W dwu zdaniach

Dla wszystkich prawych, silnych i dumnych rodaków, którzy polską historią się chlubią a dokonaniami przodków szczycą od Cedyni po Monte Cassino, bo wierzą, że w chwili próby zachowaliby się równie świetnie co powstańcy czy rycerze, i że ich byłyby drzewka w Yad Vashem; dla nich wszystkich mam smutny komunikat: jeśli chcecie wiedzieć, czy w trakcie drugiej wojny światowej ratowalibyście Żydów z getta, czy też patrzylibyście z okien z satysfakcją, jak getto warszawskie płonie – sprawdźcie, co pisaliście w sieci ostatnio o ruchu BLM, co pod swoim nazwiskiem piszecie w komentarzach o prześladowaniach osób LGBT+ w Polsce i na świecie. To jest wasz test odwagi cywilnej i człowieczeństwa, i miejmy najszczerszą i najgorętszą nadzieję, że większego za naszego życia nie będzie.

 

Zgorszenie drugiego rzędu

Zgorszenie drugiego rzędu to takie zgorszenie, gdy zgorszony sam nie deklaruje urażenia jego własnej wrażliwości, ale gorliwie zapewnia, że dana rzecz w sposób nieunikniony urazi jakichś Innych, i że z tego powodu należy tej rzeczy zaprzestać lub zaniechać. Zgorszony drugorzędowo gorliwie donosi te wszystkie okropności, których on sam nie uważa, broń Cthulhu, ale ktoś tam na pewno by tak sobie pomyślał, i że w związku z tym ów przedmiot zgorszenia jest straszny i nie powinien ujrzeć światła dziennego. Zgorszeni drugorzędowo będą zapewniać o swoich szerokich horyzontach, ale ze względu na hipotetycznych maluczkich w zasięgu wzroku domagają się stonowania dyskursu i usunięcia kontrowersyjnej treści bądź odroczenia niepokojącej (nie ich samych, rzecz jasna, ale tych nerwowszych) na nieokreśloną przyszłość.

Za każdym razem, gdy tylko w Polsce próbuje się zrobić coś, co poszerzy dyskurs i przesunie w lewo okienko Overtona w sieci pojawia się tysiąc komentatorów, gardłujących przeciwko. Czy chodzi o zliberalizowanie ustawy antyaborcyjnej, czy o wprowadzenie pełni praw osób LGBT, czy o poprawę sytuacji mniejszości etnicznych, tysiąc zatroskanych głosów woła, żeby tego nie robić teraz, żeby uwzględnić jak to urazi konserwatywny elektorat, albo jak to zaprzepaści sprawę z powodu nieodpowiedniego wykonania danej akcji.

Jak długo żyję, słyszę te zatroskane głosy, które nie mówią, że im samym przeszkadza, o nie, głosy są pełne zrozumienia, wsparcia, poparcia, tylko nie dziś i nie w ten sposób. Głosy się martwią, że to zniechęci tradycyjnych katolików, że to urazi uczucia konserwatystów, polityków, księży, nacjonalistów, rolników, lekarzy, księgarzy, nauczycieli, hodowców gołębi i zbieraczy znaczków z krajów zaczynających się na literę E – nigdy samych troskliwych. Troskliwi sami popierają, oni tylko martwią się w imieniu. Oni tylko WIEDZĄ, kto się czym zgorszy i dlatego należy za wszelką cenę daną sprawę przełożyć, aby uniknąć tego strasznego zgorszenia.

I się przekłada.

Od prawie trzydziestu lat tzw. kompromis aborcyjny zawarty między ZChN a episkopatem jest nie do ruszenia, bo nie teraz i bo się zgorszą. Od trzydziestu lat różne wersje KLD-PO-KO-Nowoczesnej, mieniące się europejskimi i postępowymi, z obawy przed zgorszeniem prawicy nie są w stanie przegłosować nawet nie równości małżeńskiej, ale nawet ogryzka pt. związki partnerskie. Zawsze to jest nie w porę, zawsze czemuś zaszkodzi, zawsze jest ryzyko zgorszenia kogoś innego, w czyim imieniu gorszący gorliwie donosi i się oburza zastępczo.

To niby liberalne, otwarte i europejskie centrum zostało tak świetnie wytresowane, że prawica w ogóle się już nie musi oburzać, ma do tego swoją posłuszną gromadkę zgorszonych drugorzędowo. Centrum wystartuje głuszyć działania ruchów lewicowych, prokobiecych i promniejszościowych zanim jeszcze episkopat wstanie od śniadania; i zaanonsuje owo centrum awansem wszystkie argumenty, które każdy biskup z osobna mógłby wymyślić, dorzuci argumenty zgorszonego kołtuna i mizogina i to wszystko w formie cytatu, bo przecież centrum samo się nie oburza, ale z troski i wrodzonej miłości bliźniego nie pozwoli temu bliźniemu wyjść z szafy, zawalczyć o prawa, obronić się przed sekowaniem, bo ten niedobry inny go skopie.

