Polska powinna być egoistyczna

Piekło zamarzło, będę pouczać Bosaka, co Polska powinna robić w sprawie Białorusi z przyczyn jak najbardziej egoistycznych, narodowych i najbliższych jego własnym poglądom.

Pierwsze reakcje Polski i Europy na demonstracje po skandalicznie sfałszowanych wyborach białoruskich nie porywają. Prezydenci Polski i Litwy wydali szalenie zachowawcze i ogólnikowe oświadczenie, w którym mówią, że nieładnie bić własnych obywateli i nie dotrzymywać standardów demokracji (jeśli ktoś ma wrażenie, że to bardzo mocne słowa jak na lokatora Belwederu i reprezentanta wszechwładnie nam panującej partii, to ma dobrze skalibrowany detektor chucpy)

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 12.58.27

screen ze strony prezydent.pl

Inni członkowie rozkosznie ironizowali: „A co, mamy wysłać czołgi na Białoruś?”- to znany anarchista i wywrotowiec, tymczasem pełniący obowiązki w Sejmie, Terlecki. Ja wiem, że oni są z partii Prawo i Sprawiedliwość, nie umyka mi orwellowski poziom tego dowcipu, natomiast wydaje się, że kombatanci stanu wojennego korzystający swojego czasu ze wsparcia RWE, darów z Zachodu i niekiedy ratujący swoje życie dzięki solidarności krajów zachodniej Europy mogliby mieć więcej wyczucia, taktu a może i współczucia i zrozumienia dla ludności próbującej zrzucić z siebie tyrana.

Ale zostawmy rząd i jego wymownych przedstawicieli, może im dyplomacja i protokół nie pozwala powiedzieć tego, co może powiedzieć polityk poza rządem?

Cóż zatem mówi zwolennik silnych państw narodowych, dumny były kandydat na prezydenta (oraz pretendent do tytułu najlepszego tancerza)?

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 12.54.28

Rozwija swoją myśl stoicką szerzej w w Polsat News (swoją drogą, co to jest, że zawsze znajdzie się mikrofon i scena dla szerzenia poglądów ksenofobicznych, nacjonalistycznych i mizoginistycznych, a Bosak wyrasta na osobę wartą pytania o zdanie w sprawach międzynarodowych) – tu screen z wywiadu, gdzie nasz krajowy nacjonalista i minifaszysta deklaruje kunktatorskie wyczekanie:

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 13.09.46

Otóż nawet odkładając na bok takie wartości, jakie akurat Polska ze swoją historią XX. wieku powinna mieć szczególnie na uwadze; nawet uznając, że solidarność, wsparcie, braterstwo, miłosierdzie i przyzwoitość to nie są pojęcia z języka dyplomacji międzynarodowej, Polska nie może zajmować wygodnej pozycji obserwatora i czekać, w którą stronę potencjalne powstanie na Białorusi się przewali. Takie rzeczy można robić będąc na innym kontynencie, a nie za płotem.

 

Nasi wyważeni dyplomaci, wyrafinowani stoicy zapominają nagle o tym, że Białoruś i Rosja stanowią konfederację. Od 20 lat tworzą ZBiR (jakże trafny to akronim!), obecnie nazywany jednak Państwem Związkowym Rosji i Białorusi, mający na celu doprowadzenie do integracji gospodarczej i walutowej, a w trakcie tych dwudziestu lat Rosja serdecznie oferowała Białorusi pełną unię polegającą na wchłonięciu. ZBiR ma własny parlament i pracuje obecnie nad wprowadzeniem jednolitej waluty, oczywiście rubla rosyjskiego.

Świadomość tej unii powinna nam uzmysłowić, że Putina tylko kaprys powstrzymuje przed udzieleniem Łukaszence zbrojnego wsparcia w tłumieniu demonstracji. A Putin już na Kremlu przetestował, że za wjazd wojskiem na tereny dawnej republiki ZSRR nic mu ze strony międzynarodowej nie grozi, tu będzie mógł powoływać się na formalnie istniejące uprawnienia do interwencji – wystarczy, że Łukaszenka go poprosi a car będzie w nastroju. Możemy mieć rosyjskie czołgi na granicy w każdej chwili, i nie sądzę, by był to dobry moment na relaks i sączenie szampana z lornetką w ręku. Z przyczyn osobistych, państwowych, własnych i egoistycznych Polska powinna ściągać oczy Europy, Ameryki i NATO na Mińsk, robić z obrony demonstrujących przeciw fałszerstwom wyborczym główny temat debat i wykrzykiwać o tym wszędzie. Jeśli nie dlatego, że sama wierzy w demokrację i wartość woli ludu czy równość czy wagę głosowania, to dlatego, że skutki machnięcia ręką na „jakieś tam kotłowania na wschodzie” mogą nam zapukać do drzwi lufą czołgu. A o ile wiem, nasz potencjał militarny pozwoli nam na konfrontację krótszą niż partia brydża.

Z tych właśnie niskich, egoistycznych pobudek Polska powinna wszędzie i namolnie bębnić o potrzebie wsparcia ludności białoruskiej, międzynarowej kontroli nad sytuacją i nieustannego przypominania, że kraje zachodu cenią demokrację bez wałków przy urnach.

I głupio mi, że o to boję się ja, a rzekomi fani silnej Polski, niezależnej i narodowej nie mają tego lęku – chyba że akurat rosyjski protektorat by im nie przeszkadzał?

Gdzie dzisiaj stoisz?

Minął czas komfortu dla osób, które nie mają zdania, uważają, że obie strony są równie podejrzane, wszyscy trochę zawinili, i owszem, osoby LGBT mają trochę trudniej, ale nie ma się co dziwić brakowi sojuszników, skoro są takie niepokorne, niecierpliwe, wulgarne i tupią.

Był czas, gdy można było ignorować uchwały gmin „wolnych od LGBT” i mówić, że to tylko brewerie nadgorliwych radnych i chodzi o wsparcie konserwatywnego modelu rodziny a nie szykany.

Był czas, gdy można było przymykać oko na wypowiedzi polityków od „LGBT to nie ludzie, to ideologia”, tłumacząc to niedyspozycją mentalną, przejęzyczeniem czy wyrwaniem z kontekstu.

Był czas, gdy można było kwitować purpuratów i książęta kościoła katolickiego plujących na „tęczową zarazę” wyrozumiałą obserwacją, że muszą być przeciw, bo to taka firma i nie mają wyboru niż iść po linii katechetycznego potępienia wszystkiego, co narusza jedynie słuszny model.

Już tego czasu nie ma.

Teraz jest czas anonimowej milicji bez blach, nazwisk i numerów identyfikacyjnych, przyduszających kolanami i łokciami nieuzbrojonych, pokojowych demonstrantów.

Teraz jest czas łapania ludzi z demonstracji i przewożenia ich na komisariaty bez podstawy prawnej zatrzymania, bez dostępu do prawnika, bez informowania o zatrzymaniu osób bliskich, za to z utrudnianiem kontaktu osobom poszukującym informacji o ZAGINIONYCH NA DEMONSTRACJI krewnych.

Teraz jest czas, gdy w sprawie o zniszczenie mienia i obrazę uczuć religijnych aparat państwowy występuje z siłą godną zbrodni wojennych, ustalając dwumiesięczny areszt i organizując zbrojne polowanie na osobę, która wychodzi się poddać bez walki, protestów i ukrywania.

