Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Reklamy

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.

 

Prawa kobiet, ale…

Oczywiście, że szanuję kobiety i ich prawa, ale powinniśmy też pamiętać o [wstaw randomowo ulubioną abstrakcyjną ideę], które są conajmniej równie ważne, więc nie możemy forsować rozwiązania korzystnego dla kobiet wbrew tej sprawie.

Ponieważ niedawno przeczytałam tę historię i nie mogę się otrząsnąć z grozy. Dla tych, którzy nie czytają po angielsku streszczenie artykułu: w 2002 w szkole dla dziewcząt wybuchł pożar. 15 dziewcząt zmarło, ponad 50 doznało obrażeń. Mutaween (czyli religijna policja obyczajowa) nie pozwoliła dziewczętom uciekać z budynku, ponieważ nie były ubrane odpowiednio do wyjścia w miejsce publiczne (tzn. okryte od stóp do głów). Personel zaganiał je do płonącej szkoły i odpychał cywilnych ratowników, bo niemoralne byłoby, żeby obcy, niespokrewnieni mężczyźni dotykali skóry młodych dziewcząt.

Przepraszam, ale potrzebuję chwili przerwy.

Pisałam już wcześniej o tym, jak komplikuje dyskusję, gdy mieszają się porządki normatywne i opisowe, gdy zderza się z jednej strony argumentacja oparta na konkrecie z argumentacją wywiedzioną z abstrakcji. Horror z Mekki jest wymowną ilustracją, że priorytet nawet najpiękniej brzmiącej idei nad konkretami, takimi jak życie i zdrowie konretnych, realnych dziewcząt nie przynosi dobrych rezultatów. Dziewczyny zginęły, by nie wodzić na pokuszenie ratowników.

Rok temu inna dziewczynka niemal zginęła, żeby nie gorszyć swoich rówieśników i nie szczuć ich do złego. Jej zbrodniczo zły przykład polegał na chodzeniu do szkoły i chęci uczenia się jak najdłużej.

W tym roku dostała nagrodę imienia Sacharowa za działalność na rzecz praw człowieka.

Chwilę później strażnicy moralności kobiet obiecali, że znów postarają się ją zabić, bo szarga przyzwoitość i ideały islamu żyjąc i chcąc się uczyć w szkole.

Zarzuty o przejście na stronę zła i ciemności życia laickiego i zwalczania islamu brzmią wątło, gdy się czyta, jak Malala wygłosiła swoje przemówienie na forum ONZ:

Bismi Allah ar-Rahman ar-Rahim, w imię Boga miłosiernego, litościwego – zaczyna drobna brunetka w różowym stroju. Na początek chcę podziękować Bogu i wszystkim, którzy modlili się za moje wyzdrowienie. Nie mogę uwierzyć, ile dostałam miłości z całego świata.
 
 
Ubrana w strój zasłaniający jej ciało i włosy, zaczynająca przemówienie w ONZ od inwokacji do Allaha wydaje się być wspaniałą ambasadorką islamu, czyż nie? Z punktu widzenia fanatycznych wyznawców szariackiej wersji gender zasługuje na śmierć, ponieważ nie dała się zamknąć w domu i pisała o potrzebie edukacji, domagając się, by wbrew zakazom mułłów utrzymano przy życiu szkoły dla dziewcząt. (Zwróćcie uwagę – już nawet nie koedukacyjne placówki, ale choćby segregowane z przyczyn religijnych szkoły!) Jej rewolucyjne i wywrotowe przemówienie zawiera takie oburzające tezy:
 
– Mamy tego dość. Kobiety i dzieci cierpią na całym świecie. W Indiach dzieci są ofiarami przymusowej pracy. W Nigerii niszczone są szkoły. W Afganistanie przez dekady rządzili ekstremiści. Dlatego wzywamy dzisiaj światowych przywódców: zmieńcie politykę, zapewnijcie nam spokój, niech prawa kobiet i dzieci wreszcie będą przestrzegane.- Chcemy szkoły, chcemy prawa do nauki dla każdego dziecka. Bo jedno dziecko, jedna książka i jeden długopis, mogą zmienić przyszłość świata.

 

Malala staje się, świadomie lub nie, rzeczniczką feminizmu, wołając o prawo do wyboru i uszanowanie wyborów poczynionych przez kobiety. Ona wybrała bycie wierzącą muzułmanką i bycie wykształconą. Władze jej kraju odmawiają jej tego prawa do tego wyboru: ma być muzułmanką lub umrzeć. Bycie muzułmanką w ich rozumieniu nie wymaga umiejętności czytania ani liczenia, nie wymaga znajomości geografii ani fizyki, nie musi obejmować rozumienia historii ani chemii. Ich – władz religijnych – rozumienie istoty bycia muzułmańską kobietą jest jedynie słuszne i wyczerpuje spektrum dostępnych ścieżek życiowych dla kobiet pod ich panowaniem. Te, które wychylą się choćby z prośbą o pozwolenie na chodzenie po ulicach w zwykłym, wygodnym ubraniu lub z postulatem czytania podręczników i zdobywania wiedzy są zastraszane i zapędzane kolbami do domów. Lub rozstrzeliwane. Ich upokorzenie, ból i okaleczenie to konsekwencje, jakie ponoszą za żądanie prawa do wyboru swojego życia.

 
Za to samo prawo, o które upominamy się również w Polsce.
 