 

Oczywiście moja osobista cyniczna interpretacja jest taka, że ci wszyscy symetryści dnia wolnego, ci wszyscy centryści z łaski na pociechę gorszą się zupełnie samodzielnie i gotują z oburzenia w środku, tylko na tyle zostali ogładzeni przez bywanie w świecie, że mają poczucie, że to po prostu nie wypada pojechać na głos tekstami homofobicznymi i antyfeministycznymi czy czystym rasizmem. Stąd się bierze ta gorliwa potrzeba racjonalizacji, że „ja się nie oburzam, ale jak zareaguje Jarosław albo Kaja, tylko sobie zaszkodzicie stawiając sprawę na ostrzu noża”, to wyszukiwanie argumentów bardziej zajadłej frakcji i dowożenie gorliwie wszystkich możliwych obelg, które mogłyby paść w odpowiedzi, zanim frakcje radykalne w ogóle zdążą zareagować i się oburzyć. (Pięknie to wyszło w wątku wokół tańców na Krakowskim Przedmieściu, gdzie gros oburzonych to było tzw. umiarkowane centrum, trwożące się o reakcję konserwy prawicowej, donoszące na wyścigi dowody zgorszenia z drugiej ręki.) Zgorszenie drugiego rzędu to tylko projekcja, wypchnięcie własnego, wewnętrznego kołtuna, rasisty, seksisty czy homofoba na prawo i rozkoszne gorszenie się w jego imieniu.

 

Czy jest jakaś wyszukana pointa z tej obserwacji? Bynajmniej. Feministki, osoby LGBT i mniejszości od dawna wiedzą, że mając takich „sojuszników” jak polskie centrum polityczne i ich media, nie potrzebują tak naprawdę poważnego oponenta z prawej strony. Polskie centrum gorliwie poukręca łby wszystkim postulatom poprawy sytuacji mniejszości zanim jeszcze główni przeciwnicy równouprawnienia skończą prasówkę. Oczywiście, że od trzydziestu lat jest niedobry moment na zmianę prawa aborcyjnego, na ustawy antyprzemocowe, na dopisanie homofobii do listy mowy nienawiści. Trzydzieści lat temu wszelako centrum nie wyrywało prawicowym nienawistnikom mikrofonów by uprzedzająco zakrzyczeć inicjatywy na rzecz praw kobiet czy mniejszości, dziś ich gorliwie wyręcza w argumentowaniu, dlaczego mniejszości morda w kubeł i czekać.

 

Jeśli przypadkiem czyta mnie ktoś, kto się identyfikuje jako centrum i rzetelnie obawia się i troszczy, by przedwczesne (ha, od trzydziestu lat przedwczesne) zrywy na rzecz równouprawnienia nie pogrzebały słusznej jego/jej zdaniem sprawy, mam prośbę. Otóż, drogi czytelniku/droga czytelniczko – nie przytaczaj mi wszystkich argumentów, jakie prawica/konserwa mogłaby tylko wymyślić przeciwko sprawie. Wymyśl własne sposoby, jak te argumenty zbijać. Zamiast uciszać mnie (lub wyganiać tańczące dzieciaki do domu, lub odmawiać podpisu pod projektem równości małżeńskiej „bo to nie przejdzie”, zamiast etc) pogadaj z kumplami z twojego centrowego, symetrystycznego kręgu znajomych, żeby nie wzruszali ramionami, nie hamowali piętami, a dla odmiany wsparli inicjatywy z lewej strony, bo ich bierny opór i gorszenie się w imieniu innych na razie wspiera wyłącznie zabetonowanie status quo. Jeśli naprawdę popierasz zmianę na lepsze – pomóż jej się wydarzyć.

Najchętniej jeszcze za mojego życia, żebym mogła podziękować osobiście.

 

O kończeniu zdań w porę

Jeśli jesteś, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, jedną z tych osób, które w związku z aktualnymi wydarzeniami mają coś strasznie ważnego do powiedzenia w sieci, tu jest darmowa porada odnośnie składni w wypowiedziach publicznych.

Chcę zwrócić twoją uwagę na pułapkę w zdaniach zaczynających się od:

„Nie jestem rasist(k)ą, ale…”

„Nie jestem homofobem/homofobką, ale …”

„Jestem całym sercem za tolerancją i równouprawnieniem, ale…”

 

Wszystko, co powiesz po tym „ale” całkowicie unieważnia twoją deklarację z początku zdania. Wyrzuć „ale” i następujące po nim zdanie podrzędne, zamiast przecinka wstaw kropkę.

Teraz twoja deklaracja jest spójna i sensowna.

Jeśli uważasz, że po tej korekcie stylistycznej twoja wypowiedź straciła coś istotnego i stwierdzenie, że jesteś tolerancyjnym, otwartym i empatycznym człowiekiem nie wyraża cię w pełni – zastanów się nad sobą i jak w takim razie chcesz i powinieneś/powinnaś się nazywać.

 

Dziękuję za udział w lekcji przyzwoitej polszczyzny.