Nie płakałam po Ziemkiewiczu

Kanikuła się zaczęła, gotują się mózgi i temperamenty.
Były pisarz, były rzecznik UPR, autor wiekopomnych Skarbów Stolinów; aktualnie rolnik i z bożej łaski felietonista gdzie popadnie a jakoś zapłacą, Rafał dwojga imion Aleksander Ziemkiewicz, zaszarżował z motyką na wroga cywilizacji:raz

Prosimy nie regulować odbiorników, nasze słoneczko dziennikarstwa, nasz pączuś w masełku, naprawdę rzucił słodką frazą, że do lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych należy strzelać. Oczywiście metaforycznie i oczywiście to tylko cytat, a i to niedokładny, gdyż nasz wybitny farmer prozy słynie z parafrazy – zarówno cytatów jak i faktów (w tymże niesławnym felietonie udało mu się przekręcić dwa nazwiska, należące do niezwykle popularnych w internecie facetów, przez co rozumiemy, że sprawdzenie, o kim się pisze, nie powinno zająć więcej niż 2 minuty na obu – no ale hasło „risercz ziemkiewiczowski” nie wzięło się znikąd).

Ponieważ pana redaktora jeszcze trochę ludzi czyta (została mu jakaś szczątkowa lekkość frazy z czasów, gdy uprawiał pisarstwo, a nie dotacje), zaczęły się dyskusje i przepychanki, a temat zataczał coraz szersze kręgi. W komentarzach część basowała panu dwojga imion felietoniście, część zawzięcie stawiała na edukację i próbowała wyjaśnić, co jest niestosownego w nawoływaniu do strzelania do ludzi (metaforycznie, pamiętajmy, jakby co złego, to nie przez to, że Rafał Aleksander nakłaniał do przemocy, on tak tylko śmiało trawestował). Tymczasem zbiegi okoliczności są złośliwe i w trakcie, gdy mistrz parafrazy i niedopowiedzeń mówił, że do osób LGBT należy strzelać (znaczy nie on, tylko kolega, tj. Cat-Mackiewicz, a w ogóle to tylko taka figura stylistyczna, nieprawdaż), w kraju znanym z dużo większej niż tradycyjna polska tolerancji, nastąpiły wydarzenia jak z mokrego snu farmera felietonów:

London bus assault

Jak widać, niektórym nie trzeba podpowiadać, i sami się garną – kilku młodzieniaszków, wg londyńskiej policji w wieku 15 – 18 lat, zaczepiało w autobusie parę dziewczyn, domagając się, by się zaczęły całować, bo panowie sobie życzą popatrzeć na lesbijki na żywo. Dziewczyny nie skorzystały z tak wspaniałej zachęty, więc zostały skatowane i okradzione. Widać, że dzieła dokonali amatorzy, nie czytający RAZa, bo po pierwsze pobili zamiast strzelać, po drugie, nie wygłaszali okrzyków o nazistach i bolszewikach.

Na świecie dzieją się jednak straszliwsze nieszczęścia, oto redaktorowi gleb patriotycznych Interia wymówiła współpracę. Rafał Aleksander pożalił się natychmiast w internecie, że go prześladują i że to straszliwy dramat niezrozumianego artysty, którego lesbijki i geje biją (ale on się nie podda i będzie dalej brnął, ale u siebie na stronie):razOUT

Najwyraźniej jednak nasz autor małorolny ma wokół siebie życzliwe dusze, i ktoś mu dobrze doradził, by stonował nieco swoje jeremiady. Pojawiło się nawet nadzwyczaj rozsądne jak na RAZa oświadczenie:

razO

Oczywiście jest to produkt przeprosinopodobny w opakowaniu zastępczym, Ziemkiewicz sugeruje nam o to, że co prawda taki jest światowy i literat obyty tu i ówdzie, skłonny do brawurowych cytatów i kawaleryjsko-kombajnowych parafraz, ale lud ciemny i głupi mógł się nie poznać i źle tę figurę stylistyczną odczytać i jeszcze by się komu co stało, a co jeszcze gorsze, odium by spadło na pana Ziemkiewicza, a to dramat nie do pomyślenia.