W dyskusjach o feminizmie bardzo nie lubię argumentu, że my kobiety na Zachodzie mamy już wszystko i walczymy o wyimaginowane fanaberie – końcówki gramatyczne lub możliwość wyboru w kwestii macierzyństwa. Że prawdziwe problemy kobiet są gdzie indziej. Otóż i tak i nie. Istota problemu jest ta sama: władza – państwowa lub religijna, która odbiera kobietom wolność i prawo do decyzji o własnym losie, mówiąc, że istnieją jakieś wyższe, abstrakcyjne racje, przed którymi żądania kobiet (czy dotyczą one zuchwale prawa do czytania, czy noszenia wybranych strojów, czy niezachodzenia w ciążę gdy tego nie chcą) muszą się bezwzględnie ugiąć. Różnice polegają na sankcjach – w krajach zachodu do piętnastoletnich uczennic władza nie strzela. Polska władza religijna natomiast marzy o takich prerogatywach, jakimi dysponują mułłowie i imamowie –
 
To feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże. 
 
(Żeby nie było, to autentyczny cytat z polskiego biskupa. W komciach można zgadywać, z którego.)
Polska władza (teoretycznie) świecka potrafiła już dawno ustalić i ogłosić, że dla niej istotniejsze są kwestie idei i abstrakcji od jakichkolwiek realnych wydarzeń. Ktoś, kto uznaje prymat abstrakcyjnych koncepcji nad realnym dobrostanem konkretnych, żywych ludzi, stawia się w bardzo niebezpiecznym miejscu. Gdy ideologiczna słuszność i wierność idei przesłania mu żywego człowieka, jego życie, jego ból, jego zdrowie lub potrzeby, gdy czuje, że rozwiązanie konfliktu między ideą a konkretem polegać może wyłącznie na uciśnieniu i upokorzeniu bliźniego – staje po tej samej stronie, po której stali strażnicy szariatu zapędzający przestraszone uczennice do ognia. Czy jest to stos całopalny z niestosownie ubranych dziewczynek, czy umieranie kobiety, której odmówiono aborcji mimo wskazań medycznych; czy jest to Polska, Irlandia czy Arabia Saudyjska – fanatycy żądają ofiar z kobiet w imię swojej ideologii. Dlatego oburzam się, gdy ktoś uzasadniając żądanie całkowitego zakazu aborcji, mówi, że owszem, żal mu kobiet i rozumie, że może być im trudno, ale istnieją wyższe racje. Wolałabym żyć w kraju, w świecie, w którym kobiet nie trzeba żałować, a nie ma wyższej racji niż prawa człowieka – do ochrony, do zdrowia, do wyboru.
 
 
 
Zwolennikom uszanowania różnic kulturowych, których nie rozumiemy, ale które musimy respektować (zadziwiające, jak chętni jesteśmy do respektowania czyichś praw do represjonowania słabszych) polecam anglojęzyczny blog kalibrujący. Dla tych, którzy lekceważą wołania o prawa kobiet w świecie muzułmańskim, zbywając je wyniosłym one są zadowolone, lektura ta powinna dać szczególnie wiele do myślenia.

Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?

Prześladowanie pustą ścianą

To jest najlepszy lead do artykułu na wyborcza.pl od niepamiętnych czasów i zasługuje na Złotego Monty Pythona. Albo na nagrodę imienia Mrożka, trudno mi się zdecydować:

 

Obrazę uczuć religijnych oraz dyskryminowanie policjantów katolików zarzucają komendantowi Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą oraz politycy PiS.
To zdanie, w którym sprawą komendanta policji zajmuje się Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą sprawia wrażenie, jakby uciekło z jednoaktówki Jarry’ego. Przecież to piękne, komitet –  i to nie byle jaki, ogólnopolski! – od spraw sekt, zajmuje się niebywałym wykroczeniem komendanta, który w swoim gabinecie i w sekretariacie komendy zdjął ze ściany krzyże. Wyczuwacie potencjał grozy? Straszne rzeczy się stały, i tylko szyderca nie dostrzega powagi sytuacji. Na szczęście poseł na Sejm ocenia rzecz przenikliwie:

Jeszcze dalej w krucjacie przeciwko komendantowi idzie agent Tomek – poseł PiS Tomasz Kaczmarek. Portal Niezalezna.pl informuje, że o zachowaniu komendanta wobec podwładnych poinformował m.in. Sienkiewicza, prokuratora Seremeta, rzeczniczkę praw obywatelskich Irenę Lipowicz, pełnomocniczkę rządu ds. równego traktowania Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz oraz Państwową Inspekcję Pracy. W liście do Seremeta zarzuca komendantowi obrazę uczuć religijnych podległych mu policjantów. Oczekuje ścigania i ukarania Szwalbego. W piśmie do Lipowicz mówi o dyskryminowaniu policjantów ze względu na wiarę.

Bardziej gorliwi i wszechstronni w składaniu skarg byli tylko podwładni komendanta, bo sprytnie poskarżyli się bezpośrednio do biskupa.
Co samo w sobie zasługuje co najmniej na wyróżnienie. Ponieważ, proszę państwa, jeśli w Polsce służba mundurowa ma problemy, to odwołuje się od razu do władzy najwyższej, trafnie rozpoznając, że jedyną grupą zawodową, której nikt nie podskoczy jest tu episkopat.

