O konieczności darcia mordy

Spory w internecie nie są prowadzone po to, by przekonać oponenta. Szansa na to jest jak na trafienie w totka, matematycznie możliwa, ale nikt nie ma czasu wykonywać tych wszystkich milionów operacji, by odnieść sukces. Spory w internecie nie są też po to, by wykazać, że oponent jest głupi czy sam nie wie, co mówi (choć miło bywa patrzeć, gdy się zamota w zeznaniach).

Spędzam sporo czasu w sieci wchodząc w polemikę z rasistami, antysemitami, a ostatnio z homofobami. Są to ludzie, którzy swoją nienawiść do mniejszości sprzedają jako gorliwą religijność („to bóg mi kazał kamienować homoseksualistów, ale tak naprawdę jak piszę, że należałoby tych pedałów potopić, to mam na myśli duchową śmierć grzesznika, wysoki sądzie”)*, osobliwie pojmowany patriotyzm („lewacka zaraza, ideologia deprawująca dzieci i staruszki”)*, wierność naturze („kto to widział w przyrodzie homoseksualizm, nawet rośliny są hetero!”)* i inne racjonalizacje. Czemu uważam dyskutowanie z nimi, podważanie ich tez, kontrowanie i jałowe przytaczanie argumentów przeciwko ich wymysłom  za nie tylko warte spędzonego na nim czasu, nie tylko warte stresu, gniewu, złości i rozpaczy, jaka towarzyszy czytaniu, jak to poniżanie osób LGBT służy bogu i ojczyźnie; ale wręcz uważam ten jałowy trud za mój obowiązek?

Nie dlatego, jakobym wierzyła w nawrócenie i przekonanie swoich rozmówców, że jednak osoba nieheteronormatywna to nie potwór, deprawacja, wyuzdanie, czysta chuć lub zagłada cywilizacji*. Nie wierzę. Nie jestem w stanie przemeblować rozmówcy klocków w głowie, które to klocki składają się na spójny obraz rzeczywistości z wrogiem do tłuczenia. Nie jestem w stanie jedną dyskusją cofnąć lat indoktrynacji religijnej i obskuranckiej hipokryzji. W tych wszystkich potwornych kopaninach nie chodzi o homofobów, rasistów czy innych ksenofobów.

Chodzi o obserwatorów.

Chodzi o tego piętnastoletniego Dominika z Bieżunia, chodzi o Milo, chodzi o rzeszę siedzących cicho nad tabletami i komórkami dzieciaków, które czytają Facebooka, Twittera, fora na portalach i zastanawiają się, co się stanie, jak powiedzą rodzicom, kolegom, nauczycielom, że są inne niż większość dzieci. Dla tych wszystkich ludzi, którzy śledzą dyskusje w internecie i czują się coraz gorzej, coraz straszniej, bo politycy, publicyści, instytucje jednogłośnie grzmią, że ten rozdarty, wystraszony nastolatek borykający się z własną odmiennością to zaraza, choroba, patologia, zagrożenie dla rodziny, miasta i kraju, coś do wywieszania na szubienicach, do kamienowania, topienia, palenia, wysłania do gazu*. Kłócę się za każdym razem, choć to bardzo dużo nerwów i stresu wypala, właśnie po to, by ten nastolatek, ten dwudziestolatek, ta dziewczyna, ta kobieta zobaczyły, że głos nienawiści nie ma monopolu. Że nie wszyscy piszący po polsku nienawidzą, życzą śmierci, kalectwa i bólu każdemu, kto nie jest hetero. Kłócę się, by te dzieciaki, ci dorośli, te nastolatki siedzące w przerażeniu w szafie, bojące się ujawnić, wiedziały, że nie wszyscy ich nienawidzą. Że są ludzie, którzy będą oponować przeciwko mowie nienawiści, przeciwko zaszczuwaniu i zastraszaniu. Że istnieje inny głos w dyskursie publicznym, niż tylko głos pogardy, głos obrzydzenia, głos wykluczenia i odrzucenia.

Piszę, żeby wiedzieli, że nie są sami.

Piszę, bo nie chcę, żeby kolejne dzieciaki powtarzały los Milo i Dominika. Piszę, bo jestem człowiekiem i to jest również moja odpowiedzialność, by choć na trochę zatrzymać wielkie młyny nienawiści, które mielą wszystko co Inne. Piszę, bo chcę dać choćby minimalną przeciwwagę, cień nadziei, powód, by i oni mieli siłę walczyć o swoje życie. By wiedzieli, że nie są z tym zalewem nienawiści zupełnie sami.

 

To pewnie dobre miejsce, by podziękować niezmordowanemu Slwstrowi, od którego ciągle się uczę wytrwałości w tej pracy.

 

PS. Autorka nie jest pozbawioną edukacji dyslektyczką, brak wielkich liter w słowach, w których P.T. publiczność przywykła je widzieć jest zamierzony i wynika z niechęci do obdarzania choćby ortograficznym szacunkiem bytów i instytucji mających uzasadniać tortury, ludobójstwo lub przemoc.

________________________________________

* wszystkie zacytowane w tekście obelgi, wymysły i potworności udało mi się przeczytać dzisiaj w różnych wątkach dyskusji na Twitterze.

Niech się święci

Przypomnijmy, skąd wzięły się obchody pierwszomajowe – od strajków robotniczych w Chicago w 1886, gdzie robotnicy żądali ludzkich warunków: maksymalnie ośmiogodzinnego dnia pracy, wynagrodzeń na poziomie umożliwiającym zaspokojenie potrzeb, umów o pracę dających uczciwe warunki zatrudnienia, niepozwalające na wyrzucenie z dnia na dzień bez powodu czy gwałtowną redukcję stawek. Zasadniczo robotnicy z Chicago 150 lat temu protestowali przeciwko tarczy antykryzysowej premiera Morawieckiego.
90 lat temu w pożarze szwalni Triangle Shirtwaist Factory w Nowym Jorku spłonęło 146 kobiet. Ich śmierć była do uniknięcia, wynikała z chciwości przedsiębiorstwa, które nie tylko zaniedbało profilaktykę przeciwpożarową (brak wiader z wodą, brak zabezpieczeń przed wybuchem ognia, który w takich miejscach jak szwalnie i tkalnie roznosi się błyskawicznie z uwagi na obecność pyłu bawełnianego, łatwopalnego i wybuchowego, umiejscowienie szwalni na najwyższych piętrach, do których nie sięgały drabiny straży pożarnej, zaniedbane windy i zewnętrzne schody ewakuacyjne), ale też zaryglowało drogi ewakuacyjne by ograniczyć wychodzenie pracownic na przerwy w pracy. Ten pożar wstrząsnął opinią publiczną na tyle, że nie tylko wywołał oburzenie i szum medialny, ale też zapoczątkował prawne regulowanie warunków pracy, mające na celu zapewnienie bezpieczeństwa: fizycznego, finansowego, społecznego. Stąd powstały wymogi dotyczące przestrzeni, przewiewu, temperatur, dróg ewakuacji, czasu pracy, rotacji pracowniczej – regulacje zapobiegające wyzyskowi pracowników i uprawianiu biznesu kosztem zdrowia i życia ludzi pracujących. Te regulacje, które znosi teraz tarcza antykryzysowa premiera Morawieckiego.
Mamy rzekomo najbardziej populistyczny rząd w historii. Paradoksalnie, poza okazjonalnymi świadczeniami socjalnymi na rzecz dzieci czy emerytów, ten rząd zajmuje się w trakcie kryzysu wyłącznie wygładzaniem zmarszczek na czole dużych przedsiębiorców i ocieraniem łez rekinów biznesu. Umożliwia błyskawiczne zwalnianie, pozbawianie płacy, rozregulowanie czasu pracy, wręcz skoszarowanie pracowników na terenie wskazanym przez przedsiębiorcę, delegowanie lub okrawanie wynagrodzenia, opóźnienia płatnicze (również w opłatach na rzecz ubezpieczeń społecznych) – wszystko w imię świętej gospodarki. Święta gospodarka ma przetrwać, nieważne, ile osób odda za to życie. Dosłownie – bo zarazi się w trakcie pandemii pracując bez wytchnienia, ale za to bez zabezpieczeń; lub dosłownie – bo straci pracę i wszelkie zabezpieczenie, a bezdomni bez środków na zakup jedzenia nie żyją długo. Jak święta gospodarka ma przeżyć, gdy owszem, za wszelką cenę rząd podpiera podaż i wspiera przedsiębiorców w zbożnym trudzie produkowania dóbr, których nie ma kto kupić, gdyż wywaleni na zbitą mordę pracownicy to ci sami ludzie, którym chciałoby się sprzedać te wszystkie jakże drogo, bo kosztem ich bezpieczeństwa finansowego i ubezpieczeń wyprodukowane dobra – nie wiem. Jak ma się ta operacja powieść, gdy przedsiębiorca przy wsparciu mecenatu państwowego będzie produkował, taniej, łatwiej i nie oglądając się na bezpieczeństwo i godne wynagrodzenie, a konsument będzie żarł trawę i stał w kolejkach po mąkę i olej z darów, modląc się do wszystkich bogów i demonów, by bank się wstrzymał z eksmisją – przerasta moje rozumienie ekonomii.