Teraz jest czas, gdy Uniwersytet Warszawski – ten sam, który służył swoją eksterytorialnością jako azyl w 1968 i w stanie wojennym! –  mimo wielokrotnych wezwań ze strony swojego wykładowcy trzyma zamknięte bramy i nie pozwala demonstrantom – NIEUZBROJONYM, POKOJOWYM DEMONSTRANTOM – schronić się przed przemocą policyjnej obławy.

 

Nie ma już czasu na namysł, sokratesowanie, szlachetny dystans i brak zaangażowania. Teraz jest moment, by się określić, czy jest się po stronie bitych, gnojonych, przetrzymywanych bez podstawy prawnej (niekiedy bez dostępu do leków) i bez kontaktu z prawnikiem, po stronie prześladowanych przez cały potężny aparat państwa razem z policją, prokuraturą i dyspozycyjną częścią sędziów. Nie ma już miejsc neutralnych. Można być po stronie prześladowanych albo po stronie bijących. Wybieraj. Dziś.

Idź na demonstrację. Jeśli nie możesz, dokumentuj protest w swojej okolicy, rób zdjęcia, uwieczniaj działania policji – to zapobiegnie szerzeniu kłamstw. Prostuj bzdury, kłamstwa i manipulacje w sieci. Pomagaj demonstrantom: podziel się wodą, przekaż środki opatrunkowe tym, których policja pobiła. Pomagaj demonstrantom – gdy idą na protest, przypilnuj ich dzieci, wyprowadź psa, interweniuj, gdy nie wrócą. Pomagaj organizacjom, które upominają się o prawa mniejszości.

Wybierz stronę, po której stoisz. Nie ma już ziemi niczyjej dla obserwatorów.

 

Numery kont do wpłat na organizacje broniące praw osób LGBT w Polsce:

Kampania Przeciw Homofobii (KRS 0000111209) http://kph.org.pl:

5 2130 0004 2001 0344 2274 0001 (Volkswagen Bank SA)

Miłość Nie Wyklucza (KRS: 0000485267) http://mnw.org.pl/:

61 2030 0045 1110 0000 0357 3360 (Bank BGŻ BNP Paribas)

My Rodzice (KRS: 0000731072) myrodzice.org

16 1140 2004 0000 3202 7910 7971 (mBank)

 

 

Zgorszenie drugiego rzędu

Zgorszenie drugiego rzędu to takie zgorszenie, gdy zgorszony sam nie deklaruje urażenia jego własnej wrażliwości, ale gorliwie zapewnia, że dana rzecz w sposób nieunikniony urazi jakichś Innych, i że z tego powodu należy tej rzeczy zaprzestać lub zaniechać. Zgorszony drugorzędowo gorliwie donosi te wszystkie okropności, których on sam nie uważa, broń Cthulhu, ale ktoś tam na pewno by tak sobie pomyślał, i że w związku z tym ów przedmiot zgorszenia jest straszny i nie powinien ujrzeć światła dziennego. Zgorszeni drugorzędowo będą zapewniać o swoich szerokich horyzontach, ale ze względu na hipotetycznych maluczkich w zasięgu wzroku domagają się stonowania dyskursu i usunięcia kontrowersyjnej treści bądź odroczenia niepokojącej (nie ich samych, rzecz jasna, ale tych nerwowszych) na nieokreśloną przyszłość.

Za każdym razem, gdy tylko w Polsce próbuje się zrobić coś, co poszerzy dyskurs i przesunie w lewo okienko Overtona w sieci pojawia się tysiąc komentatorów, gardłujących przeciwko. Czy chodzi o zliberalizowanie ustawy antyaborcyjnej, czy o wprowadzenie pełni praw osób LGBT, czy o poprawę sytuacji mniejszości etnicznych, tysiąc zatroskanych głosów woła, żeby tego nie robić teraz, żeby uwzględnić jak to urazi konserwatywny elektorat, albo jak to zaprzepaści sprawę z powodu nieodpowiedniego wykonania danej akcji.

Jak długo żyję, słyszę te zatroskane głosy, które nie mówią, że im samym przeszkadza, o nie, głosy są pełne zrozumienia, wsparcia, poparcia, tylko nie dziś i nie w ten sposób. Głosy się martwią, że to zniechęci tradycyjnych katolików, że to urazi uczucia konserwatystów, polityków, księży, nacjonalistów, rolników, lekarzy, księgarzy, nauczycieli, hodowców gołębi i zbieraczy znaczków z krajów zaczynających się na literę E – nigdy samych troskliwych. Troskliwi sami popierają, oni tylko martwią się w imieniu. Oni tylko WIEDZĄ, kto się czym zgorszy i dlatego należy za wszelką cenę daną sprawę przełożyć, aby uniknąć tego strasznego zgorszenia.

I się przekłada.

Od prawie trzydziestu lat tzw. kompromis aborcyjny zawarty między ZChN a episkopatem jest nie do ruszenia, bo nie teraz i bo się zgorszą. Od trzydziestu lat różne wersje KLD-PO-KO-Nowoczesnej, mieniące się europejskimi i postępowymi, z obawy przed zgorszeniem prawicy nie są w stanie przegłosować nawet nie równości małżeńskiej, ale nawet ogryzka pt. związki partnerskie. Zawsze to jest nie w porę, zawsze czemuś zaszkodzi, zawsze jest ryzyko zgorszenia kogoś innego, w czyim imieniu gorszący gorliwie donosi i się oburza zastępczo.

To niby liberalne, otwarte i europejskie centrum zostało tak świetnie wytresowane, że prawica w ogóle się już nie musi oburzać, ma do tego swoją posłuszną gromadkę zgorszonych drugorzędowo. Centrum wystartuje głuszyć działania ruchów lewicowych, prokobiecych i promniejszościowych zanim jeszcze episkopat wstanie od śniadania; i zaanonsuje owo centrum awansem wszystkie argumenty, które każdy biskup z osobna mógłby wymyślić, dorzuci argumenty zgorszonego kołtuna i mizogina i to wszystko w formie cytatu, bo przecież centrum samo się nie oburza, ale z troski i wrodzonej miłości bliźniego nie pozwoli temu bliźniemu wyjść z szafy, zawalczyć o prawa, obronić się przed sekowaniem, bo ten niedobry inny go skopie.

 

Oczywiście moja osobista cyniczna interpretacja jest taka, że ci wszyscy symetryści dnia wolnego, ci wszyscy centryści z łaski na pociechę gorszą się zupełnie samodzielnie i gotują z oburzenia w środku, tylko na tyle zostali ogładzeni przez bywanie w świecie, że mają poczucie, że to po prostu nie wypada pojechać na głos tekstami homofobicznymi i antyfeministycznymi czy czystym rasizmem. Stąd się bierze ta gorliwa potrzeba racjonalizacji, że „ja się nie oburzam, ale jak zareaguje Jarosław albo Kaja, tylko sobie zaszkodzicie stawiając sprawę na ostrzu noża”, to wyszukiwanie argumentów bardziej zajadłej frakcji i dowożenie gorliwie wszystkich możliwych obelg, które mogłyby paść w odpowiedzi, zanim frakcje radykalne w ogóle zdążą zareagować i się oburzyć. (Pięknie to wyszło w wątku wokół tańców na Krakowskim Przedmieściu, gdzie gros oburzonych to było tzw. umiarkowane centrum, trwożące się o reakcję konserwy prawicowej, donoszące na wyścigi dowody zgorszenia z drugiej ręki.) Zgorszenie drugiego rzędu to tylko projekcja, wypchnięcie własnego, wewnętrznego kołtuna, rasisty, seksisty czy homofoba na prawo i rozkoszne gorszenie się w jego imieniu.