 

Nie zazdroszczę teraz przełożonym komendanta Szwalbego. Szwalbego dałoby się wybronić, gdyby sypiał ze swoją podwładną i rozplotkowywał sekrety służbowe na prawo i lewo – wystarczyłoby przenieść go na emeryturę z wysoką odprawą i usunąć ze świecznika. Niestety, komendant wygłupił się, traktując poważnie koncepcję świeckiego państwa i uznając, że w urzędzie powinno być widać od progu neutralność światopoglądową – a zawodowi katolicy natychmiast rozpoznali w tym zamach na ich uczucia religijne. W sytuacji, gdy wywołano upiory dyskryminacji i prześladowania katolików i obrazy uczuć religijnych nikt przy zdrowych zmysłach nie stanie w roli adwokata faceta, który już został obwołany Kaligulą i Neronem w jednym. Nie wydaje się, by ktokolwiek w Komendzie Wojewódzkiej czy Głównej, czy też w ministerstwie odważył się zasugerować, by Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami (proszę wybaczyć, ale ta nazwa mnie odrobinę upaja) spadł z byka i pomieszał proporcje, myląc usunięcie z państwowej placówki znaku towarowego jednej religii z represjami wobec jej wyznawców.

Gdyby to miała być notka bardzo serio, ale za to krótka, składałaby się tak naprawdę z dwu linków – jednego do artykułu z Wyborczej i tego drugiego. Dla tych, którzy w szkole unikali języka angielskiego, pozwolę sobie spolszczyć czwarte pytanie –

4. Moja wolność religijna jest zagrożona, ponieważ:

A) Nie mam prawa prywatnie się modlić.

B) Nie wolno mi zmuszać innych, by publicznie modlili się modlitwami mojego wyznania.

I krótkie rozwiązanie do testu:

Jeśli odpowiedziałeś B na któreś z pytań, nie tylko nie doszło do zamachu na twoją wolność religijną, lecz wręcz jest poważna obawa, że to ty represjonujesz religijne wolności innych.

 

Oczywiście, nie ma co się łudzić, że coś, co wymyśliło sobie tak doskonale pompatyczną nazwę, jak (no naprawdę, nie mogę się powstrzymać) Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami zrozumie subtelną granicę pomiędzy utrzymaniem wizerunku świeckiego państwa w placówkach takich, jak urzędy czy posterunki a prześladowaniem i represjami na tle religijnym. W kraju, gdzie każda miejscowość powyżej sześciu chałup ma aleję, uliczkę lub placyk imienia Właściwego Papieża, gdzie krzyże, kaplice i trzydziestometrowe betonowe Jezusy wyrastają szybciej niż szpitale i przedszkola koncepcja, że jakieś miejsce nie zostanie oznakowane krzyżem na stałe na znak zawłaszczenia przez jedynie słuszną frakcję religijną – ta koncepcja po prostu nie ma szans się przyjąć. Przywykliśmy, że każdą nową szkołę, targowisko czy szpital otwiera zgrabny tandem: biskup i jego kropidło, że wszelkie uroczystości związane ze świętami państwowymi zaczynają się mszą w pełnej obsadzie rządu i prezydenta, a mszę tę transmituje sumiennie telewizja państwowa, przywykliśmy, że przestrzeń publiczna ma co krok znaki handlowe kościoła, przybijane czy przykręcane ukradkiem, ale nieusuwalne i przytwierdzone na stałe. Przywykliśmy, że na obraz masztów telefonii MOC SYMBOLICZNĄ nad Polską utrzymują setki tysięcy kościołów, bazylik, kapliczek, figur, obrazów, krzyży i krzyżyków, wszechobecnych oznak tego, że to jest państwo wyznaniowe. Próba uwolnienia posterunku od tego powszechnego obrandowania katolickim logo spotkała się z taką reakcją, jakby przynajmniej pluton chrześcijan trafił do Koloseum na imprezę z lwami. Co wiele mówi zarówno o mocy tej siatki symbolicznej jak i o sile uczuć religijnych, które drżą, kurczą się i upadają, gdy nie widzą swojego znaczka przez osiem godzin naprzeciw własnego biurka w pracy. Prześladowanie religijne policjantów, którzy idąc na pielgrzymkę muszą wziąć urlop (ale mają zapewnione przez swoją firmę autokary na powrót do domu) łamie mi doprawdy serce.

 

Rozważałam dziś, co mi przypomina to niemal histeryczne oznakowywanie krzyżami obiektów o różnym, choć zawsze świeckim, przeznaczeniu. Niestety, skojarzenie nie jest przyjemne – dwudziestolecie międzywojenne i nagonka antysemicka, która ewoluowała od haseł o popieraniu polskiego handlu do dewastowania żydowskich sklepików. Wówczas masowo wieszano krzyże w piekarniach i sklepikach z kapustą w wielce pobożnej intencji zaznaczenia, że to sklep chrześcijański, co najpierw miało przynieść wygraną na wojnie propagandowej ONR i Falangi, a później – chroniło przed aktywistami pogromów. Miało to wówczas równie wiele wspólnego z praktykami religijnymi co obecne instalowanie krzyża gdzie tylko się da, per fas et nefas, byle zaznaczyć katolickość terenu i przynależność do prawidłowej frakcji. Zważywszy intensywność i kierunek reakcji na zdjęcie jednego z setek tysięcy krzyży, w tej kampanii nie chodzi wcale o jakieś uczucia chrześcijańskie, na pewno nie w tym kontekście, w jakim chrześcijanie lubią o nich opowiadać. Chodziło o podkreślenie bycie naszymi, odpowiednimi, po właściwej stronie. Komendant wyłamał się z niepisanej umowy i zadeklarował, że urzędy państwowe nie stoją po żadnej stronie, co jest oczywistym naruszeniem reguł rozgrywania wpływów.