 

Z okazji międzynarodowego święta pracy – a tak naprawdę, z okazji święta praw pracowniczych, miłego i blaknącego w pamięci wspomnienia czasów, w których kiedyś mogliśmy żyć i przeżyć – życzę wszystkim moim czytelniczkom i czytelnikom, żeby ich najnowsza wersja tarczy antykryzysowej autorstwa naszego wspaniałego rządu nie rąbnęła na odlew.

the-haymarket-riot-explosion(źródło: wikipedia commons)

Tango Kaja w czasie zarazy

Jest pandemia, polskie szpitale jak klocki domina wypadają z systemu opieki zdrowotnej z powodu kolejnych zarażeń i zachorowań personelu, rośnie liczba bezrobotnych, rośnie liczba firm, które padły lub padną w ciągu najbliższych tygodni, zatem nic pilnego się nie dzieje, możemy porozmawiać o zakazie aborcji.

To nie ja, to oni – wczoraj Sejm znów omawiał projekt kompletnego zakazu. Tak, znów projekt Kai Godek. Tak, do niej nie dociera, że Polki tego zakazu nie chcą i wychodzą na ulice (no, teraz nie mogą, ale to proszę pani Godek nie oznacza, że zmieniłyśmy zdanie). Protest przeniósł się do internetu, gdzie na falę wpisów z flagą Czarnego Protestu prolajferzy odpowiadali swoimi przemyśleniami o cudzych brzuchach i łatwości „urodzenia i oddania do adopcji”. Nie zauważyłam, by ktokolwiek jakoś się zagłębiał w temat, jak w trudnej sytuacji życiowej (proszę wyjrzeć za okno) przechodzić dziewięć miesięcy ciąży z ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej (proszę spojrzeć akapit wyżej, o placówkach ochrony zdrowia wyłączonych z obiegu z powodu zarażeń wśród pacjentów i personelu). O ile pandemia zapewne minie i wirus nie zostanie z nami na zawsze – a jeśli zostanie, to tak jak grypa: z opracowaną szczepionką i lekami znacząco łagodzącymi objawy – to skutki będziemy odczuwać jeszcze latami. Te rynkowe, gdzie zmniejszy się liczba miejsc pracy, punktów usługowych, produkcyjnych i handlowych, i te związane z ochroną zdrowia. Po takim kryzysie „niech jadą” lekarze i „tylko piją kawkę” pielęgniarki masowo odejdą z zawodu, choćby dlatego, że już teraz około 20-35% z nich jest w wieku emerytalnym i pracuje chyba wyłącznie dla etosu, tylko że za znacznie mniejszą stawkę niż ideowy marszałek Karczewski. Reszta wyciągnie wnioski z tego, jak ich bezpieczeństwo, warunki pracy i potrzeba zapewnienia narzędzi do walki z epidemią zostały potraktowane przez władzę i nie sądzę, byśmy jeszcze mieli cieszyć się luksusem umawiania wizyt specjalistycznych na terminy w ciągu jednego roku.

Wracając więc do obrad Sejmu i wałkowania projektu całkowitego zakazu aborcji, uchwalenie w tej chwili zakazu przerywania ciąży nie tylko na życzenie (czego w Polsce nie mamy od lat dziewięćdziesiątych, a co podczas nieuchronnego kryzysu byłoby ratunkiem dla wielu), ale również w przypadku zagrożenia życia i zdrowia kobiety lub znaczącego uszkodzenia płodu jest dodatkowo dotkliwe dla kobiet, które są zazwyczaj pierwszymi ofiarami kryzysów ekonomicznych. Oczywiście, zwolenników całkowitego zakazu aborcji zupełnie nie martwi życie istniejących rodzin tych kobiet, które być może są już matkami i kolejna ciąża obciążająca ich zdrowie w warunkach bezrobocia i okrojonego dostępu do lekarzy może skończyć się nie tylko bohaterskim zgonem ciężarnej, co chętnie wszak wynoszą na ołtarze, ale też powiększeniem grona sierot, które sobie raczej za dobrze nie poradzą bez matki.

Oczywiście o kwestiach ekonomicznych, o prawach kobiet i o tym, że ciąża to niekoniecznie stan błogosławiony, było już na tym blogu kilkanaście razy pisane i czytelniczka wie to wszystko i zna na pamięć. Żeby więc coś świeżego było, przejrzyjmy skromny wybór argumentów latających po sieci wśród gorliwych obrońców donaszania niechcianych ciąż (zebrane z różnych wątków):

Mamy oto pełną skalę – od protekcjonalnego kiwania paluszkiem przez jakiegoś księdza na posłankę na Sejm: nieważne kwestie merytoryczne, nieważne prawa kobiet, istotne, że się księdzu kobieta podoba i chce ją skarcić, że się odezwała nie w stylu księżowskich kazań, furda powaga urzędu posła na Sejm Rzeczypospolitej, ważne, że dziewczyna urodziwa, to można ją po ojcowsku pouczać,

piękna

mamy w innym wątku sugestię jakoby uroda protestującej była nie dość dorodna, by jej wysłuchać; tu z obrzydliwym podtekstem, że oto piszący ma prawo oceniać atrakcyjność kobiety i na tej podstawie wyrokować w sprawie jej praw reprodukcyjnych i możliwości zajścia w ciążę (ten motyw niestety był dużo popularniejszy i się powtarzał w odniesieniu do wielu protestujących pod własnym nazwiskiem lub zdjęciem),

brzydula

aż po nawet niczym niezamaskowany rasizm i postulat wyrugowania z kraju osoby o poglądach nienawistnych piszącemu. Tu pięknie pogarda wobec protestującej w sprawie praw rozrodczych łączy się z pogardą dla imigrantów, osób niebiałych i z kultywowaniem mitu o rzekomo upadłej Szwecji. Bingo na miarę naszych możliwości.

ciapaci

Mamy też dorodny przykład wnioskowania nieliniowego, gdzie lesbijki nie są kobietami, prostytutki nie są kobietami, oraz jako przykład osób najbardziej skłonnych do stosowania aborcji autor podaje osoby nieuprawiające seksu hetero:lk

Ponieważ autorkę bloga przeglądanie wpisów szybko zemdliło po udokumentowaniu najbardziej osobliwych ripost, najczęstsze argumenty zostaną tylko streszczone bez zdjęć – życzenie, by protestująca sama się zabiła, sugerowanie, że terminacja zarodka = pyzate niemowlę w rzeźni, sugestia, że rozwiązaniem problemu niechcianych ciąż jest stuprocentowa abstynencja u kobiet, a z niechcianymi ciążami spotykają się wyłącznie rozwiązłe prostytutki. Nikt w przejrzanych przeze mnie kilkudziesięciu wątkach nie podjął tematu ciąży z płodem obciążonym chorobami i niepełosprawnościami. Pojawił się za to mój ulubiony argument, że jak ktoś nie chce dziecka (tu wstawić gwałtowne a dramatyczne żachnięcie się z oburzenia) to można oddać do adopcji, tyle osób chce mieć dzieci!

