Innego końca nie będzie

 

DSC_5040

(22 lipca 2017, fot. własna)

I wystarczy.

 

Nowa władza potyka się o własne nogi w dramatycznym pośpiechu ubicia niezależności sądów. Ma mimo własnej niezdarności i samobójczego wręcz niechlujstwa spore szanse na sukces, bo któż ją powstrzyma? Kiedy przyszli po Trybunał Konstytucyjny, któż na świecie protestował? W Polsce sporo ludzi wyszło na ulice i wróciło do domów, a życie toczyło się dalej. Rewolucja nie wyszła poza Facebooka, bo w domach była ciepła woda, frank nie stał zbyt wysoko a 500 zł łatało wreszcie budżety naciągnięte do ostatnich granic. Trybunał był daleko w Warszawie i trudno powiedzieć, czym się tak naprawdę zajmował, a w Biedronce podnieśli pensje. Niech się władza między sobą gryzie, co oni dla nas kiedykolwiek zrobili ważnego, ci prawnicy?

Niewielu widziało już wtedy, że zagarnięcie Trybunału to pierwszy krok do skoku na całość. Że partia po prostu usuwa sobie potencjalne przeszkody w Długim Marszu po Wszystko. Teraz prezydent może ze swoim uśmiechem wzorowego przedszkolaka zażartować, że bierze pod uwagę wątpliwości wyrażone przez suwerena okupującego ulice i odeśle do TK ustawy w celu zbadania ich zgodności z ustawą zasadniczą. Trybunał wybuchnie perlistym śmiechem sędzi Przyłębskiej i z przyjemnością potwierdzi wszystko, co tylko będzie potrzeba. Prezydent uśmiechnie się jeszcze szerzej i  zachwycony sobą, że mu się taki przedni dowcip udało zrobić, podpisze zamaszyście wszystkie ustawy jak leci, być może przy którejś narysuje serduszko. Monitor gorliwie opublikuje, głowy polecą, w teczkach przyjdą nowe, krawcy zarobią na poprawkach tog i biretów, ale póki woda w kranie, ciepło w kaloryferach, autobusy jeżdżą a głównym działem czytanym w prasie są horoskopy i plotki o życiu gwiazd i gwiazdeczek, rewolucji nie będzie.

Na ulice i przed sądy dziś wychodzą ludzie, którzy rozumieją, że trójpodział władzy jest bardzo istotnym wynalazkiem demokracji i że został zaprojektowany, by chronić społeczeństwo przed władzą, która chciałaby się nadmiernie skorumpować swoimi możliwościami. Demokracja wbudowuje sobie systemy zabezpieczeń i hamulców, by żadna ze stron, nawet wygrywając huraganowo (37 procent, anyone?) nie była w stanie zmienić się w dyktaturę absolutną. Sędziowie, nieusuwalni i niepodlegający władzy polityków mają być w założeniu niezależną instancją, recenzującą zgodność rzeczy z prawem i z niczym więcej. Tego chcemy, szanowni państwo, tego również ja bardzo chcę. Chcemy tej obojętnej na krzywdę ludzką grupy ludzi-paragrafów, którzy nie mają się wzruszać, przejmować, rozumieć sprawiedliwość dziejową czy rewolucyjną konieczność, dziejowy zakręt czy jakiekolwiek inne okoliczności, lecz orzekać zgodność z prawem i w związku z tym orzekać w ramach przepisów. Nawet jeśli brukowce będą wypisywać pełne oburzenia nagłówki o bezdusznym sądzie, który orzekł wbrew ludowej intuicji, wbrew poczuciu gniewu czy wbrew współczuciu, zasada dura lex sed lex powinna mieć również rozwinięcie durus iudex. Mają być sędziowie związani wyłącznie kodeksami, nie presją przełożonych, szczególną sytuacją czy świadomością, że za orzeczenie nie po myśli władzy mogą wylecieć z roboty na zawsze. Ta kasta musi być uprzywilejowana, po to właśnie, by się nie wahała orzekać wbrew intencji czy życzeniu polityków: czy sołtysa, czy rządu. Sąd, którego polityk wybiera i któremu polityk podpisuje nominację, nie jest sądem niezależnym, jest sądem, który się będzie wahać, czy mu się nie opłaca aby naciągnąć interpretacji przepisów, bo co zrobi, jak wyleci z roboty, zajmie się stolarką okienną?

