W poszukiwaniu sławy i fortuny

Jak zgłaszać mobbing, stalking, przemoc lub napastowanie seksualne, będąc kobietą – podręcznik cywilizacji zachodniej.

W Stanach gorącym tematem jest podważenie nominacji do Sądu Najwyższego z powodu oskarżeń kandydata o molestowanie seksualne. Bardzo interesujące są reakcje na te oskarżenia – ani sam Kavanaugh ani jego prawnicy nie domagają się śledztwa FBI w tej sprawie ani nie chcą przed FBI zeznawać, na co z kolei nalega oskarżająca kandydata dr Ford. Co ma ten smaczek, że w amerykańskim prawie okłamanie FBI jest przestępstwem, i to zdaje się bardzo poważnie traktowanym. Fascynujące, że rzekoma mitomanka napiera na zeznawanie, a ponoć niewinny sędzia wręcz przeciwnie. Opinia społeczna jest podzielona, głosy establishmentu idą w kierunku bagatelizowania problemu i komentowania, że gdyby faktycznie jakieś molestowanie zaszło, to Ford nie czekałaby tyle czasu ze zgłoszeniem; fakt, że dopiero przy nominacji sędziego porusza ona wypadek z czasów, gdy była nastolatką, świadczy, iż szuka ona rozgłosu kosztem kandydata (etc). Czyli trzynastolatka powinna była od razu uruchomić całą maszynę prawną w czasach, gdy w USA klimat dla zgłoszeń przestępstw seksualnych był jeszcze mniej sprzyjający. To, że poczekała do czasu, gdy jest wiarygodną osobą z dorobkiem własnym, świadczy o niej fatalnie – najwyraźniej szkoda nie była taka dotkliwa, skoro mogła odroczyć interwencję.

Jeśli komuś nie w smak przypadek zza oceanu, mamy też lokalne opinie o bieżącym procesie sprzed lat, równie soczyste i równie mocno stające nawet nie tyle w obronie sprawcy, co przeciwko zgłaszającej molestowanie kobiecie.

jkmźródło – Twitter, konto Janusza Korwina-Mikke)

(Ja wiem, że argumentowanie z Korwina to prawie jak Poe’s law w wersji krajowej, ale cytuję go specjalnie, bo chciałam znaleźć obrońcę spoza sfer ewidentnie klerykalnych, gdzie bohaterska obrona księdza mogłaby mieć uzasadnienie w postaci solidarności zawodowej)

Tu więc mamy uwagę pełną troski, że oto cyniczna i interesowna młodzież będzie specjalnie zakładać pułapki na biednych księży w celu wyłudzenia odszkodowań (JKM tu swobodnie ignoruje primo fakt, że ten wyrok przyznający odszkodowanie i rentę jest pierwszy w historii polskich procesów o molestowanie przez kler, secundo – że sprawę założyła dorosła już kobieta po przepracowaniu traum) – z czego wynika osobliwy wniosek, że błędem jest przyznawać odszkodowania ofiarom przemocy seksualnej. Nie dziwi to bardzo mocno w wykonaniu kogoś, kto twierdził, że „zawsze się trochę gwałci” i kto uważa, że od edukacji seksualnej jest lepsze molestowanie przez doświadczonego partnera, bo to bardziej naturalne; a o Korze pisał, że najwyraźniej trauma molestowania w dzieciństwie bardzo jej się przysłużyła, bo stworzyła z niej artystkę.

(Przepraszam, więcej nie będę, mnie samą zemdliło)

Czyli jeśli kobieta zgłasza sprawę molestowania sprzed lat, to jest karierowiczką, która wygrzebuje jakieś przeterminowane wydarzenia po to, by skorzystać na aktualnej sławie i pozycji swojego krzywdziciela (vide reakcja na Weinsten-gate i momentalne uwagi, że aktorki same brały udział w aktywności seksualnej i dopiero teraz im to przeszkadza); a jeśli zgłasza od razu to jest pazerna i wcale tak nie straumatyzowana, bo ma siłę iść do sądu, a cała sprawa jest podejrzana. A kobieta łaknie rozgłosu i wylansowania się na nazwisku znanego sprawcy.

Tu mam taką propozycję do czytelników, którym pogląd o niskich pobudkach kobiet zgłaszających po pewnym czasie molestowanie przez sławnych i znakomitych wydaje się jakoś bliski. Billa Cosby’ego o gwałty i przemoc seksualną oskarżyło 60 kobiet. Podajcie bez użycia wyszukiwarek chociaż pięć nazwisk, które zyskały sławę i popularność i jakoś wypromowały się na tym w show businessie. Podajcie pięć nazwisk kobiet oskarżających Cosby’ego w ogóle.

W wersji lokalnej – kto bez google poda nazwisko kobiet, które skrzywdził pan prezydent Małkowski (ubiegający się właśnie o reelekcję)?

Tam, gdzie nazwisko oskarżającej się jakoś utrwaliło w pamięci publicznej, stało się synonimem złej sławy, pazerności i bezwstydu (Monica Lewinsky). Ja nie wiem, czy to jest dobry argument, jakoś nie widzę, by ten rodzaj popularności był celem kobiet dokonujących zgłoszeń gwałtu.

Jeśli kobieta sprawy nie zgłasza, nie robi szumu, nie idzie do sądu, na policję bądź do władz firmy – to nic się nie stało. Najwyraźniej problemu nie ma wcale, a jeśli był, to nie dość dotkliwy, by sama skrzywdzona uważała, by warto było komuś zawracać głowę. Ot, zdarzyło się coś między ludźmi, bez zachwytu ze strony pani, ale wzięła się w garść i poradziła sobie bez afiszowania.

Pamiętacie z lekcji historii, jak wyglądał tzw. Sąd Boży, później przekształcony w procedurę ordaliów w postępowaniu podczas średniowiecznych procesów czarownic? Taka ostateczna procedura testowa mająca bez wątpliwości wykazać, czy oskarżona o czary jest wiedźmą i pomiotem szatana, czy niewinną pobożną chrześcijanką. W naszej strefie było to najczęściej pławienie czarownicy –  zanurzanie podsądnej w pełnym stroju w rzece lub strumieniu w celu sprawdzenia, czy się utrzyma na powierzchni. Piękno tego testu polegało na interpretacji wyników: jeśli kobieta poddana oczyszczającej mocy wody utonęła, była niewinna a oskarżenie było bezpodstawne. Jeśli ocalała i nie poszła na dno, oznaczało to, że jest czarownicą, której moralnego brudu nawet rzeka nie chce – była wówczas odławiana i poddawana przewidzianym za występek czarownictwa karom, które rzadko pozwalały jej proces przetrwać w dobrym zdrowiu, o ile udawało jej się w ogóle przeżyć.

czar

(ilustracja za http://www.romfordrecorder.co.uk)

Szanowni kierownicy zakładów, prezesi firm, szefowie działów, dyrektorzy i ministrowie. Nie mówcie, że nie ma w waszym otoczeniu molestowania, że nie znacie żadnej ofiary gwałtu czy przemocy seksualnej, że to problem marginalny i patologiczny. Że gdyby problem był, to by został zgłoszony.

Że pierwsze słyszę.

Że trzeba było przyjść do mnie, a nie od razu pisać do sądu. Jakby to było poważne, to by pani zgłaszała w kadrach od razu, a nie dopiero odchodząc z pracy.

Problem jest, i to duży i dotyczy ogromnego odsetka kobiet. Nie wiecie tego, bo nie chcecie wiedzieć – a ofiary takiej przemocy słuchają was i kalkulują swoje szanse na przetrwanie procesu weryfikacyjnego po zgłoszeniu. Słyszą jak bagatelizujecie, minimalizujecie i pozbawiacie znaczenia słowa innych ofiar. Słyszą, że gracie w Paragraf 22 i wiedzą, że aby pójść na policję, do przełożonych, do HR, do sądu – potrzebują olbrzymich zasobów: wsparcia bliskich, zapasów finansowych, pomocy terapeuty i prawnika. Boją się, że je nie stać – na upokorzenie, na poddawanie w wątpliwość, na wtórną wiktymizację, na prześwietlanie ich moralności i seksualności, na kwestionowanie motywacji stojącej za zgłoszeniem przestępstwa.

