnych problemów). Co do etyczności samego Palikota – wolałabym, by w kwestiach tak subtelnych milczał
1) były wydawca ultraprawicowego OZONU , który dziś mówi:

– Tak, żałuję. Nie tylko dlatego, że straciłem na tym 20 milionów złotych, co już wystarczy jako przedsiębiorcy. Ale także, że dzisiaj wstydzę się za tę okładkę „Zakaz pedałowania” i jest mi przykro, że kiedykolwiek dołożyłem do tego chociaż złotówkę – mówił Palikot na konferencji prasowej, na której m.in. zaprezentował rzecznika swojej partii. Został nim były wicenaczelny „Nie” Andrzej Rozenek.

(Źródło)

2) Ślubujący tak mi dopomóż Bóg  poseł mówiący o narodowym charakterze krzyża (tego samego, który dziś tak rączo chciałby zdejmować)

Tym bardziej, że gdy nawołuje Nowicką do zachowań etycznych, wymyka mu się z buzi bardzo niepiękny zapach.

Ale po kolei –  cóż robi nasz lewicowy Katon, potępiwszy pazerność Nowickiej w minutę po opublikowaniu przez SE informacji o premiach dla prezydium sejmu? Wymaga od niej rezygnacji. Cofa jej rekomendację. Zastrasza ją, że jest skończona w polityce (mówi to pan, który wystawił ją w ostatniej chwili na liście wyborczej w stolicy na drugiej pozycji, co przyniosło mu 7065 głosów  i znacząco podniosło notowania Ruchu Palikota w środowisku równościowym, feministycznym i lewicowym).
Po czym ogłasza, że na jej miejsce chciałby ustanowić Annę Grodzką.
W tydzień po haniebnych wynikach głosowania nad ustawą o związkach partnerskich i po wylaniu się szamba prawicowego na temat Grodzkiej właśnie (złotousta Pawłowicz na spotkaniu z wyborcami, nie będę linkować do tego, kto chętny, niech sam znajdzie, jeśli jeszcze się uchował bez tej wiedzy).
Dla wszystkich nieurodzonych wczoraj było jasne, że kandydatura Grodzkiej jest zagraniem na awanturę. Sejm w obecnym składzie nigdy w życiu nie zagłosowałby na nią, z powodów, które wylały się przy dyskusji na temat projektów ustaw Dunina, SLD i Ruchu Palikota. Z drugiej strony – niezagłosowanie na kandydatkę wysuwaną przez uprawniony do wicemarszałka klub wyglądałoby na złamanie pewnych zasad funkcjonujących w sejmie od zawsze (zupełnie, jak nagrody dla prezydium). Szach, mat, czas antenowy dla pana Janusza w prime-timie, Nowicka złapana w pułapkę posłuszeństwa partyjnego i lojalności wobec Grodzkiej zarazem, obdarzana przez własnego szefa klapsami za nieposłuszeństwo.
Sejm zrobił jedyne, co mógł, to znaczy uratował Nowicką wbrew jej klubowi (dając wyraźnie do zrozumienia, że głosuje za pozostawieniem Nowickiej, byle nie musieć opowiadać się w sprawie Grodzkiej), wystawiając panią wicemarszałkinię jednocześnie pod pręgierz opinii z uwieszonym na szyi dwutonowym szyldem chciwej i interesownej karierowiczki, która trzyma się stołka zębami i portfelem. (Na zupełnym marginesie zaznaczmy, że na szyjach Wenderlicha, Grzeszczaka, Grabarczyka i Kuchcińskiego są wyłącznie krawaty. Ani ich kluby, ani media, nie widzą w ich dochodach skwapliwie przyjmowanych nic nieprawidłowego)

Cóż robi Palikot, gdy sprawa rozwija się według jedynego realnego scenariusza, a kliki i lajki lecą jak szalone? Wrzuca taką perełkę, a żeby nikomu to nie wydało się zbyt łagodne, pisze jeszcze na swoim blogasku.