Dlatego tłumy już teraz zbierają się w obronie tego, co wydaje się dość nieintuicyjne: w obroni przywileju i wyjątkowości sędziów. Ponieważ niezależność Trybunału jest naszą ostatnią linią obrony przed ustanowieniem przez ustawodawcę prawa niesprawiedliwego lub krzywdzącego. Niezależność sądów, tych małych i tych rejonowych czy okręgowych, z Najwyższym na czele, jest ostatnią nadzieją obywatela, który wdał się w spór z władzą. Obywatel musi mieć prawo do sądu, który nie jest personelem wójta ani posła. Do sądu, który stać będzie by zagrać władzy na nosie, jeśli tak stanowi przepis. Inaczej obywatel może równie dobrze do tego sądu nie iść, tylko stulić uszy po sobie i zgodzić się, że policja będzie go bić i razić prądem, władza lokalna zwolni go z pracy w szkole czy ośrodku zdrowia a władza krajowa uchwali przepis o nielegalności protestowania przeciwko parlamentarzystom.

 

Czy wierzę, że uda mi się przekonać kogokolwiek? Wątpię. Ci, którzy tu przychodzą, z grubsza podzielają przekonanie, że wzajemna niezależność ośrodków władzy jest szalenie istotna dla zachowania bezpieczeństwa nas wszystkich. Ci, którzy wierzą, że przecież nic się nie stanie, ten rząd nas lubi i dba o nas, nie liczą się z tym, że raz zepsuty mechanizm zabezpieczeń będzie niezdolny powstrzymać następnych – dyktatorów, idealistów, marzycieli, rewolucjonistów, kandydatów na świętych lub tyranów. Dziś jest cudownie i można poczuć satysfakcję, że ci zarozumiali prawnicy wreszcie czują mores. Niestety, to nie jest dobrze, jeśli sędziowie się boją, ale to zrozumiemy jako społeczeństwo niestety trochę później.

 

Jestem pesymistką, rewolucja nie wybuchnie na skalę ogólnopolską, a partia przeprowadzi wszystko, co chciała. Ostatni wielki polski ruch społeczny obalający struktury władzy nie wziął się ze sponiewieranych ideałów demokracji, wziął się z frustracji podwyżkami. Dopóki nowe podatki nie zrobią wyrw w budżetach niwelujących zysk z wypłaty 500+, dopóki podwyżki się nie skumulują a Unia nie wprowadzi cięć w dofinansowaniu, nie spodziewam się, by protest osiągnął skalę wystarczającą do ogłoszenia nowych wyborów. Niestety, obawiam się jednocześnie, że co najmniej jedno z tych nieszczęść nas dotknie, i wyrwie z obojętności dotychczas pozostających w domu. Na wszelki wypadek podrzucam gotowca, oto, co będziemy wówczas przybijać do drzwi domów i zakładów pracy:

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.

  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.

  3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji  wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

  4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
    b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych
    c) znieść represje za przekonania.
  5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.

  6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:

    a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
    b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.

  8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.

  9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.

  10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.

  11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).

  12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

  13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.

  14. Obniżyć wiek emerytalny

  15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.

  16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.

  17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.

  18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.

  19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.

 

Tymczasem protestujmy w nadziei, że uda nam się niemożliwe. Jeśli nie dla zmiany, w którą trudno już uwierzyć, to choćby po to, by nie mieć sobie nic do zarzucenia – by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co można.

DSC_5021

(22 lipca 2017, Warszawa, barierki wokół Sądu Najwyższego, fot. własna)

Koza rabina, czyli polski kompromis

Polska to dowcip o kozie rabina, opowiadany w nieskończonej pętli.

Po ledwie półtora roku dostępności politycy wycofali z obiegu bezreceptowego preparat EllaOne, wracając do stanu, gdzie antykoncepcję awaryjną musi przepisać lekarz. Chyba, że ten lekarz to Konstanty książę pan Radziwiłł:

snippet-radziwill

Człowiek, jak widać z obrazka, wysokich standardów moralnych i wielkich oczekiwań wobec swoich pacjentek. Przy okazji, Minister Zdrowia w naszym wesołym zakładzie.