Te wszystkie kobiety, które wstały i powiedziały na głos o swoich doświadczeniach, które odważyły się zeznawać na policji, w sądzie, w swojej firmie, w prasie – czy to w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie – mają mój ogromny szacunek, podziw i wsparcie. Za przełamanie milczenia, za zrobienie kroku, za domaganie się sprawiedliwości w warunkach, w których to one zostaną potraktowane przez wszystkie instancje z największą podejrzliwością i brakiem zaufania, w których zwycięstwo jest niepewne, sukces wątpliwy a sława ciąży kamieniem i staje się często wilczym biletem na rynku pracy. Tym wszystkim bohaterkom, które pod nazwiskiem lub anonimowo powiedziały #metoo, które poszły walczyć w imieniu swoim i innych, zbyt zastraszonych, zbyt niepewnych, zbyt przekonanych o bezcelowości protestu, dedykowana jest ta notka.

Dziękuję, że jesteście i walczycie również w moim imieniu.

 

 

Reklamy

Ile waży wiara na wadze moralnej?

Czy duchowość rozumiana jako podzielanie jakiegoś zorganizowanego zespołu przekonań na temat (uogólnijmy) zjawisk ponadnaturalnych oraz celu istnienia istot myślących jest wartością samą w sobie? Czy aktywna przynależność do organizacji zajmującej się zgłębianiem i propagowaniem takich przekonań jest dobra czy zła? Na ile uważamy ją za cenną po prostu, a na ile – w miarę osobistych sympatii czy też współudziału w podobnych, jeśli nie tych samych strukturach? Czy głęboka duchowość i intensywna wiara, zgodna z dogmatami jakiejś oficjalnej doktryny, jest okolicznością łagodzącą w przypadku, gdy obdarzona tąż duchowością osoba popełnia czyny, które uznajemy za naganne? A co, jeśli te czyny popełniane są ze względu na owe przekonania i stanowią rezultat interpretacji przez daną organizację konkretnych kanonów wiary? Czy wówczas nasza ocena czynów pozostaje bez zmian? Czy zastosujemy łagodniejsze kryteria, czy wręcz surowsze dla postępków obiektywnie złych czy szkodliwych, gdy są wynikiem przemyśleń opartych na wieloletniej tradycji metafizycznej? A jeśli tradycja jest wielowiekowa? Jeśli jest nam znana od zawsze, nawet jeśli nie w pełni się z nią identyfikujemy, ale pośrednio zostaliśmy przez nią ukształtowani? A jeśli jest to zupełnie nieznany nam zespół przekonań, o którym mamy dość wyrywkową i powierzchowną wiedzę, pochodzącą raczej z trzeciej ręki i nie wspartą całym bagażem znajomej kultury i cywilizacji?

Czy tradycja wyrobu amuletów z części ciała albinosów w Tanzanii budzi w nas zrozumienie i akceptację? (Amulety sporządzone z ich włosów, krwi, kawałków kończyn etc uchodzą za magiczne, przynoszące dobrobyt i szczęście, pomnażające majątek. Niestety, nie wszyscy chętni na takie artefakty są skłonni poczekać, aż albinos sam z siebie umrze i udostępni składniki, stąd też powstają osady schroniska na terenie Tanzanii i krajów ościennych, służące ochronie osób dotkniętych tą mutacją) Czy nasz stosunek wobec tanzańskich amuletów bardzo się różni od tego, co myślimy o naszych europejskich amuletach wytwarzanych z ciał wisielców (a także, bardziej ekonomicznie, ze sznura, na którym powieszono człowieka)? A co sądzimy o relikwiach pierwszego stopnia? A co o sercu Chopina, wyjętym z ciała i zamurowanym w ścianie Kościoła Świętego Krzyża, aby choć sercem powrócił do Ojczyzny?

Te fascynujące rozważania mają pewne konkretne podłoże – wracającą jak weksel dyskusję o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego i niezmordowaną Kaję Godek. Kaja Godek umie widowiskowo cierpieć, czując się jak abortowany płód (metafora o tyle malownicza, co nieco biologicznie nietrafiona, ale po wykłady z medycyny i biologii odsyłam do fachowców – Patologów z klatki i slwstr.net, gdy tylko postanowi znowu być w sieci), gdy jest wywoływana do tablicy w związku ze swoją działalnością. Notabene strajk rodziców ON w Sejmie bardzo Kai Godek zaszkodził – zdemaskował doszczętnie jej rzekomą troskę o życie dzieci niepełnosprawnych. Podczas całego protestu pani G. zapadła się pod ziemię, choć byłby to wymarzony moment dla szczerej promocji jej przekonań i wykazanie czynem, że troska o byt i przetrwanie niepełnosprawnych nie dotyczy jedynie okresu, w którym i tak nie czują oni żadnego dyskomfortu ani cierpienia, czy to fizycznie, intelektualnie czy społecznie. Ponieważ jednak główna aktywistka od obrony osób z niepełnosprawnością (sama tak się mianowała, wszczynając po wielokroć kampanie medialne i społeczne oraz zbierając podpisy w sprawie zaostrzenia i tak już drastycznej ustawy antyaborcyjnej) prawdziwymi, żywymi i faktycznie doświadczonymi przez niedostatek i ból niepełnosprawnymi nie była skłonna przez cały czas trwania protestu się zainteresować; można chyba spokojnie założyć, że wymiar jej prolajferskiej działalności jest czysto ideologiczny, a nie mający związek z konkretnymi praktycznymi zjawiskami czy osobami. Co zatem kieruje ludźmi skłonnymi utrudnić kobietom decydowanie o ich własnym życiu, chętnymi za wszelką cenę zmusić je do rodzenia nawet nieodwracalnie uszkodzonych płodów? Z nieobecności w trakcie protestów w Sejmie można wnosić, że nie jest to troska o jakość życia niepełnosprawnych, czy w ogólności jakiekolwiek zainteresowanie ich życiem. Pozostaje zatem doktryna ideologiczna, oderwana od konkretu, abstrakcyjna idea. Przekonanie o tym, że pozostawienie kobietom wyboru w kwestii rozrodczości, pozwolenie na autonomię w decydowaniu o liczbie dzieci jest jakoś immanentnie złe, a hipotetyczne i potencjalne życie nienarodzone ma według tej doktryny wartość nieporównanie wyższą niż życie aktualne, istniejące i wypowiadające się we własnej sprawie jednoznacznie. Nie umiem nie zadać ponownie pytania: czy takie stanowisko może wydawać się mniej bezwzględne i okrutne wobec kobiet, jeśli wywodzi się z ideologii i wiary, a nie z czystej mściwości i chęci przeczołgania oponentek po żwirze i żyletkach? Czy wiara sama w sobie jest wartością pozytywną i mającą moc usprawiedliwiania wywiedzionych z niej czynów?

(Tu uprasza się czytelników o niecytowanie mi passusów z Biblii, na przykład tych o zbawieniu z uczynków przez wiarę i owocach drzewa dobrego i złego – nie dlatego, że uważam je za niewygodne w tej dyskusji, ale dlatego, że primo nie dyskutujemy na razie o żadnej konkretnej wierze czy religii, a secundo, na pewnym poziomie nie uprawiamy dowodzenia kołowego i nie walidujemy teorii cytatami z niej samej)

Przyjęło się uważać spójność i koherentność za cenne i godne pochwały, konsekwencję wobec własnych deklaracji za godną podziwu i tak dalej. Pytanie, czy spójność i wierność ideologii jest dobra w oderwaniu od tego, jak postrzegamy samą ideologię? (Gdyby nie niechęć do Godwina, byłby to znakomity moment na pytanie pomocnicze, czy nawrócony nazista jest dużo moralnie gorszy od tego, który po wojnie zwiał do Argentyny i tam organizował szeregi Hitlerjugend od podstaw, czule pieszcząc przed snem swój mundur i fotografię Führera, ponieważ nigdy nie zdradził ideałów młodości.) Czy argument, że pewne czyny zostały popełnione w ramach spójności światopoglądu i realizowania wyznawanej ideologii ma moc większą czy słabszą niż twierdzenie, że czyn popełniono na rozkaz i niechętnie?

Czy ideologia, która jest przywoływana jako argument dla czynów, które bez niej uznalibyśmy za jednoznacznie złe – pozostaje nieskażona odium tych czynów? Czy zawsze możemy powoływać się na klauzulę socjalizm tak, wypaczenia nie! w jej nieskończonych odmianach? (Tu na marginesie dodam, by nie podstawiać sobie dla łatwizny akurat pani Godek ze swoją antykobiecą krucjatą i chrześcijaństwa, gdyż, zabawna historia, kościołów chrześcijańskich jest dużo i wiele z nich ma w sprawie aborcji stanowisko zdumiewająco liberalne na tle naszych głównych ekspertów, co by pokazywało, że być może wybór ścieżki interpretacyjnej idzie nie po drodze natchnienia a spójności z własnymi uprzednimi sądami moralnymi danego wyznawcy – ale nie odważę się tej hipotezy ad hoc teraz poważnie rozgrzebywać) Czy wreszcie można uczciwie uznawać przynależność do struktur organizacji ideologicznych za akt wiary i lojalności wobec idei tylko, w oderwaniu od tego, czym zajmują się te organizacje i czy oceniamy je dobrze czy źle? Czy sam fakt wstąpienia w szeregi w porywie natchnienia czy powołania jest czynem romantycznym, tragicznym czy haniebnym, czy to zależy od munduru?

