W poszukiwaniu sławy i fortuny

Jak zgłaszać mobbing, stalking, przemoc lub napastowanie seksualne, będąc kobietą – podręcznik cywilizacji zachodniej.

W Stanach gorącym tematem jest podważenie nominacji do Sądu Najwyższego z powodu oskarżeń kandydata o molestowanie seksualne. Bardzo interesujące są reakcje na te oskarżenia – ani sam Kavanaugh ani jego prawnicy nie domagają się śledztwa FBI w tej sprawie ani nie chcą przed FBI zeznawać, na co z kolei nalega oskarżająca kandydata dr Ford. Co ma ten smaczek, że w amerykańskim prawie okłamanie FBI jest przestępstwem, i to zdaje się bardzo poważnie traktowanym. Fascynujące, że rzekoma mitomanka napiera na zeznawanie, a ponoć niewinny sędzia wręcz przeciwnie. Opinia społeczna jest podzielona, głosy establishmentu idą w kierunku bagatelizowania problemu i komentowania, że gdyby faktycznie jakieś molestowanie zaszło, to Ford nie czekałaby tyle czasu ze zgłoszeniem; fakt, że dopiero przy nominacji sędziego porusza ona wypadek z czasów, gdy była nastolatką, świadczy, iż szuka ona rozgłosu kosztem kandydata (etc). Czyli trzynastolatka powinna była od razu uruchomić całą maszynę prawną w czasach, gdy w USA klimat dla zgłoszeń przestępstw seksualnych był jeszcze mniej sprzyjający. To, że poczekała do czasu, gdy jest wiarygodną osobą z dorobkiem własnym, świadczy o niej fatalnie – najwyraźniej szkoda nie była taka dotkliwa, skoro mogła odroczyć interwencję.

Jeśli komuś nie w smak przypadek zza oceanu, mamy też lokalne opinie o bieżącym procesie sprzed lat, równie soczyste i równie mocno stające nawet nie tyle w obronie sprawcy, co przeciwko zgłaszającej molestowanie kobiecie.

jkmźródło – Twitter, konto Janusza Korwina-Mikke)

(Ja wiem, że argumentowanie z Korwina to prawie jak Poe’s law w wersji krajowej, ale cytuję go specjalnie, bo chciałam znaleźć obrońcę spoza sfer ewidentnie klerykalnych, gdzie bohaterska obrona księdza mogłaby mieć uzasadnienie w postaci solidarności zawodowej)

Tu więc mamy uwagę pełną troski, że oto cyniczna i interesowna młodzież będzie specjalnie zakładać pułapki na biednych księży w celu wyłudzenia odszkodowań (JKM tu swobodnie ignoruje primo fakt, że ten wyrok przyznający odszkodowanie i rentę jest pierwszy w historii polskich procesów o molestowanie przez kler, secundo – że sprawę założyła dorosła już kobieta po przepracowaniu traum) – z czego wynika osobliwy wniosek, że błędem jest przyznawać odszkodowania ofiarom przemocy seksualnej. Nie dziwi to bardzo mocno w wykonaniu kogoś, kto twierdził, że „zawsze się trochę gwałci” i kto uważa, że od edukacji seksualnej jest lepsze molestowanie przez doświadczonego partnera, bo to bardziej naturalne; a o Korze pisał, że najwyraźniej trauma molestowania w dzieciństwie bardzo jej się przysłużyła, bo stworzyła z niej artystkę.

(Przepraszam, więcej nie będę, mnie samą zemdliło)

Czyli jeśli kobieta zgłasza sprawę molestowania sprzed lat, to jest karierowiczką, która wygrzebuje jakieś przeterminowane wydarzenia po to, by skorzystać na aktualnej sławie i pozycji swojego krzywdziciela (vide reakcja na Weinsten-gate i momentalne uwagi, że aktorki same brały udział w aktywności seksualnej i dopiero teraz im to przeszkadza); a jeśli zgłasza od razu to jest pazerna i wcale tak nie straumatyzowana, bo ma siłę iść do sądu, a cała sprawa jest podejrzana. A kobieta łaknie rozgłosu i wylansowania się na nazwisku znanego sprawcy.