Zwięzła powtórka dla tych, którzy w zimie hibernują i przetrwali bez wiedzy, co się w mediach i internecie działo na temat tzw. pigułki po:

  • EllaOne, jak i kilka podobnych w działaniu leków, jest antykoncepcją awaryjną, stosowaną jak sama nazwa wskazuje, w sytuacjach kryzysowych – gdy zastosowane zwykłe środki prewencji ciąży zawiodły i istnieje ryzyko zapłodnienia. Jest również stosowana przez ofiary gwałtu, z przyczyn oczywistych.
  • Antykoncepcja awaryjna musi być zastosowana w ciągu najdalej 72 120 godzin (jeśli mowa o preparacie EllaOne – korekta na podstawie komentarza) po stosunku, przy czym jej skuteczność spada w czasie.
  • Antykoncepcja awaryjna nie jest środkiem wczesnoporonnym, wywołującym poronienie, ani „aborcyjnym”, wbrew temu, co mówią zaangażowani ideologicznie specjaliści od kobiecej fizjologii
  • EllaOne kosztuje około 150 zł, co w dość oczywisty sposób sprawia, że nie jest to lek łatwo dostępny i nadający się do nadużywania

Tu zaś informacje na temat faktycznego popytu na EllaOne, pochodzące z pierwszej ręki, od aptekarza który postanowił być głosem rozsądku w sporze – link do wpisu Jerzego Przystajki, farmaceuty.

W zasadzie trudno coś dodać do przytoczonych przez Jerzego Przystajkę obserwacji: EllaOne z założenia miała być lekiem luksusowym. Nie znam wielu osób, które mogłyby sobie pozwolić na zrobienie zapasów preparatu, czyli wydać wielokrotność tych 150 złotych po to, by nie musieć w razie pęknięcia prezerwatywy biec w nerwach do lekarza po receptę i sprawdzać, jak elastyczne jest jego sumienie. Nie ma co udawać, że poprzedni rząd wyjął spod rygoru recepturowego akurat tę tabletkę z innych przyczyn niż ustalona przez producenta cena – istnieją dużo tańsze preparaty o podobnym działaniu, ale ich nie objęło uwolnienie do OTC. „Udostępnienie” najdroższego leku miało być kompromisem zgodnym z najlepszą polską tradycją targów o prawa kobiet: malutkie ustępstwo nazywane wielkodusznym aktem moralnego permisywizmu i otwarciem bram piekieł. Obecnie bramy mają zostać zamknięte i podparte kołkiem, oczywiście w imię troski o zdrowie tych nieszczęśnic, które bez wydania kilkuset złotych na prywatną wizytę lekarską otrułyby się niechybnie ElląOne.

Prawie wszystko na ten temat już zostało w internecie napisane i powiedziane: również o skutkach ubocznych. Fałszywa troska o fatalne skutki zażywania leków bez recepty wylewa się zewsząd, acz dziwnym trafem nie dotyczy preparatów, które zdążyły już w Polsce zabić kilka osób a wiele innych pozbawić zdrowia i sprawności, preparatów dostępnych za trzy złote w każdym kiosku, markecie i stacji benzynowej; dotyczy natomiast trudnodostępnej, drogiej i wymagającej konsultacji z farmaceutą przy zakupie tabletki EllaOne. Tabletki, której efekty uboczne są dużo mniej dramatyczne, niż potencjalna lista powikłań przy jedzeniu paracetamolu czy pyralginy. Moraliści i moralistki lejące rzewne łzy nad spustoszeniem, jakie rzekomo miałaby tabletka po wywołać w organizmie nieszczęsnej nastolatki jakoś milczą na temat opcji alternatywnej: hormonalnej burzy trwającej przez  dziewięć miesięcy ciąży i trzy następne połogu i rekonwalescencji. Ten skutek uboczny niezastosowania antykoncepcji awaryjnej wydaje się im łatwiejszy do zaakceptowania, choć może się w przypadku młodocianego organizmu skończyć dużo gorzej. Stąd moja sugestia, by nie dawać się wybijać z rytmu przez biadolenie na temat skutków ubocznych: większość rzeczy dostępnych od ręki wszędzie wokół: aspiryn, paracetamolu, środków na kaszel czy przeczyszczających (o alkoholu i papierosach z państwową akcyzą nie wspomnę przez litość) jest dużo bardziej szkodliwa – a wiele tańsza i reklamowana we wszystkich możliwych mediach (z wyjątkiem alkoholu i papierosów). Jeśli mamy udawać, że spędza nam sen z powiek ryzyko przyjęcia leku bez konsultacji z lekarzem, powinniśmy umawiać się do internisty i neurologa po receptę na apap za każdym razem, gdy nęka nas kac czy ból stłuczonego mięśnia, panowie posłowie i panie posłanki moraliści od święconej macicy. Przegonienie nastolatki przez ginekologa (do którego formalnie nie może zapisać się bez zgody rodzica!) nie służy niczemu, poza stresem i kosztem. Jest też niezerowe ryzyko że w budżecie nie wystarczy już pieniędzy na tabletkę po uiszczeniu opłaty za konsultację, ale to raczej cel zamierzony tego przepisu niż przypadek.