 

W tekście nie ma celowo pytań o konkretne organizacje ani ideologie, by każdy mógł poćwiczyć wyobraźnię na przykładach zupełnie abstrakcyjnych, lub podstawił sobie znane przykłady wiar czy stowarzyszeń, zarówno cenionych jak i znienawidzonych. Gdyż dość zabawnie zmienia to perspektywę i trudniej nieco o sformułowanie reguły uniwersalnej w kwestii tego, czy wiara jako taka jest niezbędnie potrzebna. dobra i zbawienna dla naszego kręgosłupa moralnego.

 

Tym, którzy nie mieli żadnych wątpliwości przez cały ten tekst, pozwolę sobie zadedykować cytat z mojego ulubionego świętego:

Kiedy ograniczamy się do potępienia moralnego, łatwo ulegamy złudzeniu, że jesteśmy ubezpieczeni od moralnego obłędu. Bo przecież racje moralne są po naszej stronie. Problem w tym, że w poczuciu oczywistości moralnej żyją wszystkie zaangażowane w konflikt grupy.

spokojnie, proszę nie regulować odbiorników, żaden kościół na Ziemi nie kanonizował Kuronia i nie zanosi się na to w dającej się przewidzieć przyszłości. I dobrze. Będę mieć prywatnego świętego od ludzkiej przyzwoitości. Oraz od brania na siebie konsekwencji własnych decyzji, nawet jeśli to oznacza odkręcanie własnych osiągnięć.

 

Kiedy byłem małą dziewczynką, czyli o zabieraniu głosu bez pytania 

Uwaga, będzie długi cytat, praktycznie podaję cały materiał opisujący interesujące wydarzenie kulturalne w stolicy dużego kraju w środku Europy. Otóż jedna z ważnych scen stołecznego miasta tak oto zaprasza na wstrząsający w wymowie spektakl – „Dziennik Czeczeński”:


Dziennik Poliny Żerebcowej, obecnie uznanej pisarki i dziennikarki, to poruszający zapis wchodzenia w dorosłość z okrutną wojną w tle. Czeczeńska autorka opisuje swoje dzieciństwo i młodość, które przypadły na lata 1994–2004. Najpierw jako dziewięcioletnia dziewczynka, potem jako nastolatka dokumentuje swój proces dojrzewania, prezentuje własną wizję świata i uwiecznia doświadczenia, które ją kształtują – rejestruje całe swoje życie, które toczy się podczas przerażających wojen czeczeńskich. I choć dziennik Poliny to luźne notatki osobiste, jest on niezmiernie sugestywny i liryczny. Nie pozostawia nikogo obojętnym.

Spektakl (..) oddaje głos Polinie, by mogła opowiedzieć nam o tym, co przeżyła, co działo się na przestrzeni 10 lat, podczas dwóch wojen czeczeńskich. Tak oto tworzy się opowieść o tym, jak w najbardziej nieludzkich okolicznościach pozostać człowiekiem.

Tu nie ma dobrych i złych, nie ma ocen. Jest relacja świadka. A świadek mówi nam: wojna to piekło. I nikt nie ma w niej racji, bo najbardziej cierpią przez wojnę ci, którzy jej nie rozpoczynali – niewinni cywile. W relacjach Żerebcowej wybrzmiewają przemilczane i faktyczne zeznania wszystkich ofiar. To głos uczciwy i odważny. Porażający.

Wychodząc od zapisków o konkretnej wojnie, spektakl przemienia się w przypowieść o wszystkich wojnach, podczas których ludzie zabijają się nawzajem, a dzieci dorastają, patrząc na świat pełen bólu i okrucieństwa. Wsłuchajmy się uważnie w głos świadków – dzieci, które musiały zmierzyć się z przemocą i niesprawiedliwością, nauczmy się od nich i weźmy odpowiedzialność za ich los. Wyjdźmy ze strefy komfortu i przestańmy udawać, że nas to nie dotyczy. Nie ma cudzych wojen i cudzych dzieci, wszystko jest wspólne, nasze. Krzywda dziecka pozostanie krzywdą, niezależnie od miejsca i czasu, w których została wyrządzona. Człowieczeństwa nie określają granice państw.

Zobaczmy wojnę widzianą oczami Poliny, od wewnątrz, z bliska. Posłuchajmy dziecka.



Zastanawia was tak samo jak mnie, jak udało się tę dramatyczną zapowiedź zrealizować? Kto przybliża polskiemu widzowi dramat dziewczynki, dramat dojrzewającej w trudnych warunkach nastolatki, dramat zmagającej się rzeczywistością wojny i przemocy młodej kobiety? Kto jej udziela głosu, kto jej cierpienie zapisane na stronach dziennika nam odczyta i przybliży?

Teatr Polski znalazł na szczęście wiarygodny głos dziewczynki i nastolatki, znalazł ten reklamowany głos dziecka. 

To Andrzej Seweryn, aktor płci niewątpliwie męskiej, lat 71 i troszkę. 

Nie chcę mówić, że Andrzej Seweryn jest złym aktorem, wręcz przeciwnie, jest aktorem wybitnym. Jest też dyrektorem teatru, w którym „Dziennik Czeczeński” ma być wystawiony. To zapewne koincydencja, że podjął zatem taką decyzję o obsadzie, i jego osobisty dramat, że w prowadzonym przez siebie teatrze nie znalazł ani jednej młodej aktorki zdolnej udźwignąć tę rolę, więc sam musiał odegrać głos czeczeńskiej dziewczynki. Widzę tu szlachetne nawiązanie do korzeni teatru, gdzie wszystkie role kobiece odgrywali mężczyźni. Ach, złote czasy geniuszy sceny, mistrzów charakteryzacji i słowa, którzy wcielali się w dziewczęta i matrony i jednym gestem pozwalali nam zapomnieć o takich drobiazgach, jak ton głosu czy zarost. Liczy się sztuka! Medea była straszna, gdy grzmiała basem, Otello zawsze był bardziej wiarygodny z twarzą wysmarowaną węglem, a Julia, gdy chrzęściła świeżym zarostem. Sztuka, sztuka nade wszystko.

Jednak w tym przypadku sztuka to nie wszystko. Jeśli Teatr Polski chce mi powiedzieć, że ważniejsza od opartej na faktach narracji ze środka wojny jest możliwość wykreowania nadzwyczajnej roli Andrzeja Seweryna, przypadkiem dyrektora Teatru Polskiego, to nabieram sceptycyzmu. Nie wierzę Andrzejowi Sewerynowi, że kiedykolwiek był małą dziewczynką, zagrożoną tym wszystkim, co grozi dziewczynce i nastolatce w strefie wojny. Wierzę, że jest aktorem zdolnym zagrać różne rzeczy, bo wszak nie był nigdy królem ani szaleńcem, ani łódzkim fabrykantem, a widziałam, jak sobie z tymi rolami chwacko radził. Wszelako ten występ jest reklamowany – i stąd przydługi cytat na wstępie – jako coś w rodzaju dokumentu na scenie, a nie jako sztuka teatralna. Tu nie ma grać mistrzowsko podawany dialog, nie scenariusz pełen dobrze zaplanowanych zwrotów akcji, a siła faktów relacjonowanych przez wystraszone wojną dziecko, które w trakcie tej relacji dorasta. Osobisty dziennik, powtórzę za reklamowym blurbem, a nie wysmakowana produkcja sceniczna. „Wojna oglądana oczami dziecka, Poliny” ma głos siedemdziesięcioletniego faceta, który będzie przed nami w tym reportażu o Czeczenii sprzed lat udawał małą dziewczynkę. 

Coś we mnie się na to bardzo oburza.

