Tajne zdrowie seksualne

Sejm poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Obecny, odchodzący skład rzutem na taśmę puścił dwie rzeczy, którymi najwyraźniej chce się zapisać w pamięci i historii – obywatelski projekt „Stop pedofilii” i uchwałę o potępieniu nienawiści antykatolickiej.

Poznęcać chcę się tylko nad pierwszym, drugi jest tak absurdalny, że nie wymaga specjalnego słowotoku.

Treść ustawy procedowanej przez Sejm. Dla tych, którzy nie lubią czytać długiego tekstu, będą zrzuty ekranu.

stop pedofilii

I to wszystko, cała ustawa.

Gdyby ktoś na marginesie się zastanawiał, jak kodeks karny rozumie pojęcie małoletni, to już wyjaśniam: tak jak kodeks cywilny. Czyli – małoletni to osoba poniżej 18 roku życia, która nie zawarła związku małżeńskiego.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu zapisu ustawy, z §3 na trzy lata idzie siedzieć niejaki Shakespeare, który publicznie zachwycał się karesami małoletniej Capulettówny oraz nieletniego Montecchio. Jeśli uznać, że tekst dramatu jest za mało masowy, to trudno, facet nam się wymknie spod karzącej ręki sprawiedliwości, ale taki Zeffirelli, który to nakręcił (uwaga, propaguję środek masowego przekazu, w kinach też bywało), nie dość, że filmując romans nieletnich, to jeszcze zatrudniając aktorów poniżej 18 roku życia – Olivia Hussey miała około 15 lat w chwili powstania ekranizacji. No nie wyłga się facet. Dystrybutor, który chciałby teraz takie straszności wyświetlać w kinach, też na trzy lata utraci kontakt z własnym domem. O Nabokovie nawet nie zacznę, panie prokuratorze, sam pan wie, co robić. Kto dalej? Puccini, naturalnie, jego Suzuki w Madame Butterfly pełnoletnia nie była (a ślub zawarła jeno fikcyjny, więc nie upełnoletniła się w rozumieniu polskiego prawodawcy). Do więzienia! Ale nie bądźmy tacy, cudze wsadzamy, swojego nie znamy – biografowie św. Jadwigi, która co prawda za mąż poszła, ale w wieku lat 12. Fredro, stary zbereźnik, recydywista, nawet nie ma co się wahać. Że nie czepiam się żywych? No cóż, Tomek Tryzna, Antoni Libera… Panowie, pakujcie szczoteczki, nie ujdzie wam na sucho takie zachwycanie się efektami dojrzewania młodzieży.

A teraz nieco mniej frywolnie, dwie sprawy, które z ustawy się wyłaniają. Ponury §4 penalizuje przy rygorystycznej a szerokiej interpretacji wszelką edukację o fizjologii i zdrowiu seksualnym. Nie da się prowadzić zgodnych ze współczesnym stanem nauki lekcji o dojrzewaniu, hormonach, ciele i jego reakcjach nie popadając w konflikt z zapisami ustawy. Jak wyjaśniać uczniom pobudzenie i napięcie seksualne, jak powiedzieć, że masturbacja jest naturalną reakcją i sposobem rozładowania tego napięcia, że jest zdrowa, fizjologiczna i bezpieczna, nie popadając w konflikt z zapisem o „propagowaniu innej czynności seksualnej” – nie mam pojęcia. Zapewne o to chodziło autorom, by taka nieaprobowana przez bigotów treść nie mogła dotrzeć w ogóle do niewinnych główek dziecięcych. Ubija to co prawda program edukacji o zdrowiu seksualnym oparty o standardy przyjęte na świecie, ale, uwaga, niespodzianka – taki jest plan. Voilá, oto wyimki z uzasadnienia projektu ustawy:

uzasadn1

Drugi akapit wprost nas informuje, że zło leży w wiedzy zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia. Prosimy nie regulować odbiorników, WHO zdaniem autorów ustawy to straszliwi deprawatorzy.

Cytowany rzekomy program dla grup wiekowych to oczywiste przeinaczenie, kłamstwo i bzdura. Żaden program nie przewiduje uczenia technik masturbacyjnych, a zwłaszcza nie kieruje takiej wiedzy do przedszkolaków, to jakieś mroczne fantazje autorów dokumentu. Nikt z edukatorów działających wg standardu WHO nie oczekuje raportów z samogwałtu od dzieci, natomiast owszem, ma świadomość, że zjawisko masturbacji dziecięcej istnieje i jest przez medycynę i psychologię rozpoznane. Owszem, program przewiduje uświadamianie rodzicom, że takie zachowania dziecięce mogą się pojawić, i że nie są powodem do paniki – ale w jaki sposób autorzy uzasadnienia do projektu zrobili z tego tak efektowną woltę, pojąć nie jestem w stanie. I tak dalej, każdy kolejny akapit, przeinaczenia i przekłamania.

uzasadn2

Tu już zieje grozą. Lista zajęć podejrzanych dla autorów projektu to warsztaty, hm, z wszystkiego związanego z ochroną zdrowia i edukacją na temat własnego ciała. W jaki sposób prowadzić lekcje biologii nie zahaczając o tematy zakazane pozostaje enigmą. To, że autorzy jednocześnie próbują podważyć wartość edukacji antyprzemocowej, równościowej i przeciwdziałającej przemocy pod pozorem ochrony niewinności dziecięcej, jest wręcz odrażającym nadużyciem. Edukacja antyhomofobiczna od dawna była solą w oku wielu organizacji konserwatywnych, które czuły się poszkodowane w swojej wolności prześladowania i pogardzania, natomiast jak dotąd nie podejmowały aż tak bezczelnych prób zamknięcia ust ludziom powołującym się na rzetelne badania naukowe i wiedzę medyczną.

Mamy o tym całkiem niemłody obrazek, dwudziestoletni.

how-would-you-like-this-wrapped

Jest tak naprawdę jeszcze jeden wątek, nieszyderczy, wokół tego szkodliwego projektu. Ta zmiana w kodeksie karnym idzie za myślą, że jedynym prawidłowym źródłem edukacji seksualnej winna być rodzina, a wszelka edukacja ze strony profesjonalistów ode złego jest i sieje zamęt a demoralizację. O seksie mają uczyć rodzice i basta.

I z tą ideą założycielską zgodzić się nie sposób.

Primo: większość rodziców nie jest do tego merytorycznie przygotowana. Sam fakt posiadania organów rozrodczych nie zapewnia wiedzy o ich działaniu, problemach i zjawiskach wokół nich istniejących. (To samo dotyczy też trzustki, jak ktoś wątpi, to proszę, kto z czytelników potrafi bez sprawdzania w encyklopedii czy internecie powiedzieć, co dokładnie robi trzustka i na co wpływa? A mają wszyscy.) Edukacja powinna przedstawiać nie tylko podstawy morfologii i fizjologii, ale informować o cyklu, o objawach zaburzeń, o zakażeniach, infekcjach, profilaktyce i leczeniu – oraz o związku z płodnością. Powinna zawierać dane o podstawowych badaniach profilaktycznych (cytologii, mammografii, badaniu prostaty i jąder, w tym – o samobadaniu!) oraz odmitologizować te badania. Powinna przekazywać wiedzę o tym, jak często chodzić do lekarza, co może niepokoić na różnych etapach życia między menarche a menopauzą (i odpowiednio między dojrzewaniem a andropauzą) a co jest objawem naturalnym i fizjologicznym. Powinna też rozbrajać szkodliwe mity z mediów i filmów, w których chociażby wszystkie kobiety są idealnie bezwłose poniżej rzęs, co w naturze jako zjawisko nie występuje. Takiej kombinacji wiedzy specjalistycznej rodzice bez przygotowania medycznego po prostu nie mają, i opcja skorzystania z wiedzy fachowca, który przy tym nie speszy się rozmawiając o penisach i pochwach, jest super wartościowa.