Oczywiście, że wycofanie EllaOne jest aktem prawnym opartym na antyfeministycznym podejściu do prawa kobiet o decydowaniu o swojej rozrodczości, a nie wynikającym z założeń ochrony czyjegokolwiek zdrowia. Oczywiście, że w tle rezonuje nastawienie, że niechciana ciąża ma być karą za seks i że kobiety należy dyscyplinować strachem przed ciążą, aby nie były tak rozwiązłe jak mężczyźni (czy wiecie, że preparaty viagropodobne występują w wolnym dostępie aptecznym? Wiecie, bo w każdej stacji państwowej telewizorni lecą stosowne reklamy. Co ciekawe, oczywiście, bo lista szkodliwych skutków ubocznych viagry jest znowu dłuższa niż w przypadku antykoncepcji, a ryzyko przedawkowania większe). Oczywiście, że protest kobiet w tej sprawie jest głośny, zwłaszcza, że jak mówią ci, co czytali projekt nowej ustawy, do obiegu recepturowego mają wejść również globulki antykoncepcyjne. Polskie prawodawstwo zamierza zmienić kobiety w zwierzęta rozpłodowe, wierząc święcie, że ciąża to błogosławieństwo a środki antykoncepcyjne to perwersyjna apokalipsa, której doświadczyć mogą tylko te, które najpierw przegoni się przez czyściec kosztów i upokorzeń, taką ścieżkę zdrowia od klauzuli sumienia do rachunku na paragonie.

Protestujmy. Ale nie jak z kozą rabina, nie dajmy sobie wmówić, że restrykcje to kompromis. Żądajmy powrotu do aptek antykoncepcji awaryjnej na każdą kieszeń: środków bezpiecznych, atestowanych i dostępnych bez recepty i moralizacji Radziwiłła i jego ministrantów. Żądajmy edukacji seksualnej na światowym poziomie, dostępności bezpiecznych środków prewencyjnych i dostępności (również w wymiarze ekonomicznym!) ginekologa profesjonalisty, skupionego na zdrowiu i dobrostanie pacjentek, a nie sumieniu swoim i swojego spowiednika. Żądajmy tego wszystkiego, dla siebie, dla naszych matek, sióstr i córek – jeśli będziemy prosić tylko o powrót EllaOne, nie dostaniemy nic.

 

 

Przedrzeźnianie Powstania

Dziś o godzinie W w Warszawie rozpoczął się festyn z racami i przyśpiewkami i obfitością straganów z okolicznościowym badziewiem.

Rocznica wybuchu powstania, które obróciło pół miasta w perzynę i skończyło się rzezią ludności cywilnej – a w chwili wybuchu było aktem desperacji, brawury i przerostu gniewu nad chłodną kalkulacją szans na sukces – dotąd obchodzona na poważnie, jako okazja do refleksji, bolesnych wspomnień i oddania hołdu tym, którzy porwali się z niemal gołymi rękami na wojsko okupanta. Wycie syren miało oddać grozę i powagę chwili, a wstrzymanie się w milczeniu wszystkich przechodniów czy kierowców było tym minimalnym, symbolicznym gestem uczczenia pamięci tych, którym żadne słowa nie wystarczą ani nie wynagrodzą. Skromność i surowość tego rytuału oddawały dość dobrze uczucia tych wszystkich, którzy rzeź Warszawy pamiętali sami lub ze wspomnień swoich najbliższych. Sami powstańcy zaś wyżej od wszystkich odznaczeń państwowych nadawanych im z mniejszą czy większą szczodrością cenili sobie własne opaski na ramię, przechowywane od ..dziestu lat jak relikwie. Dobry zwyczaj się utarł, że nikt tego symbolu nie śmiał podchwytywać, kopiować ani odtwarzać – wydawało się dla wszystkich oczywiste, że powstańcze opaski są odznaczeniem niejako same w sobie i noszenie ich przez kogokolwiek poza bohaterami samego Powstania byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa.

W rzeczy samej, wydawało się.