Państwo pozwolą, że ochłonę. Nasz Katon lewicy, kryształowe sumienie portfela sejmowego, wiarygodny moralnie jak lokata Amber Goldu, ubliża swojej koleżance i sugeruje (metaforycznie czy nie, i po co mu do tego Nietzsche?!) że chciała być zgwałcona. Oraz leci kolejnymi obelgami ze sfery seksualnej. Poniewiera jedną z liderek swojej partii, pracowitą posłankę, funkcjonującą w sferze NGOsów od lat, znaną powszechnie przed wyborami nie z bycia członkinią Ruchu Palikota, ale z działalności pozasejmowej na rzecz kobiet i wolnego wyboru. Szantażuje ja przy tym paskudnie pozycją Anny Grodzkiej, biorąc w zakład środowiska LGBTQ.

Oczywiście, od Palikota śmiesznym byłoby wymagać kurtuazji czy lojalności wobec własnych współpracowników, czy choćby jakiegoś przestrzegania granic. Jego zaś wymagania i oczekiwania wyglądają nie tyle groteskowo, co bezczelnie i hucpiarsko. Oraz celowo. Wygląda to jak rozgrywka, w której w efekcie Nowicka zostaje kompletnie pogrążona politycznie i towarzysko, Grodzka służy do obnoszenia na kiju po sejmie jako straszak na prawicę przed głosowaniami, a Palikot zbiera czas antenowy dla swojej partii. Facetom nic się złego nie dzieje, bo to przecież nie chodziło o to, że posłowie wzięli kasę, tylko że niezależna i wybijająca się Nowicka dostała pieniądze z legalnie funkcjonującego funduszu nagród. Gdyby chodziło o forsę, ba, gdyby chodziło o zasady! – Palikot wnioskowałby o przeczołganie wszystkich.

O samym braniu pieniędzy napisano wszędzie. Niestety, wszędzie tylko Nowicka jest odpytywana, jak przedszkolak z wierszyka, czy to ładnie i czy jej ręka nie drżała przy głosowaniu w sprawie nagród. Przy tej okazji wyciąga się kwestię parytetów, tłukąc Nowicką w parytet (bo jak to, kobieta w sejmie miała wprowadzić wiosnę, odnowę moralną i przemianę w anioła, i jak to, że nie, odwołać parytety. Nikt nie widzi argumentu w drugą stronę, że parytet męski skompromitował się tym samym czterokrotnie mocniej) Panowie posłowie nadal robią to, co robili dotychczas. To od pań posłanek oczekuje się wyższych standardów, mniej lub bardziej wprost wymawiając im, że łaska wyborcza nie po to pozwala im się bawić w politykę, by zachowywały się jak reszta polityków. Mają być lepsze, ładniejsze i grzeczniejsze, i dać się wywalić bez pyskowania, gdy szefowi się znudzą.
To nie jest obrona Nowickiej biorącej nagrodę. To jest atak na metody Palikota, który najpierw Nowicką zgarnął (ucierając nosa SLD i chwaląc się nagle zyskanym feministycznym sumieniem) na swoje listy wyborcze, a potem ją przeczołgał z pozycji etycznych, o których powinen akurat on długo i w skupieniu milczeć.

 

(Edycja: literówki, przyuważone poniewczasie)

Nie pytaj posłanki Pawłowicz, co Polska może zrobić dla ciebie

Na wielu blogach pojawiły się już komentarze na temat złotoustych posłów, osobliwie uzasadniających swoje głosy przeciwko pracom nad ustawą o związkach partnerskich. Internet uwiecznił memami co celniejsze uwagi wybrańców narodu; miejmy nadzieję, że przynajmniej część tych wstrząsających popisów zostanie w pamięci publicznej choć do czasu najbliższych wyborów.