Czy żal mi biednego chałturzysty, że go wywalili z Interii? Ani trochę.

Czy wierzę w oświadczenie, że on tak się biedny potknął na cytacie i swej śmigłej jak perszeron frazie, i wszystko to tzw. lapsus i dramat niezrozumianego artysty? A figę.

Mogę sobie szydzić z faceta, ale dla porządku ustalmy (panie redaktorze, jak ktoś panu moją notkę podlinkuje i pan to czyta, to proszę: tak się robi risercz na potrzeby felietonu, i to nawet takiego, za który nie ma wierszówki) – gość w 1988 ukończył studia dziennikarskie na UW, od tamtej pory wydał siedem książek, kilka zbiorów opowiadań, w których to zbiorach da się znaleźć parę zupełnie niezłych tekstów, oraz SIEDEMNAŚCIE antologii własnych felietonów – przy tym gościu Bolesław Prus ma marną wydajność z hektara, marniutką! – chcę powiedzieć, że Ziemkiewicz od lat żyje z pisania i nie bez powodu dostał w swoim czasie aż dwie Śląkfy. W przypadku faceta z takim dorobkiem literackim sztubackie tłumaczenie, że mu się pióro omskło i coś napisał niezgodnie z własną intencją jest po prostu niepoważne. Ten gość doskonale wie, co mu z klawiatury zeszło, w końcu od trzydziestu lat z tego żyje (oraz ostatnio z KRUSu). Jeśli napisał homofobiczny, agresywny felieton i opatrzył go cytowanym na powyższych zrzutach ekranu tekstem, to nie dlatego, że nie radzi sobie z trudną materią słowa, tylko dlatego, że liczył na zamieszanie oraz rozliczne cytaty tu i ówdzie, podnoszące mu ranking kontrowersyjnego autora i pompujące status rozkosznego enfant terrible. Rafał dwojga imion Aleksander uwielbia zgrywać takiego niepokornego, w kontrze do salonów i głównego nurtu (trudna sztuka, gdy się ma stały program w publicznej telewizji), wszelako zupełnie przypadkiem trafiającego idealnie w gust co bardziej ksenofobicznej publiczności. Jeśli Ziemkiewicz coś napisał, to dlatego, że właśnie takie rzeczy miał zamiar napisać. To, że ktoś go pociągnął za słowo do odpowiedzialności, niewątpliwie powinno cieszyć w świecie, gdzie politycy przyzwyczajają nas do zupełnie otwartych kłamstw, obietnic bez pokrycia. Szefowie Interii wykazali się spóźnionym nieco, ale prawidłowym działaniem – wywalili gościa publikującego zachęty do przemocy wycelowanej w osoby nieheteroseksualne. W kontekście tego, że przemoc (fizyczna, emocjonalna, słowna, prawna i społeczna) osoby LGBT spotyka często i to nawet w krajach dużo bardziej otwartych i tolerancyjnych, wszelkie zachęty do niej należy tępić i wykorzeniać od razu. Cieszy mnie, że jeszcze są miejsca, z których usuwa się teksty o brunatnym zabarwieniu. Czy autor wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski, jest oczywiście dość wątpliwe, natomiast ta lekcja tego, co felietoniście uchodzi w miejscu publicznym, bardzo była potrzebna.

Miejmy tylko nadzieję, że na jutrzejszej Paradzie Równości nie będzie czytelników Ziemkiewicza.

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Granat w stawie, kręgi na wodzie

Przez znajome internety przewala się lawina wpisów na temat byłego kolegi/znajomego/współpracownika, który okazał się być bardziej wannabe gwałcicielem i molestowaczem niż fajnym kumplem. Bomba wybuchła, tekst stał się viralem i krąży, ostrzegając kolejne grupy dziewczyn przed gościem, którego wszyscy dotąd znali z zupełnie innej, szanowanej strony. Jednocześnie coraz to zgłaszają się nowe ofiary faceta i mówią: „o rany, was też..?”.