 

Oczywiście, sama historia Szwalbego zapewne jest dużo prostsza. Komendant prawdopodobnie już wcześniej wykonał jakieś posunięcia niepasujące do zastanego na posterunku porządku. Zgaduję, że były one na tyle niepodważalne formalnie, że podwładni po prostu wzięli na przeczekanie, czekając na coś, co będą mogli oprotestować bez ryzyka dyscyplinarnych konsekwencji. No i przy pierwszej decyzji nielimitowanej kodeksem czy regulaminem ruszyli szeroko, od posłów, ministrów po biskupa, krzycząc rozpaczliwie, że ich dręczą za wiarę. Groteskowość tej reakcji wydaje się wskazywać na pretensje głębsze niż zdjęcie jednej dekoracji znad futryny, a eskalowanie tego do prześladowania religijnego można by zbyć wzruszeniem ramion. Można by, gdyby nie lawinowa a błyskawiczna odpowiedź środowisk, które zawodowo zajmują się pielęgnacją urazów uczuć religijnych. Te grupy nie mają pojęcia o komendancie Szwalbem ani o wewnętrznych rozgrywkach wśród mundurowych, one reagują na naruszanie monopolu w zakresie symbolicznego zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez kościół, co werbalizują jako prześladowanie katolików. Szwalbe jest tylko pretekstem do podsycenia intensywności roszczeń i oskarżeń w imieniu represjonowanej większości, jak sami się przedstawiają. Co oczywiście nie oznacza, że Szwalbemu odpuszczą. Krzyż wróci, choćby w teczce nowego komendanta, ponieważ w Polsce wolność religijna oznacza, że nie wolno zostawić ani jednej ściany, która nie jest ich. Spokojnie, odzyskają ten przyczółek, żebyśmy nawet na chwilę nie zapomnieli, że mieszkamy w ich państwie i mamy pełną wolność być katolikami, czy nimi chcemy być, czy nie, i bez względu na to, czy jesteśmy w swoim domu, w kościele czy w państwowym urzędzie. A zwłaszcza w państwowym urzędzie.

 

Wszystko źle

Zrobiłam sobie wycieczkę po prasie i internetach, i już wiem, co my – Polacy – robimy źle.

Wszystko.

Po pierwsze, żyjemy rozrzutnie, i nie odkładamy pieniędzy, a wszystko wydajemy na bieżąco, w dodatku w niewłaściwych miejscach, nie pobudzając koniunktury a napędzając kapitał dyskontom, lombardom i rujnując polską gospodarkę. Poważne firmy i przemysł są bardzo zatroskane naszą nieodpowiedzialnością w sprawie wydatków – nie kupujemy nowych samochodów, i przez to gospodarka nie rośnie. No właśnie, co my z tymi pieniędzmi robimy – nie odkładamy, nie inwestujemy, kupujemy jakieś śmieci na przecenach…

Może przynajmniej sensownie zajmujemy się resztą?
Ależ skąd!

Po pierwsze – pracujemy za mało. Za krótko. Nie inwestując i nie odkładając, za co nas rugano wcześniej, nie mamy szansy mieć dobrych emerytur, więc państwo nas zobliguje do tej zapobiegliwości. Pamiętajmy jednocześnie, by pracując więcej, pracować mniej, a zwłaszcza – nie w niedziele. No, ale pracujmy, bo same się pieniądze na inwestycje, konsumpcję i emerytury nie odłożą. Pracujmy, mając świadomość, że notorycznie zaniedbujemy rodzinę. Upominają nas w tej sprawie badacze, socjologowie i biskupi, ci ostatni proponują w dodatku rozwiązania niewymagające portfela: ot, zamiast pracy w niedzielę czy próżnych rozrywek w świątyniach konsumpji – wizyta w kościele, ale, oczywiście, to nie jest zakaz stymulowany religijnie.

Ach, a skoro o rodzinie. Ta też się zapuściła. Zamiast zakładać rodziny i rodzić dzieci, jak nam nakazują na własnym przykładzie politycy, młodzi ludzie są kompletnie rozwydrzeni, przyzwyczajeni do konsumpcyjnego i wygodnego trybu życia. Fenomenem pozostaje, że przy demograficznym lenistwie i bumelanctwie, mamy deficyt miejsc w żłobkach czy przedszkolach i przepełnione klasy w szkołach. A po powrocie do domu dzieci napotykają na kolejne skutki naszego egoizmu, o czym już było wyżej, to jest – na brak czasu i uwagi.

Wyszukiwanie materiałów do tej notki to kwadrans. Kolejny kwadrans mógłby wykazać źródła kolejnych tez, o pochodzeniu publicystycznym i politycznym – że jesteśmy za mało uduchowieni, ale zbyt New Age’owi, że nie chcemy podejmować pracy za sześćset złotych na rękę mimo wściekłego bezrobocia, że nie lubimy wyjeżdżać na wakacje czy chodzić do lokalów gdzie są małe dzieci, ale za mało przedsiębiorstw jest przyjaznych rodzinom, etc.

To jest świat mediów, i świat polityki. Tak jest kształtowane nasze narodowe – obywatelskie – poczucie wartości: na permanentnym sztorcowaniu i wykazywaniu, że jest źle, bo się źle staramy. To, że państwo jeszcze istnieje, zawdzięcza zapewne wyłącznie sile inercji, bo pretensje, jakie z sejmu, ambony i szpalt zgłasza wobec obywateli, wobec nas, wobec mnie osobiście, są sprzeczne i wzajemnie wykluczające. Co więcej, nie są poparte żadnym sensownym działaniem wspierającym pożądany kierunek zmian – poza nakazami i zakazami (politycy mogą nakazać jednocześnie pracę o dziesięć lat dłuższą i wykluczyć jeden dzień pracy w tygodniu, mogą w ramach promocji dzietności postulować zakaz aborcji i zarazem obcinać środki na leczenie przewlekłych i wrodzonych chorób u dzieci, i tak dalej), do których społeczeństwo ma się dostosować jak umie. Pracować więcej, lepiej, dłużej, rodząc zarazem dużo dzieci i spędzając z nimi mnóstwo wartościowego czasu, kupując polskie produkty, inwestując i napędzając gospodarkę, jednocześnie odkładając stosowne kwoty na swoje emerytury i na prywatne ubezpieczenia medyczne. Wskazana byłaby również zdolność żonglerki płonącymi maczetami, prawo jazdy na TARDIS i wózek widłowy oraz certyfikaty bilokacji.