Secundo: do zdrowia seksualnego należy też poza medycyną cała dziedzina interakcji międzyludzkich wokół seksu, czyli edukacja na temat konsentu. Według badań, Polacy bardzo mało między sobą o seksie rozmawiają, w większości nie wymieniają informacji o swoim zdrowiu seksualnym z nowymi partnerami, nie ustalają swoich granic, preferencji ani oczekiwań – wszystko załatwiane jest między domniemaniem a niedopowiedzeniem. Nie jest to dobra baza do uczenia młodych ludzi, jak udzielać świadomej zgody, jak o nią prosić bez nacisku, jak ustalać granice swojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Asertywności, bezpieczeństwa i szacunku dla swojego i partnera ciała i psychiki nie są w stanie nauczyć ludzie, którzy sami o to nie zadbali i nie doświadczyli takiej formy dbania. Nie ma sensu, by kolejne pokolenie miotało się między „dowodem miłości”, „obowiązkiem małżeńskim” a „jak suka nie da to pies nie weźmie”. Stać nas na więcej wiedzy niż przeterminowanych stereotypów.

Tertio: bzdurą jest utożsamienie edukacji na jakiś temat z modelowaniem. Od uczenia się o ptakach ludzie nie zaczynają latać, od wiedzy o tym, że istnieją inne orientacje niż heteroseksualna (i inne identyfikacje płciowe niż cisgender) ludzie nie zmieniają swojej tożsamości. Edukacja pozwalająca młodym ludziom rozpoznać zjawiska wokół siebie jako występujące w pewnym odsetku populacji, naturalne i zdemitologizowane nie tylko zdejmie odium z mniejszości, ale też pozwoli uczniom nieheteroseksualnym lepiej odnaleźć się w środowisku, gdy będzie ono mniej antagonistycznie nastawione. Co jeszcze ważniejsze, edukacja na temat zdrowia seksualnego osób nieheteroseksualnych prowadzona przez profesjonalistów w szkole może być jedynym źródłem sensownej wiedzy dla uczniów LGBT. Nie wszyscy rodzice są do tego przygotowani, by rozmawiać z dziećmi o seksie, do rozmów o seksie nieheteroseksualnym tym bardziej. A uczniowie LGBT w tej szkole i tak są, i mają pod górkę. Nie można im jeszcze bardziej utrudniać funkcjonowania.

Quatro, i to już będzie koniec tej wesołej analizy – koncepcja, że rodzice załatwią kwestię tzw. staroświecko uświadamiania jest bardzo fajna, ale ma pewien mankament wbudowany w fundament: nie wszystkie dzieci w Polsce mają tych rodziców. Lokatorzy domów dziecka w świetle tej wizji uświadomienia zaznać nie mogą, bo każdy z wychowawców, który „działając w związku z zajmowanym stanowiskiem lub wykonywanym zawodem” próbowałby takich wykładów się podjąć, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Nie sądzę, by chciał ryzykować, niech się dzieciaki dowiedzą wszystkiego z filmów porno. A my się ucieszymy, że tak ochroniliśmy maluchy przed grozą deprawacji.

EDYTOWANE, CZYLI POST SCRIPTUM

Jako że ranek mądrzejszy od wieczora, dziś dopiero zobaczyłam jeszcze jedną wesołą interpretację tej ustawy. (Jeśli któryś z czytających to prawników ma uwagi, to pokornie proszę wygłaszać)

Otóż mamy w prawie zapis tzw. wieku zgody, i wynosi on lat 15. Czyli osoba w wieku lat 15+ może uprawiać seks, a co więcej, uprawianie seksu z osobą 15+ jest legalne. Osoba lat 16 zatem idzie do lekarza i pyta o możliwości stosowania specyfików profilaktycznych właściwych dla wieku i ciała tejże osoby – czy może brać środki hormonalne, czy lepiej prezerwatywy? Czy z budową anatomiczną jest wszystko dobrze i czy nie ma ryzyka infekcji, etc itd, inteligentne pytania młodej osoby, która nie chce podejmować współżycia na rympał i spontanicznie. Czy lekarz, „działając w ramach zajmowanego stanowiska i wykonywanego zawodu” może osobie będącej pacjentem zalecać raczej seks bez penetracji, petting czy też inne „inne czynności seksualne” jako alternatywę wczesnej inicjacji, czy też w obawie przed prowokacją i prokuratorem za drzwiami raczej powinien nabrać wody w usta i wywalić za drzwi pacjenta bez żadnych porad? Czy wypisanie tabletek antykoncepcyjnych jest w świetle tego artykułu mniej szkodliwe niż rozmowa o innych niż stosunek formach aktywności seksualnej? Oraz co to za idiotyzm, że młody człowiek ma prawo seks uprawiać, ale nie może się dowiadywać o związanych z seksem konsekwencjach zdrowotnych i fizjologicznych?

O starannym obrażaniu

Gdyby internet oferował leczenie, na Twitterze kolejki ludzi z poważnymi urazami uczuć religijnych zablokowałyby wszystkie SORy.

Tłum ludzi, setki, tysiące zgoła wyrażają gromadne oburzenie dramatyczną i nieporównywalną z niczym co dzieje się obecnie na świecie obrazą uczuć katolickich – czyli tym, że niejaki Szymon Niemiec, biskup niszowego Wolnego Kościoła Reformowanego odprawił dwa tygodnie temu nabożeństwo w trakcie Parady Równości, i miał na sobie tęczowy ornat. Dla ustalenia uwagi, zdjęcia z tego wydarzenia pokazują dość nikłą frekwencję i umiarkowane zainteresowanie czy to wiernych, czy gapiów – może dla tego, że ta posługa religijna to już stały element Parad, odbywa się od dziewięciu lat. Tymczasem grono śmiertelnie rannych w uczucia katolickie wciąż się powiększa i niedługo pewnie będą masowe zgony, wnioskując z tonu, w jakim urażeni raportują powagę wydarzenia. Przypominam, tego wydarzenia, na które przyszło parę sztuk widzów.

12385524-kadr-z-nagrania-wideo-teczowej

(kadr z nagrania K. Slezaka)

Tym wszystkim umierającym z powodu zadania im prosto w serce śmiertelnego ciosu, tej straszliwej obrazy uczuć religijnych, tego nachalnie im zaprezentowanego ze wszech stron i wszech mediów aktu blasfemii, pragnę zadedykować pewien bardzo stary dowcip.

Na komisariat dzwoni roztrzęsiona staruszka i żąda natychmiastowej interwencji, gdyż ludzie z mieszkania naprzeciwko dokonują straszliwych perwersji, uprawiają seks tak wyuzdany i tak gorszący, że ona we własnym mieszkaniu boi się, że apopleksja ją zatłucze. Trudno i darmo, komendant wydelegował młodszego aspiranta na wizję lokalną pod wskazany adres. Wchodzi ten młodzian do mieszkania, wita go starowinka w wieku matuzalemowym, drobna i krucha, ledwie się nie rozsypie – i powtarza znowu – że zwyrodnialcy, że zboczeńcy, że wyuzdanie, że zgorszenie, że skandal i że nie wolno.

Policjant wygląda przez okno, ale nic nie widzi. Wychyla się, ale nic.

Odwraca do staruszki i pyta, gdzie niby jest ta jaskinia demoralizacji, bo mimo, że patrzył i z okien kuchni, i z salonu, to nijak nic nie może zauważyć. Na co staruszka, wzburzona nad życie:

— Stąd to nie widać, ale jak pan, panie władzo, wejdzie na szafę…

 

 

Smutek rzeczy pięknych

Po przejściu całej trasy świetnej, radosnej warszawskiej Parady w Miasteczku Równości znalazłam to stoisko:

My, rodziceZdjęcie za: queer.pl

To był jedyny moment w trakcie tego kolorowego święta wzajemnej akceptacji, otwartości i zrozumienia, w którym stanęły mi łzy w oczach.

Czego nie była w stanie zrobić ponura kontrdemonstracja puszczająca z głośników monotonnie fałszywe i odrażające kłamstwa na temat osób LGBT jako rzekomo zwyrodnialców, deprawatorów i pedofilów; czego nie dał rady zrobić podkarpacki sejmik uchwalający straszliwe ustawy norymberskie; czego nie potrafił dokonać Episkopat na zmianę wypierający się zbrodni własnych księży i szkalujący ludzi nieheteroseksualnych; czego nie sprawiły wiadra pomyj przepłukiwane codziennie przez polski internet – do zduszonego płaczu doprowadziła mnie grupka pań w średnim wieku, stojąca z tabliczkami „Chodź, mama przytuli”.