To nie będzie tekst o tym mężczyźnie.

To będzie tekst o ludziach wokół. O falach reakcji wzbudzonej przez ujawnienie sprawy i wyraźne zajęcie stanowiska.

Ponieważ w ramach tej kampanii ostrzegawczo-informacyjnej po raz pierwszy dało się zobaczyć w działaniu hasło miej odwagę powiedzieć STOP, gdy przy tobie ktoś przekracza granice. Mnóstwo ludzi zareagowało i wysłało wyraźny sygnał, że molestowanie, prześladowanie, napastowanie jest nie w porządku i budzi ich sprzeciw. Wymagało to tym większej odwagi i samozaparcia, im dłużej znali się i lubili ze sprawcą. Przejście od pobłażliwego zmarszczenia nosa na nutę No ale on już taki jest do ponurej konstatacji o cholera, tyle lat kumplowałem/am się ze stalkerem i molestatorem nigdy nie jest łatwe. Chroniąc siebie i własny obraz jako osoby, która przecież nie zezwalałaby na przemoc w swoim otoczeniu – nie dopuszcza się myśli, że oto ten fajny ziom z pracy drastycznie przekroczył granice żarcików czy uwodzenia. On tak ma, taki jest rubaszny w obejściu, takie ma trochę krzywe poczucie humoru, ale to swój facet. Im dłużej to jest swój facet, tym dłużej ofiary molestowania czują się nieswojo z myślą, że miałyby zgłaszać protest albo głośno się poskarżyć na to, co je spotkało. I dlatego właśnie swój chłop miał wolną rękę przez wiele lat, a nikt nie widział sygnałów ostrzegawczych. A dlatego właśnie, że tak trudno od akceptowania wraz z wadami swojego chłopa dojść do radykalnego zrywam z tobą kontakt, bo skrzywdziłeś wiele kobiet; chciałam stąd podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w wielu miejscach: w informowanie, w przekazywanie dalej ostrzeżeń na temat własnego kumpla, w opiekę nad osobami skrzywdzonymi przez jego działanie. Wiem, że musiało być to dla nich traumatyczne, trudne i dotkliwe, i dziękuję, że uwierzyli prześladowanym dziewczynom zamiast chronić swoje dobre samopoczucie i utrzymywać się za wszelką cenę w przekonaniu, że przecież nie firmowaliby swoją przyjaźnią kogoś, kto krzywdzi. Ich odwaga w wyjściu z własnej strefy komfortu psychicznego pomogła nie tylko dotychczasowym ofiarom, ale też tym, które znalazły się w kręgu oddziaływań tego gościa i zostały w porę ostrzeżone. A także zupełnie innym, nieznanym wam dziewczynom i facetom, którzy mieli złe doświadczenia z innymi stalkerami i gwałcicielami: daliście osobom skrzywdzonym przez molestowanie poczucie, że jeśli odezwą się głośno, ktoś im jednak uwierzy. Nawet, jeśli napastnik jest znany i respektowany.

Druga rzecz w związku z tą sprawą to oczywiście reakcje w sieci. Jako że tekst ostrzeżenia pojawił się w wielu miejscach, na społecznościówkach i komunikatorach, nieuniknione były petardy komentarzy.

Jeśli ktokolwiek z komentujących całą akcję z niedowierzaniem czyta również tego bloga, chciałabym wypunktować, co następuje:

  • za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom. Zastanówcie się, czy właśnie to chcieliście wyrazić.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że macie za mało dowodów, że uwierzycie, dopiero gdy jakaś wasza dobra, długoletnia znajoma potwierdzi wam, że ona też była molestowana tak, jak to opisują inne – odbieracie wiarygodność dziewczynom, które i tak są w dramatycznie dotkliwej sytuacji. Co więcej, żądacie zdania szczegółowego raportu z traumatycznego doświadczenia nie mając do tego najmniejszych praw. Takie wymagania stawiają ofiarę w klinczu: albo ponownie przeżyje swój dramat referując detale wydarzenia, o którym woli nie pamiętać, albo zarzuci się jej kłamstwo lub pieniactwo. Dajecie jasny przekaz: osobom skrzywdzonym przez napastnika seksualnego się nie wierzy, ich doświadczenia są negowane a wiarygodność podważana. Ciekawość szczegółów nie usprawiedliwia szantażowania ofiar w celu wydobycia z nich niechcianych wspomnień. Internetowy komcionauta może poczytać sobie Fakt, jak jest żądny sensacji.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że uwierzylibyście, gdyby do internetowych wpisów dołączyć kwity z przekazania sprawy na policję czy prokuraturę – podważacie wiarygodność ofiar oraz uzurpujecie sobie prawo do decydowania, jak mają swoją sprawę prowadzić. W tej konkretnej i w każdej innej sprawie to osoba skrzywdzona decyduje, czy chce swój przypadek zgłaszać i w jakiej formie.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że pokrzywdzone powinny były zrobić to czy tamto – wbijacie je we wtórną traumę. Sytuacje molestowania mają to do siebie, że nie da się na nie przygotować i zareagować optymalnie. Sprawca zastrasza, zawstydza, wpędza w poczucie winy, wmawia sama tego chciałaś, nikt ci nie uwierzy. Wymądrzanie się anonimowo po fakcie, że gdyby pokrzywdzone zrobiły coś tam, to sprawy potoczyłyby się inaczej tylko utrwala stres i traumę. Pouczając zza klawiatury ofiarę molestowania nie pomagacie ani jej, ani nikomu innemu, tylko poprawiacie sobie nastrój złudzeniem, że was to nie spotka, bo jesteście tacy przewidujący/ce.

To nie jest pierwsza sytuacja, gdy ktoś znany, szanowany, ze środowiskowym prestiżem i autorytetem przekracza granice. Nie jest też ostatnia, niestety, są inni i będą następni. Jest to pierwsza taka akcja, w której widzę, jak środowisko umie się przełamać i przyznać, że nie widziało przez lata złych rzeczy, również dlatego, że nie chciało widzieć. Dzięki tej akcji ostrzegawczej łowisko wreszcie się skurczyło nie tylko dla tego jednego seksualnego napastnika. W świat poszedł sygnał, że molestowanie nie jest dobrze widziane nawet, jeśli uprawia je jeden ze swoich. Jeśli choć paru stalkerów i macaczy w tej chwili poczuło się mniej pewnie i zawahało się, czy ktoś nie patrzy im z dezaprobatą na ręce, to akcja odniosła już sukces.

Nie wystarczy komentować w internetach pod artykułami o gwałtach gdzieś daleko w świecie. Skomentowanie zachowania własnego znajomego, który pcha się z łapami do koleżanki wymaga więcej odwagi. Dziękuję wszystkim, którzy ją mieli. Dzięki wam zrobiło się bezpieczniej.

Edycja: justowanie i literówka.

Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Etycy i esteci

W mediach wezbrała powszechna  wyrozumiałość i wystąpiła z brzegów. Specjaliści w różnym wieku na wyprzódki lecą tłumaczyć, że co prawda Polański zrobił brzydko, ale z różnych powodów nie powinniśmy być Katonami i mówić mu przykrości.

Bieżąca ścieżka obrony wiedzie nieco mniej obrzydliwą trasą niż parę lat temu, kiedy to kolega po fachu rechotał, że nie można przecież zgwałcić prostytutki (Zanussi, wstań) a koleżanka (Stalińska, o tobie mowa) mu basowała, uprawiając victim blaming aż świstało. Engelking co prawda ma wstrząsającą refleksję, że skoro ofiara nie była dziewicą, to co to za gwałt. Tu oczywiście miałabym pytanie, czy jakby kto upił/ućpał dorosłego i – jak sądzę – niedziewiczego Engelkinga i odbył z nim stosunek analny wbrew woli, to pan pisarz nadal byłby taki pewny, że to nie gwałt i nie ma o czym mówić; no, ale nie jestem z zawodu etyczką, więc nie będę sugerować tak wyuzdanych eksperymentów myślowych.

