Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

Magia na co dzień, czyli przegląd prasy w Polsce

Pomimo zbliżających się wyborów do PE w mediach pełno raczej historyjek z dreszczykiem. Może nie sezon ogórkowy, ale stanowczo sensacja i kryminał. Ledwie przewalił się ciągnący grozą news o ludziach, którzy – będąc nieźle sytuowani – zagłodzili dziecko na śmierć w zgodzie ze wskazówkami jakiegoś lokalnego szamana. W bonusie – znamienna informacja, że rodzice lecząc niemowlę starannie unikali lekarza rejonowego i nie zaszczepili żadną z obowiązkowych szczepionek. Szaman zresztą okazuje się mieć więcej osiągnięć w nekropediatrii.

Dziś nowe kuriozum – zgon siedemdziesiąciolatki, wyegzorcyzmowanej przez religijne dzieci na śmierć. Równolegle, w lżejszej części serwisów najpoważniejszy dziennik ogólnopolski z pretensjami do bycia periodykiem opiniotwórczym, serwuje nam porady żywieniowe oparte o czary z Dalekiego Wschodu oraz marszczenie nosa na migrenę. Zwracam uwagę na dział, w którym te michałki się publikuje. Nazywa się on Gazeta Zdrowie.

Ewidentnie w dwadzieścia pięć lat po zrzuceniu jarzma socjalizmu z grzbietu media wolnościowe mają co celebrować. Światopogląd naukowy został razem z resztą wątpliwych osiągnięć słusznie minionej epoki zapędzony do muzeum reliktów systemu. Pluralizm poglądów w prasie polega na tym, że opiniotwórcza Gazeta Wyborcza wydaje dodatek Zdrowie, w którym pisze o altmedzie równie entuzjastycznie co o EBM (Evidence Based Medicine) udzielając obydwu kredytu zaufania. Prasa rzekomo poważna opisuje cuda i magiczne spektakle (por. seanse Bashobory na Stadionie Narodowym) a rytuały religijne zajmują pół pasma telewizji publicznej w każdą niedzielę. Jednocześnie ta sama prasa rozdziera wirtualne szaty nad cierpieniem maturzystów udręczonych szokująco trudnymi zadaniami (jeremiadę nieco osłabiło opublikowanie treści, większość znanych mi ludzi dorosłych robi je od ręki). Jednocześnie od lat trwa, z różnym natężeniem, batalia o wprowadzenie na maturze egzaminu z inkantacji i rytuałów i historii czarów.

Demokracja poglądów w dyskursie publicznym doprowadziła nas do tego, że nie tylko każdemu wolno wygłosić niemal dowolne zdanie, ale też do tego, że bzdura, zabobon i szkodliwa brednia traktowana jest z równie dużym respektem jak tezy naukowe. Dziennikarze, którzy nauki pobierali w Wyższej Szkole Wszystkiego Najlepszego usłyszeli o zawodowym obiektywizmie i zrozumieli z niego, że prawda zawsze leży po środku, dzięki czemu w programie telewizyjnym bioenergoterapeuta spotyka się z onkologiem i obaj mają ten sam czas antenowy. Dziennikarz im obu basuje i mądrze zagląda kamerze w obiektyw z głęboką troską w głosie wygłaszając bon moty, a prawda zepchnięta do środku ringu leży i rozdzierająco płacze.