Pomyślałam o tych wszystkich ludziach, dla których jest to jedyna szansa na bycie przytulonym przez rodzica, bo ich własne rodziny pochodzenia wolą posłuchać homofobicznych przewodników duchowych niż własnego serca i własnego dziecka. Pomyślałam o tym, że w 2019 roku w środku Europy nadal potrzeba takich surogatek dla ludzi, którzy stracili własne matki i ojców przez bigoterię, hipokryzję i homofobię, dla ludzi, którzy przez swoją tożsamość zostali wyrzuceni z rodzin pochodzenia. Fakt, iż ten piękny, bezinteresowny gest, ta oferta wsparcia, zrozumienia i akceptacji, tego wszystkiego, co jest istotą bliskich więzi rodzinnych – że to jest w ogóle tak strasznie, boleśnie potrzebne ludziom – to najsmutniejszy dowód, jak potworne zniszczenie w głowach i sercach sieje nienawistna propaganda poniżająca i odczłowieczająca osoby LGBT.

Chciałam podziękować wszystkim ludziom ze Stowarzyszenia My Rodzice za to, że są, i za to, co oferowali wczoraj na Paradzie, i co robią przez cały rok, mozolną pracą odwracając krok po kroczku skutki homofobicznych kampanii. Dziękuję, że ratują życie tym wszystkim, którzy utracili własne rodziny przy okazji coming outu. Dziękuję, że przywracają wiarę w ludzi. Dziękuję w imieniu tych wszystkich, którzy wczoraj do was przyszli, by poczuć to, co homofobia, oszczerstwa i nienawiść wymierzone w Innego im odebrały.

Dziękuję, jesteście najpiękniejszym, co widziałam podczas całego wczorajszego święta.

 

Nie płakałam po Ziemkiewiczu

Kanikuła się zaczęła, gotują się mózgi i temperamenty.
Były pisarz, były rzecznik UPR, autor wiekopomnych Skarbów Stolinów; aktualnie rolnik i z bożej łaski felietonista gdzie popadnie a jakoś zapłacą, Rafał dwojga imion Aleksander Ziemkiewicz, zaszarżował z motyką na wroga cywilizacji:raz

Prosimy nie regulować odbiorników, nasze słoneczko dziennikarstwa, nasz pączuś w masełku, naprawdę rzucił słodką frazą, że do lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych należy strzelać. Oczywiście metaforycznie i oczywiście to tylko cytat, a i to niedokładny, gdyż nasz wybitny farmer prozy słynie z parafrazy – zarówno cytatów jak i faktów (w tymże niesławnym felietonie udało mu się przekręcić dwa nazwiska, należące do niezwykle popularnych w internecie facetów, przez co rozumiemy, że sprawdzenie, o kim się pisze, nie powinno zająć więcej niż 2 minuty na obu – no ale hasło „risercz ziemkiewiczowski” nie wzięło się znikąd).

Ponieważ pana redaktora jeszcze trochę ludzi czyta (została mu jakaś szczątkowa lekkość frazy z czasów, gdy uprawiał pisarstwo, a nie dotacje), zaczęły się dyskusje i przepychanki, a temat zataczał coraz szersze kręgi. W komentarzach część basowała panu dwojga imion felietoniście, część zawzięcie stawiała na edukację i próbowała wyjaśnić, co jest niestosownego w nawoływaniu do strzelania do ludzi (metaforycznie, pamiętajmy, jakby co złego, to nie przez to, że Rafał Aleksander nakłaniał do przemocy, on tak tylko śmiało trawestował). Tymczasem zbiegi okoliczności są złośliwe i w trakcie, gdy mistrz parafrazy i niedopowiedzeń mówił, że do osób LGBT należy strzelać (znaczy nie on, tylko kolega, tj. Cat-Mackiewicz, a w ogóle to tylko taka figura stylistyczna, nieprawdaż), w kraju znanym z dużo większej niż tradycyjna polska tolerancji, nastąpiły wydarzenia jak z mokrego snu farmera felietonów:

London bus assault

Jak widać, niektórym nie trzeba podpowiadać, i sami się garną – kilku młodzieniaszków, wg londyńskiej policji w wieku 15 – 18 lat, zaczepiało w autobusie parę dziewczyn, domagając się, by się zaczęły całować, bo panowie sobie życzą popatrzeć na lesbijki na żywo. Dziewczyny nie skorzystały z tak wspaniałej zachęty, więc zostały skatowane i okradzione. Widać, że dzieła dokonali amatorzy, nie czytający RAZa, bo po pierwsze pobili zamiast strzelać, po drugie, nie wygłaszali okrzyków o nazistach i bolszewikach.

Na świecie dzieją się jednak straszliwsze nieszczęścia, oto redaktorowi gleb patriotycznych Interia wymówiła współpracę. Rafał Aleksander pożalił się natychmiast w internecie, że go prześladują i że to straszliwy dramat niezrozumianego artysty, którego lesbijki i geje biją (ale on się nie podda i będzie dalej brnął, ale u siebie na stronie):razOUT

Najwyraźniej jednak nasz autor małorolny ma wokół siebie życzliwe dusze, i ktoś mu dobrze doradził, by stonował nieco swoje jeremiady. Pojawiło się nawet nadzwyczaj rozsądne jak na RAZa oświadczenie:

razO

Oczywiście jest to produkt przeprosinopodobny w opakowaniu zastępczym, Ziemkiewicz sugeruje nam o to, że co prawda taki jest światowy i literat obyty tu i ówdzie, skłonny do brawurowych cytatów i kawaleryjsko-kombajnowych parafraz, ale lud ciemny i głupi mógł się nie poznać i źle tę figurę stylistyczną odczytać i jeszcze by się komu co stało, a co jeszcze gorsze, odium by spadło na pana Ziemkiewicza, a to dramat nie do pomyślenia.

Czy żal mi biednego chałturzysty, że go wywalili z Interii? Ani trochę.

Czy wierzę w oświadczenie, że on tak się biedny potknął na cytacie i swej śmigłej jak perszeron frazie, i wszystko to tzw. lapsus i dramat niezrozumianego artysty? A figę.

Mogę sobie szydzić z faceta, ale dla porządku ustalmy (panie redaktorze, jak ktoś panu moją notkę podlinkuje i pan to czyta, to proszę: tak się robi risercz na potrzeby felietonu, i to nawet takiego, za który nie ma wierszówki) – gość w 1988 ukończył studia dziennikarskie na UW, od tamtej pory wydał siedem książek, kilka zbiorów opowiadań, w których to zbiorach da się znaleźć parę zupełnie niezłych tekstów, oraz SIEDEMNAŚCIE antologii własnych felietonów – przy tym gościu Bolesław Prus ma marną wydajność z hektara, marniutką! – chcę powiedzieć, że Ziemkiewicz od lat żyje z pisania i nie bez powodu dostał w swoim czasie aż dwie Śląkfy. W przypadku faceta z takim dorobkiem literackim sztubackie tłumaczenie, że mu się pióro omskło i coś napisał niezgodnie z własną intencją jest po prostu niepoważne. Ten gość doskonale wie, co mu z klawiatury zeszło, w końcu od trzydziestu lat z tego żyje (oraz ostatnio z KRUSu). Jeśli napisał homofobiczny, agresywny felieton i opatrzył go cytowanym na powyższych zrzutach ekranu tekstem, to nie dlatego, że nie radzi sobie z trudną materią słowa, tylko dlatego, że liczył na zamieszanie oraz rozliczne cytaty tu i ówdzie, podnoszące mu ranking kontrowersyjnego autora i pompujące status rozkosznego enfant terrible. Rafał dwojga imion Aleksander uwielbia zgrywać takiego niepokornego, w kontrze do salonów i głównego nurtu (trudna sztuka, gdy się ma stały program w publicznej telewizji), wszelako zupełnie przypadkiem trafiającego idealnie w gust co bardziej ksenofobicznej publiczności. Jeśli Ziemkiewicz coś napisał, to dlatego, że właśnie takie rzeczy miał zamiar napisać. To, że ktoś go pociągnął za słowo do odpowiedzialności, niewątpliwie powinno cieszyć w świecie, gdzie politycy przyzwyczajają nas do zupełnie otwartych kłamstw, obietnic bez pokrycia. Szefowie Interii wykazali się spóźnionym nieco, ale prawidłowym działaniem – wywalili gościa publikującego zachęty do przemocy wycelowanej w osoby nieheteroseksualne. W kontekście tego, że przemoc (fizyczna, emocjonalna, słowna, prawna i społeczna) osoby LGBT spotyka często i to nawet w krajach dużo bardziej otwartych i tolerancyjnych, wszelkie zachęty do niej należy tępić i wykorzeniać od razu. Cieszy mnie, że jeszcze są miejsca, z których usuwa się teksty o brunatnym zabarwieniu. Czy autor wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski, jest oczywiście dość wątpliwe, natomiast ta lekcja tego, co felietoniście uchodzi w miejscu publicznym, bardzo była potrzebna.