 

Czy jest jakaś wyszukana pointa z tej obserwacji? Bynajmniej. Feministki, osoby LGBT i mniejszości od dawna wiedzą, że mając takich „sojuszników” jak polskie centrum polityczne i ich media, nie potrzebują tak naprawdę poważnego oponenta z prawej strony. Polskie centrum gorliwie poukręca łby wszystkim postulatom poprawy sytuacji mniejszości zanim jeszcze główni przeciwnicy równouprawnienia skończą prasówkę. Oczywiście, że od trzydziestu lat jest niedobry moment na zmianę prawa aborcyjnego, na ustawy antyprzemocowe, na dopisanie homofobii do listy mowy nienawiści. Trzydzieści lat temu wszelako centrum nie wyrywało prawicowym nienawistnikom mikrofonów by uprzedzająco zakrzyczeć inicjatywy na rzecz praw kobiet czy mniejszości, dziś ich gorliwie wyręcza w argumentowaniu, dlaczego mniejszości morda w kubeł i czekać.

 

Jeśli przypadkiem czyta mnie ktoś, kto się identyfikuje jako centrum i rzetelnie obawia się i troszczy, by przedwczesne (ha, od trzydziestu lat przedwczesne) zrywy na rzecz równouprawnienia nie pogrzebały słusznej jego/jej zdaniem sprawy, mam prośbę. Otóż, drogi czytelniku/droga czytelniczko – nie przytaczaj mi wszystkich argumentów, jakie prawica/konserwa mogłaby tylko wymyślić przeciwko sprawie. Wymyśl własne sposoby, jak te argumenty zbijać. Zamiast uciszać mnie (lub wyganiać tańczące dzieciaki do domu, lub odmawiać podpisu pod projektem równości małżeńskiej „bo to nie przejdzie”, zamiast etc) pogadaj z kumplami z twojego centrowego, symetrystycznego kręgu znajomych, żeby nie wzruszali ramionami, nie hamowali piętami, a dla odmiany wsparli inicjatywy z lewej strony, bo ich bierny opór i gorszenie się w imieniu innych na razie wspiera wyłącznie zabetonowanie status quo. Jeśli naprawdę popierasz zmianę na lepsze – pomóż jej się wydarzyć.

Najchętniej jeszcze za mojego życia, żebym mogła podziękować osobiście.

 

O konieczności darcia mordy

Spory w internecie nie są prowadzone po to, by przekonać oponenta. Szansa na to jest jak na trafienie w totka, matematycznie możliwa, ale nikt nie ma czasu wykonywać tych wszystkich milionów operacji, by odnieść sukces. Spory w internecie nie są też po to, by wykazać, że oponent jest głupi czy sam nie wie, co mówi (choć miło bywa patrzeć, gdy się zamota w zeznaniach).

Spędzam sporo czasu w sieci wchodząc w polemikę z rasistami, antysemitami, a ostatnio z homofobami. Są to ludzie, którzy swoją nienawiść do mniejszości sprzedają jako gorliwą religijność („to bóg mi kazał kamienować homoseksualistów, ale tak naprawdę jak piszę, że należałoby tych pedałów potopić, to mam na myśli duchową śmierć grzesznika, wysoki sądzie”)*, osobliwie pojmowany patriotyzm („lewacka zaraza, ideologia deprawująca dzieci i staruszki”)*, wierność naturze („kto to widział w przyrodzie homoseksualizm, nawet rośliny są hetero!”)* i inne racjonalizacje. Czemu uważam dyskutowanie z nimi, podważanie ich tez, kontrowanie i jałowe przytaczanie argumentów przeciwko ich wymysłom  za nie tylko warte spędzonego na nim czasu, nie tylko warte stresu, gniewu, złości i rozpaczy, jaka towarzyszy czytaniu, jak to poniżanie osób LGBT służy bogu i ojczyźnie; ale wręcz uważam ten jałowy trud za mój obowiązek?

Nie dlatego, jakobym wierzyła w nawrócenie i przekonanie swoich rozmówców, że jednak osoba nieheteronormatywna to nie potwór, deprawacja, wyuzdanie, czysta chuć lub zagłada cywilizacji*. Nie wierzę. Nie jestem w stanie przemeblować rozmówcy klocków w głowie, które to klocki składają się na spójny obraz rzeczywistości z wrogiem do tłuczenia. Nie jestem w stanie jedną dyskusją cofnąć lat indoktrynacji religijnej i obskuranckiej hipokryzji. W tych wszystkich potwornych kopaninach nie chodzi o homofobów, rasistów czy innych ksenofobów.

Chodzi o obserwatorów.

Chodzi o tego piętnastoletniego Dominika z Bieżunia, chodzi o Milo, chodzi o rzeszę siedzących cicho nad tabletami i komórkami dzieciaków, które czytają Facebooka, Twittera, fora na portalach i zastanawiają się, co się stanie, jak powiedzą rodzicom, kolegom, nauczycielom, że są inne niż większość dzieci. Dla tych wszystkich ludzi, którzy śledzą dyskusje w internecie i czują się coraz gorzej, coraz straszniej, bo politycy, publicyści, instytucje jednogłośnie grzmią, że ten rozdarty, wystraszony nastolatek borykający się z własną odmiennością to zaraza, choroba, patologia, zagrożenie dla rodziny, miasta i kraju, coś do wywieszania na szubienicach, do kamienowania, topienia, palenia, wysłania do gazu*. Kłócę się za każdym razem, choć to bardzo dużo nerwów i stresu wypala, właśnie po to, by ten nastolatek, ten dwudziestolatek, ta dziewczyna, ta kobieta zobaczyły, że głos nienawiści nie ma monopolu. Że nie wszyscy piszący po polsku nienawidzą, życzą śmierci, kalectwa i bólu każdemu, kto nie jest hetero. Kłócę się, by te dzieciaki, ci dorośli, te nastolatki siedzące w przerażeniu w szafie, bojące się ujawnić, wiedziały, że nie wszyscy ich nienawidzą. Że są ludzie, którzy będą oponować przeciwko mowie nienawiści, przeciwko zaszczuwaniu i zastraszaniu. Że istnieje inny głos w dyskursie publicznym, niż tylko głos pogardy, głos obrzydzenia, głos wykluczenia i odrzucenia.

Piszę, żeby wiedzieli, że nie są sami.

Piszę, bo nie chcę, żeby kolejne dzieciaki powtarzały los Milo i Dominika. Piszę, bo jestem człowiekiem i to jest również moja odpowiedzialność, by choć na trochę zatrzymać wielkie młyny nienawiści, które mielą wszystko co Inne. Piszę, bo chcę dać choćby minimalną przeciwwagę, cień nadziei, powód, by i oni mieli siłę walczyć o swoje życie. By wiedzieli, że nie są z tym zalewem nienawiści zupełnie sami.

 

To pewnie dobre miejsce, by podziękować niezmordowanemu Slwstrowi, od którego ciągle się uczę wytrwałości w tej pracy.

 

PS. Autorka nie jest pozbawioną edukacji dyslektyczką, brak wielkich liter w słowach, w których P.T. publiczność przywykła je widzieć jest zamierzony i wynika z niechęci do obdarzania choćby ortograficznym szacunkiem bytów i instytucji mających uzasadniać tortury, ludobójstwo lub przemoc.

________________________________________

* wszystkie zacytowane w tekście obelgi, wymysły i potworności udało mi się przeczytać dzisiaj w różnych wątkach dyskusji na Twitterze.