Nie chodzi o to, że redaktorzy i prezenterzy odpowiedzialni za dział naukowy w swoich mediach są niedouczeni, choć często są. Chodzi o to, że przestaliśmy – my, ludzie – rozumieć świat. Paradoksalnie z tego powodu przestaliśmy, że – my, ludzie XXI wieku – zbliżyliśmy się do rozumienia mechanizmów świata wyjątkowo blisko. Specjaliści od podglądania atomów obecnie oglądają kwarki i rozpędzają cząstki. Biologowie nie tylko zaglądają wirusom pod błonę, ale podkładają im obce DNA do środka. Lekarze mówią o prześwietleniach i skanach i terapii kierowanej, a odbiorca rozpoznaje tylko powierzchownie znaczenie potoczne słów i ma świadomość obcowania z cywilizacją tak zaawansowaną, że jej zrozumienie wydaje się poza zasięgiem. Jednocześnie istnieje w człowieku potrzeba zrozumienia rzeczywistości, oraz potrzeba poczucia kontroli nad swoim otoczeniem. Specjalizacja wiedzy, jej niebywałe namnożenie i jej komplikacja sprawia, że większość ludzi lękiem i nieufnością podchodzi do wszystkiego, co nosi na sobie stempel naukowy. Zwłaszcza, że przy tak zawiłych sprawach, jak fizyka cząstek elementarnych czy sposób działania skanera MRI nie sposób laikowi wyjaśnić od ręki nawet samego pola zainteresowań naukowca. Bo najpierw trzeba naświetlić podstawy (pamiętacie jeszcze, że matura w tym roku była bardzo trudna, bo trzeba było policzyć, jak szybko pan X szedł pod górkę, jeśli w obie strony szedł ponad godzinę a w jedną miał dwa kilometry?). A potem wyjaśnić zależności. A potem pokazać, gdzie są niepewności, niewiadome, punkty sporne. A potem…

A potem zniechęcony słuchacz szuka wyjaśnień kompletnych, spójnych i najlepiej dążących do uniwersalnych. Takich, które na prostym przykładzie (uwaga na nisko latające analogie!) wyjaśni wszystko. Mądre słowa mogą być – i często są – zapożyczone z <i>oficjalnej nauki</i>. Ale sama nauka jest dezawuowana, jako nieprzydatna i skupiona sama na sobie.

Żyjemy w czasach, gdy nasze telefony mieszczą w sobie więcej danych niż dwunastotomowa encyklopedia PWN i więcej elektroniki, niż USA wysłało na Księżyc z Armstrongiem. Żyjemy w czasach protez stawów biodrowych, implantów ślimakowych, przeszczepów twarzy i płuc. Żyjemy w czasach dializy, antybiotyków, w czasach, gdy za pomocą telefonu możemy zobaczyć, jak z satelity wyglądają pola kukurydzy w Kansas. Żyjemy w czasach magii i zdajemy się na magię. Nikt* z nas nie wie, jak działa jego czy jej telefon – wiemy, gdzie się włącza i jak wysyła fotki na fejsa. Nikt nie wie, czemu mikrofalówka podgrzewa jedzenie ale wybucha od podgrzewania blaszanej miski. Nikt nie wie, jak dokładnie działają antybiotyki ani rentgen. Działają. Opieramy się na wiedzy, którą ma kilku specjalistów budujących dla nas skanery, telefony i mikrofalówki ale której nawet nie zamierzamy posiąść. Otoczeni magią urządzeń codziennego użytku nie umiemy na pierwszy rzut oka odróżnić, czy urządzenie w wykafelkowanym gabinecie bada poziom hormonów czy tylko robi ping i wypluwa kartkę z wynikami. Nie jesteśmy odporni na magię, bo świadomie nie chcemy wiedzieć, jak to wszystko działa, byle działało.

A raczej – lubimy dostawać proste wyjaśnienia. Nieskomplikowane, tłumaczące wszystko naraz. Dające nam poczucie, że niepotrzebni nam są nudziarze w fartuchach, oni znają się tylko na mikroskopach i próbówkach, nie znają się na człowieku. Slwstr pięknie napisał, jak osoba bywała w świecie ulega magii prostych wyjaśnień, ponieważ odrzuca zawiłości wiedzy naukowej, ale gotowa apostołować intuicji i czarom wbrew podstawowej wiedzy. Zdjęcia w notce pokazują, jak wielu ludzi ulega urokowi wyjaśnień nieskomplikowanych i holistycznych. Tłuczone w szkołach wiara i serce więcej mówią do mnie zbiera nieoczekiwane żniwo, oddając nas w ręce szamanów, wróżek, zielarzy, kręgarzy i ekspertów od leczenia kolorami. Prasa epatuje krwawymi historyjkami śmiertelnych ofiar szamanów, ale nie widzi związku z własnym, aktywnym wprowadzaniem do mainstreamu diet opartych o szamańskie rytuały. Na głównej stronie opisuje tłumy zgromadzone przez afrykańskiego wskrzesiciela Bashoborę, a potem obłudnie ubolewa nad zatłuczoną w ramach egzorcyzmów staruszką. W imię źle pojętego obiektywizmu kładą wciąż prawdę po środku, żeby leżała. Razem z ofiarami.