Ponieważ jestem leniwa, zrobiłam leniwy research. Sprawdziłam, ile jest placówek opiekuńczych (domów dziecka, rodzinnych domów dziecka, rodzin zastępczych, placówek opieki interwencyjnej) w kilku województwach: mazowieckim (124), śląskim (147), podkarpackim (57). Średnio zajmują się one co najmniej dziesięciorgiem dzieci (rodzinne zwykle mniej, 2-8, placówki państwowe lub samorządowe mają i ponad czterdzieścioro podopiecznych), przy czym na Podkarpaciu nie ma w ogóle placówek mniejszych niż na dziesięcioro podopiecznych. O ile praktyka pokazuje, że małe dzieci (do lat dwóch), zdrowe, pełnosprawne, z uregulowaną sytuacją prawną (całkowite zrzeczenie się praw przez rodzinę biologiczną) wychodzą do adopcji dość bezproblemowo, to cała reszta potrafi pozostać w systemie do pełnoletności. Oczywiście, im więcej dzieci z jednej rodziny trafia do systemu, tym trudniej im z niego wyjść – chęć adoptowania całej gromady zgłasza bardzo niedużo potencjalnych rodziców, a jeszcze mniej ma na to warunki. Każda niepełnosprawność, choroba, zaburzenie – choćby wynikłe z przebywania w systemie opieki – obniża rażąco szanse na wyadoptowanie. Bieżący kryzys pandemiczny pokazał, że placówki opiekuńcze wcale nie są objęte szczególnym zainteresowaniem państwa (zostały pominięte w przepisach dotyczących ograniczeń ruchu i zapobieganiu rozprzestrzeniania się wirusa), więc nikłe szanse na to, by przy zwiększeniu podaży niepełnosprawnych dzieci urodzonych w wyniku zakazu terminowania ciąż z płodem uszkodzonym nagle zyskały większą wydolność. Raczej zwiększy się śmiertelność w tych placówkach, które zostaną przeciążone zadaniami ponad ich budżet, przy jednoczesnym utrudnionym dostępie do lekarzy i sprzętu. System już teraz sobie nie radzi z istniejącą liczbą sierot społecznych, dzieci niechcianych lub odebranych dysfunkcyjnym rodzinom biologicznym, by w ogóle myśleć o dokładaniu mu dzieci trwale niepełnosprawnych, wymagających niebywale kosztownego leczenia, rehabilitowania i dodatkowych zabiegów opiekuńczych. System już teraz wymaga nie tylko dofinansowania, ale też przemyślanej reformy przepisów związanych z porządnym zdefiniowaniem dobra dziecka jako głównego przedmiotu zainteresowania, aktualizacji przepisów dotyczących adopcji międzynarodowych, zmiany przepisów dotyczących statusu sierot społecznych i dzieci pochodzących z interwencji oraz usprawnienia procedur nadzoru nad losami dzieci przemieszczanych między rodziną pochodzenia, ośrodkami i rodzinami zastępczymi. Potrzebne są miesiące pracy interdyscyplinarnych zespołów, by system stał się sensowny, wydolny i skuteczny; potrzebne są dodatkowe kadry w ośrodkach opiekuńczych, w instytucjach kontroli i kwalifikacji, potrzebne są rozsądne przepisy i potrzebne są środki na realizację tych zmian. Na pewno system nie potrzebuje dodatkowych dziesiątek dzieci, których potrzeby przerastają umiejętności i stan posiadania większości placówek opiekuńczych, wychowawczych czy rodzinnych.

(Jakby ktoś chciał wspomnieć o adopcji via tzw. okna życia, to koleżanka Lemingarnia już dość skutecznie rozjechała ten pomysł, nie muszę po niej przepisywać.)

Procedowanie zakazu aborcji dla przypadków płodów uszkodzonych i obciążonych poważnymi wadami w sytuacji zapaści systemu ochrony zdrowia, z której to zapaści nie podniesiemy się przez lata jest nie tylko zbrodnią wobec tych kobiet, których dotknie bezpośrednio przymus donoszenia uszkodzonej ciąży i urodzenia dziecka okaleczonego i dysfunkcyjnego. Jest to zbrodnia również wobec tych dzieci, które obecnie znajdują się w ośrodkach opiekuńczych, i dla których zabraknie środków po dorzuceniu do systemu opiekuńczo-przedadopcyjnego nowych, wyjątkowo ten system obciążających dzieci o szczególnych wymaganiach. Trzeba być Chazanem, by uznawać za sukces w sensie medycznym, moralnym bądź prawnym pojawienie się na świecie istoty skazanej na krótkie, obciążone nieprzerwanym cierpieniem i pozbawione nadziei na poprawę życie. Trzeba być polskim Sejmem, by procedować takie projekty w trakcie pandemii, gdy obecnym już na świecie obywatelom trudno dostać się do szpitali, do specjalistów czy do sprzętu ochrony dróg oddechowych chociażby, nie mówiąc o tym, ilu z tych obywateli balansuje właśnie na progu bezrobocia i niemożności utrzymania już istniejących rodzin z ich zwykłymi wymaganiami.

O procedowanym równolegle projekcie zakazu edukacji seksualnej się nie wypowiem, bo rozpisywanie się o projekcie celowego utrzymywania w ignorancji, ciemnocie i przesądach wydaje mi się marnowaniem amunicji. O poprzednim podejściu pisałam raz, o obecnym mam do powiedzenia tyle, że mam nadzieję, że jego absolutny bezsens i głupotę dostrzeże i odrzuci nawet obecnie decydujące czcigodne grono posłów na Sejm.

 

POST SCRIPTUM: Aczkolwiek wątpię, by na ten półmartwy blogasek trafiła czytelniczka tego nieświadoma, dodam dla porządku: autorka występując przeciwko obecnemu tzw. kompromisowi aborcyjnemu oraz wszelkim próbom jego zaostrzenia nie postuluje i nigdy nie postulowała przymusu aborcyjnego w żadnym przypadku. Upraszczając: jeśli przychodzisz tu polemizując, że twój zestaw wartości wymaga od ciebie donoszenia każdej ciąży i wychowywania z uczuciem i dbałością każdego urodzonego dziecka, autorka będzie ci życzyć samych sukcesów na tej trudnej drodze, żądając jednocześnie, by wszystkie pozostałe mogły decydować za siebie w razie wątpliwości, i by ich wybór był również uszanowany.

 

 

 

Tajne zdrowie seksualne

Sejm poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Obecny, odchodzący skład rzutem na taśmę puścił dwie rzeczy, którymi najwyraźniej chce się zapisać w pamięci i historii – obywatelski projekt „Stop pedofilii” i uchwałę o potępieniu nienawiści antykatolickiej.

Poznęcać chcę się tylko nad pierwszym, drugi jest tak absurdalny, że nie wymaga specjalnego słowotoku.

Treść ustawy procedowanej przez Sejm. Dla tych, którzy nie lubią czytać długiego tekstu, będą zrzuty ekranu.

stop pedofilii

I to wszystko, cała ustawa.

Gdyby ktoś na marginesie się zastanawiał, jak kodeks karny rozumie pojęcie małoletni, to już wyjaśniam: tak jak kodeks cywilny. Czyli – małoletni to osoba poniżej 18 roku życia, która nie zawarła związku małżeńskiego.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu zapisu ustawy, z §3 na trzy lata idzie siedzieć niejaki Shakespeare, który publicznie zachwycał się karesami małoletniej Capulettówny oraz nieletniego Montecchio. Jeśli uznać, że tekst dramatu jest za mało masowy, to trudno, facet nam się wymknie spod karzącej ręki sprawiedliwości, ale taki Zeffirelli, który to nakręcił (uwaga, propaguję środek masowego przekazu, w kinach też bywało), nie dość, że filmując romans nieletnich, to jeszcze zatrudniając aktorów poniżej 18 roku życia – Olivia Hussey miała około 15 lat w chwili powstania ekranizacji. No nie wyłga się facet. Dystrybutor, który chciałby teraz takie straszności wyświetlać w kinach, też na trzy lata utraci kontakt z własnym domem. O Nabokovie nawet nie zacznę, panie prokuratorze, sam pan wie, co robić. Kto dalej? Puccini, naturalnie, jego Suzuki w Madame Butterfly pełnoletnia nie była (a ślub zawarła jeno fikcyjny, więc nie upełnoletniła się w rozumieniu polskiego prawodawcy). Do więzienia! Ale nie bądźmy tacy, cudze wsadzamy, swojego nie znamy – biografowie św. Jadwigi, która co prawda za mąż poszła, ale w wieku lat 12. Fredro, stary zbereźnik, recydywista, nawet nie ma co się wahać. Że nie czepiam się żywych? No cóż, Tomek Tryzna, Antoni Libera… Panowie, pakujcie szczoteczki, nie ujdzie wam na sucho takie zachwycanie się efektami dojrzewania młodzieży.