Albo mam traktować tę produkcję jak reportaż przeniesiony na scenę, albo jako pokaz aktorskiej wirtuozerii. Teatr Polski informuje mnie, że w spektaklu występuje wyłącznie Seweryn, żadnych innych nazwisk na afiszu nie ma. Są ludzie od światła, dźwięku, makijażu, ale jedynym aktorem dziennika POLINY ŻEBERCOWEJ, dziewczynki z Czeczenii, jest siedemdziesięcioletni facet. Oczywiście, dramat wojenny z pewnością pozwoli Sewerynowi rozwinąć nadzwyczajne umiejętności i olśnić widzów kreacją. Szkoda mi jednak bardzo, że nie robi tego w sztuce, napisanej specjalnie dla kogoś o jego talencie scenicznym. Jeśli używa czystego, nieudramatyzowanego reportażu pisanego przez przerażone dziecko dla własnego popisu, to odczuwam właśnie niesmak, a nie podziw. Wbrew intencjom twórców wcale nie czuję, że oto wielki aktor dał Polinie Żebercowej swój głos. Czuję, że go odebrał. Ten dziennik, czytany głosem kobiety, dziewczyny, mógłby przemawiać w sposób bezpośredni. Wydobycie samych słów, narracji, odczytanie najwierniej i najprościej, mogłoby mieć taką samą moc jaką mają pozbawione ozdobników i efektów specjalnych reportażowe w istocie Medaliony czy opowiadania Borowskiego. Ten sam dziennik odegrany przez wybitnego aktora staje się jego numerem popisowym. Oczywiście, Seweryn na pewno potrafi zrobić to dramatycznie. Ale ja nie chcę usłyszeć panasewerynowej interpretacji wrażeń z wojny czeczeńskiej, kiedy idę na spektakl nazywający się „Dziennik Czeczeński Poliny Żebercowej”. Ja chcę usłyszeć głos tej dziewczynki. Jeśli jakaś aktorka oddałaby swój głos, wcieliła się w to dziecko, miałaby szansę stać się przezroczystym medium, które mimo zmiany języka mogłoby oddać wiarygodnie i szczerze to, co jest istotą wydarzenia: pamiętnik, zapis, reportaż. Niestety to, co Teatr Polski reklamuje tak szumnie jako przybliżenie osobistej narracji w tej sytuacji jest tylko okazją dla pana Seweryna, by nas olśnił talentem. Chętnie popatrzę, ale gdy będzie to uczciwie zachwalane jako jego aktorski benefis. Nie wierzę bowiem, by Seweryn biorąc tekst tak obcy sobie pod względem warunków fizycznych (w końcu cóż jest odleglejsze od jego warunków niż mała dziewczynka?) zamierzał uczynić się przezroczystym lektorem wbrew sensowi i logice. Seweryn uznał, że albo jest tak wybitny, że wstrząsający materiał tylko on może wykorzystać w pełni do rozwinięcia aktorskich skrzydeł, albo uznał, że domyślnym głosem w sprawach poważnych może w Polsce być wyłącznie głos dojrzałego mężczyzny. Jako widz i jako kobieta mam trochę dość takiego podejścia. Chciałabym usłyszeć głos Poliny, a nie aktorską wariację na temat jej pamiętnika.

Innego końca nie będzie

 

DSC_5040

(22 lipca 2017, fot. własna)

I wystarczy.

 

Nowa władza potyka się o własne nogi w dramatycznym pośpiechu ubicia niezależności sądów. Ma mimo własnej niezdarności i samobójczego wręcz niechlujstwa spore szanse na sukces, bo któż ją powstrzyma? Kiedy przyszli po Trybunał Konstytucyjny, któż na świecie protestował? W Polsce sporo ludzi wyszło na ulice i wróciło do domów, a życie toczyło się dalej. Rewolucja nie wyszła poza Facebooka, bo w domach była ciepła woda, frank nie stał zbyt wysoko a 500 zł łatało wreszcie budżety naciągnięte do ostatnich granic. Trybunał był daleko w Warszawie i trudno powiedzieć, czym się tak naprawdę zajmował, a w Biedronce podnieśli pensje. Niech się władza między sobą gryzie, co oni dla nas kiedykolwiek zrobili ważnego, ci prawnicy?

Niewielu widziało już wtedy, że zagarnięcie Trybunału to pierwszy krok do skoku na całość. Że partia po prostu usuwa sobie potencjalne przeszkody w Długim Marszu po Wszystko. Teraz prezydent może ze swoim uśmiechem wzorowego przedszkolaka zażartować, że bierze pod uwagę wątpliwości wyrażone przez suwerena okupującego ulice i odeśle do TK ustawy w celu zbadania ich zgodności z ustawą zasadniczą. Trybunał wybuchnie perlistym śmiechem sędzi Przyłębskiej i z przyjemnością potwierdzi wszystko, co tylko będzie potrzeba. Prezydent uśmiechnie się jeszcze szerzej i  zachwycony sobą, że mu się taki przedni dowcip udało zrobić, podpisze zamaszyście wszystkie ustawy jak leci, być może przy którejś narysuje serduszko. Monitor gorliwie opublikuje, głowy polecą, w teczkach przyjdą nowe, krawcy zarobią na poprawkach tog i biretów, ale póki woda w kranie, ciepło w kaloryferach, autobusy jeżdżą a głównym działem czytanym w prasie są horoskopy i plotki o życiu gwiazd i gwiazdeczek, rewolucji nie będzie.

Na ulice i przed sądy dziś wychodzą ludzie, którzy rozumieją, że trójpodział władzy jest bardzo istotnym wynalazkiem demokracji i że został zaprojektowany, by chronić społeczeństwo przed władzą, która chciałaby się nadmiernie skorumpować swoimi możliwościami. Demokracja wbudowuje sobie systemy zabezpieczeń i hamulców, by żadna ze stron, nawet wygrywając huraganowo (37 procent, anyone?) nie była w stanie zmienić się w dyktaturę absolutną. Sędziowie, nieusuwalni i niepodlegający władzy polityków mają być w założeniu niezależną instancją, recenzującą zgodność rzeczy z prawem i z niczym więcej. Tego chcemy, szanowni państwo, tego również ja bardzo chcę. Chcemy tej obojętnej na krzywdę ludzką grupy ludzi-paragrafów, którzy nie mają się wzruszać, przejmować, rozumieć sprawiedliwość dziejową czy rewolucyjną konieczność, dziejowy zakręt czy jakiekolwiek inne okoliczności, lecz orzekać zgodność z prawem i w związku z tym orzekać w ramach przepisów. Nawet jeśli brukowce będą wypisywać pełne oburzenia nagłówki o bezdusznym sądzie, który orzekł wbrew ludowej intuicji, wbrew poczuciu gniewu czy wbrew współczuciu, zasada dura lex sed lex powinna mieć również rozwinięcie durus iudex. Mają być sędziowie związani wyłącznie kodeksami, nie presją przełożonych, szczególną sytuacją czy świadomością, że za orzeczenie nie po myśli władzy mogą wylecieć z roboty na zawsze. Ta kasta musi być uprzywilejowana, po to właśnie, by się nie wahała orzekać wbrew intencji czy życzeniu polityków: czy sołtysa, czy rządu. Sąd, którego polityk wybiera i któremu polityk podpisuje nominację, nie jest sądem niezależnym, jest sądem, który się będzie wahać, czy mu się nie opłaca aby naciągnąć interpretacji przepisów, bo co zrobi, jak wyleci z roboty, zajmie się stolarką okienną?

Dlatego tłumy już teraz zbierają się w obronie tego, co wydaje się dość nieintuicyjne: w obroni przywileju i wyjątkowości sędziów. Ponieważ niezależność Trybunału jest naszą ostatnią linią obrony przed ustanowieniem przez ustawodawcę prawa niesprawiedliwego lub krzywdzącego. Niezależność sądów, tych małych i tych rejonowych czy okręgowych, z Najwyższym na czele, jest ostatnią nadzieją obywatela, który wdał się w spór z władzą. Obywatel musi mieć prawo do sądu, który nie jest personelem wójta ani posła. Do sądu, który stać będzie by zagrać władzy na nosie, jeśli tak stanowi przepis. Inaczej obywatel może równie dobrze do tego sądu nie iść, tylko stulić uszy po sobie i zgodzić się, że policja będzie go bić i razić prądem, władza lokalna zwolni go z pracy w szkole czy ośrodku zdrowia a władza krajowa uchwali przepis o nielegalności protestowania przeciwko parlamentarzystom.

 

Czy wierzę, że uda mi się przekonać kogokolwiek? Wątpię. Ci, którzy tu przychodzą, z grubsza podzielają przekonanie, że wzajemna niezależność ośrodków władzy jest szalenie istotna dla zachowania bezpieczeństwa nas wszystkich. Ci, którzy wierzą, że przecież nic się nie stanie, ten rząd nas lubi i dba o nas, nie liczą się z tym, że raz zepsuty mechanizm zabezpieczeń będzie niezdolny powstrzymać następnych – dyktatorów, idealistów, marzycieli, rewolucjonistów, kandydatów na świętych lub tyranów. Dziś jest cudownie i można poczuć satysfakcję, że ci zarozumiali prawnicy wreszcie czują mores. Niestety, to nie jest dobrze, jeśli sędziowie się boją, ale to zrozumiemy jako społeczeństwo niestety trochę później.