 

_____________________________________________________________

*Wiem, że wielu czytelników tego bloga to osoby, które akurat wiedzą, jak działa telefonia, internet, mikrofalówka, a niektórzy nawet na co dzień w pracy mordują wirusy. Ale wiem, że wiecie, że to nie o was.

 

EDYCJA:

Poproszono mnie o sprostowanie, zatem zamieszczam – gazeta.pl oraz Gazeta Wyborcza są odrębnymi serwisami.

Ból istnienia w Polsce – wersja refundowana

Onkolodzy codziennie wzywali specjalistę od leczenia bólu. Przez tydzień nie udało się go sprowadzić – wspomina jedna z pacjentek

 

To nie jest reportaż z Rwandy, Konga ani polowego szpitala w środku dżungli. To jest opis funkcjonowania Centrum Onkologii w stolicy sporego państwa w Europie. To jest hańba.

W tym kraju nie ma zgody na eutanazję dla terminalnie chorych i cierpiących. Nie ma również od niedawna specjalistycznej opieki przeciwbólowej na najstraszniejszym oddziale – onkologii. Nie ma, bo „reorganizacja”, bo „oszczędności”, bo „cięcia”. Nieprawda: na onkologii nie ma profesjonalnego oddziału leczenia bólu, ponieważ nie ma tu, w tym kraju, cywilizacji. Jest metafizyka i opowiadanie głupot. Nie ma wystarczającej ilości anestezjologów na oddziałach szpitalnych, więc znieczulenie przy porodzie siłami natury nie jest ustawowo refundowane, lecz traktowane jak prywatna fanaberia. Kobiety zapożyczają się przed udaniem do szpitala, dogadują i płacą, a kolejnych ministrów stać na opowiadanie o naturalnym charakterze bólu porodowego. Oczywiście, zzo jest „absolutną ostatecznością” a projekt wprowadzający nieśmiało darmowe znieczulenia zakłada, że:

Każda rodząca będzie musiała być także poinformowana o tym, jakie metody łagodzenia bólu jej przysługują. Zanim sięgnie po ostateczne rozwiązanie – czyli znieczulenie zewnątrzoponowe – powinna wypróbować takie metody, jak skoki na piłce, korzystanie z drabinki lub krzesła porodowego, odpowiednie oddychanie, masaże relaksacyjne, akupunktura, okłady czy też środki opioidalne lub gaz rozweselający. Jeżeli te metody okażą się nieskuteczne, wtedy mogą zostać wprowadzone metody farmakologiczne.

Źródło

Co oczywiście oznacza, że kobieta dostanie propozycję zabawnych podskoków i gimnastyki, albo altmedowego nakłuwania skóry, albo wdychania gazu rozweselającego, który nie znieczula zupełnie, a dopiero, gdy dzielnie zniesie te wszystkie wygłupy, ktoś zawoła anestezjologa. Szyderstwo tego projektu jest obezwładniające i przypomina skecz o maszynie do robienia ping. Przy okazji, to zabawne, że ministerstwo chce wprowadzić na porodówki akupunkturę – procedurę niemedyczną o nieudowodnionej skuteczności (tzn o skuteczności takiej samej, jak losowe kłucie dowolnych miejsc na ciele pacjenta) oraz ją refundować. Oto właśnie szamani psioczący na medycynę w fartuchach wkroczą do szpitali wyciągać łapki po pieniądze za dziabanie rodzących igłami pełnymi starożytnej mocy, co z jakiegoś powodu wydaje się decydentom lepsze niż zapłacenie anestezjologom za dyżury na położnictwie.

 

Ale pomińmy kabaretowy aspekt leczenia bólu w Polsce, zapytajmy zupełnie serio, co w tym kontekście mają do powiedzenia nasi politycy.