Miejmy tylko nadzieję, że na jutrzejszej Paradzie Równości nie będzie czytelników Ziemkiewicza.

 

 

 

 

 

 

 

Priorytety

Małopolska nie ma ostatnio szczęścia w prasie.

Mimo wielkich starań lokalnych władz i policji, wypłynęła jednak przykra sprawa intymna, znaczy, że oficjele chadzali do burdeli i dali się tam nagrać. Zaczęło się od publikacji w NIE (pierwsza i następna w odpowiedzi na reakcję bohaterów), po których czytelnicy zaczęli mlaskać i rechotać nad wizją marszałka Sejmu z opuszczonymi spodniami i debatować, czy to tak ładnie na co dzień głosić różne okrągłe zdania o honorze i moralności, a wieczorami robić wycieczki do wesołych instytucji i tam się oddawać przyjemnościom mniej prorodzinnym.

Szum medialny wokół tej publikacji (pomińmy na moment niepowtarzalny a niesmaczny styl NIE, celujący w to co leży bardzo na dnie duszy polskiego czytelnika) mocno rozczarowuje. Publiczność oto roztrząsa wątek obyczajowy i erotyczny, wizualizuje sobie polityka w sytuacji nieparlamentarnej i rechocze, że oto kolejny ze świecznika wylądował po pośladki w błocie. Mało głosów wszelako krzyczy o tym, co najstraszniejszego w tym artykule (i w idących jego śladem publikacjach, choćby w Rzeczpospolitej tu i tu) – że oto na naszym bogobojnym Podkarpaciu latami kwitł sobie handel żywym towarem i niewolnictwo, a w dodatku że dotyczyło to również dzieci. Jeśli prawdą są sensacje z taśm, oto różne VIPy nie tyle korzystały z usług seksualnych w burdelu co po prostu gwałciły dzieci (serio, nie da się inaczej określić wykorzystywania dziewczynek poniżej 15 roku życia przetrzymywanych w burdelach). Powiedzmy to jeszcze raz, małopolskie władze przez wiele lat udawały, że nie widzą, że dwóch obrotnych braci handluje kobietami, trzyma je wbrew ich woli i zmusza do prostytucji, wystawiając je również lokalnym oficjelom w zamian za przymknięcie oka.Ba, władze lokalne do spółki z krajowymi miały w zanadrzu dla sutenerów bonus, acz w trakcie obecnego niemrawo idącego śledztwa nikt się do wręczenia nagrody nie chce przyznać.

wycinek z gw

źródło: gazeta.pl

Czym się zasłużyli nowej ojczyźnie? Rzepa rozwija temat:

rzepaźródło: Rzeczpospolita

Małopolskie władze miały taki spokój duszy, że nie przeszkadzało im nawet, że w burdelach trzymane są dzieci. Pewnie było to o tyle łatwiejsze do zniesienia, że dzieci zostały przez sutenerów importowane z Ukrainy i można było udawać, że nikt o tych dziewczynkach nie wie, no, chyba że klient, który korzystał z niepowtarzalnej okazji, w innych warunkach objętej artykułem 200 kodeksu karnego. Dziewczynki siedziały w burdelu odpracowując rzekomy dług i ucząc się, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie ma im nic do zaoferowania w zakresie ochrony ich niewinności i dzieciństwa. Cóż bowiem pochłaniało ostatnio lokalnych radnych i było ważniejsze od rezolucji w sprawie handlu żywym towarem na ich terenie, od wykorzystywania nieletnich i od seksualnego obozu pracy dla kobiet?

Ilustracja poniżej:

 

Barbara Nowak
źródło: Twitter

Gdyby ktoś się zastanawiał, kim jest ta pani, która z takim wyczuciem chwili i kontekstu używa tagów #chrońmyDzieci, spieszę z wyjaśnieniem – to małopolska kurator oświaty. Kobieta, której zadaniem jest nadzór nad szkołami w regionie, nad realizowaniem zadań stojących przed szkołami i wychowawcami, oraz pilnowanie realizacji przez podległe jej placówki obowiązku szkolnego. To taki miły przepis, który mówi, że dzieci do ukończenia roku szkolnego mają obowiązek pobierać naukę. Dzięki temu nie mamy w kraju analfabetów, których rodzice wyreklamowaliby ze szkół w celu pracy zarobkowej bądź tyrania w gospodarstwie czy własnej firmie; dzięki temu przepisowi chronimy prawo do edukacji i rozwoju nieletnich. Przypomnijmy jeszcze, że nie jest to przepis uchwalony sobie a muzom, jego nieprzestrzeganie podlega sankcjom – Organ miejscowy administracji publicznej właściwy do spraw edukacji może nałożyć na opiekuna prawnego dziecka karę grzywny w celu przymuszenia do realizowania tego obowiązku. (za Wikipedią).

Zgodnie zatem z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, stosowny organ administracji właściwy do spraw edukacji  powziąwszy wiedzę, jeśli nie z lokalnych ploteczek i szumu z magla, to z przetaczającej się przez prasę burzy artykułów z wyimkami z doniesień i nagrań, powinien natychmiast wytoczyć wszelkie dostępne działa i wszcząć postępowanie w celu wyjaśnienia, czy w rzeczy samej przedsiębiorczy sutenerzy trzymają jakieś dzieci i czy aby te dzieci nie powinny uczyć się w lokalnych szkołach czegoś innego niż obsługa erotycznych roszczeń spasionych knurów, pardon, klientów burdeli. Stosowny organ administracji płonąc ze wstydu zwołałby konferencję i ogłosił, że wydusi z siebie środki specjalne na zajęcie się tymi dziewczynkami, by pozwolić im nie tylko przepracować traumę bycia seksualnymi niewolnicami w polskim przybytku, nie tylko naprawić krzywdy, których doznały, ale też nadgonić program szkolny i dać im szansę na porządne wykształcenie, którą utraciły, będąc zmuszane do prostytucji. Organ administracji, kurator oświaty, rozesłałby piorunem zapytanie do podległych szkół o dostępnych nauczycieli, którzy mogliby te dziewczynki objąć edukacją możliwie dwujęzyczną (nie ma pewności przecież, czy Ukrainki mówią biegle po polsku na tyle, by podołać programowi nauczania), jeśli na czas śledztwa muszą one pozostać w Polsce, i kto mógłby zapewnić im opiekę pedagogiczną i nauczanie indywidualne, by nie robić z nich sensacji przez dołączanie znienacka do klas. To zrobiłby przyzwoity kurator oświaty, który poważnie traktuje swoje obowiązki i dla którego istotne jest chronienie dzieci przed krzywdą, wykorzystaniem i deprawacją.

Tymczasem mamy na powyższym obrazku panią kurator, która jest oto właściwym organem do spraw edukacji, i której rozumienie ochrony dzieci polega na wsparciu nieprawdopodobnego wręcz działania sejmiku. Sejmik bowiem, po rozebraniu tej konstrukcji literackiej w nagłówku, uchwalił coś w rodzaju współczesnych ustaw norymberskich, decydując, że dzieci w Małopolsce nie powinny być edukowane w zakresie praw człowieka (praw do własnej seksualności, prawa do prywatności, prawa do intymności, prawa do odmowy), że tym, co stanowi największe zagrożenie dla dzieciństwa jest wprowadzenie edukacji równościowej do szkół – a nie, na przykład, trzymanie 14- i 15-letnich dziewczynek w burdelach i stręczenie ich grubym rybom biznesu i polityki. Radni są zadowoleni z siebie nadzwyczaj, że oto uchronili region przed strasznym demonem równości i zakazali uchwałą wszelkich działań mających obronić małopolskie mniejszości seksualne przed prześladowaniem i krzywdą, a pani kurator basuje im, wołając „Chrońmy Dzieci”. Nie wiem, czy to obłuda, czy głupota, czy podłość inspirowana ideologiczną trucizną sączoną z różnych środków przekazu włączając w to ambony, ale ironia tej deklaracji przekracza moje granice bezpieczeństwa.