Wracając do naszych tytanów i tytanic wyrozumiałości. Do tkliwego wybaczania skłaniają ich trzy okoliczności:

  • wyjątkowy dorobek artystyczny Polańskiego
  • publiczna deklaracja ofiary gwałtu, że przebacza sprawcy
  • upływ czasu, wskazujący na przedawnienie

Pierwszy argument jest tak kompletnie od czapy, że aż nie wiem, jak może przechodzić przez usta i klawiaturę zawodowcom (Środa ma kwity na bycie etyczką, ba, powołuje się na nie w swoim kuriozalnym felietonie). Twórczość Polańskiego ma się nijak do jego postępku, bo nie twórczością gwałcił trzynastolatkę w swoim jacuzzi. Jeśli Środa przedkłada wyżej filmy Polańskiego nad służbowe kreacje czy wyczyny oratorskie Wesołowskiego, to oczywiście kwestia jej wrażeń estetycznych, ale wywodzenie z tego skutków prawnych czy moralnych w kwestii zupełnie niezwiązanej z uprawianą przez obu panów sztuką czy pracą jest totalnym nadużyciem. Pol Pot nie byłby ani odrobinę mniejszym zbrodniarzem, gdyby przy rzeziach Kambodży grał wirtuozersko na flecie. Literacka wartość pamiętników czy biegłość zawodowa prawniczych publikacji nie rzutuje na opinię o pozostałych dokonaniach Hansa Franka. I tak dalej, bo dojechaliśmy do Godwina.

Co do kuriozalnego stwierdzenia, iż:

O „przypadku Polańskiego” nie mam jednoznacznej opinii. Jako osoba prywatna i lubiąca jego filmy uważam, że trzeba dać mu spokój; jako osoba szanująca prawo jestem za ekstradycją; jako etyk uznaję, że przebaczenie ofiary wymazuje winę sprawcy. Reszta powinna być sprawą jego własnego sumienia.