W tym roku nastąpiła niebywała zmiana tonu. Opaski przywdziało paru tęgawych panów, szczycących się niepokornymi poglądami (wyrażanymi w doskonale sprzedających się tygodnikach, prezentowanymi w publicznej telewizji w prime-time, nagradzanymi tłustymi państwowymi synekurami, stanowiskami i nagrodami), przywdziało je nie na mundury, bo ich związki z mundurem skończyły się zapewne na oglądaniu (z należną dialektyczną pogardą) Czterech Pancernych; więc przywdziali te opaski na sportowe koszulki, tiszerty zgoła, i zgodnie z zasadą „konia kują, żaba łapę podstawia” wyprężyli klaty do obiektywu w pozie co to nie my, powstańcy, psiakrew, krew z krwi, bunt przeciw pluszowej opresji, duma i godność, godni następcy tych Kolumbów (nie przypuszczam, by choć połowa z nich z Kolumbami miała styczność), podziwiaj, narodzie, swoich synów.

Synami bym ich nazwała, acz nie od razu całego narodu.

Jeszcze sobie tekturową Virtuti Militari wytnijcie i przylepcie na plaster do kieszonek na komórki. Jak szaleć to szaleć, kto wam, generałowie twittera, zabroni? Przecież nie wyczucie proporcji, pokora czy wstyd. Przeszliście całego Counter Strike’a bez cheat code’ów, to prawie jakbyście wyszli kanałem ze Śródmieścia na Wolę, opaska wam się należy jak hamburger po siłowni, jak piwo po internetowym flejmie.

 

Niestety, to była tylko groteskowa i obelżywa część cepeliady w tym roku; niestety, mieliśmy też część przerażającą.

Otóż pod obchody podpięła się dzielna młodzież narodowa. Tak, ta sama młodzież, która zdaniem polskich sądów piwa zamawia starożytnym salutem rzymskim. Ta sama młodzież, która pręży patriotyczne muskuły wygrażając pięściami mniejszościom i obcokrajowcom, bez żenady pożyczając od hitlerowców narrację o podludziach niewartych życia, o chęci zagazowywania homoseksualistów, uchodźców, innowierców czy ludzi o innym kolorze skóry. Ta właśnie radosna młodzież narodowa odpaliła race i przyśpiewki o godzinie W – jest impreza, jest hałas. Koncepcja, że w zasadzie 1 sierpnia celebrujemy krwawy i tragiczny pogrzeb stolicy i że przystoi cisza i choćby chwila skupienia, nie przedarła się do tych łysych czaszek. Szum flag z celtyckimi krzyżami pewnie był za głośny.

Mieliśmy więc w tym roku festyniarzy, cepeliadę (to przytłaczające, ile straganów z gadżetami z motywem Powstania wyrosło w tym mieście. I jak wiele obiektów dało się tą symboliką uświetnić – kubeczki, smycze na klucz, podkładki. Doprawdy, stylowy pomysł, kto by nie chciał pić kawy z czegoś oznakowanego jak grób), uzurpatorów i młode naziolstwo radośnie a rytmicznie porykujące nad siwymi głowami ostatnich żyjących Powstańców. Było głośno, bluźnierczo i bez sensu. Było mi wstyd. Generalnie obchody upłynęły w moim odczuciu pod znakiem to add insult to injury, i mam wrażenie, że ktoś powinien za to Powstańców przeprosić.

Powstanie[Zdjęcie: Marcin Wziontek]

Najwyraźniej ostatni niesplugawiony i nieprzerobiony na narodową, cepeliowską kiełbasę z grilla symbol właśnie nam się zatracił, bo zbyt wiele osób i frakcji postanowiło naraz pożyczyć sobie jego blasku by podświetlić własne, niezbyt wybitne sprawki. Ledwie udało się odwołać kuriozalny pomysł, by do – w rzeczy samej wstrząsającego – apelu poległych dorzucić w promocji listę pasażerów samolotu do Katynia. Niestety, Powstańców jest zbyt mało, by utrzymali wszystkie fronty, choć obronili się przed inwazją polityki doraźnohistorycznej, nie udało się ich uchronić przed stadem przedrzeźniaczy i szyderców. Patriotyzm staniał, wystarczy głośno krzyczeć i kupić kawałek materiału. Na bicepsie niektórych to jednak jest tylko szmatka. Na odznaczenia trzeba zasłużyć, żeby coś znaczyły, nie wystarczy ich wyciąć z pudełka proszku do prania „Biała Siła”. Bardzo mi przykro i wstyd, że ostatni żyjący bohaterowie sierpnia 1944 muszą patrzeć na to, co z rocznicą ich zrywu przeciw okupantowi, z rocznicą terroru, rzezi i śmierci tysięcy wyprawia festyniarska banda wypasionych byczków z celtyckim krzyżem na flagach, i poparciem w sejmowych ławach. Wstyd.

 

 

prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery

Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.