Pani kurator, brzydzę się tym, co pani robi. Państwo radni, wstyd mi za was.

Wstyd mi też, że tym wszystkim kobietom i dzieciom przetrzymywanym latami i wykorzystywanym w ohydny sposób przy milczącej zgodzie władz, moja ojczyzna pokazała właśnie środkowy palec . Polska, która ustami swoich polityków twierdzi, że musi chronić dzieci przed złem równouprawnienia i praw człowieka, ma w nosie prawa najsłabszych. Polska, która drży przed deprawacją dzieci wynikającą z rzetelnej edukacji seksualnej ignoruje deprawację dokonującą się dzień w dzień i noc w burdelach korzystających z niewolniczej pracy nieletnich Ukrainek. Polska, która trzęsie się od bogobojnych deklaracji i praworządnych sloganów, latami pozwala na niewolnictwo i handel ludźmi, a uprawiających ten odrażający proceder nagradza tym, co ma ponoć najcenniejszego – obywatelstwem. Jeśli to nie jest dowód, co naprawdę się w tym kraju liczy, to nie wiem, co nim jest, bo przecież nie deklaracje, a czyny.

 

Polsko, masz pojebane priorytety.

 

A jeśli ktoś się oburzy, że to nie Polska, nie kraj, tylko poszczególne jednostki, ot, wybryki polityczek i polityków, lapsusy, a nie ogólna prawda – to proszę o dowód. Proszę o skrin lub link, w którym władze wyższe niż pani kurator małopolska wyrażają potępienie dla tej haniebnej uchwały i reakcji pani Nowak; link do materiału, gdzie pani kurator jest wzywana na dywanik i musi się tłumaczyć. Przydałby się też link w którym ktoś z władz postuluje objęcie sensowną opieką ofiar obrzydliwego procederu sutenerskiego, opieką psychologiczną, prawną, rehabilitacją i edukacją. Nie ma? No właśnie.

 

Święta polskie na coraz weselej

Odwieczna walka o rząd dusz wchodzi w kolejną rundę. Polska ma jak zwykle zaszczyt robić za scenę tego cyrku.

(Tu jest mały wtręt od autorki, która przeprasza wszystkich etnologów, kulturoznawców, religioznawców i antropologów kulturowych, którzy być może poniosą szkody w trakcie  zgrzytania zębami przy lekturze za ogromne uproszczenia i haniebne skróty dokonane na potrzeby pomieszczenia się w notce i nie zrobienia z niej nudziarstwa pękającego od przypisów. W razie czego proszę o łagodny wymiar kary w komentarzach)

Pierwszy front walki o chtoniczne święta na naszym terenie stoczyliśmy dość dawno, gdy swojskie Dziady zostały wyrugowane przez Wszystkich Świętych, a rytuały związane z kultem przodków, komunikacją ze zmarłymi i magią przechodzenia między światami zostały zsakralizowane, wtłoczone w ramy liturgiczne i zawłaszczone, po zmianie nazw i przypisaniu im nowych symbolicznych znaczeń. (Tu dygresja, że jest to dość stare zagranie kościoła zwanego powszechnym, i że tą praktyką oswajał sobie tereny pełne kultów lokalnych – ot, chrzcząc Izydę z Horusem Marią z Jezusem i wprowadzając do ikonografii kobietę karmiącą dziecko w sztywnej, hieratycznej pozie. Jako że z oryginałem szedł cały pakiet wyobrażeń i akcesoriów, Maria Żydówka wzbogaciła się po drodze o należący pierwotnie do Izydy, Królowej Nieba, płaszcz z gwiazdami, a półksiężyc, na którym niekiedy bywa przedstawiana, jest też częścią tego zapożyczonego wizerunku)

Izyda z Horusem, rzeźba z brązu, zbiory Muzeum Narodowego – można sobie porównać wizerunkami znanymi z kościołów

I tak oto ofiary z żywności składane duchom przodków zostały w naszej kulturze w postaci wieńców i kwiatów, ogniska wskazujące drogę zabłąkanym duszom skurczyły się do zniczy (acz w ostatnich latach znów się rozdymają do imponujących rozmiarów, patrząc po ofercie plastikowych i szklanych monstrów dostępnych w handlu), uczty ku czci przodków zredukowały się do sezonowych, przycmentarnych straganów z jedzeniem rzadko dostępnym w innych porach roku (obwarzanki, pańska skórka) lub prozaicznym bigosem z przyczepy campingowej. Pozostał wymiar społeczny, zgromadzenia się wokół zmarłych i ich wspominania, i duchowy, mniej lub bardziej należący do sfery religijnej. Tak oto święto pogańskie zostało wchłonięte przez rok liturgiczny, przyswojone i zaadaptowane do nowego światopoglądu wraz z całym folklorem i obrzędem, który bez dawnych wierzeń nie ma sensu, ale na tym właśnie folklorze najmocniej się trzyma. Kościół mógł odetchnąć, że spójność została zachowana, schizma pogańska z powodu Dziadów i celebry mu nie grozi, a rok liturgiczny zyskał trochę błyskotek do oprawy. Niestety, nie minęło marne kilkaset lat, a nad Polskę, udręczoną nie dość historią, dramatem i rodakami, nadciągnęła kolejna inwazja kulturowa, tym razem z dalszego zachodu – Halloween.

(Tu kolejna dygresja, że jak nasze Zaduszki są wpierw zlaicyzowanymi, a potem – skatolicyzowanymi pogańskimi obrzędami z dziedziny kultu zmarłych, tak Halloween w obecnym kształcie jest rezultatem przetrawienia przez folklor miejski USA oraz machinę konsumpcyjno-komercyjną obrzędów Samhain, czyli celtyckiego święta zakończenia zbiorów, końca lata i wegetacji, nocy błąkających się po ziemi duchów – a przy okazji jednego z Wielkich Sabatów. Co jest poniekąd lekko zabawne, że oto pogański obrządek zagraża naszej wielkiej polskiej katolickiej świętej tradycji po raz kolejny – raz wyłażąc spod spodu jako pozostałość naszych lokalnych, słowiańskich mitów i wierzeń – których nb mamy mnóstwo we wszystkich świętach kalendarza! – a ponownie jako importowany z zachodu produkt dynionośny)

Wracając jednak do naszego kulturkampfu: w związku z nadciągnięciem do hipermarketów plastikowych zębów Drakuli, poliestrowych płaszczyków maga i strzępiących się sukienek czarownic w komplecie ze szpiczastym kapeluszem z tektury (brodawki na nos do zdobycia we własnym zakresie) nastąpiło poważne wzmożenie sił tradycyjnie odpowiedzialnych za odpowiednie zabawy dziecięce. Katechetki i proboszczowie jak Polska długa i szeroka zaczęli wypuszczać z siebie różne wyrazy dezaprobaty dla zagrożeń duchowych płynących z przebierania się za diabła czy wiedźmę (zauważmy przy tym złośliwie, że sam diabeł nie budzi najmniejszych wątpliwości tego czcigodnego gremium, gdy lata po sąsiadach dwa miesiące później, w orszaku kolędników – więc nie o to tu chodzi bynajmniej, że się grono katolickich wychowawców diabłem jako takim brzydzi). Wyrazy wezbrały i zaowocowały w wielu szkołach imprezą konkurencyjną – Balem Wszystkich Świętych.