A teraz nieco mniej frywolnie, dwie sprawy, które z ustawy się wyłaniają. Ponury §4 penalizuje przy rygorystycznej a szerokiej interpretacji wszelką edukację o fizjologii i zdrowiu seksualnym. Nie da się prowadzić zgodnych ze współczesnym stanem nauki lekcji o dojrzewaniu, hormonach, ciele i jego reakcjach nie popadając w konflikt z zapisami ustawy. Jak wyjaśniać uczniom pobudzenie i napięcie seksualne, jak powiedzieć, że masturbacja jest naturalną reakcją i sposobem rozładowania tego napięcia, że jest zdrowa, fizjologiczna i bezpieczna, nie popadając w konflikt z zapisem o „propagowaniu innej czynności seksualnej” – nie mam pojęcia. Zapewne o to chodziło autorom, by taka nieaprobowana przez bigotów treść nie mogła dotrzeć w ogóle do niewinnych główek dziecięcych. Ubija to co prawda program edukacji o zdrowiu seksualnym oparty o standardy przyjęte na świecie, ale, uwaga, niespodzianka – taki jest plan. Voilá, oto wyimki z uzasadnienia projektu ustawy:

uzasadn1

Drugi akapit wprost nas informuje, że zło leży w wiedzy zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia. Prosimy nie regulować odbiorników, WHO zdaniem autorów ustawy to straszliwi deprawatorzy.

Cytowany rzekomy program dla grup wiekowych to oczywiste przeinaczenie, kłamstwo i bzdura. Żaden program nie przewiduje uczenia technik masturbacyjnych, a zwłaszcza nie kieruje takiej wiedzy do przedszkolaków, to jakieś mroczne fantazje autorów dokumentu. Nikt z edukatorów działających wg standardu WHO nie oczekuje raportów z samogwałtu od dzieci, natomiast owszem, ma świadomość, że zjawisko masturbacji dziecięcej istnieje i jest przez medycynę i psychologię rozpoznane. Owszem, program przewiduje uświadamianie rodzicom, że takie zachowania dziecięce mogą się pojawić, i że nie są powodem do paniki – ale w jaki sposób autorzy uzasadnienia do projektu zrobili z tego tak efektowną woltę, pojąć nie jestem w stanie. I tak dalej, każdy kolejny akapit, przeinaczenia i przekłamania.

uzasadn2

Tu już zieje grozą. Lista zajęć podejrzanych dla autorów projektu to warsztaty, hm, z wszystkiego związanego z ochroną zdrowia i edukacją na temat własnego ciała. W jaki sposób prowadzić lekcje biologii nie zahaczając o tematy zakazane pozostaje enigmą. To, że autorzy jednocześnie próbują podważyć wartość edukacji antyprzemocowej, równościowej i przeciwdziałającej przemocy pod pozorem ochrony niewinności dziecięcej, jest wręcz odrażającym nadużyciem. Edukacja antyhomofobiczna od dawna była solą w oku wielu organizacji konserwatywnych, które czuły się poszkodowane w swojej wolności prześladowania i pogardzania, natomiast jak dotąd nie podejmowały aż tak bezczelnych prób zamknięcia ust ludziom powołującym się na rzetelne badania naukowe i wiedzę medyczną.

Mamy o tym całkiem niemłody obrazek, dwudziestoletni.

how-would-you-like-this-wrapped

Jest tak naprawdę jeszcze jeden wątek, nieszyderczy, wokół tego szkodliwego projektu. Ta zmiana w kodeksie karnym idzie za myślą, że jedynym prawidłowym źródłem edukacji seksualnej winna być rodzina, a wszelka edukacja ze strony profesjonalistów ode złego jest i sieje zamęt a demoralizację. O seksie mają uczyć rodzice i basta.

I z tą ideą założycielską zgodzić się nie sposób.

Primo: większość rodziców nie jest do tego merytorycznie przygotowana. Sam fakt posiadania organów rozrodczych nie zapewnia wiedzy o ich działaniu, problemach i zjawiskach wokół nich istniejących. (To samo dotyczy też trzustki, jak ktoś wątpi, to proszę, kto z czytelników potrafi bez sprawdzania w encyklopedii czy internecie powiedzieć, co dokładnie robi trzustka i na co wpływa? A mają wszyscy.) Edukacja powinna przedstawiać nie tylko podstawy morfologii i fizjologii, ale informować o cyklu, o objawach zaburzeń, o zakażeniach, infekcjach, profilaktyce i leczeniu – oraz o związku z płodnością. Powinna zawierać dane o podstawowych badaniach profilaktycznych (cytologii, mammografii, badaniu prostaty i jąder, w tym – o samobadaniu!) oraz odmitologizować te badania. Powinna przekazywać wiedzę o tym, jak często chodzić do lekarza, co może niepokoić na różnych etapach życia między menarche a menopauzą (i odpowiednio między dojrzewaniem a andropauzą) a co jest objawem naturalnym i fizjologicznym. Powinna też rozbrajać szkodliwe mity z mediów i filmów, w których chociażby wszystkie kobiety są idealnie bezwłose poniżej rzęs, co w naturze jako zjawisko nie występuje. Takiej kombinacji wiedzy specjalistycznej rodzice bez przygotowania medycznego po prostu nie mają, i opcja skorzystania z wiedzy fachowca, który przy tym nie speszy się rozmawiając o penisach i pochwach, jest super wartościowa.

Secundo: do zdrowia seksualnego należy też poza medycyną cała dziedzina interakcji międzyludzkich wokół seksu, czyli edukacja na temat konsentu. Według badań, Polacy bardzo mało między sobą o seksie rozmawiają, w większości nie wymieniają informacji o swoim zdrowiu seksualnym z nowymi partnerami, nie ustalają swoich granic, preferencji ani oczekiwań – wszystko załatwiane jest między domniemaniem a niedopowiedzeniem. Nie jest to dobra baza do uczenia młodych ludzi, jak udzielać świadomej zgody, jak o nią prosić bez nacisku, jak ustalać granice swojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Asertywności, bezpieczeństwa i szacunku dla swojego i partnera ciała i psychiki nie są w stanie nauczyć ludzie, którzy sami o to nie zadbali i nie doświadczyli takiej formy dbania. Nie ma sensu, by kolejne pokolenie miotało się między „dowodem miłości”, „obowiązkiem małżeńskim” a „jak suka nie da to pies nie weźmie”. Stać nas na więcej wiedzy niż przeterminowanych stereotypów.

Tertio: bzdurą jest utożsamienie edukacji na jakiś temat z modelowaniem. Od uczenia się o ptakach ludzie nie zaczynają latać, od wiedzy o tym, że istnieją inne orientacje niż heteroseksualna (i inne identyfikacje płciowe niż cisgender) ludzie nie zmieniają swojej tożsamości. Edukacja pozwalająca młodym ludziom rozpoznać zjawiska wokół siebie jako występujące w pewnym odsetku populacji, naturalne i zdemitologizowane nie tylko zdejmie odium z mniejszości, ale też pozwoli uczniom nieheteroseksualnym lepiej odnaleźć się w środowisku, gdy będzie ono mniej antagonistycznie nastawione. Co jeszcze ważniejsze, edukacja na temat zdrowia seksualnego osób nieheteroseksualnych prowadzona przez profesjonalistów w szkole może być jedynym źródłem sensownej wiedzy dla uczniów LGBT. Nie wszyscy rodzice są do tego przygotowani, by rozmawiać z dziećmi o seksie, do rozmów o seksie nieheteroseksualnym tym bardziej. A uczniowie LGBT w tej szkole i tak są, i mają pod górkę. Nie można im jeszcze bardziej utrudniać funkcjonowania.

Quatro, i to już będzie koniec tej wesołej analizy – koncepcja, że rodzice załatwią kwestię tzw. staroświecko uświadamiania jest bardzo fajna, ale ma pewien mankament wbudowany w fundament: nie wszystkie dzieci w Polsce mają tych rodziców. Lokatorzy domów dziecka w świetle tej wizji uświadomienia zaznać nie mogą, bo każdy z wychowawców, który „działając w związku z zajmowanym stanowiskiem lub wykonywanym zawodem” próbowałby takich wykładów się podjąć, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Nie sądzę, by chciał ryzykować, niech się dzieciaki dowiedzą wszystkiego z filmów porno. A my się ucieszymy, że tak ochroniliśmy maluchy przed grozą deprawacji.