Niech się święci

Przypomnijmy, skąd wzięły się obchody pierwszomajowe – od strajków robotniczych w Chicago w 1886, gdzie robotnicy żądali ludzkich warunków: maksymalnie ośmiogodzinnego dnia pracy, wynagrodzeń na poziomie umożliwiającym zaspokojenie potrzeb, umów o pracę dających uczciwe warunki zatrudnienia, niepozwalające na wyrzucenie z dnia na dzień bez powodu czy gwałtowną redukcję stawek. Zasadniczo robotnicy z Chicago 150 lat temu protestowali przeciwko tarczy antykryzysowej premiera Morawieckiego.
90 lat temu w pożarze szwalni Triangle Shirtwaist Factory w Nowym Jorku spłonęło 146 kobiet. Ich śmierć była do uniknięcia, wynikała z chciwości przedsiębiorstwa, które nie tylko zaniedbało profilaktykę przeciwpożarową (brak wiader z wodą, brak zabezpieczeń przed wybuchem ognia, który w takich miejscach jak szwalnie i tkalnie roznosi się błyskawicznie z uwagi na obecność pyłu bawełnianego, łatwopalnego i wybuchowego, umiejscowienie szwalni na najwyższych piętrach, do których nie sięgały drabiny straży pożarnej, zaniedbane windy i zewnętrzne schody ewakuacyjne), ale też zaryglowało drogi ewakuacyjne by ograniczyć wychodzenie pracownic na przerwy w pracy. Ten pożar wstrząsnął opinią publiczną na tyle, że nie tylko wywołał oburzenie i szum medialny, ale też zapoczątkował prawne regulowanie warunków pracy, mające na celu zapewnienie bezpieczeństwa: fizycznego, finansowego, społecznego. Stąd powstały wymogi dotyczące przestrzeni, przewiewu, temperatur, dróg ewakuacji, czasu pracy, rotacji pracowniczej – regulacje zapobiegające wyzyskowi pracowników i uprawianiu biznesu kosztem zdrowia i życia ludzi pracujących. Te regulacje, które znosi teraz tarcza antykryzysowa premiera Morawieckiego.
Mamy rzekomo najbardziej populistyczny rząd w historii. Paradoksalnie, poza okazjonalnymi świadczeniami socjalnymi na rzecz dzieci czy emerytów, ten rząd zajmuje się w trakcie kryzysu wyłącznie wygładzaniem zmarszczek na czole dużych przedsiębiorców i ocieraniem łez rekinów biznesu. Umożliwia błyskawiczne zwalnianie, pozbawianie płacy, rozregulowanie czasu pracy, wręcz skoszarowanie pracowników na terenie wskazanym przez przedsiębiorcę, delegowanie lub okrawanie wynagrodzenia, opóźnienia płatnicze (również w opłatach na rzecz ubezpieczeń społecznych) – wszystko w imię świętej gospodarki. Święta gospodarka ma przetrwać, nieważne, ile osób odda za to życie. Dosłownie – bo zarazi się w trakcie pandemii pracując bez wytchnienia, ale za to bez zabezpieczeń; lub dosłownie – bo straci pracę i wszelkie zabezpieczenie, a bezdomni bez środków na zakup jedzenia nie żyją długo. Jak święta gospodarka ma przeżyć, gdy owszem, za wszelką cenę rząd podpiera podaż i wspiera przedsiębiorców w zbożnym trudzie produkowania dóbr, których nie ma kto kupić, gdyż wywaleni na zbitą mordę pracownicy to ci sami ludzie, którym chciałoby się sprzedać te wszystkie jakże drogo, bo kosztem ich bezpieczeństwa finansowego i ubezpieczeń wyprodukowane dobra – nie wiem. Jak ma się ta operacja powieść, gdy przedsiębiorca przy wsparciu mecenatu państwowego będzie produkował, taniej, łatwiej i nie oglądając się na bezpieczeństwo i godne wynagrodzenie, a konsument będzie żarł trawę i stał w kolejkach po mąkę i olej z darów, modląc się do wszystkich bogów i demonów, by bank się wstrzymał z eksmisją – przerasta moje rozumienie ekonomii.

 

Z okazji międzynarodowego święta pracy – a tak naprawdę, z okazji święta praw pracowniczych, miłego i blaknącego w pamięci wspomnienia czasów, w których kiedyś mogliśmy żyć i przeżyć – życzę wszystkim moim czytelniczkom i czytelnikom, żeby ich najnowsza wersja tarczy antykryzysowej autorstwa naszego wspaniałego rządu nie rąbnęła na odlew.

the-haymarket-riot-explosion(źródło: wikipedia commons)

Tango Kaja w czasie zarazy

Jest pandemia, polskie szpitale jak klocki domina wypadają z systemu opieki zdrowotnej z powodu kolejnych zarażeń i zachorowań personelu, rośnie liczba bezrobotnych, rośnie liczba firm, które padły lub padną w ciągu najbliższych tygodni, zatem nic pilnego się nie dzieje, możemy porozmawiać o zakazie aborcji.

To nie ja, to oni – wczoraj Sejm znów omawiał projekt kompletnego zakazu. Tak, znów projekt Kai Godek. Tak, do niej nie dociera, że Polki tego zakazu nie chcą i wychodzą na ulice (no, teraz nie mogą, ale to proszę pani Godek nie oznacza, że zmieniłyśmy zdanie). Protest przeniósł się do internetu, gdzie na falę wpisów z flagą Czarnego Protestu prolajferzy odpowiadali swoimi przemyśleniami o cudzych brzuchach i łatwości „urodzenia i oddania do adopcji”. Nie zauważyłam, by ktokolwiek jakoś się zagłębiał w temat, jak w trudnej sytuacji życiowej (proszę wyjrzeć za okno) przechodzić dziewięć miesięcy ciąży z ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej (proszę spojrzeć akapit wyżej, o placówkach ochrony zdrowia wyłączonych z obiegu z powodu zarażeń wśród pacjentów i personelu). O ile pandemia zapewne minie i wirus nie zostanie z nami na zawsze – a jeśli zostanie, to tak jak grypa: z opracowaną szczepionką i lekami znacząco łagodzącymi objawy – to skutki będziemy odczuwać jeszcze latami. Te rynkowe, gdzie zmniejszy się liczba miejsc pracy, punktów usługowych, produkcyjnych i handlowych, i te związane z ochroną zdrowia. Po takim kryzysie „niech jadą” lekarze i „tylko piją kawkę” pielęgniarki masowo odejdą z zawodu, choćby dlatego, że już teraz około 20-35% z nich jest w wieku emerytalnym i pracuje chyba wyłącznie dla etosu, tylko że za znacznie mniejszą stawkę niż ideowy marszałek Karczewski. Reszta wyciągnie wnioski z tego, jak ich bezpieczeństwo, warunki pracy i potrzeba zapewnienia narzędzi do walki z epidemią zostały potraktowane przez władzę i nie sądzę, byśmy jeszcze mieli cieszyć się luksusem umawiania wizyt specjalistycznych na terminy w ciągu jednego roku.