Nie będę się szczególnie znęcać nad posłanką Pawłowicz, bo nie trzeba powtarzać rzeczy wielokrotnie już napisanych o jej bezduszności, wulgarności i plugawym języku nienawiści. Dała mi ona jednak mocno do myślenia swoją wypowiedzią o jałowych i niepożytecznych związkach, ponieważ mam mocne wrażenie, że ta idea nie zrodziła się w głowie poselskiej z niczego, że pochodzi ona z pewnej filozofii, którą część polskich, nazwijmy to umownie, prawicowych polityków mniej lub bardziej świadomie podziela. Chodzi mi o filozofię, że obywatel ma się państwu opłacać.

Państwo (mowa tu o założeniach, koncepcji, a nie poszczególnych wariantach wykonania!) otóż jest formą zorganizowania się ludzi, których łączy jakaś wspólnota – etniczna, językowa, religijna, historyczna czy kulturowa, a najczęściej wszystkie powyższe w różnych proporcjach – dla potrzeb rozwiązania problemów związanych z funkcjonowaniem zbiorowości. Państwo jest formą organizacji (w rozumieniu: sposób, w jaki jest zorganizowana społeczność, a nie  – Organizacja Widmo), a nie bytem osobnym czy metafizycznym, choć dla wygody często w mówieniu się je personalizuje. Państwo bowiem ma pomóc załatwić kwestie porządkowe (stanowienie i egzekwowanie prawa),  infrastrukturalne (budowa obiektów przekraczających kosztami możliwości jednostek czy nawet całych grup ludzi), kompetencyjne (licencjonowanie zawodów, certyfikowanie wiedzy lub umiejętności specjalistów) czy administracyjne, oraz zająć się finansowaniem swojego funkcjonowania w umówionym w akcie zasadniczym zakresie (w Polsce są to bezpłatne szkolnictwo i leczenie, prawo do sądu). Ta powtórka z WOS nie jest tak całkiem bez sensu, ponieważ w całym tym wywodzie nie ma mowy o tym, że państwo jako organizacja ma na swoich obywatelach zarabiać. Obywatele oskładkowują się (mniej lub bardziej dobrowolnie) na rzecz finansowania tych zadań, które oddelegowali na państwo. Stąd podatki, akcyzy i kontrybucje, z których finansowane są – ważne słowo: redystrybucja! – potrzeby obywateli.

Na marginesie: we w miarę sprawnie działającym państwie jego skuteczne działania są tak oczywiste, że aż niewidzialne (przecież te drogi zawsze tu były. Przecież wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Oczywiście, że leczy mnie lekarz państwowy i naturalnie, że moi rodzice mają emeryturę), podczas gdy dotkliwość podatków sprawia, że trudno o nich zapomnieć, co z kolei powoduje, iż część obywateli dochodzi do oburzającego wniosku, że państwo oto na nich pasożytuje, zdziera i krzywdzi, nie dając nic szczególnego w zamian.

Wracając do wywodu: państwo, o jakim mówimy w przypadku Polski, to zespół zasad, przepisów, kompetencji i uprawnień wraz ludźmi w funkcji operatorów tychże środków i przepisów. To również pewna ilość dóbr materialnych wykluczonych spod posiadania prywatnego w jakimś celu: ochrony przyrody, zapewnienia funkcjonalności żywotnych instytucji, usprawnienia logistyki i transportu, utrzymania monopolu broni ciężkiej etc. Nie jest to jednak organizm samodzielny, byt samoistny i dążący do samowyżywienia (pomimo wszelkich karykatur rysowanych z zapałem przez apologetów wolnej amerykanki w społeczeństwie). Niestety, ludzie zatrudnieni na stanowiskach operatorów poszczególnych odcinków państwa, często zapominają o istocie funkcjonowania tego tworu i zaczynają widzieć go w konwencji bytu nadrzędnego nad społeczeństwem, gdy – nie zapominajmy – państwo jest wyłącznie tego społeczeństwa pochodną. Dopiero, gdy popełni się taki błąd hipostazy, możliwe jest w ogóle sformułowanie myśli o opłacalnych obywatelach. Obywatele mogą stać się kategoryzowalni według kryterium dochodowości dla państwa dopiero wtedy, gdy przyjmiemy punkt widzenia, zgodnie z którym państwo ma jakąś osobistą tożsamość czy osobowość zdolną rościć, oczekiwać i żądać. Nie jest to oczywiście faktyczna tożsamość państwa – bo sposób organizacji społecznej takiego przymiotu nie ma, tak samo, jak nie ma jej, powiedzmy, sposób organizacji ruchu kołowego – lecz projekcje osobistych przekonań niektórych tego państwa operatorów, czyli urzędników. (Co mnie osobiście mało dziwi, bo po pierwsze, urzędników rzadko kiedy obchodzą niuanse ontologii, po drugie, perspektywa personalna jest dla wielu jedyną dostępną w oglądaniu świata.)