EDYTOWANE, CZYLI POST SCRIPTUM

Jako że ranek mądrzejszy od wieczora, dziś dopiero zobaczyłam jeszcze jedną wesołą interpretację tej ustawy. (Jeśli któryś z czytających to prawników ma uwagi, to pokornie proszę wygłaszać)

Otóż mamy w prawie zapis tzw. wieku zgody, i wynosi on lat 15. Czyli osoba w wieku lat 15+ może uprawiać seks, a co więcej, uprawianie seksu z osobą 15+ jest legalne. Osoba lat 16 zatem idzie do lekarza i pyta o możliwości stosowania specyfików profilaktycznych właściwych dla wieku i ciała tejże osoby – czy może brać środki hormonalne, czy lepiej prezerwatywy? Czy z budową anatomiczną jest wszystko dobrze i czy nie ma ryzyka infekcji, etc itd, inteligentne pytania młodej osoby, która nie chce podejmować współżycia na rympał i spontanicznie. Czy lekarz, „działając w ramach zajmowanego stanowiska i wykonywanego zawodu” może osobie będącej pacjentem zalecać raczej seks bez penetracji, petting czy też inne „inne czynności seksualne” jako alternatywę wczesnej inicjacji, czy też w obawie przed prowokacją i prokuratorem za drzwiami raczej powinien nabrać wody w usta i wywalić za drzwi pacjenta bez żadnych porad? Czy wypisanie tabletek antykoncepcyjnych jest w świetle tego artykułu mniej szkodliwe niż rozmowa o innych niż stosunek formach aktywności seksualnej? Oraz co to za idiotyzm, że młody człowiek ma prawo seks uprawiać, ale nie może się dowiadywać o związanych z seksem konsekwencjach zdrowotnych i fizjologicznych?

Nie płakałam po Ziemkiewiczu

Kanikuła się zaczęła, gotują się mózgi i temperamenty.
Były pisarz, były rzecznik UPR, autor wiekopomnych Skarbów Stolinów; aktualnie rolnik i z bożej łaski felietonista gdzie popadnie a jakoś zapłacą, Rafał dwojga imion Aleksander Ziemkiewicz, zaszarżował z motyką na wroga cywilizacji:raz

Prosimy nie regulować odbiorników, nasze słoneczko dziennikarstwa, nasz pączuś w masełku, naprawdę rzucił słodką frazą, że do lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych należy strzelać. Oczywiście metaforycznie i oczywiście to tylko cytat, a i to niedokładny, gdyż nasz wybitny farmer prozy słynie z parafrazy – zarówno cytatów jak i faktów (w tymże niesławnym felietonie udało mu się przekręcić dwa nazwiska, należące do niezwykle popularnych w internecie facetów, przez co rozumiemy, że sprawdzenie, o kim się pisze, nie powinno zająć więcej niż 2 minuty na obu – no ale hasło „risercz ziemkiewiczowski” nie wzięło się znikąd).

Ponieważ pana redaktora jeszcze trochę ludzi czyta (została mu jakaś szczątkowa lekkość frazy z czasów, gdy uprawiał pisarstwo, a nie dotacje), zaczęły się dyskusje i przepychanki, a temat zataczał coraz szersze kręgi. W komentarzach część basowała panu dwojga imion felietoniście, część zawzięcie stawiała na edukację i próbowała wyjaśnić, co jest niestosownego w nawoływaniu do strzelania do ludzi (metaforycznie, pamiętajmy, jakby co złego, to nie przez to, że Rafał Aleksander nakłaniał do przemocy, on tak tylko śmiało trawestował). Tymczasem zbiegi okoliczności są złośliwe i w trakcie, gdy mistrz parafrazy i niedopowiedzeń mówił, że do osób LGBT należy strzelać (znaczy nie on, tylko kolega, tj. Cat-Mackiewicz, a w ogóle to tylko taka figura stylistyczna, nieprawdaż), w kraju znanym z dużo większej niż tradycyjna polska tolerancji, nastąpiły wydarzenia jak z mokrego snu farmera felietonów:

London bus assault

Jak widać, niektórym nie trzeba podpowiadać, i sami się garną – kilku młodzieniaszków, wg londyńskiej policji w wieku 15 – 18 lat, zaczepiało w autobusie parę dziewczyn, domagając się, by się zaczęły całować, bo panowie sobie życzą popatrzeć na lesbijki na żywo. Dziewczyny nie skorzystały z tak wspaniałej zachęty, więc zostały skatowane i okradzione. Widać, że dzieła dokonali amatorzy, nie czytający RAZa, bo po pierwsze pobili zamiast strzelać, po drugie, nie wygłaszali okrzyków o nazistach i bolszewikach.

Na świecie dzieją się jednak straszliwsze nieszczęścia, oto redaktorowi gleb patriotycznych Interia wymówiła współpracę. Rafał Aleksander pożalił się natychmiast w internecie, że go prześladują i że to straszliwy dramat niezrozumianego artysty, którego lesbijki i geje biją (ale on się nie podda i będzie dalej brnął, ale u siebie na stronie):razOUT

Najwyraźniej jednak nasz autor małorolny ma wokół siebie życzliwe dusze, i ktoś mu dobrze doradził, by stonował nieco swoje jeremiady. Pojawiło się nawet nadzwyczaj rozsądne jak na RAZa oświadczenie:

razO

Oczywiście jest to produkt przeprosinopodobny w opakowaniu zastępczym, Ziemkiewicz sugeruje nam o to, że co prawda taki jest światowy i literat obyty tu i ówdzie, skłonny do brawurowych cytatów i kawaleryjsko-kombajnowych parafraz, ale lud ciemny i głupi mógł się nie poznać i źle tę figurę stylistyczną odczytać i jeszcze by się komu co stało, a co jeszcze gorsze, odium by spadło na pana Ziemkiewicza, a to dramat nie do pomyślenia.

Czy żal mi biednego chałturzysty, że go wywalili z Interii? Ani trochę.

Czy wierzę w oświadczenie, że on tak się biedny potknął na cytacie i swej śmigłej jak perszeron frazie, i wszystko to tzw. lapsus i dramat niezrozumianego artysty? A figę.

Mogę sobie szydzić z faceta, ale dla porządku ustalmy (panie redaktorze, jak ktoś panu moją notkę podlinkuje i pan to czyta, to proszę: tak się robi risercz na potrzeby felietonu, i to nawet takiego, za który nie ma wierszówki) – gość w 1988 ukończył studia dziennikarskie na UW, od tamtej pory wydał siedem książek, kilka zbiorów opowiadań, w których to zbiorach da się znaleźć parę zupełnie niezłych tekstów, oraz SIEDEMNAŚCIE antologii własnych felietonów – przy tym gościu Bolesław Prus ma marną wydajność z hektara, marniutką! – chcę powiedzieć, że Ziemkiewicz od lat żyje z pisania i nie bez powodu dostał w swoim czasie aż dwie Śląkfy. W przypadku faceta z takim dorobkiem literackim sztubackie tłumaczenie, że mu się pióro omskło i coś napisał niezgodnie z własną intencją jest po prostu niepoważne. Ten gość doskonale wie, co mu z klawiatury zeszło, w końcu od trzydziestu lat z tego żyje (oraz ostatnio z KRUSu). Jeśli napisał homofobiczny, agresywny felieton i opatrzył go cytowanym na powyższych zrzutach ekranu tekstem, to nie dlatego, że nie radzi sobie z trudną materią słowa, tylko dlatego, że liczył na zamieszanie oraz rozliczne cytaty tu i ówdzie, podnoszące mu ranking kontrowersyjnego autora i pompujące status rozkosznego enfant terrible. Rafał dwojga imion Aleksander uwielbia zgrywać takiego niepokornego, w kontrze do salonów i głównego nurtu (trudna sztuka, gdy się ma stały program w publicznej telewizji), wszelako zupełnie przypadkiem trafiającego idealnie w gust co bardziej ksenofobicznej publiczności. Jeśli Ziemkiewicz coś napisał, to dlatego, że właśnie takie rzeczy miał zamiar napisać. To, że ktoś go pociągnął za słowo do odpowiedzialności, niewątpliwie powinno cieszyć w świecie, gdzie politycy przyzwyczajają nas do zupełnie otwartych kłamstw, obietnic bez pokrycia. Szefowie Interii wykazali się spóźnionym nieco, ale prawidłowym działaniem – wywalili gościa publikującego zachęty do przemocy wycelowanej w osoby nieheteroseksualne. W kontekście tego, że przemoc (fizyczna, emocjonalna, słowna, prawna i społeczna) osoby LGBT spotyka często i to nawet w krajach dużo bardziej otwartych i tolerancyjnych, wszelkie zachęty do niej należy tępić i wykorzeniać od razu. Cieszy mnie, że jeszcze są miejsca, z których usuwa się teksty o brunatnym zabarwieniu. Czy autor wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski, jest oczywiście dość wątpliwe, natomiast ta lekcja tego, co felietoniście uchodzi w miejscu publicznym, bardzo była potrzebna.