Ta notka nie ma morału. Ta notka nie będzie wyrażać nawet specjalnej nadziei na zmianę treści w mediach i sejmie. W tym wszystkim zaszyta jest nadzieja, że politycy i eksperci gazetowi mówiąc o czymś, będą zdolni patrzeć na więcej niż jedną tabelkę z danymi jednocześnie, i zanim zagrzmią ultymatywnie i autorytarnie tonem zezłoszczonego rodzica – wspomną, czy tydzień wcześniej nie żądali czegoś zupełnie przeciwnego. Media i politycy próbują bowiem wychowywać społeczeństwo techniką interwencji od awantury do awantury, od katastrofy do katastrofy, mając zupełnie poza polem widzenia homeostazę społeczną. Bawią się prawem jak ryglami i pokrętłami, patrząc na jeden wskaźnik – i dopiero gdy następny grozi wybuchem, lecą interweniować, z krzykiem i pretensjami. Po kolejnej awanturze domowej prasówce odechciewa mi się traktować te medialne połajanki poważnie, bo nie da się – chyba że ktoś ma pamięć jak muszka owocówka. Albo poczucie humoru pozwalające po lekturze zbiorczej tych wszystkich pretensji, fochów, projektów zbawienia i restrykcji poprawiających kołderkę na trupie zacytować:

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie

Jak może wyglądać bieda?

Co wolno biednym? Czy dzieci korzystające z dofinansowanych przez szkołę lub gminę darmowych obiadów mogą pójść na pizzę? Czy student otrzymujący stypendium socjalne może chodzić w oryginalnych, niebazarowych Adidasach lub Nike’ach? Czy rodzina korzystająca z zasiłków i pomocy społecznej może mieć telewizor HD?

 

To nie są pytania o stan prawny ani praktykę stosowaną przy rozpatrywaniu wniosków w MOPSach i sekretariatach urzędów. To są pytania o można w znaczeniu: wypada czy też jest w porządku. To nie są pytania tak naprawdę o samych biednych czy ich możliwości wyboru, ale o to, co mamy w głowach my, czyli ci, którzy jeszcze(?) o sobie w kategorii biedni nie myślimy. To są pytania o to, jakie mamy oczekiwania i czego się spodziewamy po biednych.

Tu pojawia się pierwsza uwaga na marginesie, a raczej prośba, by czytelnik sobie w głowie poobracał przez moment tę koncepcję, że my bogaci (mam nadzieję, że nie potrzebuję wikłać wywodu w dodatkowe wyjaśnienia, że my bogaci nie oznacza tu jakiejś cezury majątkowej ani nie muszę wyjasniać, że wiem, że większość czytelników raczej dojeżdża do wypłaty na oparach; i że my bogaci to retoryczna, najzwięźlejsza opozycja do biednych, czyli klientów systemu pomocy społecznej, zasiłków etc) czegoś oczekujemy od biednych. Chociaż zasadniczo kierunek oczekiwań jest taki, że to biedni oczekują wsparcia, pomocy czy środków do życia od reszty społeczeństwa, to owo społeczeństwo w mniej czy bardziej uświadomiony i sformalizowany (np. zapisami kwot dochodów w ustawach o pomocy społecznej) sposób od owych biednych czegoś oczekuje. Tu rozstrząsaniu podlega ten niepisany zestaw oczekiwań, jakie społeczeństwo, czy też my bogaci ma wobec potencjalnych biorców świadczeń.

Tu kolejne zastrzeżenie: nie będzie linków ani kwitów. Nie mam żadnych twardych danych, bazuję na czystej anegdocie, na setkach rozmów słyszanych lub czytanych na forach internetowych, na tzw. powszechnych przekonaniach, na które chyba jeszcze polska socjologia nie zrobiła badań.

 