Na kolejnym marginesie chciałabym umieścić propozycję zgadnięcia, skąd takie hipostazy i skróty myślowe mogą się lęgnąć. Otóż, o ile strasznie się tutaj staram pilnować, by nie używać wymiennie słów państwo, Polska i Ojczyzna, to w świadomości powszechnej one są zastępnikami. Nie są. Ojczyzna jako byt metafizyczny i emocjonalny konstrukt jest dużo pojemniejsza i z łatwością, o ile nie ochoczo, poddaje się personifikacji, czemu zresztą zawdzięczamy połowę krajowej produkcji malarskiej na przestrzeni dziejów, te wszystkie kajdaniarskie i sponiewierane Polonie, te wszystkie grottgerowskie płaczki i roznegliżowane alegorie. Stąd też poetyckie inwokacje, te Ojczyzna wzywa, krwi żąda, te różne figury literackie o wiernych synach ojczyzny i matczynej piersi. Nakładanie się jednak zakresów tych pojęć skutkuje przeniesieniem całego literackiego, metaforycznego bagażu na konstrukt czysto funkcjonalny, obciążenie semiotyczne idei pewnej organizacji potwornym ładunkiem poezji, alegorii i wielce dramatycznej personifikacji. (O tym, że romantycy zrobili nam w myśleniu obywatelskim straszliwe spustoszenie, napisano już chyba wystarczająco wiele).

Wracając do wywodu głównego – gdy zacznie się myśleć o państwie jak o tworze nadrzędnym, jakimś superbycie wyposażonym w metafizyczne przymioty ducha i jednocześnie całkiem rzeczywiste kompetencje i prerogatywy, łatwo przejść do pomysłu, że obywatele wobec państwa pełnią funkcję służebną i poddańczą. Taka umysłowa monarchizacja państwa sprawia, że owego państwa pracownicy i funkcjonariusze zaczynają postrzegać obywateli nie jak tegoż państwa (umownych, bo przychodzących na zastane) twórców i założycieli, a obsługę bądź wasali. Stąd już blisko do klepania po plecach dobrych a posłusznych i wyrzekania na leniwych bądź nieproduktywnych. Gdy zapomni się, że to obywatele tworzą państwo, żeby im łatwiej było budować drogi, szpitale i szkoły, ustalać reguły zachowań i je egzekwować, pilnować granic i więzień etc, można sformułować koncept, że obywatel ma państwu przynosić dochód, pożytek i chlubę. Ten konfucjański sposób wartościowania: jednostka niczym, jednostka zerem, społeczność wszystkim (wiem, że to z nieco innego wiersza) z jednej strony prowadzi do tak skandalicznych wypowiedzi jak ta, której z przykrością wysłuchaliśmy po wielekroć w serwisach informacyjnych, a z drugiej – otwiera pole do wyceniania wartości obywateli według ich podatkowej użyteczności. Wszystkim jako tako świadomym historii nie trzeba dodatkowo opowiadać, jak nieprzyjemne mogą być skrajne konkluzje filozofii wartościującej ludzi w zależności od ich wydajności, zdrowia i siły. Niedobrze, że takie pomysły okazują się popularne w polskim sejmie na tyle, że w wypowiedzi Pawłowicz oburzenie wzbudziła bardziej ordynarna forma niż leżąca u podłoża koncepcja państwa jako właściciela plantacji niewolników podatników, mających się państwu opłacać również pod względem hodowlanym.