Miejmy tylko nadzieję, że na jutrzejszej Paradzie Równości nie będzie czytelników Ziemkiewicza.

 

 

 

 

 

 

 

Priorytety

Małopolska nie ma ostatnio szczęścia w prasie.

Mimo wielkich starań lokalnych władz i policji, wypłynęła jednak przykra sprawa intymna, znaczy, że oficjele chadzali do burdeli i dali się tam nagrać. Zaczęło się od publikacji w NIE (pierwsza i następna w odpowiedzi na reakcję bohaterów), po których czytelnicy zaczęli mlaskać i rechotać nad wizją marszałka Sejmu z opuszczonymi spodniami i debatować, czy to tak ładnie na co dzień głosić różne okrągłe zdania o honorze i moralności, a wieczorami robić wycieczki do wesołych instytucji i tam się oddawać przyjemnościom mniej prorodzinnym.

Szum medialny wokół tej publikacji (pomińmy na moment niepowtarzalny a niesmaczny styl NIE, celujący w to co leży bardzo na dnie duszy polskiego czytelnika) mocno rozczarowuje. Publiczność oto roztrząsa wątek obyczajowy i erotyczny, wizualizuje sobie polityka w sytuacji nieparlamentarnej i rechocze, że oto kolejny ze świecznika wylądował po pośladki w błocie. Mało głosów wszelako krzyczy o tym, co najstraszniejszego w tym artykule (i w idących jego śladem publikacjach, choćby w Rzeczpospolitej tu i tu) – że oto na naszym bogobojnym Podkarpaciu latami kwitł sobie handel żywym towarem i niewolnictwo, a w dodatku że dotyczyło to również dzieci. Jeśli prawdą są sensacje z taśm, oto różne VIPy nie tyle korzystały z usług seksualnych w burdelu co po prostu gwałciły dzieci (serio, nie da się inaczej określić wykorzystywania dziewczynek poniżej 15 roku życia przetrzymywanych w burdelach). Powiedzmy to jeszcze raz, małopolskie władze przez wiele lat udawały, że nie widzą, że dwóch obrotnych braci handluje kobietami, trzyma je wbrew ich woli i zmusza do prostytucji, wystawiając je również lokalnym oficjelom w zamian za przymknięcie oka.Ba, władze lokalne do spółki z krajowymi miały w zanadrzu dla sutenerów bonus, acz w trakcie obecnego niemrawo idącego śledztwa nikt się do wręczenia nagrody nie chce przyznać.

wycinek z gw

źródło: gazeta.pl

Czym się zasłużyli nowej ojczyźnie? Rzepa rozwija temat:

rzepaźródło: Rzeczpospolita

Małopolskie władze miały taki spokój duszy, że nie przeszkadzało im nawet, że w burdelach trzymane są dzieci. Pewnie było to o tyle łatwiejsze do zniesienia, że dzieci zostały przez sutenerów importowane z Ukrainy i można było udawać, że nikt o tych dziewczynkach nie wie, no, chyba że klient, który korzystał z niepowtarzalnej okazji, w innych warunkach objętej artykułem 200 kodeksu karnego. Dziewczynki siedziały w burdelu odpracowując rzekomy dług i ucząc się, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie ma im nic do zaoferowania w zakresie ochrony ich niewinności i dzieciństwa. Cóż bowiem pochłaniało ostatnio lokalnych radnych i było ważniejsze od rezolucji w sprawie handlu żywym towarem na ich terenie, od wykorzystywania nieletnich i od seksualnego obozu pracy dla kobiet?

Ilustracja poniżej:

 

Barbara Nowak
źródło: Twitter

Gdyby ktoś się zastanawiał, kim jest ta pani, która z takim wyczuciem chwili i kontekstu używa tagów #chrońmyDzieci, spieszę z wyjaśnieniem – to małopolska kurator oświaty. Kobieta, której zadaniem jest nadzór nad szkołami w regionie, nad realizowaniem zadań stojących przed szkołami i wychowawcami, oraz pilnowanie realizacji przez podległe jej placówki obowiązku szkolnego. To taki miły przepis, który mówi, że dzieci do ukończenia roku szkolnego mają obowiązek pobierać naukę. Dzięki temu nie mamy w kraju analfabetów, których rodzice wyreklamowaliby ze szkół w celu pracy zarobkowej bądź tyrania w gospodarstwie czy własnej firmie; dzięki temu przepisowi chronimy prawo do edukacji i rozwoju nieletnich. Przypomnijmy jeszcze, że nie jest to przepis uchwalony sobie a muzom, jego nieprzestrzeganie podlega sankcjom – Organ miejscowy administracji publicznej właściwy do spraw edukacji może nałożyć na opiekuna prawnego dziecka karę grzywny w celu przymuszenia do realizowania tego obowiązku. (za Wikipedią).

Zgodnie zatem z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, stosowny organ administracji właściwy do spraw edukacji  powziąwszy wiedzę, jeśli nie z lokalnych ploteczek i szumu z magla, to z przetaczającej się przez prasę burzy artykułów z wyimkami z doniesień i nagrań, powinien natychmiast wytoczyć wszelkie dostępne działa i wszcząć postępowanie w celu wyjaśnienia, czy w rzeczy samej przedsiębiorczy sutenerzy trzymają jakieś dzieci i czy aby te dzieci nie powinny uczyć się w lokalnych szkołach czegoś innego niż obsługa erotycznych roszczeń spasionych knurów, pardon, klientów burdeli. Stosowny organ administracji płonąc ze wstydu zwołałby konferencję i ogłosił, że wydusi z siebie środki specjalne na zajęcie się tymi dziewczynkami, by pozwolić im nie tylko przepracować traumę bycia seksualnymi niewolnicami w polskim przybytku, nie tylko naprawić krzywdy, których doznały, ale też nadgonić program szkolny i dać im szansę na porządne wykształcenie, którą utraciły, będąc zmuszane do prostytucji. Organ administracji, kurator oświaty, rozesłałby piorunem zapytanie do podległych szkół o dostępnych nauczycieli, którzy mogliby te dziewczynki objąć edukacją możliwie dwujęzyczną (nie ma pewności przecież, czy Ukrainki mówią biegle po polsku na tyle, by podołać programowi nauczania), jeśli na czas śledztwa muszą one pozostać w Polsce, i kto mógłby zapewnić im opiekę pedagogiczną i nauczanie indywidualne, by nie robić z nich sensacji przez dołączanie znienacka do klas. To zrobiłby przyzwoity kurator oświaty, który poważnie traktuje swoje obowiązki i dla którego istotne jest chronienie dzieci przed krzywdą, wykorzystaniem i deprawacją.

Tymczasem mamy na powyższym obrazku panią kurator, która jest oto właściwym organem do spraw edukacji, i której rozumienie ochrony dzieci polega na wsparciu nieprawdopodobnego wręcz działania sejmiku. Sejmik bowiem, po rozebraniu tej konstrukcji literackiej w nagłówku, uchwalił coś w rodzaju współczesnych ustaw norymberskich, decydując, że dzieci w Małopolsce nie powinny być edukowane w zakresie praw człowieka (praw do własnej seksualności, prawa do prywatności, prawa do intymności, prawa do odmowy), że tym, co stanowi największe zagrożenie dla dzieciństwa jest wprowadzenie edukacji równościowej do szkół – a nie, na przykład, trzymanie 14- i 15-letnich dziewczynek w burdelach i stręczenie ich grubym rybom biznesu i polityki. Radni są zadowoleni z siebie nadzwyczaj, że oto uchronili region przed strasznym demonem równości i zakazali uchwałą wszelkich działań mających obronić małopolskie mniejszości seksualne przed prześladowaniem i krzywdą, a pani kurator basuje im, wołając „Chrońmy Dzieci”. Nie wiem, czy to obłuda, czy głupota, czy podłość inspirowana ideologiczną trucizną sączoną z różnych środków przekazu włączając w to ambony, ale ironia tej deklaracji przekracza moje granice bezpieczeństwa.

Pani kurator, brzydzę się tym, co pani robi. Państwo radni, wstyd mi za was.

Wstyd mi też, że tym wszystkim kobietom i dzieciom przetrzymywanym latami i wykorzystywanym w ohydny sposób przy milczącej zgodzie władz, moja ojczyzna pokazała właśnie środkowy palec . Polska, która ustami swoich polityków twierdzi, że musi chronić dzieci przed złem równouprawnienia i praw człowieka, ma w nosie prawa najsłabszych. Polska, która drży przed deprawacją dzieci wynikającą z rzetelnej edukacji seksualnej ignoruje deprawację dokonującą się dzień w dzień i noc w burdelach korzystających z niewolniczej pracy nieletnich Ukrainek. Polska, która trzęsie się od bogobojnych deklaracji i praworządnych sloganów, latami pozwala na niewolnictwo i handel ludźmi, a uprawiających ten odrażający proceder nagradza tym, co ma ponoć najcenniejszego – obywatelstwem. Jeśli to nie jest dowód, co naprawdę się w tym kraju liczy, to nie wiem, co nim jest, bo przecież nie deklaracje, a czyny.