Tu mam taką propozycję do czytelników, którym pogląd o niskich pobudkach kobiet zgłaszających po pewnym czasie molestowanie przez sławnych i znakomitych wydaje się jakoś bliski. Billa Cosby’ego o gwałty i przemoc seksualną oskarżyło 60 kobiet. Podajcie bez użycia wyszukiwarek chociaż pięć nazwisk, które zyskały sławę i popularność i jakoś wypromowały się na tym w show businessie. Podajcie pięć nazwisk kobiet oskarżających Cosby’ego w ogóle.

W wersji lokalnej – kto bez google poda nazwisko kobiet, które skrzywdził pan prezydent Małkowski (ubiegający się właśnie o reelekcję)?

Tam, gdzie nazwisko oskarżającej się jakoś utrwaliło w pamięci publicznej, stało się synonimem złej sławy, pazerności i bezwstydu (Monica Lewinsky). Ja nie wiem, czy to jest dobry argument, jakoś nie widzę, by ten rodzaj popularności był celem kobiet dokonujących zgłoszeń gwałtu.

Jeśli kobieta sprawy nie zgłasza, nie robi szumu, nie idzie do sądu, na policję bądź do władz firmy – to nic się nie stało. Najwyraźniej problemu nie ma wcale, a jeśli był, to nie dość dotkliwy, by sama skrzywdzona uważała, by warto było komuś zawracać głowę. Ot, zdarzyło się coś między ludźmi, bez zachwytu ze strony pani, ale wzięła się w garść i poradziła sobie bez afiszowania.

Pamiętacie z lekcji historii, jak wyglądał tzw. Sąd Boży, później przekształcony w procedurę ordaliów w postępowaniu podczas średniowiecznych procesów czarownic? Taka ostateczna procedura testowa mająca bez wątpliwości wykazać, czy oskarżona o czary jest wiedźmą i pomiotem szatana, czy niewinną pobożną chrześcijanką. W naszej strefie było to najczęściej pławienie czarownicy –  zanurzanie podsądnej w pełnym stroju w rzece lub strumieniu w celu sprawdzenia, czy się utrzyma na powierzchni. Piękno tego testu polegało na interpretacji wyników: jeśli kobieta poddana oczyszczającej mocy wody utonęła, była niewinna a oskarżenie było bezpodstawne. Jeśli ocalała i nie poszła na dno, oznaczało to, że jest czarownicą, której moralnego brudu nawet rzeka nie chce – była wówczas odławiana i poddawana przewidzianym za występek czarownictwa karom, które rzadko pozwalały jej proces przetrwać w dobrym zdrowiu, o ile udawało jej się w ogóle przeżyć.

czar

(ilustracja za http://www.romfordrecorder.co.uk)

Szanowni kierownicy zakładów, prezesi firm, szefowie działów, dyrektorzy i ministrowie. Nie mówcie, że nie ma w waszym otoczeniu molestowania, że nie znacie żadnej ofiary gwałtu czy przemocy seksualnej, że to problem marginalny i patologiczny. Że gdyby problem był, to by został zgłoszony.

Że pierwsze słyszę.

Że trzeba było przyjść do mnie, a nie od razu pisać do sądu. Jakby to było poważne, to by pani zgłaszała w kadrach od razu, a nie dopiero odchodząc z pracy.

Problem jest, i to duży i dotyczy ogromnego odsetka kobiet. Nie wiecie tego, bo nie chcecie wiedzieć – a ofiary takiej przemocy słuchają was i kalkulują swoje szanse na przetrwanie procesu weryfikacyjnego po zgłoszeniu. Słyszą jak bagatelizujecie, minimalizujecie i pozbawiacie znaczenia słowa innych ofiar. Słyszą, że gracie w Paragraf 22 i wiedzą, że aby pójść na policję, do przełożonych, do HR, do sądu – potrzebują olbrzymich zasobów: wsparcia bliskich, zapasów finansowych, pomocy terapeuty i prawnika. Boją się, że je nie stać – na upokorzenie, na poddawanie w wątpliwość, na wtórną wiktymizację, na prześwietlanie ich moralności i seksualności, na kwestionowanie motywacji stojącej za zgłoszeniem przestępstwa.