(Środa dixit), nie jest ono w niczym lepsze od salomonowego prawdopośrodkizmu Engelkinga:
Czy jest z tej matni jakiekolwiek uczciwe wyjście? Jest uczciwsze od innych, czyli umycie rąk. Umycie rąk, które oznacza stwierdzenie: jest źle, że Roman Polański nie trafił do więzienia za swój czyn, ale tak naprawdę, to ten czyn niewiele mnie obchodzi – także dlatego, że nie jestem i nie zamierzam być jego sędzią, a uznaję Polańskiego za jednego z najważniejszych reżyserów, więc wygodniej mi nie osądzać. Gorzej – czytaj: mniej wygodnie – by było, gdyby Roman Polański do więzienia za swój czyn trafił. Dlatego lepiej nie optować za ślepym, mechanicznym działaniem wymiaru sprawiedliwości – i zamieść sprawę pod dywan, zdając sobie sprawę z własnej klęski. Jest to najlepsze ze wszystkich złych rozwiązań.
Otóż, Samantha Geimer może przebaczać wyłącznie w swoim imieniu. To nad nią znęcał się trzydzieści lat temu Polański, to ją przesłuchiwali – według najlepszych technik oskarżania ofiary – amerykańscy policjanci i prawnicy, to z jej przeżyć wiele gazet zrobiło sobie materiał na pierwsze strony i to o jej prowadzeniu po trzydziestu latach tak swobodnie rozprawia felietonista polskiego portalu. Geimer ma prawo mieć dość cyrku wokół siebie, ma prawo chcieć lub nie chcieć procesu i dojrzeć do wybaczenia sprawcy lub po prostu odpuścić. Środa ochoczo podpinająca się pod tę deklarację przebaczenia jest dla mnie powodem do zażenowania. Etyczne wymazanie winy może tu następować w odczuciu Geimer, natomiast ci, których tyłek nie ucierpiał, niech się tak rączo nie podwieszają ze swoim rozgrzeszaniem i anulowaniem winy. Zwłaszcza, że deklaracje o wybaczeniu mogą płynąć z różnych pobudek, również z zamęczenia ofiary przez różnych medialnych ekspertów od oceny jej działań i głębi jej krzywd.
Byłoby nieźle, jakby chyża w darowaniu win Środa pomyślała, że jej felieton może czyta nie tylko Roman Polański, ale też dzieciaki gwałcone przez inne sławy, światowe czy lokalne. Myślę, że nie cieszyłyby się z takiego rozgrzeszania sprawców.
Argument z przedawnienia jest tak naprawdę najmocniejszy.
Od razu zastrzegam się, że nie będę nawet udawać, że znam przepisy prawa karnego obowiązującego w stanie Kalifornia – zwłaszcza te sprzed trzydziestu siedmiu lat. Jeśli ktoś z komentatorów zna, poproszę o skomentowanie.
Natomiast wiem, że w wielu systemach legalnych wszczęcie postępowania przerywa bieg przedawnienia, co mogłoby znaczyć, że w sensie prawnym nie ma co mówić o przeterminowaniu się sprawy. Sprawę wszczęto, Polański po prostu uciekł, wystraszony perspektywą znacznie surowszej kary niż ta, którą się spodziewał dogadać z prokuratorem jego prawnik. Stąd też USA mimo upływu czasu wciąż żąda ekstradycji, a Polański stąd też woli osobiście nie jeździć na gale oskarowe.
Czy zbrodnia przedawnia się w sensie moralnym? Nie wiem. Na pewno dzisiejszy Polański to zupełnie inna osoba niż trzydzieści lat temu, co wnoszę nie tyle z jakiejś tajemnej wiedzy na temat jego nawrócenia, co z tego, że nikt nie jest odporny na upływ trzech dekad. Czy to jest powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że „było minęło”? Nie mam takiej pewności. Nie znaczy to, że mam pewność, że posadzenie osiemdziesięciolatka w sprawie przestępstw popełnionych przez czterdziestolatka jest jedynym rozwiązaniem. Mam pewność, że bardzo źle się stało, że czterdziestoparoletni facet przed tym sądem nie stanął i nie przyjął na klatę konsekwencji. Być może proces nie byłby uczciwy, być może kara byłaby dużo cięższa niż spodziewana. Być może posadzenie celebryty, ba – wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy! – do więzienia za gwałt na nieletniej spowodowałoby większe zmiany w powszechnej świadomości i wcześniejsze wyjście na jaw innych dramatów wykorzystywania dzieci. Jeśli Środzie i Engelkingowi wolno rozpaczać, że siedzący za kratkami artysta nie nakręciłby tylu arcydzieł, mnie wolno fantazjować, że proces i więzienie dla Polańskiego dałyby wyraźny sygnał (nie tylko medialny) o niezgodzie na pedofilskie gwałty, wykorzystywanie nieletnich i tuszowanie przestępstw w przypadku, gdy sprawcami są znane osobistości.
Nie będzie efektownej pointy, nie mam zamiaru robić za Maxa Kolonko i mówić, jak jest i jak ma być. Chciałabym tylko, żeby sławne etyczki nie były tak rącze w biciu się w nieswoje piersi i wybaczaniu nieswoich krzywd tylko dlatego, że lubią fajne filmy. Bo etyka i estetyka powinny się różnić czymś więcej, niż jedną sylabą.
A na zakończenie mała zagadka – czy autorem zalinkowanej polemiki z profesorą Środą jest:
a) zawodowy etyk
b) przyzwoity felietonista
c) internetowy brukowiec zajmujący się na co dzień kwestią bielizny noszonej przez gwiazdki i gwiazdeczki?
Odpowiedzi prosimy nie nadsyłać, bo wstyd.

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Prawa kobiet, ale…

Oczywiście, że szanuję kobiety i ich prawa, ale powinniśmy też pamiętać o [wstaw randomowo ulubioną abstrakcyjną ideę], które są conajmniej równie ważne, więc nie możemy forsować rozwiązania korzystnego dla kobiet wbrew tej sprawie.