Wszelkie uwagi socjologów, politologów, specjalistów i znawców tematu, którzy chcieliby brutalnie wypunktować słabizny tych dywagacji – bardzo mile widziane.


Matematyka szczególnej troski

Dane GUS i badaczy Diagnozy Społecznej z 2011 roku wskazują, że sfera ubóstwa w Polsce liczebnie się zmniejsza. Od 2009 r. liczba gospodarstw domowych, które nie mogą pozwolić sobie na zaspokojenie bieżących potrzeb, spadła z 28 do 26 procent. Ale jednocześnie rośnie liczba ubogich osób utrzymujących się z tak zwanych źródeł utrzymania jak zasiłki, świadczenia rentowe i pielęgnacyjne i inne. Tu wskaźnik wzrósł od 2009 r. z 28,5 proc. do 36,4 proc. liczby ubogich w Polsce. Ubóstwem są zagrożone przede wszystkim rodziny niepełne i wielodzietne, wychowujące troje i więcej dzieci. Czynnikiem wyróżniającym polską biedę w Unii Europejskiej jest jej wiejski charakter – szczególnie trudna jest, bowiem sytuacja rodzin i dzieci żyjących na wsi.

Źródło: Polska Akcja Humanitarna  

132 tys. rodziców, którym w tym roku urodzi się dziecko, otrzyma z tego tytułu dodatek socjalny wypłacany najuboższym – wynika z prognoz resortu pracy, do których dotarła „Rz”. W 2013 r. urodzi się ok. 390 tys. dzieci, zatem blisko 
35 proc. z nich przyjdzie na świat w rodzinach ledwo wiążących koniec z końcem. Miesięczny dochód na osobę nie przekracza tam 539 zł – to poziom pozwalający z wielkim trudem zaspokoić jedynie podstawowe potrzeby życiowe. Tzw. minimum egzystencji, czyli granica fizycznego przetrwania, wynosi ok. 500 zł na osobę. Jednorazowy dodatek socjalny to obecnie 1000 zł.

– za Rzeczpospolitą

540 złotych dochodu na głowę w czteroosobowej rodzinie oznacza niecałe 2200 zł na wszytkie wydatki. To znaczy: na czynsz, jedzenie, komunikację, odzież, higienę i zdrowie. Jeśli optymistycznie założymy, że ludzie najpierw płacą czynsz, a z reszty zaspokajają podstawowe potrzeby, to wyjdzie nam, że na tzw. życie taka rodzina ma już góra 1700 zł, 425 złotych na osobę na miesiąc. Jeśli zaś odjąć od tej kwoty jeszcze inne wydatki stałe – bilety komunikacji miejskiej, środki higieny, być może jakiś abonament telefoniczny, to kwota którą da się przeznaczyć na wyżywienie jednej osoby spada do jakichś ośmiu-dziesięciu złotych dziennie.

A jeśli jedna z tych osób to noworodek? Kto miał małe dzieci, ten sobie przypomina: pieluszki, kosmetyki, szczepienia, w razie alergii pokarmowych lub kosmetycznych – potwornie kosztowne odżywki czy preparaty pielęgnacyjne. Lekarstwa. Nocne dyżury lekarskie, na które trzeba dojechać również zimą. Wszystko musi się zmieścić w tych czterystu złotych miesięcznie, inaczej pozostali członkowie rodziny będą musieli pominąć kilka posiłków.