Wracając więc do obrad Sejmu i wałkowania projektu całkowitego zakazu aborcji, uchwalenie w tej chwili zakazu przerywania ciąży nie tylko na życzenie (czego w Polsce nie mamy od lat dziewięćdziesiątych, a co podczas nieuchronnego kryzysu byłoby ratunkiem dla wielu), ale również w przypadku zagrożenia życia i zdrowia kobiety lub znaczącego uszkodzenia płodu jest dodatkowo dotkliwe dla kobiet, które są zazwyczaj pierwszymi ofiarami kryzysów ekonomicznych. Oczywiście, zwolenników całkowitego zakazu aborcji zupełnie nie martwi życie istniejących rodzin tych kobiet, które być może są już matkami i kolejna ciąża obciążająca ich zdrowie w warunkach bezrobocia i okrojonego dostępu do lekarzy może skończyć się nie tylko bohaterskim zgonem ciężarnej, co chętnie wszak wynoszą na ołtarze, ale też powiększeniem grona sierot, które sobie raczej za dobrze nie poradzą bez matki.

Oczywiście o kwestiach ekonomicznych, o prawach kobiet i o tym, że ciąża to niekoniecznie stan błogosławiony, było już na tym blogu kilkanaście razy pisane i czytelniczka wie to wszystko i zna na pamięć. Żeby więc coś świeżego było, przejrzyjmy skromny wybór argumentów latających po sieci wśród gorliwych obrońców donaszania niechcianych ciąż (zebrane z różnych wątków):

Mamy oto pełną skalę – od protekcjonalnego kiwania paluszkiem przez jakiegoś księdza na posłankę na Sejm: nieważne kwestie merytoryczne, nieważne prawa kobiet, istotne, że się księdzu kobieta podoba i chce ją skarcić, że się odezwała nie w stylu księżowskich kazań, furda powaga urzędu posła na Sejm Rzeczypospolitej, ważne, że dziewczyna urodziwa, to można ją po ojcowsku pouczać,

piękna

mamy w innym wątku sugestię jakoby uroda protestującej była nie dość dorodna, by jej wysłuchać; tu z obrzydliwym podtekstem, że oto piszący ma prawo oceniać atrakcyjność kobiety i na tej podstawie wyrokować w sprawie jej praw reprodukcyjnych i możliwości zajścia w ciążę (ten motyw niestety był dużo popularniejszy i się powtarzał w odniesieniu do wielu protestujących pod własnym nazwiskiem lub zdjęciem),

brzydula

aż po nawet niczym niezamaskowany rasizm i postulat wyrugowania z kraju osoby o poglądach nienawistnych piszącemu. Tu pięknie pogarda wobec protestującej w sprawie praw rozrodczych łączy się z pogardą dla imigrantów, osób niebiałych i z kultywowaniem mitu o rzekomo upadłej Szwecji. Bingo na miarę naszych możliwości.

ciapaci

Mamy też dorodny przykład wnioskowania nieliniowego, gdzie lesbijki nie są kobietami, prostytutki nie są kobietami, oraz jako przykład osób najbardziej skłonnych do stosowania aborcji autor podaje osoby nieuprawiające seksu hetero:lk

Ponieważ autorkę bloga przeglądanie wpisów szybko zemdliło po udokumentowaniu najbardziej osobliwych ripost, najczęstsze argumenty zostaną tylko streszczone bez zdjęć – życzenie, by protestująca sama się zabiła, sugerowanie, że terminacja zarodka = pyzate niemowlę w rzeźni, sugestia, że rozwiązaniem problemu niechcianych ciąż jest stuprocentowa abstynencja u kobiet, a z niechcianymi ciążami spotykają się wyłącznie rozwiązłe prostytutki. Nikt w przejrzanych przeze mnie kilkudziesięciu wątkach nie podjął tematu ciąży z płodem obciążonym chorobami i niepełosprawnościami. Pojawił się za to mój ulubiony argument, że jak ktoś nie chce dziecka (tu wstawić gwałtowne a dramatyczne żachnięcie się z oburzenia) to można oddać do adopcji, tyle osób chce mieć dzieci!

Ponieważ jestem leniwa, zrobiłam leniwy research. Sprawdziłam, ile jest placówek opiekuńczych (domów dziecka, rodzinnych domów dziecka, rodzin zastępczych, placówek opieki interwencyjnej) w kilku województwach: mazowieckim (124), śląskim (147), podkarpackim (57). Średnio zajmują się one co najmniej dziesięciorgiem dzieci (rodzinne zwykle mniej, 2-8, placówki państwowe lub samorządowe mają i ponad czterdzieścioro podopiecznych), przy czym na Podkarpaciu nie ma w ogóle placówek mniejszych niż na dziesięcioro podopiecznych. O ile praktyka pokazuje, że małe dzieci (do lat dwóch), zdrowe, pełnosprawne, z uregulowaną sytuacją prawną (całkowite zrzeczenie się praw przez rodzinę biologiczną) wychodzą do adopcji dość bezproblemowo, to cała reszta potrafi pozostać w systemie do pełnoletności. Oczywiście, im więcej dzieci z jednej rodziny trafia do systemu, tym trudniej im z niego wyjść – chęć adoptowania całej gromady zgłasza bardzo niedużo potencjalnych rodziców, a jeszcze mniej ma na to warunki. Każda niepełnosprawność, choroba, zaburzenie – choćby wynikłe z przebywania w systemie opieki – obniża rażąco szanse na wyadoptowanie. Bieżący kryzys pandemiczny pokazał, że placówki opiekuńcze wcale nie są objęte szczególnym zainteresowaniem państwa (zostały pominięte w przepisach dotyczących ograniczeń ruchu i zapobieganiu rozprzestrzeniania się wirusa), więc nikłe szanse na to, by przy zwiększeniu podaży niepełnosprawnych dzieci urodzonych w wyniku zakazu terminowania ciąż z płodem uszkodzonym nagle zyskały większą wydolność. Raczej zwiększy się śmiertelność w tych placówkach, które zostaną przeciążone zadaniami ponad ich budżet, przy jednoczesnym utrudnionym dostępie do lekarzy i sprzętu. System już teraz sobie nie radzi z istniejącą liczbą sierot społecznych, dzieci niechcianych lub odebranych dysfunkcyjnym rodzinom biologicznym, by w ogóle myśleć o dokładaniu mu dzieci trwale niepełnosprawnych, wymagających niebywale kosztownego leczenia, rehabilitowania i dodatkowych zabiegów opiekuńczych. System już teraz wymaga nie tylko dofinansowania, ale też przemyślanej reformy przepisów związanych z porządnym zdefiniowaniem dobra dziecka jako głównego przedmiotu zainteresowania, aktualizacji przepisów dotyczących adopcji międzynarodowych, zmiany przepisów dotyczących statusu sierot społecznych i dzieci pochodzących z interwencji oraz usprawnienia procedur nadzoru nad losami dzieci przemieszczanych między rodziną pochodzenia, ośrodkami i rodzinami zastępczymi. Potrzebne są miesiące pracy interdyscyplinarnych zespołów, by system stał się sensowny, wydolny i skuteczny; potrzebne są dodatkowe kadry w ośrodkach opiekuńczych, w instytucjach kontroli i kwalifikacji, potrzebne są rozsądne przepisy i potrzebne są środki na realizację tych zmian. Na pewno system nie potrzebuje dodatkowych dziesiątek dzieci, których potrzeby przerastają umiejętności i stan posiadania większości placówek opiekuńczych, wychowawczych czy rodzinnych.

(Jakby ktoś chciał wspomnieć o adopcji via tzw. okna życia, to koleżanka Lemingarnia już dość skutecznie rozjechała ten pomysł, nie muszę po niej przepisywać.)