Ponieważ niedawno przeczytałam tę historię i nie mogę się otrząsnąć z grozy. Dla tych, którzy nie czytają po angielsku streszczenie artykułu: w 2002 w szkole dla dziewcząt wybuchł pożar. 15 dziewcząt zmarło, ponad 50 doznało obrażeń. Mutaween (czyli religijna policja obyczajowa) nie pozwoliła dziewczętom uciekać z budynku, ponieważ nie były ubrane odpowiednio do wyjścia w miejsce publiczne (tzn. okryte od stóp do głów). Personel zaganiał je do płonącej szkoły i odpychał cywilnych ratowników, bo niemoralne byłoby, żeby obcy, niespokrewnieni mężczyźni dotykali skóry młodych dziewcząt.

Przepraszam, ale potrzebuję chwili przerwy.

Pisałam już wcześniej o tym, jak komplikuje dyskusję, gdy mieszają się porządki normatywne i opisowe, gdy zderza się z jednej strony argumentacja oparta na konkrecie z argumentacją wywiedzioną z abstrakcji. Horror z Mekki jest wymowną ilustracją, że priorytet nawet najpiękniej brzmiącej idei nad konkretami, takimi jak życie i zdrowie konretnych, realnych dziewcząt nie przynosi dobrych rezultatów. Dziewczyny zginęły, by nie wodzić na pokuszenie ratowników.

Rok temu inna dziewczynka niemal zginęła, żeby nie gorszyć swoich rówieśników i nie szczuć ich do złego. Jej zbrodniczo zły przykład polegał na chodzeniu do szkoły i chęci uczenia się jak najdłużej.

W tym roku dostała nagrodę imienia Sacharowa za działalność na rzecz praw człowieka.

Chwilę później strażnicy moralności kobiet obiecali, że znów postarają się ją zabić, bo szarga przyzwoitość i ideały islamu żyjąc i chcąc się uczyć w szkole.

Zarzuty o przejście na stronę zła i ciemności życia laickiego i zwalczania islamu brzmią wątło, gdy się czyta, jak Malala wygłosiła swoje przemówienie na forum ONZ:

Bismi Allah ar-Rahman ar-Rahim, w imię Boga miłosiernego, litościwego – zaczyna drobna brunetka w różowym stroju. Na początek chcę podziękować Bogu i wszystkim, którzy modlili się za moje wyzdrowienie. Nie mogę uwierzyć, ile dostałam miłości z całego świata.
 
 
Ubrana w strój zasłaniający jej ciało i włosy, zaczynająca przemówienie w ONZ od inwokacji do Allaha wydaje się być wspaniałą ambasadorką islamu, czyż nie? Z punktu widzenia fanatycznych wyznawców szariackiej wersji gender zasługuje na śmierć, ponieważ nie dała się zamknąć w domu i pisała o potrzebie edukacji, domagając się, by wbrew zakazom mułłów utrzymano przy życiu szkoły dla dziewcząt. (Zwróćcie uwagę – już nawet nie koedukacyjne placówki, ale choćby segregowane z przyczyn religijnych szkoły!) Jej rewolucyjne i wywrotowe przemówienie zawiera takie oburzające tezy:
 
– Mamy tego dość. Kobiety i dzieci cierpią na całym świecie. W Indiach dzieci są ofiarami przymusowej pracy. W Nigerii niszczone są szkoły. W Afganistanie przez dekady rządzili ekstremiści. Dlatego wzywamy dzisiaj światowych przywódców: zmieńcie politykę, zapewnijcie nam spokój, niech prawa kobiet i dzieci wreszcie będą przestrzegane.- Chcemy szkoły, chcemy prawa do nauki dla każdego dziecka. Bo jedno dziecko, jedna książka i jeden długopis, mogą zmienić przyszłość świata.