Ad rem wreszcie – oczekiwania wobec biednych są zasadniczo takie, że mają być biedni. To nie jest aż taka straszna tautologia – biedni mają nie tylko mieć wykazywalny na kwitach marny stan dochodów, oni mają wyglądać na biednych, żeby nie wywoływać dyskomfortu w otoczeniu, żeby nie powodować dysonansów poznawczych. Stąd te pytania w pierwszym akapicie, pytania o dopuszczalną (nieformalnie, rzecz jasna) granicę luksusu, na jaką mogą sobie pozwolić ludzie biedni. Obraz jaki społeczeństwo nosi w głowie jest, niestety, ukształtowany przez epokę balów charytatywnych i dobroczynności składającej się z parafialnych kiermaszów na rzecz ubogich; jest literackim, malowniczym archetypem godnego litości biedaka w podartych, acz schludnych ubraniach, w pokorze stającego na progu jasnego dworku jasnych państwa. Wystarczająca ilość pokory i dostatecznie malownicza nędza jego odzieży porusza zbiorowe serduszko jaśniepaństwa i sprawia, że jaśniepaństwo moralnie uzasadnia wydatki na cele społeczne i zapomogi. Ten mechanizm aprobaty stosownego kostiumu żebraka z epoki jasnych dworków, went i kwest na ubogich niestety przeniósł się (o, dzięki ci, literaturo, jaką nas nakarmiono w szkołach, za te archetypy) we współczesność, i obecnie społeczeństwo rzekomo bezklasowe czujnie lustruje ubrania, obuwie, akcesoria i wygląd osób ustawiających się do kas MOPSów, gmin, urzędów i dziekanatów. Społeczeństwo gromko oburza się, gdy po pomoc wyciąga się ręka z pomalowanymi pięknie paznokciami, albo proszą usta ozdobione czerwoną szminką. Od ubogich oczekujemy, by dostosowali się do roli petenta w sposób, w jaki o byciu petentem fantazjujemy, i skłonni jesteśmy oburzać się i karać (na przykład – odcięciem od środków pomocy społecznej) za wszelkie przejawy życia nie w nędzy. W ten oto szczególny sposób społeczeństwo uważa, że w zamian za świadczenia i zasiłki kupiło sobie na własność ludzi biednych, i ma prawo przejąć kontrolę (w wymiarze moralnym) nad ich wydatkami. W jakiejś pokracznej formie jest to zarówno odwzorowanie niewolniczego piętna jak i średniowiecznej kastowości, wyznaczanej m.in. zastrzeżeniem niektórych kolorów wyłącznie dla arystokracji. Koncepcja wizualnego indentyfikowania biedy, oznakowywania i piętnowania nie jest nowa i niestety, trzyma się świetnie. Biednemu dziś wolno kupić tani chleb i pasztetówkę, ale nie bilety do kina, nie pizzę i nie piwo. Biednemu nie wolno obnosić się (to pyszne słowo w tym kontekście) z jakimikolwiek oznakami dobrobytu, nie wolno mu poza to bycie biednym wyjść nawet w tej sferze symbolicznej, w której zawiera się kupienie sobie jakiejś nierozsądnie drogiej szminki czy butów.

Tu się bardzo brutalnie ujawnia też jeszcze jedna nieprzyjemna cecha połączonych sił formalnego systemu kwalifikacji biedy ze społecznym obrazem biedy-dającej-się-zaakceptować. Mianowicie, z tej biedy nie da się wyjść. Tzw. system oferuje głodowe zasiłki i wsparcie pod warunkiem absurdalnie zaniżonych dochodów – i grozi odcięciem tej pomocy za każdorazowe przekroczenie limitu, nawet, gdy przekroczenie wynika jedynie z otrzymania nawet jednorazowych świadczeń czy zapomóg z innego źródła. Opinia społeczna odmawia swojej akceptacji, gdy biedny przestaje być nędzarzem i zamiast pasujących do wierszyka o sierotce Marysi łachmanów zaczyna nosić dobrze wyglądającą odzież. Biedni złapani są w pułapkę – bo jeśli walczą o utrzymanie się na powierzchni i niepopadnięcie w łachmany, grzyb na ścianach i ostentacyjne niedobory w uzębieniu, to z punktu widzenia systemu jak i tego systemu mocodawców, czyli społeczeństwa – przestają na wsparcie zasługiwać.

A człowiek jest tak skonstruowany, że nie lubi myśleć i czuć się biedny. (Pomijam tu konstrukty będące pochodną „Kazania na Górze”, czyli nawoływanie do ubóstwa w zamian za szeroki wachlarz nagród w alternatywnej rzeczwistości, bo w dyskusji o pomocy społecznej są one po prostu nieuczciwe.) Obserwacje wszystkich kultur pokazują, że Maslow nie do końca ma rację – po zaspokojeniu potrzeb czysto biologicznych, przetrwaniowych, ludzie będą skłonni wydać pozostałe środki na będące w ich zasięgu (lub minimalnie powyżej tego zasięgu) znamiona luksusu. Stąd biedni wydają pieniądze na telewizory, smartfony czy odtwarzacze, bo są to rzeczy, na które łatwo uzyskają kredyt i które pozwalają jednocześnie utwierdzić się w poczuciu, że nie jest aż tak źle. Tu swoisty paradoks – dużo łatwiej uzyskać od ręki kredyt na dobra luksusowe w rodzaju płaskiego telewizora czy playstation niż na kurs księgowości czy obsługi maszyn. Łatwiej jest o kredyt konsumpcyjny niż pożyczkę na inwestycję zmierzającą do rzeczywistej poprawy statusu materialnego. łatwiej, nie tylko w sensie fizycznej dostępności, uzyskać drobne sumy na drobne przyjemności, niż potężne kwoty, jakich wymagałaby radykalna zmiana swojej pozycji, np – wypłacenie się z długów, zakup narzędzi pracy czy zrobienie profesjonalnych kursów zawodowych (przy okazji sporów o jakość kształcenia w Polsce i odsetku bezrobotnych wśród absolwentów potrzeba wykosztowywania się na czesne staje się podwójnie kwestionowalna). Kiedy mówię zaś o narzędziach nie fantazjuję o zakupie młotka czy szewskiego kopyta, ale o cenach legalnego oprogramowania – absolwent dofinansowanego przez gminę czy urząd pracy kursu grafiki komputerowej z pewnością nie kupi sobie legalnej kopii Quarka czy Photoshopa, żeby zaryzykować prowadzenie działalności gospodarczej lub szukać zleceń i umów na wykonanie ulotek. Poza paradoksem zaś jest, że bieda współistnieje z bezrobociem, a bezrobocie utrwalone, zakonserwowane pomocą społeczną otrzymywaną tylko za udokumentowaną nędzę tak naprawdę dysponuje tylko jednym dobrem: wolnym czasem. I ten czas bieda usiłuje sobie zająć czymś, a najtańszym sposobem zajęcia się jest bierne oglądanie czy to telewizji, czy zdjęć kotków w internecie. Od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdy znamieniem biedy były niepopłacone rachunki wszędzie poza wypożyczalnią kaset wideo, do dzisiaj, gdy rzetelne płatności dotyczą przede wszystkim faktur za prąd i internet, postęp dokonał się wyłącznie w kategorii technicznej.