Procedowanie zakazu aborcji dla przypadków płodów uszkodzonych i obciążonych poważnymi wadami w sytuacji zapaści systemu ochrony zdrowia, z której to zapaści nie podniesiemy się przez lata jest nie tylko zbrodnią wobec tych kobiet, których dotknie bezpośrednio przymus donoszenia uszkodzonej ciąży i urodzenia dziecka okaleczonego i dysfunkcyjnego. Jest to zbrodnia również wobec tych dzieci, które obecnie znajdują się w ośrodkach opiekuńczych, i dla których zabraknie środków po dorzuceniu do systemu opiekuńczo-przedadopcyjnego nowych, wyjątkowo ten system obciążających dzieci o szczególnych wymaganiach. Trzeba być Chazanem, by uznawać za sukces w sensie medycznym, moralnym bądź prawnym pojawienie się na świecie istoty skazanej na krótkie, obciążone nieprzerwanym cierpieniem i pozbawione nadziei na poprawę życie. Trzeba być polskim Sejmem, by procedować takie projekty w trakcie pandemii, gdy obecnym już na świecie obywatelom trudno dostać się do szpitali, do specjalistów czy do sprzętu ochrony dróg oddechowych chociażby, nie mówiąc o tym, ilu z tych obywateli balansuje właśnie na progu bezrobocia i niemożności utrzymania już istniejących rodzin z ich zwykłymi wymaganiami.

O procedowanym równolegle projekcie zakazu edukacji seksualnej się nie wypowiem, bo rozpisywanie się o projekcie celowego utrzymywania w ignorancji, ciemnocie i przesądach wydaje mi się marnowaniem amunicji. O poprzednim podejściu pisałam raz, o obecnym mam do powiedzenia tyle, że mam nadzieję, że jego absolutny bezsens i głupotę dostrzeże i odrzuci nawet obecnie decydujące czcigodne grono posłów na Sejm.

 

POST SCRIPTUM: Aczkolwiek wątpię, by na ten półmartwy blogasek trafiła czytelniczka tego nieświadoma, dodam dla porządku: autorka występując przeciwko obecnemu tzw. kompromisowi aborcyjnemu oraz wszelkim próbom jego zaostrzenia nie postuluje i nigdy nie postulowała przymusu aborcyjnego w żadnym przypadku. Upraszczając: jeśli przychodzisz tu polemizując, że twój zestaw wartości wymaga od ciebie donoszenia każdej ciąży i wychowywania z uczuciem i dbałością każdego urodzonego dziecka, autorka będzie ci życzyć samych sukcesów na tej trudnej drodze, żądając jednocześnie, by wszystkie pozostałe mogły decydować za siebie w razie wątpliwości, i by ich wybór był również uszanowany.

 

 

 

Tajne zdrowie seksualne

Sejm poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Obecny, odchodzący skład rzutem na taśmę puścił dwie rzeczy, którymi najwyraźniej chce się zapisać w pamięci i historii – obywatelski projekt „Stop pedofilii” i uchwałę o potępieniu nienawiści antykatolickiej.

Poznęcać chcę się tylko nad pierwszym, drugi jest tak absurdalny, że nie wymaga specjalnego słowotoku.

Treść ustawy procedowanej przez Sejm. Dla tych, którzy nie lubią czytać długiego tekstu, będą zrzuty ekranu.

stop pedofilii

I to wszystko, cała ustawa.

Gdyby ktoś na marginesie się zastanawiał, jak kodeks karny rozumie pojęcie małoletni, to już wyjaśniam: tak jak kodeks cywilny. Czyli – małoletni to osoba poniżej 18 roku życia, która nie zawarła związku małżeńskiego.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu zapisu ustawy, z §3 na trzy lata idzie siedzieć niejaki Shakespeare, który publicznie zachwycał się karesami małoletniej Capulettówny oraz nieletniego Montecchio. Jeśli uznać, że tekst dramatu jest za mało masowy, to trudno, facet nam się wymknie spod karzącej ręki sprawiedliwości, ale taki Zeffirelli, który to nakręcił (uwaga, propaguję środek masowego przekazu, w kinach też bywało), nie dość, że filmując romans nieletnich, to jeszcze zatrudniając aktorów poniżej 18 roku życia – Olivia Hussey miała około 15 lat w chwili powstania ekranizacji. No nie wyłga się facet. Dystrybutor, który chciałby teraz takie straszności wyświetlać w kinach, też na trzy lata utraci kontakt z własnym domem. O Nabokovie nawet nie zacznę, panie prokuratorze, sam pan wie, co robić. Kto dalej? Puccini, naturalnie, jego Suzuki w Madame Butterfly pełnoletnia nie była (a ślub zawarła jeno fikcyjny, więc nie upełnoletniła się w rozumieniu polskiego prawodawcy). Do więzienia! Ale nie bądźmy tacy, cudze wsadzamy, swojego nie znamy – biografowie św. Jadwigi, która co prawda za mąż poszła, ale w wieku lat 12. Fredro, stary zbereźnik, recydywista, nawet nie ma co się wahać. Że nie czepiam się żywych? No cóż, Tomek Tryzna, Antoni Libera… Panowie, pakujcie szczoteczki, nie ujdzie wam na sucho takie zachwycanie się efektami dojrzewania młodzieży.

A teraz nieco mniej frywolnie, dwie sprawy, które z ustawy się wyłaniają. Ponury §4 penalizuje przy rygorystycznej a szerokiej interpretacji wszelką edukację o fizjologii i zdrowiu seksualnym. Nie da się prowadzić zgodnych ze współczesnym stanem nauki lekcji o dojrzewaniu, hormonach, ciele i jego reakcjach nie popadając w konflikt z zapisami ustawy. Jak wyjaśniać uczniom pobudzenie i napięcie seksualne, jak powiedzieć, że masturbacja jest naturalną reakcją i sposobem rozładowania tego napięcia, że jest zdrowa, fizjologiczna i bezpieczna, nie popadając w konflikt z zapisem o „propagowaniu innej czynności seksualnej” – nie mam pojęcia. Zapewne o to chodziło autorom, by taka nieaprobowana przez bigotów treść nie mogła dotrzeć w ogóle do niewinnych główek dziecięcych. Ubija to co prawda program edukacji o zdrowiu seksualnym oparty o standardy przyjęte na świecie, ale, uwaga, niespodzianka – taki jest plan. Voilá, oto wyimki z uzasadnienia projektu ustawy:

uzasadn1

Drugi akapit wprost nas informuje, że zło leży w wiedzy zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia. Prosimy nie regulować odbiorników, WHO zdaniem autorów ustawy to straszliwi deprawatorzy.

Cytowany rzekomy program dla grup wiekowych to oczywiste przeinaczenie, kłamstwo i bzdura. Żaden program nie przewiduje uczenia technik masturbacyjnych, a zwłaszcza nie kieruje takiej wiedzy do przedszkolaków, to jakieś mroczne fantazje autorów dokumentu. Nikt z edukatorów działających wg standardu WHO nie oczekuje raportów z samogwałtu od dzieci, natomiast owszem, ma świadomość, że zjawisko masturbacji dziecięcej istnieje i jest przez medycynę i psychologię rozpoznane. Owszem, program przewiduje uświadamianie rodzicom, że takie zachowania dziecięce mogą się pojawić, i że nie są powodem do paniki – ale w jaki sposób autorzy uzasadnienia do projektu zrobili z tego tak efektowną woltę, pojąć nie jestem w stanie. I tak dalej, każdy kolejny akapit, przeinaczenia i przekłamania.

uzasadn2

Tu już zieje grozą. Lista zajęć podejrzanych dla autorów projektu to warsztaty, hm, z wszystkiego związanego z ochroną zdrowia i edukacją na temat własnego ciała. W jaki sposób prowadzić lekcje biologii nie zahaczając o tematy zakazane pozostaje enigmą. To, że autorzy jednocześnie próbują podważyć wartość edukacji antyprzemocowej, równościowej i przeciwdziałającej przemocy pod pozorem ochrony niewinności dziecięcej, jest wręcz odrażającym nadużyciem. Edukacja antyhomofobiczna od dawna była solą w oku wielu organizacji konserwatywnych, które czuły się poszkodowane w swojej wolności prześladowania i pogardzania, natomiast jak dotąd nie podejmowały aż tak bezczelnych prób zamknięcia ust ludziom powołującym się na rzetelne badania naukowe i wiedzę medyczną.