 

Polsko, masz pojebane priorytety.

 

A jeśli ktoś się oburzy, że to nie Polska, nie kraj, tylko poszczególne jednostki, ot, wybryki polityczek i polityków, lapsusy, a nie ogólna prawda – to proszę o dowód. Proszę o skrin lub link, w którym władze wyższe niż pani kurator małopolska wyrażają potępienie dla tej haniebnej uchwały i reakcji pani Nowak; link do materiału, gdzie pani kurator jest wzywana na dywanik i musi się tłumaczyć. Przydałby się też link w którym ktoś z władz postuluje objęcie sensowną opieką ofiar obrzydliwego procederu sutenerskiego, opieką psychologiczną, prawną, rehabilitacją i edukacją. Nie ma? No właśnie.

 

Innego końca nie będzie

 

DSC_5040

(22 lipca 2017, fot. własna)

I wystarczy.

 

Nowa władza potyka się o własne nogi w dramatycznym pośpiechu ubicia niezależności sądów. Ma mimo własnej niezdarności i samobójczego wręcz niechlujstwa spore szanse na sukces, bo któż ją powstrzyma? Kiedy przyszli po Trybunał Konstytucyjny, któż na świecie protestował? W Polsce sporo ludzi wyszło na ulice i wróciło do domów, a życie toczyło się dalej. Rewolucja nie wyszła poza Facebooka, bo w domach była ciepła woda, frank nie stał zbyt wysoko a 500 zł łatało wreszcie budżety naciągnięte do ostatnich granic. Trybunał był daleko w Warszawie i trudno powiedzieć, czym się tak naprawdę zajmował, a w Biedronce podnieśli pensje. Niech się władza między sobą gryzie, co oni dla nas kiedykolwiek zrobili ważnego, ci prawnicy?

Niewielu widziało już wtedy, że zagarnięcie Trybunału to pierwszy krok do skoku na całość. Że partia po prostu usuwa sobie potencjalne przeszkody w Długim Marszu po Wszystko. Teraz prezydent może ze swoim uśmiechem wzorowego przedszkolaka zażartować, że bierze pod uwagę wątpliwości wyrażone przez suwerena okupującego ulice i odeśle do TK ustawy w celu zbadania ich zgodności z ustawą zasadniczą. Trybunał wybuchnie perlistym śmiechem sędzi Przyłębskiej i z przyjemnością potwierdzi wszystko, co tylko będzie potrzeba. Prezydent uśmiechnie się jeszcze szerzej i  zachwycony sobą, że mu się taki przedni dowcip udało zrobić, podpisze zamaszyście wszystkie ustawy jak leci, być może przy którejś narysuje serduszko. Monitor gorliwie opublikuje, głowy polecą, w teczkach przyjdą nowe, krawcy zarobią na poprawkach tog i biretów, ale póki woda w kranie, ciepło w kaloryferach, autobusy jeżdżą a głównym działem czytanym w prasie są horoskopy i plotki o życiu gwiazd i gwiazdeczek, rewolucji nie będzie.

Na ulice i przed sądy dziś wychodzą ludzie, którzy rozumieją, że trójpodział władzy jest bardzo istotnym wynalazkiem demokracji i że został zaprojektowany, by chronić społeczeństwo przed władzą, która chciałaby się nadmiernie skorumpować swoimi możliwościami. Demokracja wbudowuje sobie systemy zabezpieczeń i hamulców, by żadna ze stron, nawet wygrywając huraganowo (37 procent, anyone?) nie była w stanie zmienić się w dyktaturę absolutną. Sędziowie, nieusuwalni i niepodlegający władzy polityków mają być w założeniu niezależną instancją, recenzującą zgodność rzeczy z prawem i z niczym więcej. Tego chcemy, szanowni państwo, tego również ja bardzo chcę. Chcemy tej obojętnej na krzywdę ludzką grupy ludzi-paragrafów, którzy nie mają się wzruszać, przejmować, rozumieć sprawiedliwość dziejową czy rewolucyjną konieczność, dziejowy zakręt czy jakiekolwiek inne okoliczności, lecz orzekać zgodność z prawem i w związku z tym orzekać w ramach przepisów. Nawet jeśli brukowce będą wypisywać pełne oburzenia nagłówki o bezdusznym sądzie, który orzekł wbrew ludowej intuicji, wbrew poczuciu gniewu czy wbrew współczuciu, zasada dura lex sed lex powinna mieć również rozwinięcie durus iudex. Mają być sędziowie związani wyłącznie kodeksami, nie presją przełożonych, szczególną sytuacją czy świadomością, że za orzeczenie nie po myśli władzy mogą wylecieć z roboty na zawsze. Ta kasta musi być uprzywilejowana, po to właśnie, by się nie wahała orzekać wbrew intencji czy życzeniu polityków: czy sołtysa, czy rządu. Sąd, którego polityk wybiera i któremu polityk podpisuje nominację, nie jest sądem niezależnym, jest sądem, który się będzie wahać, czy mu się nie opłaca aby naciągnąć interpretacji przepisów, bo co zrobi, jak wyleci z roboty, zajmie się stolarką okienną?

Dlatego tłumy już teraz zbierają się w obronie tego, co wydaje się dość nieintuicyjne: w obroni przywileju i wyjątkowości sędziów. Ponieważ niezależność Trybunału jest naszą ostatnią linią obrony przed ustanowieniem przez ustawodawcę prawa niesprawiedliwego lub krzywdzącego. Niezależność sądów, tych małych i tych rejonowych czy okręgowych, z Najwyższym na czele, jest ostatnią nadzieją obywatela, który wdał się w spór z władzą. Obywatel musi mieć prawo do sądu, który nie jest personelem wójta ani posła. Do sądu, który stać będzie by zagrać władzy na nosie, jeśli tak stanowi przepis. Inaczej obywatel może równie dobrze do tego sądu nie iść, tylko stulić uszy po sobie i zgodzić się, że policja będzie go bić i razić prądem, władza lokalna zwolni go z pracy w szkole czy ośrodku zdrowia a władza krajowa uchwali przepis o nielegalności protestowania przeciwko parlamentarzystom.

 

Czy wierzę, że uda mi się przekonać kogokolwiek? Wątpię. Ci, którzy tu przychodzą, z grubsza podzielają przekonanie, że wzajemna niezależność ośrodków władzy jest szalenie istotna dla zachowania bezpieczeństwa nas wszystkich. Ci, którzy wierzą, że przecież nic się nie stanie, ten rząd nas lubi i dba o nas, nie liczą się z tym, że raz zepsuty mechanizm zabezpieczeń będzie niezdolny powstrzymać następnych – dyktatorów, idealistów, marzycieli, rewolucjonistów, kandydatów na świętych lub tyranów. Dziś jest cudownie i można poczuć satysfakcję, że ci zarozumiali prawnicy wreszcie czują mores. Niestety, to nie jest dobrze, jeśli sędziowie się boją, ale to zrozumiemy jako społeczeństwo niestety trochę później.

 

Jestem pesymistką, rewolucja nie wybuchnie na skalę ogólnopolską, a partia przeprowadzi wszystko, co chciała. Ostatni wielki polski ruch społeczny obalający struktury władzy nie wziął się ze sponiewieranych ideałów demokracji, wziął się z frustracji podwyżkami. Dopóki nowe podatki nie zrobią wyrw w budżetach niwelujących zysk z wypłaty 500+, dopóki podwyżki się nie skumulują a Unia nie wprowadzi cięć w dofinansowaniu, nie spodziewam się, by protest osiągnął skalę wystarczającą do ogłoszenia nowych wyborów. Niestety, obawiam się jednocześnie, że co najmniej jedno z tych nieszczęść nas dotknie, i wyrwie z obojętności dotychczas pozostających w domu. Na wszelki wypadek podrzucam gotowca, oto, co będziemy wówczas przybijać do drzwi domów i zakładów pracy:

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.

  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.

  3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji  wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

  4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
    b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych
    c) znieść represje za przekonania.
  5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.

  6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:

    a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
    b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.