Te wszystkie kobiety, które wstały i powiedziały na głos o swoich doświadczeniach, które odważyły się zeznawać na policji, w sądzie, w swojej firmie, w prasie – czy to w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie – mają mój ogromny szacunek, podziw i wsparcie. Za przełamanie milczenia, za zrobienie kroku, za domaganie się sprawiedliwości w warunkach, w których to one zostaną potraktowane przez wszystkie instancje z największą podejrzliwością i brakiem zaufania, w których zwycięstwo jest niepewne, sukces wątpliwy a sława ciąży kamieniem i staje się często wilczym biletem na rynku pracy. Tym wszystkim bohaterkom, które pod nazwiskiem lub anonimowo powiedziały #metoo, które poszły walczyć w imieniu swoim i innych, zbyt zastraszonych, zbyt niepewnych, zbyt przekonanych o bezcelowości protestu, dedykowana jest ta notka.

Dziękuję, że jesteście i walczycie również w moim imieniu.

 

 

Reklamy

Nie jesteśmy nic wam dłużne

Przepraszam z góry, notka jest nieco niechlujna, pisana w emocjach i stąd może w niej być więcej błędów niż zwykle. Zastrzegam sobie prawo do wyedytowania lub poprawienia części tekstu po czasie.

 

Na początek link do strasznego wpisu, żeby ustawić nastrój dzisiejszej notki. Uprzedzam, link do tumblra w języku zagranicznym.

Napisałam notkę o tym, jak mężczyźni o mentalności zdobywców czują się uprawnieni ignorować protesty ofiar i dają sobie prawo autorytarnego decydowania, czy protest był na poważnie czy tylko udawany. Napisałam, że konwencja wymuszająca na kobietach pozorowanie oporu sprzyja kulturze gwałtu, bo nie dając wyboru kobiecie, pozwala mężczyźnie łaskawie zdecydować po uważaniu, czy zgodzi się on respektować odmowę.

Po czym przychodzi komentator i pisze, że jak w klubie spodoba mu się dziewczyna, to nawet jak mu odmówi, to będzie do niej wracał i zaczepiał, bo a nuż wymęczy na niej zgodę, a żal by mu było „zmarnować okazję”. I facet pisze to publicznie pod notką o molestowaniu i nie widzi w tym nic dziwnego.

 

Drodzy normalni mężczyźni, którym żal marnować okazję:

Nie jesteśmy okazją. Jesteśmy ludźmi. Przychodzimy w miejsca publiczne nie dla waszej wizualnej przyjemności, nie po to, by umilić wam czas, tylko dlatego, że mamy swoje sprawy. Nasza obecność w jakimś miejscu nie oznacza, że jest to obecność dla was. Nasz czas nie jest do waszej dyspozycji. Nie jesteśmy wam winne ani dłużne uwagi, czasu, zainteresowania ani uprzejmości – nawet, jeśli nas do tego przez wiele lat wychowywano. Umiemy mówić – jeśli chcemy z wami nawiązać znajomość, potrafimy to wyrazić słowami jednoznacznie. Jeśli mówimy, że nie jesteśmy zainteresowane, że jesteśmy zajęte, że jesteśmy umówione – to znaczy, że nie mamy ochoty z wami rozmawiać. Naprawdę, wolno nam nie chcieć. Naprawdę, wolno nam też w tej samej chwili chcieć rozmawiać z kimś innym. Jeśli odmawiamy tańca, to nie znaczy, że nie będziemy tańczyć za chwilę z inną osobą – nie musimy się z tego tłumaczyć. I nie musimy tego mówić dwa razy.