Wracając do obrazu biednych i granic naszej, tj. społeczeństwa akceptacji dla fanaberii biedoty. Ten okropny obrazek pokornego łachmaniarza, jaki utrwalił się w opinii publicznej, ta koncepcja, że „prawdziwa bieda to jest wtedy, gdy nie ma co jeść” uderza nie tylko w samych klientów opieki społecznej, uderza ze straszną siłą w prekariat, który norm przepisanych dla usankcjonowanej biedy nie spełnia, a żyć próbuje wiążąc końce na okrętkę. Prekariat zostaje zniknięty z dyskursu, jako niewystarczająco biedny, by zasługiwał na pomoc, a zarazem zbyt dobrze sobie radzący, by zasługiwał na współczucie. Osunięcie się w nędzę zostaje potraktowane (poza jakimiś bajkowo medialnymi bankructwami możnych i pięknych) z niejaką satysfakcją, bo osąd opinii publicznej głosi, że upadek w biedę jest efektem nieporadności nędzarza i/lub jego rozrzutności. Mit oszczędnego biedaka, który z determinacją i pracowitością sam, własnymi rękami zdobywa szczyty i odnosi sukcesy nie aplikuje się do rzeczywistości, w której obecnie funkcjonujemy, rzeczywistości, w której żądamy od biednych, by dla naszego poznawczego i estetycznego komfortu byli wizerunkowo spójni i przychodząc po obiady/bony/wyprawki szkolne nie nosili markowych butów ani smartfona. Co szczególnie osobliwe, sami jesteśmy skłonni natychmiast sobie wybaczyć lub zracjonalizować wzięcie na raty niepotrzebnego w istocie elektronicznego gadżetu, którego nie moglibyśmy kupić od ręki, i który w zasadzie służy nam wyłącznie do przyjemności. Ale przyjemność jest przywilejem Większości Społeczeństwa, a nie – biednych. Oni czerpać mają z limitowanej puli drobnych przyjemnostek, widocznie rozłącznych z naszymi oznakami statusu.

 

To niepisane oczekiwanie, to oburzenie, gdy ktoś zidentyfikowany jako biedny wyłamuje się z archetypicznego wizerunku, jaki chcielibyśmy hołubić dość brzydko świadczy o zarówno naszym przywiązaniu do kastowości przejawiającej się we wszystkich sferach życia – jak i o leżącej głęboko u podstaw tego żądania koncepcji, że biedni są ludźmi gatunkowo innymi niż my, pozostający nad kreską, i że ich potrzeby i chęci nie zasługują na realizację bez uprzedniego nihil obstat wyrażonego przez Większość Społeczeństwa. (Nie zamierzam tu popadać w psychoanalizę i zgadywać, czy takie stygmatyzowanie ma dystansować biedę i spychać ją poza realność osobistych i własnych doznań stygmatyzującego, czy jest zwykłą bucerią bez głębszych korzeni.) Protekcjonalizm łączy się lepko z systemem kwalifikowania do uzyskania świadczeń pomocowych i generuje chętkę wielkopańskiego pokaż, że zasługujesz, bym dał ci zasiłek. Wychowani na nowelkach o dziewiętnastowiecznej nędzy skłonni jesteśmy wciąż traktować świadczenia pomocowe jak jałmużnę, wypłacaną z naszej łaski nieudacznikom. Stąd tylko krok do neoliberalnego nawoływania do zamknięcia kasy i pozostawienia pomocy społecznej chętnym, bo – nie każdy ma chęć dawać pieniądz żebrakom (choć to takie przyjemne, poczuć się dobroczyńcą za swoje).

Obawiam się, że w Polsce postbalcerowiczowskiej, przeoranej Lewiatanem i Mordasewiczem trudno będzie przepchnąć wspólnotowy sposób rozumienia pomocy społecznej i odczepić się od wizerunku pokornego nędzarza. Odejście od protekcjonalizmu jałmużny na rzecz podmiotowości wychodzącej z empatii wobec ludzi takich samych jak my jest tym trudniejsze, im mocniej zakorzeniły się w nas wyobrażenia i fantazje na temat bycia dobrą panią.

Nie będzie morału ani daleko idących wniosków. Pozostaje wciąż otwarte pytanie z pierwszego akapitu.

Trwożliwe króliczki

W zasadzie cały artykuł jest tak śliczny, że mam ochotę wkleić go w całości, polać się syropem i wytarzać w nim, a potem chodzić i budzić radość wśród współmieszkańców tego pięknego miasta.

Ambasadorką oburzonych [tęczą na Placu Konstytucji – przyp. moje] została Olga Johann, wiceprzewodnicząca Rady Warszawy z ramienia PiS. Wcześniej sama wielokrotnie składała przeciw tęczy interpelacje.

Interpelacja przeciw tęczy, tak powinien się nazywać tomik poezji.

(Swoją drogą, czy bycie politykiem/polityczką/radną powoduje amputację słuchu i wyczucia obciachu? Serio składa się interpelacje o takich tytułach i nie parska się śmiechem?)

Oddajmy głos pani Johann:

– Okazuje się, że towarzystwo spod tęczy  siada na schodach kościoła – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale parafian może niepokoić.

Aż się prosi o trawestację, w innej części internetów zwaną copypastą:

Okazuje się, że towarzystwo spod kościoła siada na schodach szkoły – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale uczniów może niepokoić.

– Okazuje się, że towarzystwo spod pomnika powstańców siada na schodach urzędu – mówi. Przyznaje, że nie jest to zabronione, ale urzędników może niepokoić.