  8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.

  9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.

  10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.

  11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).

  12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

  13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.

  14. Obniżyć wiek emerytalny

  15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.

  16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.

  17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.

  18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.

  19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.

 

Tymczasem protestujmy w nadziei, że uda nam się niemożliwe. Jeśli nie dla zmiany, w którą trudno już uwierzyć, to choćby po to, by nie mieć sobie nic do zarzucenia – by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co można.

DSC_5021

(22 lipca 2017, Warszawa, barierki wokół Sądu Najwyższego, fot. własna)

Koza rabina, czyli polski kompromis

Polska to dowcip o kozie rabina, opowiadany w nieskończonej pętli.

Po ledwie półtora roku dostępności politycy wycofali z obiegu bezreceptowego preparat EllaOne, wracając do stanu, gdzie antykoncepcję awaryjną musi przepisać lekarz. Chyba, że ten lekarz to Konstanty książę pan Radziwiłł:

snippet-radziwill

Człowiek, jak widać z obrazka, wysokich standardów moralnych i wielkich oczekiwań wobec swoich pacjentek. Przy okazji, Minister Zdrowia w naszym wesołym zakładzie.

Zwięzła powtórka dla tych, którzy w zimie hibernują i przetrwali bez wiedzy, co się w mediach i internecie działo na temat tzw. pigułki po:

  • EllaOne, jak i kilka podobnych w działaniu leków, jest antykoncepcją awaryjną, stosowaną jak sama nazwa wskazuje, w sytuacjach kryzysowych – gdy zastosowane zwykłe środki prewencji ciąży zawiodły i istnieje ryzyko zapłodnienia. Jest również stosowana przez ofiary gwałtu, z przyczyn oczywistych.
  • Antykoncepcja awaryjna musi być zastosowana w ciągu najdalej 72 120 godzin (jeśli mowa o preparacie EllaOne – korekta na podstawie komentarza) po stosunku, przy czym jej skuteczność spada w czasie.
  • Antykoncepcja awaryjna nie jest środkiem wczesnoporonnym, wywołującym poronienie, ani „aborcyjnym”, wbrew temu, co mówią zaangażowani ideologicznie specjaliści od kobiecej fizjologii
  • EllaOne kosztuje około 150 zł, co w dość oczywisty sposób sprawia, że nie jest to lek łatwo dostępny i nadający się do nadużywania

Tu zaś informacje na temat faktycznego popytu na EllaOne, pochodzące z pierwszej ręki, od aptekarza który postanowił być głosem rozsądku w sporze – link do wpisu Jerzego Przystajki, farmaceuty.

W zasadzie trudno coś dodać do przytoczonych przez Jerzego Przystajkę obserwacji: EllaOne z założenia miała być lekiem luksusowym. Nie znam wielu osób, które mogłyby sobie pozwolić na zrobienie zapasów preparatu, czyli wydać wielokrotność tych 150 złotych po to, by nie musieć w razie pęknięcia prezerwatywy biec w nerwach do lekarza po receptę i sprawdzać, jak elastyczne jest jego sumienie. Nie ma co udawać, że poprzedni rząd wyjął spod rygoru recepturowego akurat tę tabletkę z innych przyczyn niż ustalona przez producenta cena – istnieją dużo tańsze preparaty o podobnym działaniu, ale ich nie objęło uwolnienie do OTC. „Udostępnienie” najdroższego leku miało być kompromisem zgodnym z najlepszą polską tradycją targów o prawa kobiet: malutkie ustępstwo nazywane wielkodusznym aktem moralnego permisywizmu i otwarciem bram piekieł. Obecnie bramy mają zostać zamknięte i podparte kołkiem, oczywiście w imię troski o zdrowie tych nieszczęśnic, które bez wydania kilkuset złotych na prywatną wizytę lekarską otrułyby się niechybnie ElląOne.

Prawie wszystko na ten temat już zostało w internecie napisane i powiedziane: również o skutkach ubocznych. Fałszywa troska o fatalne skutki zażywania leków bez recepty wylewa się zewsząd, acz dziwnym trafem nie dotyczy preparatów, które zdążyły już w Polsce zabić kilka osób a wiele innych pozbawić zdrowia i sprawności, preparatów dostępnych za trzy złote w każdym kiosku, markecie i stacji benzynowej; dotyczy natomiast trudnodostępnej, drogiej i wymagającej konsultacji z farmaceutą przy zakupie tabletki EllaOne. Tabletki, której efekty uboczne są dużo mniej dramatyczne, niż potencjalna lista powikłań przy jedzeniu paracetamolu czy pyralginy. Moraliści i moralistki lejące rzewne łzy nad spustoszeniem, jakie rzekomo miałaby tabletka po wywołać w organizmie nieszczęsnej nastolatki jakoś milczą na temat opcji alternatywnej: hormonalnej burzy trwającej przez  dziewięć miesięcy ciąży i trzy następne połogu i rekonwalescencji. Ten skutek uboczny niezastosowania antykoncepcji awaryjnej wydaje się im łatwiejszy do zaakceptowania, choć może się w przypadku młodocianego organizmu skończyć dużo gorzej. Stąd moja sugestia, by nie dawać się wybijać z rytmu przez biadolenie na temat skutków ubocznych: większość rzeczy dostępnych od ręki wszędzie wokół: aspiryn, paracetamolu, środków na kaszel czy przeczyszczających (o alkoholu i papierosach z państwową akcyzą nie wspomnę przez litość) jest dużo bardziej szkodliwa – a wiele tańsza i reklamowana we wszystkich możliwych mediach (z wyjątkiem alkoholu i papierosów). Jeśli mamy udawać, że spędza nam sen z powiek ryzyko przyjęcia leku bez konsultacji z lekarzem, powinniśmy umawiać się do internisty i neurologa po receptę na apap za każdym razem, gdy nęka nas kac czy ból stłuczonego mięśnia, panowie posłowie i panie posłanki moraliści od święconej macicy. Przegonienie nastolatki przez ginekologa (do którego formalnie nie może zapisać się bez zgody rodzica!) nie służy niczemu, poza stresem i kosztem. Jest też niezerowe ryzyko że w budżecie nie wystarczy już pieniędzy na tabletkę po uiszczeniu opłaty za konsultację, ale to raczej cel zamierzony tego przepisu niż przypadek.

Oczywiście, że wycofanie EllaOne jest aktem prawnym opartym na antyfeministycznym podejściu do prawa kobiet o decydowaniu o swojej rozrodczości, a nie wynikającym z założeń ochrony czyjegokolwiek zdrowia. Oczywiście, że w tle rezonuje nastawienie, że niechciana ciąża ma być karą za seks i że kobiety należy dyscyplinować strachem przed ciążą, aby nie były tak rozwiązłe jak mężczyźni (czy wiecie, że preparaty viagropodobne występują w wolnym dostępie aptecznym? Wiecie, bo w każdej stacji państwowej telewizorni lecą stosowne reklamy. Co ciekawe, oczywiście, bo lista szkodliwych skutków ubocznych viagry jest znowu dłuższa niż w przypadku antykoncepcji, a ryzyko przedawkowania większe). Oczywiście, że protest kobiet w tej sprawie jest głośny, zwłaszcza, że jak mówią ci, co czytali projekt nowej ustawy, do obiegu recepturowego mają wejść również globulki antykoncepcyjne. Polskie prawodawstwo zamierza zmienić kobiety w zwierzęta rozpłodowe, wierząc święcie, że ciąża to błogosławieństwo a środki antykoncepcyjne to perwersyjna apokalipsa, której doświadczyć mogą tylko te, które najpierw przegoni się przez czyściec kosztów i upokorzeń, taką ścieżkę zdrowia od klauzuli sumienia do rachunku na paragonie.

Protestujmy. Ale nie jak z kozą rabina, nie dajmy sobie wmówić, że restrykcje to kompromis. Żądajmy powrotu do aptek antykoncepcji awaryjnej na każdą kieszeń: środków bezpiecznych, atestowanych i dostępnych bez recepty i moralizacji Radziwiłła i jego ministrantów. Żądajmy edukacji seksualnej na światowym poziomie, dostępności bezpiecznych środków prewencyjnych i dostępności (również w wymiarze ekonomicznym!) ginekologa profesjonalisty, skupionego na zdrowiu i dobrostanie pacjentek, a nie sumieniu swoim i swojego spowiednika. Żądajmy tego wszystkiego, dla siebie, dla naszych matek, sióstr i córek – jeśli będziemy prosić tylko o powrót EllaOne, nie dostaniemy nic.