 

Jestem pesymistką, rewolucja nie wybuchnie na skalę ogólnopolską, a partia przeprowadzi wszystko, co chciała. Ostatni wielki polski ruch społeczny obalający struktury władzy nie wziął się ze sponiewieranych ideałów demokracji, wziął się z frustracji podwyżkami. Dopóki nowe podatki nie zrobią wyrw w budżetach niwelujących zysk z wypłaty 500+, dopóki podwyżki się nie skumulują a Unia nie wprowadzi cięć w dofinansowaniu, nie spodziewam się, by protest osiągnął skalę wystarczającą do ogłoszenia nowych wyborów. Niestety, obawiam się jednocześnie, że co najmniej jedno z tych nieszczęść nas dotknie, i wyrwie z obojętności dotychczas pozostających w domu. Na wszelki wypadek podrzucam gotowca, oto, co będziemy wówczas przybijać do drzwi domów i zakładów pracy:

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.

  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.

  3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji  wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

  4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
    b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych
    c) znieść represje za przekonania.
  5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.

  6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:

    a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
    b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.

  8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.

  9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.

  10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.

  11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).

  12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

  13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.

  14. Obniżyć wiek emerytalny

  15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.

  16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.

  17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.

  18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.

  19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.

 

Tymczasem protestujmy w nadziei, że uda nam się niemożliwe. Jeśli nie dla zmiany, w którą trudno już uwierzyć, to choćby po to, by nie mieć sobie nic do zarzucenia – by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co można.

DSC_5021

(22 lipca 2017, Warszawa, barierki wokół Sądu Najwyższego, fot. własna)

Koza rabina, czyli polski kompromis

Polska to dowcip o kozie rabina, opowiadany w nieskończonej pętli.

Po ledwie półtora roku dostępności politycy wycofali z obiegu bezreceptowego preparat EllaOne, wracając do stanu, gdzie antykoncepcję awaryjną musi przepisać lekarz. Chyba, że ten lekarz to Konstanty książę pan Radziwiłł:

snippet-radziwill

Człowiek, jak widać z obrazka, wysokich standardów moralnych i wielkich oczekiwań wobec swoich pacjentek. Przy okazji, Minister Zdrowia w naszym wesołym zakładzie.

Zwięzła powtórka dla tych, którzy w zimie hibernują i przetrwali bez wiedzy, co się w mediach i internecie działo na temat tzw. pigułki po:

  • EllaOne, jak i kilka podobnych w działaniu leków, jest antykoncepcją awaryjną, stosowaną jak sama nazwa wskazuje, w sytuacjach kryzysowych – gdy zastosowane zwykłe środki prewencji ciąży zawiodły i istnieje ryzyko zapłodnienia. Jest również stosowana przez ofiary gwałtu, z przyczyn oczywistych.
  • Antykoncepcja awaryjna musi być zastosowana w ciągu najdalej 72 120 godzin (jeśli mowa o preparacie EllaOne – korekta na podstawie komentarza) po stosunku, przy czym jej skuteczność spada w czasie.
  • Antykoncepcja awaryjna nie jest środkiem wczesnoporonnym, wywołującym poronienie, ani „aborcyjnym”, wbrew temu, co mówią zaangażowani ideologicznie specjaliści od kobiecej fizjologii
  • EllaOne kosztuje około 150 zł, co w dość oczywisty sposób sprawia, że nie jest to lek łatwo dostępny i nadający się do nadużywania

Tu zaś informacje na temat faktycznego popytu na EllaOne, pochodzące z pierwszej ręki, od aptekarza który postanowił być głosem rozsądku w sporze – link do wpisu Jerzego Przystajki, farmaceuty.

W zasadzie trudno coś dodać do przytoczonych przez Jerzego Przystajkę obserwacji: EllaOne z założenia miała być lekiem luksusowym. Nie znam wielu osób, które mogłyby sobie pozwolić na zrobienie zapasów preparatu, czyli wydać wielokrotność tych 150 złotych po to, by nie musieć w razie pęknięcia prezerwatywy biec w nerwach do lekarza po receptę i sprawdzać, jak elastyczne jest jego sumienie. Nie ma co udawać, że poprzedni rząd wyjął spod rygoru recepturowego akurat tę tabletkę z innych przyczyn niż ustalona przez producenta cena – istnieją dużo tańsze preparaty o podobnym działaniu, ale ich nie objęło uwolnienie do OTC. „Udostępnienie” najdroższego leku miało być kompromisem zgodnym z najlepszą polską tradycją targów o prawa kobiet: malutkie ustępstwo nazywane wielkodusznym aktem moralnego permisywizmu i otwarciem bram piekieł. Obecnie bramy mają zostać zamknięte i podparte kołkiem, oczywiście w imię troski o zdrowie tych nieszczęśnic, które bez wydania kilkuset złotych na prywatną wizytę lekarską otrułyby się niechybnie ElląOne.

Prawie wszystko na ten temat już zostało w internecie napisane i powiedziane: również o skutkach ubocznych. Fałszywa troska o fatalne skutki zażywania leków bez recepty wylewa się zewsząd, acz dziwnym trafem nie dotyczy preparatów, które zdążyły już w Polsce zabić kilka osób a wiele innych pozbawić zdrowia i sprawności, preparatów dostępnych za trzy złote w każdym kiosku, markecie i stacji benzynowej; dotyczy natomiast trudnodostępnej, drogiej i wymagającej konsultacji z farmaceutą przy zakupie tabletki EllaOne. Tabletki, której efekty uboczne są dużo mniej dramatyczne, niż potencjalna lista powikłań przy jedzeniu paracetamolu czy pyralginy. Moraliści i moralistki lejące rzewne łzy nad spustoszeniem, jakie rzekomo miałaby tabletka po wywołać w organizmie nieszczęsnej nastolatki jakoś milczą na temat opcji alternatywnej: hormonalnej burzy trwającej przez  dziewięć miesięcy ciąży i trzy następne połogu i rekonwalescencji. Ten skutek uboczny niezastosowania antykoncepcji awaryjnej wydaje się im łatwiejszy do zaakceptowania, choć może się w przypadku młodocianego organizmu skończyć dużo gorzej. Stąd moja sugestia, by nie dawać się wybijać z rytmu przez biadolenie na temat skutków ubocznych: większość rzeczy dostępnych od ręki wszędzie wokół: aspiryn, paracetamolu, środków na kaszel czy przeczyszczających (o alkoholu i papierosach z państwową akcyzą nie wspomnę przez litość) jest dużo bardziej szkodliwa – a wiele tańsza i reklamowana we wszystkich możliwych mediach (z wyjątkiem alkoholu i papierosów). Jeśli mamy udawać, że spędza nam sen z powiek ryzyko przyjęcia leku bez konsultacji z lekarzem, powinniśmy umawiać się do internisty i neurologa po receptę na apap za każdym razem, gdy nęka nas kac czy ból stłuczonego mięśnia, panowie posłowie i panie posłanki moraliści od święconej macicy. Przegonienie nastolatki przez ginekologa (do którego formalnie nie może zapisać się bez zgody rodzica!) nie służy niczemu, poza stresem i kosztem. Jest też niezerowe ryzyko że w budżecie nie wystarczy już pieniędzy na tabletkę po uiszczeniu opłaty za konsultację, ale to raczej cel zamierzony tego przepisu niż przypadek.

Oczywiście, że wycofanie EllaOne jest aktem prawnym opartym na antyfeministycznym podejściu do prawa kobiet o decydowaniu o swojej rozrodczości, a nie wynikającym z założeń ochrony czyjegokolwiek zdrowia. Oczywiście, że w tle rezonuje nastawienie, że niechciana ciąża ma być karą za seks i że kobiety należy dyscyplinować strachem przed ciążą, aby nie były tak rozwiązłe jak mężczyźni (czy wiecie, że preparaty viagropodobne występują w wolnym dostępie aptecznym? Wiecie, bo w każdej stacji państwowej telewizorni lecą stosowne reklamy. Co ciekawe, oczywiście, bo lista szkodliwych skutków ubocznych viagry jest znowu dłuższa niż w przypadku antykoncepcji, a ryzyko przedawkowania większe). Oczywiście, że protest kobiet w tej sprawie jest głośny, zwłaszcza, że jak mówią ci, co czytali projekt nowej ustawy, do obiegu recepturowego mają wejść również globulki antykoncepcyjne. Polskie prawodawstwo zamierza zmienić kobiety w zwierzęta rozpłodowe, wierząc święcie, że ciąża to błogosławieństwo a środki antykoncepcyjne to perwersyjna apokalipsa, której doświadczyć mogą tylko te, które najpierw przegoni się przez czyściec kosztów i upokorzeń, taką ścieżkę zdrowia od klauzuli sumienia do rachunku na paragonie.