Mamy o tym całkiem niemłody obrazek, dwudziestoletni.

how-would-you-like-this-wrapped

Jest tak naprawdę jeszcze jeden wątek, nieszyderczy, wokół tego szkodliwego projektu. Ta zmiana w kodeksie karnym idzie za myślą, że jedynym prawidłowym źródłem edukacji seksualnej winna być rodzina, a wszelka edukacja ze strony profesjonalistów ode złego jest i sieje zamęt a demoralizację. O seksie mają uczyć rodzice i basta.

I z tą ideą założycielską zgodzić się nie sposób.

Primo: większość rodziców nie jest do tego merytorycznie przygotowana. Sam fakt posiadania organów rozrodczych nie zapewnia wiedzy o ich działaniu, problemach i zjawiskach wokół nich istniejących. (To samo dotyczy też trzustki, jak ktoś wątpi, to proszę, kto z czytelników potrafi bez sprawdzania w encyklopedii czy internecie powiedzieć, co dokładnie robi trzustka i na co wpływa? A mają wszyscy.) Edukacja powinna przedstawiać nie tylko podstawy morfologii i fizjologii, ale informować o cyklu, o objawach zaburzeń, o zakażeniach, infekcjach, profilaktyce i leczeniu – oraz o związku z płodnością. Powinna zawierać dane o podstawowych badaniach profilaktycznych (cytologii, mammografii, badaniu prostaty i jąder, w tym – o samobadaniu!) oraz odmitologizować te badania. Powinna przekazywać wiedzę o tym, jak często chodzić do lekarza, co może niepokoić na różnych etapach życia między menarche a menopauzą (i odpowiednio między dojrzewaniem a andropauzą) a co jest objawem naturalnym i fizjologicznym. Powinna też rozbrajać szkodliwe mity z mediów i filmów, w których chociażby wszystkie kobiety są idealnie bezwłose poniżej rzęs, co w naturze jako zjawisko nie występuje. Takiej kombinacji wiedzy specjalistycznej rodzice bez przygotowania medycznego po prostu nie mają, i opcja skorzystania z wiedzy fachowca, który przy tym nie speszy się rozmawiając o penisach i pochwach, jest super wartościowa.

Secundo: do zdrowia seksualnego należy też poza medycyną cała dziedzina interakcji międzyludzkich wokół seksu, czyli edukacja na temat konsentu. Według badań, Polacy bardzo mało między sobą o seksie rozmawiają, w większości nie wymieniają informacji o swoim zdrowiu seksualnym z nowymi partnerami, nie ustalają swoich granic, preferencji ani oczekiwań – wszystko załatwiane jest między domniemaniem a niedopowiedzeniem. Nie jest to dobra baza do uczenia młodych ludzi, jak udzielać świadomej zgody, jak o nią prosić bez nacisku, jak ustalać granice swojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Asertywności, bezpieczeństwa i szacunku dla swojego i partnera ciała i psychiki nie są w stanie nauczyć ludzie, którzy sami o to nie zadbali i nie doświadczyli takiej formy dbania. Nie ma sensu, by kolejne pokolenie miotało się między „dowodem miłości”, „obowiązkiem małżeńskim” a „jak suka nie da to pies nie weźmie”. Stać nas na więcej wiedzy niż przeterminowanych stereotypów.

Tertio: bzdurą jest utożsamienie edukacji na jakiś temat z modelowaniem. Od uczenia się o ptakach ludzie nie zaczynają latać, od wiedzy o tym, że istnieją inne orientacje niż heteroseksualna (i inne identyfikacje płciowe niż cisgender) ludzie nie zmieniają swojej tożsamości. Edukacja pozwalająca młodym ludziom rozpoznać zjawiska wokół siebie jako występujące w pewnym odsetku populacji, naturalne i zdemitologizowane nie tylko zdejmie odium z mniejszości, ale też pozwoli uczniom nieheteroseksualnym lepiej odnaleźć się w środowisku, gdy będzie ono mniej antagonistycznie nastawione. Co jeszcze ważniejsze, edukacja na temat zdrowia seksualnego osób nieheteroseksualnych prowadzona przez profesjonalistów w szkole może być jedynym źródłem sensownej wiedzy dla uczniów LGBT. Nie wszyscy rodzice są do tego przygotowani, by rozmawiać z dziećmi o seksie, do rozmów o seksie nieheteroseksualnym tym bardziej. A uczniowie LGBT w tej szkole i tak są, i mają pod górkę. Nie można im jeszcze bardziej utrudniać funkcjonowania.

Quatro, i to już będzie koniec tej wesołej analizy – koncepcja, że rodzice załatwią kwestię tzw. staroświecko uświadamiania jest bardzo fajna, ale ma pewien mankament wbudowany w fundament: nie wszystkie dzieci w Polsce mają tych rodziców. Lokatorzy domów dziecka w świetle tej wizji uświadomienia zaznać nie mogą, bo każdy z wychowawców, który „działając w związku z zajmowanym stanowiskiem lub wykonywanym zawodem” próbowałby takich wykładów się podjąć, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Nie sądzę, by chciał ryzykować, niech się dzieciaki dowiedzą wszystkiego z filmów porno. A my się ucieszymy, że tak ochroniliśmy maluchy przed grozą deprawacji.

EDYTOWANE, CZYLI POST SCRIPTUM

Jako że ranek mądrzejszy od wieczora, dziś dopiero zobaczyłam jeszcze jedną wesołą interpretację tej ustawy. (Jeśli któryś z czytających to prawników ma uwagi, to pokornie proszę wygłaszać)

Otóż mamy w prawie zapis tzw. wieku zgody, i wynosi on lat 15. Czyli osoba w wieku lat 15+ może uprawiać seks, a co więcej, uprawianie seksu z osobą 15+ jest legalne. Osoba lat 16 zatem idzie do lekarza i pyta o możliwości stosowania specyfików profilaktycznych właściwych dla wieku i ciała tejże osoby – czy może brać środki hormonalne, czy lepiej prezerwatywy? Czy z budową anatomiczną jest wszystko dobrze i czy nie ma ryzyka infekcji, etc itd, inteligentne pytania młodej osoby, która nie chce podejmować współżycia na rympał i spontanicznie. Czy lekarz, „działając w ramach zajmowanego stanowiska i wykonywanego zawodu” może osobie będącej pacjentem zalecać raczej seks bez penetracji, petting czy też inne „inne czynności seksualne” jako alternatywę wczesnej inicjacji, czy też w obawie przed prowokacją i prokuratorem za drzwiami raczej powinien nabrać wody w usta i wywalić za drzwi pacjenta bez żadnych porad? Czy wypisanie tabletek antykoncepcyjnych jest w świetle tego artykułu mniej szkodliwe niż rozmowa o innych niż stosunek formach aktywności seksualnej? Oraz co to za idiotyzm, że młody człowiek ma prawo seks uprawiać, ale nie może się dowiadywać o związanych z seksem konsekwencjach zdrowotnych i fizjologicznych?