Ta ponura wyliczanka to codzienność dla wielu osób w Polsce, które zdecydowały się mieć dzieci mimo biedy. Albo nie zdecydowały się, ale je mają, bo nie udało im się ich nie mieć (tu serdecznie pozdrawiam odpowiedzialnych za poziom edukacji seksualnej w Polsce, oraz odpowiedzialnych za brak refundacji środków antykoncepcyjnych. Mogą być z siebie dumni). Ludzie stający się ekonomicznymi zakładnikami własnego dziecka dość rozpaczliwie szukają sposobów poradzenia sobie od wypłaty do wypłaty. Co mówi w takiej sytuacji ojczyzna? Ojczyzna mówi frazesami o szczególnej opiece, jaką otacza małżeństwo, rodzinę i rodzicielstwo.

Ponieważ, zdaniem polskiego sejmu, szczególna troska, z którą państwo zajmuje się małżeństwami, rodzinami i dziećmi (wyliczmy objawy tej troski: od lat nie waloryzowany poziom dochodów, od którego przysługuje zasiłek i wsparcie finansowe; permanentny niedobór miejsc w żłobkach i przedszkolach; wycofanie ze szkół stomatologów i pielęgniarek; notoryczne zmiany w podstawie programowej, uniemożliwiające przekazywanie podręczników szkolnych między rocznikami uczniów; rosnące szeregi dzieci niedożywionych i po prostu głodnych –  – ćwierć miliona dzieci niedojadających, czy to nikomu nie przeszkadza?) – otóż ta szczególna troska nie pozwala nawet na pracę nad ustawą o związkach partnerskich. I to nawet w nadzwyczaj ostrożnej i zachowawczej postaci, oferującej absolutne minimum: prawo do informacji o stanie zdrowia partnera, prawo do opieki nad chorym partnerem, prawo do wspólnego opodatkowania prawo do dziedziczenia ustawowego bez szczególnych przywilejów w sprawie opodatkowania.  Zdaniem posłów, takie podstawowe ucywilizowanie życia obywateli, którzy nie chcą lub nie mogą wziąć ślubu jest zagrożeniem dla małżeństwa, rodziny i rodzicielstwa. Moim zdaniem, takie szantażowanie rodziną, rodzicielstwem i małżeństwem jest nonsensowne i bezczelne. Zagrożeniem dla rodziny, rodzicielstwa i małżeństwa jest głód, bieda i bezdomność. Zagrożeniem dla rodzicielstwa jest bezrobocie, komornik i eksmisja do noclegowni/domu dziecka. Zagrożeniem dla dzieci jest niedożywienie, brak opału w domu, brak butów na zimę i brak możliwości edukacyjnych. To są zagrożenia, z którymi państwo ma psi obowiązek walczyć, skoro głośno mówi o swojej szczególnej trosce i opiece.

W rankingu UNICEFu dotyczącego różnic w poziomie życia dzieci, Polska zajęła 21. miejsce (pod uwagę brano 24 państwa OECD). Okazuje się, że ubóstwo dzieci w Polsce jest wielkim problemem. To grupa najbardziej zagrożona ubóstwem – aż 22% z nich stoi przed groźbą życia w nędzy.

Ponownie PAH.

W świetle tego, jak realizowana jest szczególna opieka państwa nad rodziną i rodzicielstwem, szantażowanie nią w sprawie ustawy o związkach partnerskich (które, zaznaczmy, nie wymagają ani dofinansowań ani szczególnej, ani jakiejkolwiek innej opieki, chcą tylko mniej kłód pod nogami) jest szczytem nieprzyzwoitości i hipokryzji. Mówienie: „nie możemy nic zrobić dla osób żyjących bez ślubu, bo zbyt pochłania nas nicnierobienie w sprawie problemów rodzin z dziećmi, a to jest nasz konstytucyjny priorytet” jest doskonałą metodą zasłużenia sobie na order oratora. No, może jeszcze na podziękowania od biskupów, naszych ekspertów od dbania o rodzinę.