Tajemnica ludzkiego cierpienia jest samym rdzeniem człowieczeństwa, wielkim tematem pokoleń filozofów, teologów i mistyków –

cytuję za Gazeta.pl . I ta wykrętna acz szczera odpowiedź doskonale pokazuje, gdzie leży źródło protekcjonalnego spoglądania na cierpienie rodzących, na męczarnie chorych onkologicznie, na horror agonii bez znieczuleń. Ból nie jest zjawiskiem z kategorii medycznej, ból jest kategorią metafizyczną. To pozwala zupełnie nie zajmować się finansowaniem leków, terapii czy rehabilitacji. To pozwala uciec od brzydkiego słowa „narkotyki” w rozmowie o leczeniu paliatywnym. To pozwala oddać się miłym rozważaniom w atmosferze naukowego skupienia, w cienistych murach państwowej uczelni:

Tablica-Osrodka-Badan-nad-Cierpieniem

Nie ma takiej potrzeby, by banalizować tajemnicę morfiną. Możemy zagłębić się w metafizyków i hagiografów, podziwiając ich hart ducha i wytrzymałość. A potem uznać te lektury za wskazówki w postępowaniu z chorymi. Ha, nie wierzycie, prawda? Ależ zupełnie serio można zaproponować chorym zamiast leków przeciwbólowych coś w rodzaju metafizyczno-religijnego punktu wymiany cierpień. Ta wesoła instytucja zachęca ludzi zmagających się z bólem i udręczeniem, by zamiast poszukiwać skutecznie sposobów uśmierzenia cierpienia, ofiarowywali je w intencji ogólnej.

(Jeśli ktoś to zrozumiał, będę wdzięczna za objaśnienia w komentarzach, mój mózg eksploduje za każdą próbą odczytania statutu i opisu funkcjonowania tego kółka.)

Tak, żyjemy w kraju, gdzie zupełnie serio zakłada się inicjatywę zachęcającą do masochistycznego poszukiwania sensu i rozkoszy w cierpieniu pod bełkotliwym terminem ofiarowywania, w ramach instytucji, która ma na sztandarach pomoc chorym i cierpiącym.

 

Przepraszam, mózg mi znów wybuchł, wrócę do państwa za chwilę.

Ta niepojmowalna koncepcja przekrada się jednak do dyskursu publicznego, skoro politycy zapytani, co sądzą o ewentualnej legalizacji eutanazji (pytanie z kategorii prawno-medycznej, zaznaczmy) odpowiadają, przywołajmy pyszny cytat ponownie:

Tajemnica ludzkiego cierpienia jest samym rdzeniem człowieczeństwa, wielkim tematem pokoleń filozofów, teologów i mistyków.

Owszem, kusząca jest teza, że polityk to osoba, która zazwyczaj nie rozumie, o co się ją pyta. To możliwe, ale ja twierdzę, że ci państwo powiedzieli to co naprawdę myślą, bo ta myśl unosi się trującym oparem nad całą Polską. To wszechogarniający kult martyrologii. Zachwyt klęskami, licytacja trupów, ekscytacja cierpieniem. Tu cierpienie jest dowodem na moralne zwycięstwo, dowodem racji w sporze, czymś niemal godnym zazdrości, wywyższającym moralnie i chwalonym. Cierpienie nie jest po to, by je łagodzić i uśmierzać, jest po to, by stanowiło natchnienie poetów. Z tej oczadziałej bzdurą, metafizyką i masochizmem (najlepszym możliwym, bo delegowanym: nasi główni etycy zachwycają się cierpieniem i bólem kogo innego i domagają się w tego bólu znoszeniu nadludzkiej dzielności) wyrastają decyzje oszczędzania na morfinie dla umierających, na anestezjologach dla rodzących, na opiece paliatywnej i profesjonalnym ośrodku leczenia bólu w centrum onkologii.

Możemy chorym przynieść za to wyrazy uznania, ulotkę ze Staszowa i święty obrazek ze stosownym patronem tortur. Możemy mieć nadzieję, że będą wystarczająco osłabieni chorobą, że nie dadzą nam w ryj.