Wiedziony tradycją kościół katolicki, matka nasza polska despotyczna, uznał, że skoro udało się raz, to i drugi pójdzie tak samo łatwo – i zażądał, by dzieciaki pragnące przebieranek o treści niestosownie makabrycznej nawróciły się na właściwy gatunek i poprzebierały za katolickie osobistości duchowe. Nie, nie żartuję. Oddajmy zresztą głos poecie katechecie, oto autentyczne ogłoszenie z jednej z warszawskich szkół podstawowych:

„HOLLY WINS – POCHÓD WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
(imię i nazwisko autorki wycięte – naima)
31 października przebieramy się za ŚWIĘTYCH. Chcemy pokazać radosny aspekt świętowania ze Wszystkimi Świętymi w niebie. Dlatego też w przeddzień 1 listopada zapraszamy wszystkich do przebierania się za swoich ulubionych świętych (na przykład swoich patronów).”
Czy uważam to za absurdalne? Oczywiście.
Czy uważam to za niemądre? Ależ.
Czemu uważam, że warto o tym aż całą notkę, dobro wszak mocno limitowane na tym blogu?

Ponieważ jest to pomysł okropny, jeśli pomyśleć o nim serio i to wewnątrz samego paradygmatu religijnego, z którego niby wyszedł. Jeśli komuś źle się kojarzy oswajanie demonologii i mroku i śmierci przez wkładanie świecących wampirzych zębów i wyłudzanie cukierków w sąsiedztwie, to sugerowanie, że przebieranie się za świętych danego kultu po to, by popląsać na szkolnej dyskotece wydaje się dla odmiany profanacją i bluźnierstwem. Jeśli popatrzeć na to z perspektywy empatycznej, że oto wychowawcy martwią się, że na młode dusze horror demonicznych kostiumów może mieć zły, bo traumatyzujący wpływ, to niepojęte jest, by bez chwili wahania sugerowali przebieranki za takich oto popularnych świętych patronów

Śmierć polskich męczenników

Tortury polskich męczenników

 

Hans_Baldung_Grien_Enthauptung_der_hl_Dorothea

Ścięcie Świętej Doroty (źródło: Wiki commons)

 

Sebastiano_del_Piombo_001 Męczeństwo św Agaty

Sebastiano del Piombo – Męczeństwo Świętej Agaty (źródło – Wiki commons)

Poniżej wersja dla tych, którym obrazki nie wystarczą i lubią sobie poczytać horrory:

Makabra nr 1

Makabra nr 2

Makabra nr 3

Swoją drogą, ciekawe, jak by zareagowała katechetka, zachęcająca młodzież do uczczenia patronów, na uczennicę wcielającą się w świętą Agnieszkę, przemocą wrzuconą do burdelu? Lub na inną, z poświęceniem odgrywającą świętą Barbarę z odciętymi w trakcie tortur piersiami? O Szymonie Słupniku czy zabitym przez łuczników świętym Sebastianie nie ma co mówić, mają dużo bardziej konwencjonalny, Halloweenowy sztafaż.

Dla ustalenia uwagi, pragnę przypomnieć, że wszystkie te potwory, za które dzieci się pragną raz w roku przebrać, są doskonale identyfikowane jako postaci fikcyjne, literackie czy popkulturowe. Batman czy Dracula, Barbie czy czarownica, są wymyślonymi bohaterami filmów czy komiksów, co do których realnego istnienia dzieci raczej nie mają wątpliwości. (A jeśli mają, to problem nie leży w samym Halloween ani w przebierankach) Tymczasem kościół katolicki stanowczo się upiera, że cały wyniesiony na ołtarze panteon to prawdziwi ludzie, włącznie z męczennikami, więc proponowane przez katechetkę radosne obchodzenie imprezki przez ubranie się w strój zatłuczonego przez przeciwników ideologicznych człowieka znienacka przestaje mieć charakter frywolnej zabawy i radosnego świętowania ze świętymi, a raczej zieje makabrą dużo gorszą niż korowód poprzebieranych Rokitów. Jeśli ktoś nadal nie chwyta, proponuję taki oto eksperyment myślowy – czy taktownym i radosnym przebraniem na bal wszystkich świętych w podstawówce byłby kostium Maksymiliana Kolbe? Ten ikonograficzny oświęcimski pasiak? A strój Popiełuszki, być może razem z bagażnikiem samochodu, w którym wożono jego zwłoki? Da się w tym tańczyć na szkolnej dyskotece do Miłości w Zakopanem?

Ja rozumiem, że kościół się brzydko chwyta i nie lubi, jak mu podbierać daty na imprezy. Nie oczekuję, że nagle nastąpi wycofanie na swoje pozycje i kontrofensywa ideologiczna ograniczy się do pofukiwania z ambon na niestosowne dla polskiego kalendarza świąt wygłupy i sprośności nielicujące z zadumą czy maratonem cmentarnym. Oczekuję jednak, że naczelny głos w polskim domu, zawodowy etyk, moralista i upominacz, specjalista od tego co wolno, co wypada i co jest w ogóle do pomyślenia, kościół katolicki w osobach swoich aktywistów jednak będzie wykazywał się primo minimalną choćby znajomością własnej historii i mitologii, secundo zaś – raz na czas się zastanowił, co wygaduje. Bo jest mi jako ateistce głupio teraz, że mnie zniesmacza i lekką grozą przejmuje to, co katecheci proponują jako radosną zabawę w świętych. Może to kwestia wyczucia i smaku, a mój jest spaczony moralnym relatywizmem i cywilizacją śmierci, ale mniej straszliwe i zionące moralną zgnilizną wydają mi się sześcioletnie szczerbate wampiry niż sześcioletnie Karoliny Kózkówny.

I naprawdę, szanowny Kościele, nie sądzę, że ta sztuka, która raz się udała z przechwyceniem Dziadów w trybie serio, powiedzie się równie udatnie w trybie rozrywkowym z podmianą Halloween na marsz świętych pańskich. Ponieważ:

Hegel powiada gdzieś, że wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać: za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa.

Karl Marks

 

W poszukiwaniu sławy i fortuny

Jak zgłaszać mobbing, stalking, przemoc lub napastowanie seksualne, będąc kobietą – podręcznik cywilizacji zachodniej.

W Stanach gorącym tematem jest podważenie nominacji do Sądu Najwyższego z powodu oskarżeń kandydata o molestowanie seksualne. Bardzo interesujące są reakcje na te oskarżenia – ani sam Kavanaugh ani jego prawnicy nie domagają się śledztwa FBI w tej sprawie ani nie chcą przed FBI zeznawać, na co z kolei nalega oskarżająca kandydata dr Ford. Co ma ten smaczek, że w amerykańskim prawie okłamanie FBI jest przestępstwem, i to zdaje się bardzo poważnie traktowanym. Fascynujące, że rzekoma mitomanka napiera na zeznawanie, a ponoć niewinny sędzia wręcz przeciwnie. Opinia społeczna jest podzielona, głosy establishmentu idą w kierunku bagatelizowania problemu i komentowania, że gdyby faktycznie jakieś molestowanie zaszło, to Ford nie czekałaby tyle czasu ze zgłoszeniem; fakt, że dopiero przy nominacji sędziego porusza ona wypadek z czasów, gdy była nastolatką, świadczy, iż szuka ona rozgłosu kosztem kandydata (etc). Czyli trzynastolatka powinna była od razu uruchomić całą maszynę prawną w czasach, gdy w USA klimat dla zgłoszeń przestępstw seksualnych był jeszcze mniej sprzyjający. To, że poczekała do czasu, gdy jest wiarygodną osobą z dorobkiem własnym, świadczy o niej fatalnie – najwyraźniej szkoda nie była taka dotkliwa, skoro mogła odroczyć interwencję.

Jeśli komuś nie w smak przypadek zza oceanu, mamy też lokalne opinie o bieżącym procesie sprzed lat, równie soczyste i równie mocno stające nawet nie tyle w obronie sprawcy, co przeciwko zgłaszającej molestowanie kobiecie.

jkmźródło – Twitter, konto Janusza Korwina-Mikke)

(Ja wiem, że argumentowanie z Korwina to prawie jak Poe’s law w wersji krajowej, ale cytuję go specjalnie, bo chciałam znaleźć obrońcę spoza sfer ewidentnie klerykalnych, gdzie bohaterska obrona księdza mogłaby mieć uzasadnienie w postaci solidarności zawodowej)

Tu więc mamy uwagę pełną troski, że oto cyniczna i interesowna młodzież będzie specjalnie zakładać pułapki na biednych księży w celu wyłudzenia odszkodowań (JKM tu swobodnie ignoruje primo fakt, że ten wyrok przyznający odszkodowanie i rentę jest pierwszy w historii polskich procesów o molestowanie przez kler, secundo – że sprawę założyła dorosła już kobieta po przepracowaniu traum) – z czego wynika osobliwy wniosek, że błędem jest przyznawać odszkodowania ofiarom przemocy seksualnej. Nie dziwi to bardzo mocno w wykonaniu kogoś, kto twierdził, że „zawsze się trochę gwałci” i kto uważa, że od edukacji seksualnej jest lepsze molestowanie przez doświadczonego partnera, bo to bardziej naturalne; a o Korze pisał, że najwyraźniej trauma molestowania w dzieciństwie bardzo jej się przysłużyła, bo stworzyła z niej artystkę.