 

Malala staje się, świadomie lub nie, rzeczniczką feminizmu, wołając o prawo do wyboru i uszanowanie wyborów poczynionych przez kobiety. Ona wybrała bycie wierzącą muzułmanką i bycie wykształconą. Władze jej kraju odmawiają jej tego prawa do tego wyboru: ma być muzułmanką lub umrzeć. Bycie muzułmanką w ich rozumieniu nie wymaga umiejętności czytania ani liczenia, nie wymaga znajomości geografii ani fizyki, nie musi obejmować rozumienia historii ani chemii. Ich – władz religijnych – rozumienie istoty bycia muzułmańską kobietą jest jedynie słuszne i wyczerpuje spektrum dostępnych ścieżek życiowych dla kobiet pod ich panowaniem. Te, które wychylą się choćby z prośbą o pozwolenie na chodzenie po ulicach w zwykłym, wygodnym ubraniu lub z postulatem czytania podręczników i zdobywania wiedzy są zastraszane i zapędzane kolbami do domów. Lub rozstrzeliwane. Ich upokorzenie, ból i okaleczenie to konsekwencje, jakie ponoszą za żądanie prawa do wyboru swojego życia.

 
Za to samo prawo, o które upominamy się również w Polsce.
 
W dyskusjach o feminizmie bardzo nie lubię argumentu, że my kobiety na Zachodzie mamy już wszystko i walczymy o wyimaginowane fanaberie – końcówki gramatyczne lub możliwość wyboru w kwestii macierzyństwa. Że prawdziwe problemy kobiet są gdzie indziej. Otóż i tak i nie. Istota problemu jest ta sama: władza – państwowa lub religijna, która odbiera kobietom wolność i prawo do decyzji o własnym losie, mówiąc, że istnieją jakieś wyższe, abstrakcyjne racje, przed którymi żądania kobiet (czy dotyczą one zuchwale prawa do czytania, czy noszenia wybranych strojów, czy niezachodzenia w ciążę gdy tego nie chcą) muszą się bezwzględnie ugiąć. Różnice polegają na sankcjach – w krajach zachodu do piętnastoletnich uczennic władza nie strzela. Polska władza religijna natomiast marzy o takich prerogatywach, jakimi dysponują mułłowie i imamowie –
 
To feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże. 
 
(Żeby nie było, to autentyczny cytat z polskiego biskupa. W komciach można zgadywać, z którego.)
Polska władza (teoretycznie) świecka potrafiła już dawno ustalić i ogłosić, że dla niej istotniejsze są kwestie idei i abstrakcji od jakichkolwiek realnych wydarzeń. Ktoś, kto uznaje prymat abstrakcyjnych koncepcji nad realnym dobrostanem konkretnych, żywych ludzi, stawia się w bardzo niebezpiecznym miejscu. Gdy ideologiczna słuszność i wierność idei przesłania mu żywego człowieka, jego życie, jego ból, jego zdrowie lub potrzeby, gdy czuje, że rozwiązanie konfliktu między ideą a konkretem polegać może wyłącznie na uciśnieniu i upokorzeniu bliźniego – staje po tej samej stronie, po której stali strażnicy szariatu zapędzający przestraszone uczennice do ognia. Czy jest to stos całopalny z niestosownie ubranych dziewczynek, czy umieranie kobiety, której odmówiono aborcji mimo wskazań medycznych; czy jest to Polska, Irlandia czy Arabia Saudyjska – fanatycy żądają ofiar z kobiet w imię swojej ideologii. Dlatego oburzam się, gdy ktoś uzasadniając żądanie całkowitego zakazu aborcji, mówi, że owszem, żal mu kobiet i rozumie, że może być im trudno, ale istnieją wyższe racje. Wolałabym żyć w kraju, w świecie, w którym kobiet nie trzeba żałować, a nie ma wyższej racji niż prawa człowieka – do ochrony, do zdrowia, do wyboru.
 
 
 
Zwolennikom uszanowania różnic kulturowych, których nie rozumiemy, ale które musimy respektować (zadziwiające, jak chętni jesteśmy do respektowania czyichś praw do represjonowania słabszych) polecam anglojęzyczny blog kalibrujący. Dla tych, którzy lekceważą wołania o prawa kobiet w świecie muzułmańskim, zbywając je wyniosłym one są zadowolone, lektura ta powinna dać szczególnie wiele do myślenia.