Protestujmy. Ale nie jak z kozą rabina, nie dajmy sobie wmówić, że restrykcje to kompromis. Żądajmy powrotu do aptek antykoncepcji awaryjnej na każdą kieszeń: środków bezpiecznych, atestowanych i dostępnych bez recepty i moralizacji Radziwiłła i jego ministrantów. Żądajmy edukacji seksualnej na światowym poziomie, dostępności bezpiecznych środków prewencyjnych i dostępności (również w wymiarze ekonomicznym!) ginekologa profesjonalisty, skupionego na zdrowiu i dobrostanie pacjentek, a nie sumieniu swoim i swojego spowiednika. Żądajmy tego wszystkiego, dla siebie, dla naszych matek, sióstr i córek – jeśli będziemy prosić tylko o powrót EllaOne, nie dostaniemy nic.

 

 

O takich, co ukradną przyszłość

Mam pewne obawy, że wypadek drogowy premier Szydło i towarzyszący mu radosny medialny chaos (znikająca podwójna ciągła, nieznana prędkość i oznakowanie kolumny, gorszy sort świadków wydarzenia, samobójcze, zamachowe seicento i cały ten slapstick pod tytułem Błaszczak mówi różne rzeczy) kompletnie przysłonią najnowszy pomysł polskiego rządu – pomysł, żeby ukraść nam przyszłość.

Oczywiście nie mówię tu o jakichś gagach rodem z SF, mówię o planach zamachu na oszczędności emerytalne. Pardon, to już zupełnie nieaktualne określenie, bo przecież wiceminister pracy, Marcin Zieleniecki powiedział właśnie:

Nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość

I zdębiałam, bo zdaje się, że na tym właśnie miała polegać koncepcja emerytur, ba, od czasu reformy z 1999 cały pomysł ubezpieczeń sprowadzał się do tego, że wysokość emerytury miała odpowiadać wysokości składek wpłaconych przez człowieka przez lata pracy (z dokładnością do różnych wyjątków, jak m. in. KRUS). Tymczasem, jak relacjonuje Dziennik Gazeta Prawna – rząd przeszedł od kreatywnej księgowości do liczenia pieniędzy i zrozumiał, że nie ma środków na świadczenia, i to nie ma jeszcze bardziej niż sądził – i teraz próbuje na cito znaleźć wyjście. Nie jestem ekonomistką, ale plot twist, w którym rząd na rympał oświadcza, że gdzieś tak jednej trzeciej obywateli emerytur nie wypłaci w ogóle, ani w części, ani w całości, ani w transzach po pięć złotych, wydaje mi się skokiem na przyszłość całego pokolenia ufnego w zasady solidaryzmu, odpowiedzialności i to, że wszystkie kolejne rządy trzymać się będą żelaznej zasady pacta sunt servanda. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.

Mogę się teraz unosić oburzeniem, że polityka nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi nie przystoi rządowi spod znaku, państwo wybaczą sarkazm, Prawa i Sprawiedliwości. Mogę się pienić, że projektowane zawłaszczenie składek osób o stażu krótszym niż właśnie wyjęty z rękawa piętnastoletni limit to jawny rozbój i bezczelne łatanie dziury w budżecie ZUS pieniędzmi suwerena; że to skazywanie całej gromady (przyszłych) starych ludzi na wegetację i żebry. Dużo jest oczywistych powodów do wzburzenia i wymachiwania pięściami, każdy z przyszłych i obecnych emerytów ma od razu gotową listę powodów, dla którego planowany skok na składki (obecnie czysto wirtualne, uwzględniając deficyt) jest skandaliczny i niemoralny.

DGP powołuje przykłady ludzi, w których zmiana zasad wypłacania emerytur uderzy najsilniej i z największym prawdopodobieństwem – pracownicy firm, które nawalały z punktualnym i rzetelnym odprowadzaniem składek, ludzie o nieciągłym zatrudnieniu, osoby, które wiele chorowały i przez to nie mają skompletowanego wymaganego okresu składek, mimo pozostawania w stosunku zatrudnienia. Jest jednak grupa ludzi, których DGP nie wymienia, a która właśnie dostała tym projektem po pysku dość brutalnie: są to kobiety decydujące się zrealizować ideał poświęcenia kariery rodzinie. Kobiety, które ze względów emocjonalnych, ekonomicznych czy funkcjonalnych wycofały się z rynku pracy, by wcielić się w kapłanki domowego ogniska, a bez metafor: by niepłatnie zajmować się ciężką pracą domową na rzecz swoich mężów, rodziców, teściów i dzieci. Nie istnieją one w rejestrze bezrobotnych, bo odkładają decyzję o poszukiwaniu pracy na czas, gdy dzieci nie będą już potrzebować ich w trybie pełnoetatowym (lub gdy wymagający nieustannej opieki pielęgniarskiej starzy rodzice lub teściowie umrą). Te same matki, o których prasa liberalna z trwogą i pogardą pisała, że sprzedały się za 500 zł dofinansowania, bo rzuciły pracę (nie poświęcając ani chwili refleksji, co to za praca, która jest mniej warta niż 500 zł zasiłku), i w których imieniu martwiła się obłudnie wypchnięciem z rynku pracy, właśnie otrzymały sygnał, że odchowawszy ostatnie z dofinansowanych dzieci nie mają już całkiem po co wracać do roboty – bo i tak, choćby odpadły im od ciężkiej orki ręce, nie odłożą na swoje emerytury ani grosza. To w swojej ironii zarazem straszne i swoiście komiczne, że to właśnie  minister pracy tym jednym strzałem niweluje wysiłki wielu poprzednich rządów wymierzone w aktywizację zawodową kobiet. Wyrzekając jednocześnie w głos, że na jednego emeryta przypada coraz mniej osób wpłacających składki – ministerstwo pracy przygotowuje rzeczywistość, w której kobiety nie mają absolutnie najmniejszej motywacji, by do pracy zawodowej po latach pracy w domu wracać. Ze świadomością, że podjęcie pracy nie da im żadnego zabezpieczenia na starość – po co mają się o tę pracę starać? Mogą kombinować pokątnie, zatrudniać się na czarno i zajmować się z premedytacją oszukiwaniem fiskusa, wychodząc z założenia, że działają wyłącznie w ekonomicznej samoobronie przed państwem, które obiecało je okraść ze składek, jakie potencjalnie zebrałyby w tym okresie przed emeryturą.

Policzmy na głos: przy obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet, i przy wprowadzeniu limitu 15 pełnych lat składek, żadnej kobiecie nie opłaca się wracać na rynek pracy po ukończeniu 45 roku życia, ponieważ fizycznie nie zdoła na tę emeryturę odłożyć. Nawet jeśli pracowała przez te kilka lat wcześniej, nim przeszła w tryb opieki nad rodziną – nie zdąży. Nie ma takich supermanów, którzy przez piętnaście lat nie wezmą zwolnienia z powodu kataru czy złamania nogi – a te przerwy odliczą się od okresu wymaganego do minimalnej emerytury. Rynek pracy nie czeka na nie z otwartymi ramionami, więc też nie mają co marzyć o tym, że uda im się utrzymać ciągłość zatrudnienia.

Najmocniej to uderzy w matki dzieci niepełnosprawnych, które nie tyle same wybrały ścieżkę poświęcenia, co zostały przez los i państwo polskie postawione w tej sprawie pod ścianą. Nie mając tak naprawdę żadnego instytucjonalnego wsparcia, sensownej organizacji opieki i terapii, zajmując się pełnoetatowo pielęgnacją, koordynacją badań, zabiegów i rehabilitacji, przez prawie całe dorosłe życie są wyłącznie opiekunkami i matkami – ich szansa na przynajmniej spokojną emeryturę, choćby najniższą z powodu niewielkich składek pochodzących z pracy dorywczej, niepełnoetatowej czy podjętej gdzieś pomiędzy okresami wzmożonej pracy nad rehabilitacją członka rodziny – właśnie znikła. Nie przypuszczam, by pan minister to widział zza swojego biurka. Mam nadzieję, że zobaczy teraz.