(Przepraszam, więcej nie będę, mnie samą zemdliło)

Czyli jeśli kobieta zgłasza sprawę molestowania sprzed lat, to jest karierowiczką, która wygrzebuje jakieś przeterminowane wydarzenia po to, by skorzystać na aktualnej sławie i pozycji swojego krzywdziciela (vide reakcja na Weinsten-gate i momentalne uwagi, że aktorki same brały udział w aktywności seksualnej i dopiero teraz im to przeszkadza); a jeśli zgłasza od razu to jest pazerna i wcale tak nie straumatyzowana, bo ma siłę iść do sądu, a cała sprawa jest podejrzana. A kobieta łaknie rozgłosu i wylansowania się na nazwisku znanego sprawcy.

Tu mam taką propozycję do czytelników, którym pogląd o niskich pobudkach kobiet zgłaszających po pewnym czasie molestowanie przez sławnych i znakomitych wydaje się jakoś bliski. Billa Cosby’ego o gwałty i przemoc seksualną oskarżyło 60 kobiet. Podajcie bez użycia wyszukiwarek chociaż pięć nazwisk, które zyskały sławę i popularność i jakoś wypromowały się na tym w show businessie. Podajcie pięć nazwisk kobiet oskarżających Cosby’ego w ogóle.

W wersji lokalnej – kto bez google poda nazwisko kobiet, które skrzywdził pan prezydent Małkowski (ubiegający się właśnie o reelekcję)?

Tam, gdzie nazwisko oskarżającej się jakoś utrwaliło w pamięci publicznej, stało się synonimem złej sławy, pazerności i bezwstydu (Monica Lewinsky). Ja nie wiem, czy to jest dobry argument, jakoś nie widzę, by ten rodzaj popularności był celem kobiet dokonujących zgłoszeń gwałtu.

Jeśli kobieta sprawy nie zgłasza, nie robi szumu, nie idzie do sądu, na policję bądź do władz firmy – to nic się nie stało. Najwyraźniej problemu nie ma wcale, a jeśli był, to nie dość dotkliwy, by sama skrzywdzona uważała, by warto było komuś zawracać głowę. Ot, zdarzyło się coś między ludźmi, bez zachwytu ze strony pani, ale wzięła się w garść i poradziła sobie bez afiszowania.

Pamiętacie z lekcji historii, jak wyglądał tzw. Sąd Boży, później przekształcony w procedurę ordaliów w postępowaniu podczas średniowiecznych procesów czarownic? Taka ostateczna procedura testowa mająca bez wątpliwości wykazać, czy oskarżona o czary jest wiedźmą i pomiotem szatana, czy niewinną pobożną chrześcijanką. W naszej strefie było to najczęściej pławienie czarownicy –  zanurzanie podsądnej w pełnym stroju w rzece lub strumieniu w celu sprawdzenia, czy się utrzyma na powierzchni. Piękno tego testu polegało na interpretacji wyników: jeśli kobieta poddana oczyszczającej mocy wody utonęła, była niewinna a oskarżenie było bezpodstawne. Jeśli ocalała i nie poszła na dno, oznaczało to, że jest czarownicą, której moralnego brudu nawet rzeka nie chce – była wówczas odławiana i poddawana przewidzianym za występek czarownictwa karom, które rzadko pozwalały jej proces przetrwać w dobrym zdrowiu, o ile udawało jej się w ogóle przeżyć.

czar

(ilustracja za http://www.romfordrecorder.co.uk)

Szanowni kierownicy zakładów, prezesi firm, szefowie działów, dyrektorzy i ministrowie. Nie mówcie, że nie ma w waszym otoczeniu molestowania, że nie znacie żadnej ofiary gwałtu czy przemocy seksualnej, że to problem marginalny i patologiczny. Że gdyby problem był, to by został zgłoszony.

Że pierwsze słyszę.

Że trzeba było przyjść do mnie, a nie od razu pisać do sądu. Jakby to było poważne, to by pani zgłaszała w kadrach od razu, a nie dopiero odchodząc z pracy.

Problem jest, i to duży i dotyczy ogromnego odsetka kobiet. Nie wiecie tego, bo nie chcecie wiedzieć – a ofiary takiej przemocy słuchają was i kalkulują swoje szanse na przetrwanie procesu weryfikacyjnego po zgłoszeniu. Słyszą jak bagatelizujecie, minimalizujecie i pozbawiacie znaczenia słowa innych ofiar. Słyszą, że gracie w Paragraf 22 i wiedzą, że aby pójść na policję, do przełożonych, do HR, do sądu – potrzebują olbrzymich zasobów: wsparcia bliskich, zapasów finansowych, pomocy terapeuty i prawnika. Boją się, że je nie stać – na upokorzenie, na poddawanie w wątpliwość, na wtórną wiktymizację, na prześwietlanie ich moralności i seksualności, na kwestionowanie motywacji stojącej za zgłoszeniem przestępstwa.

Te wszystkie kobiety, które wstały i powiedziały na głos o swoich doświadczeniach, które odważyły się zeznawać na policji, w sądzie, w swojej firmie, w prasie – czy to w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie – mają mój ogromny szacunek, podziw i wsparcie. Za przełamanie milczenia, za zrobienie kroku, za domaganie się sprawiedliwości w warunkach, w których to one zostaną potraktowane przez wszystkie instancje z największą podejrzliwością i brakiem zaufania, w których zwycięstwo jest niepewne, sukces wątpliwy a sława ciąży kamieniem i staje się często wilczym biletem na rynku pracy. Tym wszystkim bohaterkom, które pod nazwiskiem lub anonimowo powiedziały #metoo, które poszły walczyć w imieniu swoim i innych, zbyt zastraszonych, zbyt niepewnych, zbyt przekonanych o bezcelowości protestu, dedykowana jest ta notka.

Dziękuję, że jesteście i walczycie również w moim imieniu.

 

 

Ile waży wiara na wadze moralnej?

Czy duchowość rozumiana jako podzielanie jakiegoś zorganizowanego zespołu przekonań na temat (uogólnijmy) zjawisk ponadnaturalnych oraz celu istnienia istot myślących jest wartością samą w sobie? Czy aktywna przynależność do organizacji zajmującej się zgłębianiem i propagowaniem takich przekonań jest dobra czy zła? Na ile uważamy ją za cenną po prostu, a na ile – w miarę osobistych sympatii czy też współudziału w podobnych, jeśli nie tych samych strukturach? Czy głęboka duchowość i intensywna wiara, zgodna z dogmatami jakiejś oficjalnej doktryny, jest okolicznością łagodzącą w przypadku, gdy obdarzona tąż duchowością osoba popełnia czyny, które uznajemy za naganne? A co, jeśli te czyny popełniane są ze względu na owe przekonania i stanowią rezultat interpretacji przez daną organizację konkretnych kanonów wiary? Czy wówczas nasza ocena czynów pozostaje bez zmian? Czy zastosujemy łagodniejsze kryteria, czy wręcz surowsze dla postępków obiektywnie złych czy szkodliwych, gdy są wynikiem przemyśleń opartych na wieloletniej tradycji metafizycznej? A jeśli tradycja jest wielowiekowa? Jeśli jest nam znana od zawsze, nawet jeśli nie w pełni się z nią identyfikujemy, ale pośrednio zostaliśmy przez nią ukształtowani? A jeśli jest to zupełnie nieznany nam zespół przekonań, o którym mamy dość wyrywkową i powierzchowną wiedzę, pochodzącą raczej z trzeciej ręki i nie wspartą całym bagażem znajomej kultury i cywilizacji?