I tak dalej.

Mnie uderzył w tej wypowiedzi obraz przelęknionych parafian, których ze spokoju i samozadowolenia wybija obecność w tej samej przestrzeni miejskiej ludzi o innych poglądach czy zapatrywaniach. To zabawne, że dominujące wyznanie (mityczne 95% katolików, zgadza się? to samo 95% które robi za uzasadnienie obecności funkcjonariuszy religii od przedszkola po hospicjum i obecności władz państwowych na wszystkich mszach) trwoży się niespokojnie, gdy na schodach jednego z kilkudziesięciu tysięcy ich obiektów przysiądzie kilkunastu ludzi wierzących w zupełnie inne ideały, mocno niezwiązane z religią. Mało zabawne jest, że dla komfortu tej większości, lękliwej jak króliczki (mimo swojej miażdżącej przewagi zagwarantowanej szeregiem zapisów ustawowych, takich jak Wartości Chrześcijańskie, obraza uczuć religijnych i szczególne miejsce świat katolickich w kalendarzu), pani radna usiłuje wykopać mniejszość z okolic świątyni, która – info dla osób odległych od stolicy – znajduje się poniekąd w centrum miasta, na przecięciu wielu szlaków komunikacyjnych, w otoczeniu knajp, sklepów i punktów usługowych otwartych dla zróżnicowanej klienteli. Pani Johann wolałaby, aby z przestrzeni publicznej w zasięgu wzroku korzystali tylko katolicy. W imię spójności poznawczej parafian.

Akcja Katolicka pisze w tej sprawie tak: „Zwracamy uwagę, że taki symbol jest wyznacznikiem wszystkich dotychczas odbytych w Warszawie publicznych imprez i manifestacji organizowanych przez środowiska deklarujące odmienne przekonania moralne. (…) Prezentowane tam treści i hasła, w tym również antykościelne, są zdecydowanie w sprzeczności z zasadami wyznawanymi przez chrześcijan. Dlatego wyeksponowanie tuż przed kościołem tej symboliki budzi wśród wiernych oburzenie i protest”. Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi tęcza naruszająca ich uczucia religijne.

No co ja poradzę:

 Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi kwietnik naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi jednorożec naruszający ich uczucia religijne.

Autorzy listu zapewniają o swoim szacunku dla „inaczej myślących”, ale tolerancja nie jest możliwa, gdy pośrodku placu tkwi krzyż naruszający ich uczucia religijne.

I tak dalej.

Tłumaczenie katolikom, że tęcza miewa pozytywne konotacje związane z pewną historyjką starotestamentową (poleca się jej odświeżenie w związku z ostatnimi oberwaniami chmur!), jest jałowe, ponieważ ich linia rozumowania jest taka, że tęcza na placu jest im wroga kulturowo i żadne konteksty biblijne tego nie poprawią, bo oni dobrze wiedzą, w czyim interesie ta tęcza. Oni nie zniosą, żeby pod kościołem stał symbol wrogiej im tolerancji. Oczywiście samo się prosi, by trollować panią Johann i jej Przerażony Legion Parafian pytaniem, czy wiedzą, że po grecku katholos znaczy powszechny i co oni na to w związku z przeganianiem hipsterów ze schodów kościoła, ale to byłoby kopanie wylęknionego króliczka. Oczekiwanie, by kościół, który procesuje się z Nergalem i Nieznalską rękami swoich gorliwców, kościół, który nasadza kaplice, krzyże i statuy na każdym metrze kwadratowym wolnej ziemi, poucza zarówno wyznawców i ateistów w zakresie moralności i żąda, by prawo odzwierciedlało katolicki punkt widzenia na życie seksualne; otóż, oczekiwanie by ten kościół przyjął do wiadomości istnienie ludzi niezainteresowanych jego sposobami krzewienia miłości bliźniego kijem i pałką ustawą i więzieniem, jest najwyraźniej mocno na wyrost. Natomiast pocieszające byłoby (gdyby nie było groteskowe), że majestat i groza tej instytucji jest tak wątła, że drży od zainstalowania jednej konstrukcji z kwiatków z tworzywa sztucznego, a jej wyznawcy tak są mimo przewagi liczebnej trwożliwi, że korzystanie z tej samej przestrzeni publicznej przez ludzi niewyznających tej samej bajki jest dla nich czymś tak konfundującym, że skłonni są usuwać własny dysonans poznawczy razem z hipsterami, ateistami i LGBT. I że radna Johann uważa, że ktoś powinien potraktować poważnie jej problemy z uzmysłowieniem sobie, że w dużym mieście, na jednym z głównych placów, poza katolikami będą też niekatolicy, i mogą oni również znaleźć się na schodach jednego z tamtejszych budynków.

Przerażające będzie dopiero, gdy jakiś urząd z fobiami pani Johann i jej Trwożliwego Legionu się zgodzi.

 

PS1. Wiem, że oprócz kabaretu Olgi Johann są też inne instytucje, których głosy w sprawie ujednolicenia polskiej memosfery brzmią znacznie mniej rozrywkowo. Pisali już o tym niegłupio:

Gothmucha

Ray Grant

Panoptykon

Nie zamierzam powtarzać ich argumentów, bo wyczerpali temat i słusznie ostrzegają przed rosnącą grupą ds zwalczania dysonansów poznawczych u większości. Mogę się tylko z nimi mocno zgodzić i jednocześnie trzymać kciuki, by nie mieli racji za kilka lat.

PS2. przepraszam za nadużywanie vonnegutowskiej frazy, ale cała ta historia brzmi jakby ją Kurt wymyślił.