 

Nie lubię dramatycznych zdań w rodzaju: „rząd nienawidzi kobiet”. Ale trudno od nich uciec, gdy jest się kobietą w Polsce. Gdy trzeba stać w deszczu pod czarną parasolką; gdy kolejne fundacje pomocy kobietom tracą dofinansowanie, bo nie są tak uniwersalne jak budowa świątyni; gdy prezydent (z wykształcenia prawnik!) bez najmniejszego zażenowania rekomenduje zignorowanie konwencji przeciwko przemocy – trudno wierzyć, że Polska jest dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. Gdy natomiast słyszy, że nie ma po co wracać do pracy po latach poświęcania się rodzinie, bo to i tak będzie za mało, by dostać choćby minimalną emeryturę… Cóż, wydaje się, że następna rewolucja będzie rewolucją wściekłych, doprowadzonych do ostateczności kobiet, którym rząd zabiera wiele z życia, a teraz próbuje ukraść przyszłość.

Przedrzeźnianie Powstania

Dziś o godzinie W w Warszawie rozpoczął się festyn z racami i przyśpiewkami i obfitością straganów z okolicznościowym badziewiem.

Rocznica wybuchu powstania, które obróciło pół miasta w perzynę i skończyło się rzezią ludności cywilnej – a w chwili wybuchu było aktem desperacji, brawury i przerostu gniewu nad chłodną kalkulacją szans na sukces – dotąd obchodzona na poważnie, jako okazja do refleksji, bolesnych wspomnień i oddania hołdu tym, którzy porwali się z niemal gołymi rękami na wojsko okupanta. Wycie syren miało oddać grozę i powagę chwili, a wstrzymanie się w milczeniu wszystkich przechodniów czy kierowców było tym minimalnym, symbolicznym gestem uczczenia pamięci tych, którym żadne słowa nie wystarczą ani nie wynagrodzą. Skromność i surowość tego rytuału oddawały dość dobrze uczucia tych wszystkich, którzy rzeź Warszawy pamiętali sami lub ze wspomnień swoich najbliższych. Sami powstańcy zaś wyżej od wszystkich odznaczeń państwowych nadawanych im z mniejszą czy większą szczodrością cenili sobie własne opaski na ramię, przechowywane od ..dziestu lat jak relikwie. Dobry zwyczaj się utarł, że nikt tego symbolu nie śmiał podchwytywać, kopiować ani odtwarzać – wydawało się dla wszystkich oczywiste, że powstańcze opaski są odznaczeniem niejako same w sobie i noszenie ich przez kogokolwiek poza bohaterami samego Powstania byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa.

W rzeczy samej, wydawało się.

W tym roku nastąpiła niebywała zmiana tonu. Opaski przywdziało paru tęgawych panów, szczycących się niepokornymi poglądami (wyrażanymi w doskonale sprzedających się tygodnikach, prezentowanymi w publicznej telewizji w prime-time, nagradzanymi tłustymi państwowymi synekurami, stanowiskami i nagrodami), przywdziało je nie na mundury, bo ich związki z mundurem skończyły się zapewne na oglądaniu (z należną dialektyczną pogardą) Czterech Pancernych; więc przywdziali te opaski na sportowe koszulki, tiszerty zgoła, i zgodnie z zasadą „konia kują, żaba łapę podstawia” wyprężyli klaty do obiektywu w pozie co to nie my, powstańcy, psiakrew, krew z krwi, bunt przeciw pluszowej opresji, duma i godność, godni następcy tych Kolumbów (nie przypuszczam, by choć połowa z nich z Kolumbami miała styczność), podziwiaj, narodzie, swoich synów.

Synami bym ich nazwała, acz nie od razu całego narodu.

Jeszcze sobie tekturową Virtuti Militari wytnijcie i przylepcie na plaster do kieszonek na komórki. Jak szaleć to szaleć, kto wam, generałowie twittera, zabroni? Przecież nie wyczucie proporcji, pokora czy wstyd. Przeszliście całego Counter Strike’a bez cheat code’ów, to prawie jakbyście wyszli kanałem ze Śródmieścia na Wolę, opaska wam się należy jak hamburger po siłowni, jak piwo po internetowym flejmie.

 

Niestety, to była tylko groteskowa i obelżywa część cepeliady w tym roku; niestety, mieliśmy też część przerażającą.

Otóż pod obchody podpięła się dzielna młodzież narodowa. Tak, ta sama młodzież, która zdaniem polskich sądów piwa zamawia starożytnym salutem rzymskim. Ta sama młodzież, która pręży patriotyczne muskuły wygrażając pięściami mniejszościom i obcokrajowcom, bez żenady pożyczając od hitlerowców narrację o podludziach niewartych życia, o chęci zagazowywania homoseksualistów, uchodźców, innowierców czy ludzi o innym kolorze skóry. Ta właśnie radosna młodzież narodowa odpaliła race i przyśpiewki o godzinie W – jest impreza, jest hałas. Koncepcja, że w zasadzie 1 sierpnia celebrujemy krwawy i tragiczny pogrzeb stolicy i że przystoi cisza i choćby chwila skupienia, nie przedarła się do tych łysych czaszek. Szum flag z celtyckimi krzyżami pewnie był za głośny.

Mieliśmy więc w tym roku festyniarzy, cepeliadę (to przytłaczające, ile straganów z gadżetami z motywem Powstania wyrosło w tym mieście. I jak wiele obiektów dało się tą symboliką uświetnić – kubeczki, smycze na klucz, podkładki. Doprawdy, stylowy pomysł, kto by nie chciał pić kawy z czegoś oznakowanego jak grób), uzurpatorów i młode naziolstwo radośnie a rytmicznie porykujące nad siwymi głowami ostatnich żyjących Powstańców. Było głośno, bluźnierczo i bez sensu. Było mi wstyd. Generalnie obchody upłynęły w moim odczuciu pod znakiem to add insult to injury, i mam wrażenie, że ktoś powinien za to Powstańców przeprosić.

Powstanie[Zdjęcie: Marcin Wziontek]

Najwyraźniej ostatni niesplugawiony i nieprzerobiony na narodową, cepeliowską kiełbasę z grilla symbol właśnie nam się zatracił, bo zbyt wiele osób i frakcji postanowiło naraz pożyczyć sobie jego blasku by podświetlić własne, niezbyt wybitne sprawki. Ledwie udało się odwołać kuriozalny pomysł, by do – w rzeczy samej wstrząsającego – apelu poległych dorzucić w promocji listę pasażerów samolotu do Katynia. Niestety, Powstańców jest zbyt mało, by utrzymali wszystkie fronty, choć obronili się przed inwazją polityki doraźnohistorycznej, nie udało się ich uchronić przed stadem przedrzeźniaczy i szyderców. Patriotyzm staniał, wystarczy głośno krzyczeć i kupić kawałek materiału. Na bicepsie niektórych to jednak jest tylko szmatka. Na odznaczenia trzeba zasłużyć, żeby coś znaczyły, nie wystarczy ich wyciąć z pudełka proszku do prania „Biała Siła”. Bardzo mi przykro i wstyd, że ostatni żyjący bohaterowie sierpnia 1944 muszą patrzeć na to, co z rocznicą ich zrywu przeciw okupantowi, z rocznicą terroru, rzezi i śmierci tysięcy wyprawia festyniarska banda wypasionych byczków z celtyckim krzyżem na flagach, i poparciem w sejmowych ławach. Wstyd.

 

 

Kultura gwałtu czyli komu wolno się upić

Pół internetu i prawie całe USA wrze, bo miły biały chłopiec się upił, zaciągnął za śmietnik pijaną dziewczynę z imprezy, wykorzystał ją seksualnie, a teraz poniesie konsekwencje (chyba że sąd go polubi).

 

(Gdyby ktoś był przez ostatnie dni w dżungli odcięty od prasy i internetu, podaję link do relacji samej ofiary. Uwaga, tekst dość długi oraz zawiera dużo triggerów.)