Facet, który w klubie, parku czy bibliotece podchodzi i zagaja, może być – w zależności od sposobu wykonania – miłym nowym znajomym, dziwakiem, natrętem lub chamem. Facet, który słyszy odmowę ale się nie zniechęca i zaczepia dalej, jest tylko natrętem. Jeśli wraca mimo wielokrotnych odmów i domaga się uwagi/tańca/rozmowy/kontaktu – budzi co najmniej niepokój i dyskomfort. Najprawdopodobniej budzi jednak lęk. Serio, panowie zdobywcy, panowie „żal mi byłoby okazji” – serio chcecie budzić w nas strach? Cieszy was kontakt oparty na lęku przed waszą reakcją na bardziej stanowczą odmowę? Odpowiada wam zaganianie nas do kąta, nękanie, zastraszanie, ignorowanie oporu?

Mówienie, że nie mamy luzu albo poczucia humoru, gdy reagujemy agresją na wasze nawroty i ponowne awanse nie poprawia waszych szans. Nie mamy obowiązku śmiać się, gdy zbywacie nasze obiekcje. Nie jesteśmy wam dłużne cierpliwości, gdy się naprzykrzacie. Mamy swoje życie i wasze oczekiwania, potrzeby i zachcianki nie są w nim priorytetem.

Gdy zastawiacie nas w kącie pomieszczenia sobą i składacie frywolne i jakże żartobliwe propozycje – to Jeśli protestujemy cicho i niepewnie, to nie dlatego, że nie jesteśmy przekonane, czy na pewno chcemy odmawiać. To dlatego, że boimy się was rozjuszyć. To dlatego, że jednocześnie zastanawiamy się, czy zdołamy przemknąć się pod waszym ramieniem, odwrócić waszą uwagę albo wręcz przeciwnie, skupić uwagę barmana/kelnerki/koleżanek/tego pana, co wyprowadza właśnie psa i uratować się z sytuacji. Gdy po raz trzeci danego wieczoru dosiadacie się do stolika z propozycją nawiązania bliższej znajomości, nie dostajecie punktów za wytrwałość. Sprawiacie, że obliczamy czas potrzebny na niepostrzeżone wyjście.

Dopóki nie użyjecie pięści albo krzyku, wasza natarczywość nie spowoduje żadnej reakcji otoczenia. Wręcz przeciwnie, jeśli my pójdziemy do ochrony poskarżyć, że wciąż nas zaczepiacie – zostaniemy wyśmiane, że jesteśmy przewrażliwione, sztywne albo histeryczne. Może nam się słownie oberwać aluzjami do naszych potrzeb seksualnych albo frustracji na tym punkcie. Może, bo przecież kobieta w miejscu publicznym przez domniemanie należy do każdego, kto zechce się nią zainteresować. Natarczywość w miejscu pracy/nauki to przecież tylko koleżeńskie żarty. Zaloty, które powinnyśmy docenić. Komplementy, za które powinnyśmy być wdzięczne. Mamy się miło uśmiechać i grzecznie odpowiadać, gdy zaszczycacie nas niechcianą uwagą.

Nie, nie jesteśmy wam tego winne. Nie znaczy nie. Nie znaczy – odejdź, nie nękaj. Przykro nam, że jesteście rozczarowani, ale nie jesteśmy waszą nagrodą, trofeum ani należną wam rozrywką. Jesteśmy tu na tych samych prawach i jednym z tych praw jest nieuczestniczenie w niechcianych interakcjach. Jeśli tego nie szanujecie, nie jesteście zdobywcami, niezmordowanymi rycerzami, dżentelmenami starej daty. Jesteście prześladowcami.

 

Edycja:

Dopisuję link do Niny Wum oraz do Waterloo. Hivemind w akcji.

___________________________________________________________

Ponieważ wszyscy mają wpisy o świątobliwych lekarzach, to ja nie muszę, podlinkuję sobie tylko całkiem dorzeczny artykuł dwóch teologów, który trochę bez echa przeleciał przez media – a szkoda, bo rozumny. A na deser notka lekarza, który nie podpisał, za to przeczytał deklarację kolegów.