Nie płakałam po Ziemkiewiczu

Kanikuła się zaczęła, gotują się mózgi i temperamenty.
Były pisarz, były rzecznik UPR, autor wiekopomnych Skarbów Stolinów; aktualnie rolnik i z bożej łaski felietonista gdzie popadnie a jakoś zapłacą, Rafał dwojga imion Aleksander Ziemkiewicz, zaszarżował z motyką na wroga cywilizacji:raz

Prosimy nie regulować odbiorników, nasze słoneczko dziennikarstwa, nasz pączuś w masełku, naprawdę rzucił słodką frazą, że do lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych należy strzelać. Oczywiście metaforycznie i oczywiście to tylko cytat, a i to niedokładny, gdyż nasz wybitny farmer prozy słynie z parafrazy – zarówno cytatów jak i faktów (w tymże niesławnym felietonie udało mu się przekręcić dwa nazwiska, należące do niezwykle popularnych w internecie facetów, przez co rozumiemy, że sprawdzenie, o kim się pisze, nie powinno zająć więcej niż 2 minuty na obu – no ale hasło „risercz ziemkiewiczowski” nie wzięło się znikąd).

Ponieważ pana redaktora jeszcze trochę ludzi czyta (została mu jakaś szczątkowa lekkość frazy z czasów, gdy uprawiał pisarstwo, a nie dotacje), zaczęły się dyskusje i przepychanki, a temat zataczał coraz szersze kręgi. W komentarzach część basowała panu dwojga imion felietoniście, część zawzięcie stawiała na edukację i próbowała wyjaśnić, co jest niestosownego w nawoływaniu do strzelania do ludzi (metaforycznie, pamiętajmy, jakby co złego, to nie przez to, że Rafał Aleksander nakłaniał do przemocy, on tak tylko śmiało trawestował). Tymczasem zbiegi okoliczności są złośliwe i w trakcie, gdy mistrz parafrazy i niedopowiedzeń mówił, że do osób LGBT należy strzelać (znaczy nie on, tylko kolega, tj. Cat-Mackiewicz, a w ogóle to tylko taka figura stylistyczna, nieprawdaż), w kraju znanym z dużo większej niż tradycyjna polska tolerancji, nastąpiły wydarzenia jak z mokrego snu farmera felietonów:

London bus assault

Jak widać, niektórym nie trzeba podpowiadać, i sami się garną – kilku młodzieniaszków, wg londyńskiej policji w wieku 15 – 18 lat, zaczepiało w autobusie parę dziewczyn, domagając się, by się zaczęły całować, bo panowie sobie życzą popatrzeć na lesbijki na żywo. Dziewczyny nie skorzystały z tak wspaniałej zachęty, więc zostały skatowane i okradzione. Widać, że dzieła dokonali amatorzy, nie czytający RAZa, bo po pierwsze pobili zamiast strzelać, po drugie, nie wygłaszali okrzyków o nazistach i bolszewikach.

Na świecie dzieją się jednak straszliwsze nieszczęścia, oto redaktorowi gleb patriotycznych Interia wymówiła współpracę. Rafał Aleksander pożalił się natychmiast w internecie, że go prześladują i że to straszliwy dramat niezrozumianego artysty, którego lesbijki i geje biją (ale on się nie podda i będzie dalej brnął, ale u siebie na stronie):razOUT

Najwyraźniej jednak nasz autor małorolny ma wokół siebie życzliwe dusze, i ktoś mu dobrze doradził, by stonował nieco swoje jeremiady. Pojawiło się nawet nadzwyczaj rozsądne jak na RAZa oświadczenie:

razO

Oczywiście jest to produkt przeprosinopodobny w opakowaniu zastępczym, Ziemkiewicz sugeruje nam o to, że co prawda taki jest światowy i literat obyty tu i ówdzie, skłonny do brawurowych cytatów i kawaleryjsko-kombajnowych parafraz, ale lud ciemny i głupi mógł się nie poznać i źle tę figurę stylistyczną odczytać i jeszcze by się komu co stało, a co jeszcze gorsze, odium by spadło na pana Ziemkiewicza, a to dramat nie do pomyślenia.

Czy żal mi biednego chałturzysty, że go wywalili z Interii? Ani trochę.

Czy wierzę w oświadczenie, że on tak się biedny potknął na cytacie i swej śmigłej jak perszeron frazie, i wszystko to tzw. lapsus i dramat niezrozumianego artysty? A figę.

Mogę sobie szydzić z faceta, ale dla porządku ustalmy (panie redaktorze, jak ktoś panu moją notkę podlinkuje i pan to czyta, to proszę: tak się robi risercz na potrzeby felietonu, i to nawet takiego, za który nie ma wierszówki) – gość w 1988 ukończył studia dziennikarskie na UW, od tamtej pory wydał siedem książek, kilka zbiorów opowiadań, w których to zbiorach da się znaleźć parę zupełnie niezłych tekstów, oraz SIEDEMNAŚCIE antologii własnych felietonów – przy tym gościu Bolesław Prus ma marną wydajność z hektara, marniutką! – chcę powiedzieć, że Ziemkiewicz od lat żyje z pisania i nie bez powodu dostał w swoim czasie aż dwie Śląkfy. W przypadku faceta z takim dorobkiem literackim sztubackie tłumaczenie, że mu się pióro omskło i coś napisał niezgodnie z własną intencją jest po prostu niepoważne. Ten gość doskonale wie, co mu z klawiatury zeszło, w końcu od trzydziestu lat z tego żyje (oraz ostatnio z KRUSu). Jeśli napisał homofobiczny, agresywny felieton i opatrzył go cytowanym na powyższych zrzutach ekranu tekstem, to nie dlatego, że nie radzi sobie z trudną materią słowa, tylko dlatego, że liczył na zamieszanie oraz rozliczne cytaty tu i ówdzie, podnoszące mu ranking kontrowersyjnego autora i pompujące status rozkosznego enfant terrible. Rafał dwojga imion Aleksander uwielbia zgrywać takiego niepokornego, w kontrze do salonów i głównego nurtu (trudna sztuka, gdy się ma stały program w publicznej telewizji), wszelako zupełnie przypadkiem trafiającego idealnie w gust co bardziej ksenofobicznej publiczności. Jeśli Ziemkiewicz coś napisał, to dlatego, że właśnie takie rzeczy miał zamiar napisać. To, że ktoś go pociągnął za słowo do odpowiedzialności, niewątpliwie powinno cieszyć w świecie, gdzie politycy przyzwyczajają nas do zupełnie otwartych kłamstw, obietnic bez pokrycia. Szefowie Interii wykazali się spóźnionym nieco, ale prawidłowym działaniem – wywalili gościa publikującego zachęty do przemocy wycelowanej w osoby nieheteroseksualne. W kontekście tego, że przemoc (fizyczna, emocjonalna, słowna, prawna i społeczna) osoby LGBT spotyka często i to nawet w krajach dużo bardziej otwartych i tolerancyjnych, wszelkie zachęty do niej należy tępić i wykorzeniać od razu. Cieszy mnie, że jeszcze są miejsca, z których usuwa się teksty o brunatnym zabarwieniu. Czy autor wyciągnie z tego jakiekolwiek wnioski, jest oczywiście dość wątpliwe, natomiast ta lekcja tego, co felietoniście uchodzi w miejscu publicznym, bardzo była potrzebna.

Miejmy tylko nadzieję, że na jutrzejszej Paradzie Równości nie będzie czytelników Ziemkiewicza.