 

Nie chcę tu się zamadto rozwodzić nad samym Brockiem Turnerem – ocena jego działań jest chyba jednoznaczna, nie sądzę, by ktokolwiek z czytelników nie zgadzał się, że z chłopaka po pijanemu wyszło niebezpieczne bydlę – i że na trzeźwo spanikował nie tyle przed ohydą własnego postępku, co przed grożącymi mu konsekwencjami. Co jest obrzydliwe w najwyższym stopniu. Brock Turner jest tu dorodną egzemplifikacją zjawiska toczącego współczesny świat:cała rozprawa, proces, sposób przesłuchań, linia obrony, kuriozalny wyrok; plus to, co się wokół sprawy dzieje, skupia jak w soczewce obraz tego, co zwykło się nazywać kulturą gwałtu. Dla tych, którzy nie spotkali się z tym terminem wcześniej, pozwolę sobie uprościć, że jest to zestaw norm kulturowych, przekonań, stereotypów i funkcjonujących społecznych reguł, które sprawiają, że w przypadku przemocy seksualnej nie ma czegoś takiego, jak domniemanie niewinności ofiary – spora część przesłuchania i procesu skupia się bowiem na wykazaniu współwiny ofiary przemocy, jej prowokowania sprawcy, niedochowania jakichś procedur bezpieczeństwa, nieprzestrzegania reguł dotyczących stroju, sposobu ruszania się etc. Sprawca dostaje szczególne przyzwolenie na agresję seksualną, jako sposób „podrywu” czy „flirtu”, i istotą staje się nie tyle wykazanie, że przekroczył granicę bezpieczeństwa czy komfortu ofiary – co wykazanie, że ofiara uczyniła wszystko co w swojej mocy, by jednoznacznie tej przemocy zapobiec (spoiler alert: nigdy, bo w kulturze gwałtu nigdy nie jest się wystarczająco przewidującą, wystarczająco chronioną, wystarczająco bezpieczną). Kultura gwałtu sprawia, że policje świata wydają instrukcje do kobiet o treści: nie noś krótkich spódnic, bo gwałciciel uzna, że może – bez względu na statystyki, które nie potwierdzają tego przesądu w żaden sposób. Kultura gwałtu pozwala wygłaszać publicznie politykom brednie, że jakoby kobietę się zawsze troszkę gwałci, bo jak ona mówi „nie”, to ma na myśli „tak” – i prasa to drukuje, a dziennikarz prowadzący wywiad nie wyrzuca polityka ze studia.

 

Kultura gwałtu to kultura przyzwalająca na gwałt, rozmydlająca jego znaczenie. Wychowany w tej kulturze złoty chłopiec być może naprawdę nie rozumie, że problemem stawiającym go przed sądem nie jest to, że się nawalił alkoholem, lecz to, że brutalnie zaatakował i wykorzystał drugiego człowieka. Adwokat złotego chłopca może być zawodowym cynikiem, ale zatrudniająca go rodzina nie miała problemu, gdy przeczołgał w sądzie ofiarę napaści, postawił ją w krzyżowym ogniu pytań i wręcz oskarżył, że sama jest sobie winna, że została spenetrowana patykami na asfalcie za śmietnikiem. Wszystkie argumenty i pytania były użyte, by wykazać winę ofiary. Alkoholowe zamroczenie okazało się być bardzo niesymetryczne: zwalniało z odpowiedzialności i moralnej oceny działania sprawcę, zarazem obciążając dziewczynę, która była tak pijana, że nie mogła protestować, gdy sprawca wlókł ją za śmietnik i penetrował jej nieprzytomne ciało. Kultura gwałtu sprawia, że dziewczynę rozliczano w sali sądowej ze spożycia alkoholu, które przyczyniło się do jej upodlenia, krzywdy, cierpienia i zagrożenia życia. Sprawca wykorzystywał fakt, że była pijana przeciwko niej, adwokat insynuował że jej się podobało – mówimy o byciu penetrowaną patykami i szyszkami i patykami na asfalcie za śmietnikiem! – a sędzia tego wszystkiego słuchał i zamiast wywalić to towarzystwo za obrazę sądu, uznał, że wystarczającą karą dla Brocka Turnera będzie kilka miesięcy więzienia. (I to jest moim skromnym zdaniem obraza sądu: kilka miesięcy za gwałt. Prawie tak dobrze, jak w polskich sądach, gdzie za gwałt zbiorowy jest wyrok w zawieszeniu.)

 

Brock Turner wygrał wszystko. Jest młody, śliczny, biały, studiuje na prestiżowym uniwersytecie (nikt go za taką błahostkę jak gwałt na pijanej przecież nie wywali), uprawia z sukcesami sport (tu akurat federacja sportowa uznała, że nie życzy sobie by ją reprezentował, ukłony, USA Swimming!) i rodzice go kochają. Tu listy w jego obronie, które do sądu wysłali matka i ojciec gwałciciela. O ile rozumiem, że miłość rodzica nie zanika, gdy dziecko okazuje się potworem, i że uczucie wobec własnego potomka sprawia, że chciałoby się oszczędzić mu cierpień i niedogodności za wszelką cenę, o tyle uważam, że państwo Turnerowie przekroczyli granicę melodramatu i pozwolili sobie na zupełnie niedopuszczalne rzeczy, byle tylko wybronić syna przed konsekwencjami. W chwili, gdy ojciec gwałciciela szlocha, że

dwadzieścia lat jego życia nie powinno zostać przekreślone przez dwadzieścia minut akcji

jest albo bardzo, bardzo cyniczny, albo bardzo podły. Albo po prostu wychował się w kulturze gwałtu i naprawdę uważa, że te dwadzieścia minut, które sprawiły, że ofiara przeszła przez szpital, potem przez koszmar stresów wokół swojego zdrowia, potem przez paraliżujący stres związany z traumą, następnie przez całkowicie upokarzającą procedurę policyjną i sądową (ponownie odsyłam do pierwszego linku z jej listem), utraciła zdolność do pracy i musiała się przeprowadzić – otóż że te dwadzieścia minut nie powinny jakoś poważne rzutować na przyszłą karierę sprawcy, który przez ten czas, gdy ofiara traciła całe swoje dotychczasowe życie – chodził na studia, ale bez radości, i nie smakowały mu steki. Doprawdy, życie ukarało go zbyt srogo!

 

Ale znowu, co wolno kochającemu ojcu, nie powinno uchodzić sądowi. Argument z wielkiego przygnębienia pięknego syna, który nie ma apetytu, bo się boi aresztu i zrujnowania przyszłej kariery nie powinien przekonywać sędziego, że oto należy pogłaskać biednego zestresowanego gwałciciela i zasądzić mu kwartał za kratkami. To, że Brock był dzieckiem sukcesu nie powinno sprawiać, że wymiar sprawiedliwości uzna go za niewinnego. Ofiara robiła w swoim życiu wiele rzeczy, które pijacki gwałt zniszczył bezpowrotnie – jednak nikt nie potraktowałby serio listu do sądu w jej sprawie, listu opisującego jej braka entuzjazmu wobec steków. W przypadku Turnera brak apetytu i otrzymane w przeszłości dobre stopnie okazały się być ważkim argumentem – dlaczego wykańczający stres skutkujący utratą pracy, wyprowadzka, zaburzenia snu i łaknienia u ofiary nie stają się argumentem równie ważkim? Dlaczego w postępowaniu sądowym ofiara dała się zgwałcić a sprawca bezmyślnie się upił? Dlaczego ofiarę rozlicza się z tego, że nie była w stanie protestować, a sprawcy nie zadaje się pytania, czemu penetrował jakimś brudnym badylem kogoś, kto był zbyt nieprzytomny, by się sprzeciwić?

 

Na korzyść Brocka Turnera zagrało jego dotychczasowe, dobre i wygodne życie. Jego kariera i pochodzenie. Gdyby był czarny, a nie biały, sąd raczej nie okazywałby takiej wyrozumiałości ani pobłażliwości. Gdyby nie był ucieleśnieniem sukcesu, nie dostałby w promocji tego żenująco niskiego wyroku. Brock Turner może jęczeć i płakać w mediach, że pijaństwo jednej nocy zrujnowało mu reputację, ale dopóki kultura gwałtu w Stanach i na świecie ma się dobrze, na niczym poza ewentualnym uszczerbkiem na karierze chłopak nie ucierpi. Jego ofiara straciła dużo więcej, ale do tego ten złoty młodzieniec się nie odniesie w żadnym ze swoich płaczliwych oświadczeń – w kulturze gwałtu to jego cierpienie ma wyjść na pierwszy plan, to jego strata jest tu pierwszorzędna. Ofiara, cóż, mogła się nie upijać, prawda?

 

Jest w tym wszystkim jasny punkt, na szczęście. Skandaliczny wyrok, groteskowe postępowanie przygotowawcze i cała medialna szopka pod wezwaniem „ratujmy bogatego, białego, ślicznego chłopca przed konsekwencjami jego własnego przestępstwa” były zbyt ostentacyjne nawet jak na amerykańskie standardy i spowodowały reakcję polityków wyższego szczebla. Joe Biden zachował się przyzwoicie i napisał list otwarty w sprawie tego procesu. Zauważył wreszcie, że kultura i tradycja ustawiają kobiety na przegranej pozycji, w kontekście zapobiegania przemocy seksualnej. Jest nadzieja, że kultura wsparcia gwałcicieli powoli odejdzie w przeszłość. Pytanie, kto powie o tym polskim policjantom i sędziom?