Czy tradycja wyrobu amuletów z części ciała albinosów w Tanzanii budzi w nas zrozumienie i akceptację? (Amulety sporządzone z ich włosów, krwi, kawałków kończyn etc uchodzą za magiczne, przynoszące dobrobyt i szczęście, pomnażające majątek. Niestety, nie wszyscy chętni na takie artefakty są skłonni poczekać, aż albinos sam z siebie umrze i udostępni składniki, stąd też powstają osady schroniska na terenie Tanzanii i krajów ościennych, służące ochronie osób dotkniętych tą mutacją) Czy nasz stosunek wobec tanzańskich amuletów bardzo się różni od tego, co myślimy o naszych europejskich amuletach wytwarzanych z ciał wisielców (a także, bardziej ekonomicznie, ze sznura, na którym powieszono człowieka)? A co sądzimy o relikwiach pierwszego stopnia? A co o sercu Chopina, wyjętym z ciała i zamurowanym w ścianie Kościoła Świętego Krzyża, aby choć sercem powrócił do Ojczyzny?

Te fascynujące rozważania mają pewne konkretne podłoże – wracającą jak weksel dyskusję o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego i niezmordowaną Kaję Godek. Kaja Godek umie widowiskowo cierpieć, czując się jak abortowany płód (metafora o tyle malownicza, co nieco biologicznie nietrafiona, ale po wykłady z medycyny i biologii odsyłam do fachowców – Patologów z klatki i slwstr.net, gdy tylko postanowi znowu być w sieci), gdy jest wywoływana do tablicy w związku ze swoją działalnością. Notabene strajk rodziców ON w Sejmie bardzo Kai Godek zaszkodził – zdemaskował doszczętnie jej rzekomą troskę o życie dzieci niepełnosprawnych. Podczas całego protestu pani G. zapadła się pod ziemię, choć byłby to wymarzony moment dla szczerej promocji jej przekonań i wykazanie czynem, że troska o byt i przetrwanie niepełnosprawnych nie dotyczy jedynie okresu, w którym i tak nie czują oni żadnego dyskomfortu ani cierpienia, czy to fizycznie, intelektualnie czy społecznie. Ponieważ jednak główna aktywistka od obrony osób z niepełnosprawnością (sama tak się mianowała, wszczynając po wielokroć kampanie medialne i społeczne oraz zbierając podpisy w sprawie zaostrzenia i tak już drastycznej ustawy antyaborcyjnej) prawdziwymi, żywymi i faktycznie doświadczonymi przez niedostatek i ból niepełnosprawnymi nie była skłonna przez cały czas trwania protestu się zainteresować; można chyba spokojnie założyć, że wymiar jej prolajferskiej działalności jest czysto ideologiczny, a nie mający związek z konkretnymi praktycznymi zjawiskami czy osobami. Co zatem kieruje ludźmi skłonnymi utrudnić kobietom decydowanie o ich własnym życiu, chętnymi za wszelką cenę zmusić je do rodzenia nawet nieodwracalnie uszkodzonych płodów? Z nieobecności w trakcie protestów w Sejmie można wnosić, że nie jest to troska o jakość życia niepełnosprawnych, czy w ogólności jakiekolwiek zainteresowanie ich życiem. Pozostaje zatem doktryna ideologiczna, oderwana od konkretu, abstrakcyjna idea. Przekonanie o tym, że pozostawienie kobietom wyboru w kwestii rozrodczości, pozwolenie na autonomię w decydowaniu o liczbie dzieci jest jakoś immanentnie złe, a hipotetyczne i potencjalne życie nienarodzone ma według tej doktryny wartość nieporównanie wyższą niż życie aktualne, istniejące i wypowiadające się we własnej sprawie jednoznacznie. Nie umiem nie zadać ponownie pytania: czy takie stanowisko może wydawać się mniej bezwzględne i okrutne wobec kobiet, jeśli wywodzi się z ideologii i wiary, a nie z czystej mściwości i chęci przeczołgania oponentek po żwirze i żyletkach? Czy wiara sama w sobie jest wartością pozytywną i mającą moc usprawiedliwiania wywiedzionych z niej czynów?

(Tu uprasza się czytelników o niecytowanie mi passusów z Biblii, na przykład tych o zbawieniu z uczynków przez wiarę i owocach drzewa dobrego i złego – nie dlatego, że uważam je za niewygodne w tej dyskusji, ale dlatego, że primo nie dyskutujemy na razie o żadnej konkretnej wierze czy religii, a secundo, na pewnym poziomie nie uprawiamy dowodzenia kołowego i nie walidujemy teorii cytatami z niej samej)

Przyjęło się uważać spójność i koherentność za cenne i godne pochwały, konsekwencję wobec własnych deklaracji za godną podziwu i tak dalej. Pytanie, czy spójność i wierność ideologii jest dobra w oderwaniu od tego, jak postrzegamy samą ideologię? (Gdyby nie niechęć do Godwina, byłby to znakomity moment na pytanie pomocnicze, czy nawrócony nazista jest dużo moralnie gorszy od tego, który po wojnie zwiał do Argentyny i tam organizował szeregi Hitlerjugend od podstaw, czule pieszcząc przed snem swój mundur i fotografię Führera, ponieważ nigdy nie zdradził ideałów młodości.) Czy argument, że pewne czyny zostały popełnione w ramach spójności światopoglądu i realizowania wyznawanej ideologii ma moc większą czy słabszą niż twierdzenie, że czyn popełniono na rozkaz i niechętnie?

Czy ideologia, która jest przywoływana jako argument dla czynów, które bez niej uznalibyśmy za jednoznacznie złe – pozostaje nieskażona odium tych czynów? Czy zawsze możemy powoływać się na klauzulę socjalizm tak, wypaczenia nie! w jej nieskończonych odmianach? (Tu na marginesie dodam, by nie podstawiać sobie dla łatwizny akurat pani Godek ze swoją antykobiecą krucjatą i chrześcijaństwa, gdyż, zabawna historia, kościołów chrześcijańskich jest dużo i wiele z nich ma w sprawie aborcji stanowisko zdumiewająco liberalne na tle naszych głównych ekspertów, co by pokazywało, że być może wybór ścieżki interpretacyjnej idzie nie po drodze natchnienia a spójności z własnymi uprzednimi sądami moralnymi danego wyznawcy – ale nie odważę się tej hipotezy ad hoc teraz poważnie rozgrzebywać) Czy wreszcie można uczciwie uznawać przynależność do struktur organizacji ideologicznych za akt wiary i lojalności wobec idei tylko, w oderwaniu od tego, czym zajmują się te organizacje i czy oceniamy je dobrze czy źle? Czy sam fakt wstąpienia w szeregi w porywie natchnienia czy powołania jest czynem romantycznym, tragicznym czy haniebnym, czy to zależy od munduru?

 

W tekście nie ma celowo pytań o konkretne organizacje ani ideologie, by każdy mógł poćwiczyć wyobraźnię na przykładach zupełnie abstrakcyjnych, lub podstawił sobie znane przykłady wiar czy stowarzyszeń, zarówno cenionych jak i znienawidzonych. Gdyż dość zabawnie zmienia to perspektywę i trudniej nieco o sformułowanie reguły uniwersalnej w kwestii tego, czy wiara jako taka jest niezbędnie potrzebna. dobra i zbawienna dla naszego kręgosłupa moralnego.

 

Tym, którzy nie mieli żadnych wątpliwości przez cały ten tekst, pozwolę sobie zadedykować cytat z mojego ulubionego świętego:

Kiedy ograniczamy się do potępienia moralnego, łatwo ulegamy złudzeniu, że jesteśmy ubezpieczeni od moralnego obłędu. Bo przecież racje moralne są po naszej stronie. Problem w tym, że w poczuciu oczywistości moralnej żyją wszystkie zaangażowane w konflikt grupy.

spokojnie, proszę nie regulować odbiorników, żaden kościół na Ziemi nie kanonizował Kuronia i nie zanosi się na to w dającej się przewidzieć przyszłości. I dobrze. Będę mieć prywatnego świętego od ludzkiej przyzwoitości. Oraz od brania na siebie konsekwencji własnych decyzji, nawet jeśli to oznacza odkręcanie własnych osiągnięć.