Po co komu uniwersytet?

Taki na przykład Uniwersytet Gdański jest strasznie fajny, ma ładny budynek, z bieżącą wodą, kanalizacją, ogrzewaniem i w środku mnóstwo sal, które w godzinach wolnych od studentów można sobie wynająć w dowolnym w zasadzie celu. Można na prezentację garnków, można na pokazy majtek, można na wykłady o tym, że chemioterapia nie leczy, tylko obniża przeżywalność pacjentom oraz wywołuje nowotwory. Generalnie da się w murach Uniwersytetu robić cokolwiek, co nie łamie zasad prawnych, jak mówi prorektor ds rozwoju i finansów UG. Macie zapewnienie z samej góry, że Uniwersytet nie ma żadnych wymagań merytorycznych czy jakościowych dotyczących swojej marki: możecie handlować odpustami, odprawiać rytuały czy tresować pchły, powaga uczelni nie jest zagrożona przez wykorzystanie jej wizerunku do legitymizowania pseudonaukowego hochsztaplera i jego publikacji.

Jerzy Zięba przykładem.

Mniej mnie w tej chwili martwi to, że UG strzelił sobie w stopę (państwo wybaczą tę anatomiczną metaforę, możemy ją pociągnąć dalej, mówiąc, że uniwersytet udzielający lokalu oszustom i naciągaczom staje się golemem na glinianych nogach, ale to nie konkurs poezji asocjacyjnej) tym posunięciem i uszkodził sobie prestiż. Jeśli rektorat uważa, że uczelnia musi się prostytuować, by pozyskać pieniądze na działalność podstawową – to jest to problem uczelni oraz właściwego ministerstwa, ja mogę oczywiście głęboko ubolewać nad nędzą zmuszającą wyższą uczelnię do kroków desperackich i dywagować, czy na pewno państwo polskie dobrze dysponuje swoim skromnym i zadłużonym nad miarę budżetem, jeśli inwestuje w budowę gargantuicznych obiektów kultu kosztem utrzymania placówek naukowych. Istotę problemu widzę jednak gdzie indziej – facet, który zupełnie serio opowiada takie rzeczy:

– ten gość dostaje nie oślą czapkę i skrzynkę po jabłkach, lecz katedrę w sali wykładowej państwowego uniwersytetu. Uniwersytetu, którego sensem istnienia jest nie drukowanie dyplomów, lecz pomnażanie nauki oraz jej rzetelne weryfikowanie, tak, by absolwenci opuszczający te w założeniu czcigodne mury dysponowali aktualną, rzetelną, sprawdzoną i opartą na faktach, badaniach i replikowalnych eksperymentach wiedzą. Wpuszczenie pana Zięby i jego wziętego z powietrza ciągu skojarzeń niepopartych żadnymi wartościowymi badaniami na teren placówki jak dotąd naukowej uderza nie tylko w wiarygodność uczelni, ale kosztem tejże – dodaje wiarygodności szarlatanowi. Podsumujmy bowiem, kto skorzysta za tydzień z sali wykładowej polskiego uniwersytetu, opowiadając różne rzeczy o leczeniu i profilaktyce: Jerzy Zięba nie jest lekarzem i nigdy nim nie był. Nie studiował medycyny, pielęgniarstwa ani położnictwa. Nie studiował farmacji ani stomatologii, ani nawet weterynarii. Nie jest biologiem, biotechologiem ani biochemikiem. Sam nazywa się naturoterapeutą i swoją wiedzę czerpie od sobie równych czarodziejów i wróżek, z uniwersytetu imienia YouTube oraz obserwacji własnych i lektur książek o zielarstwie i samoleczeniu. Te kwalifikacje dają mu czelność dezawuować EBM* i wygłaszać opinie tak kuriozalne jak przytoczone powyżej, oraz sugerować ludziom chorym porzucenie leczenia szpitalnego czy ambulatoryjnego na rzecz terapii witaminami przyjmowanymi na wiadra, picia słonej wody czy innych kuriozalnych pseudoterapii.

Oczywiście inżynier Zięba jest ostrożny i wyraźnie podkreśla „nie twierdzę, żeby nie stosować chemioterapii”, ale jednocześnie ostrzega: „jeśli ktoś został poddany chemioterapii czy radioterapii, to leczenie alternatywne jest dużo mniej skuteczne”. Wolałabym, by pacjenci nie słyszeli podobnych ostrzeżeń wcale, na pewno jednak aula uczelni wyższej jest jednym z najmniej do czegoś takiego odpowiednich miejsc.

Cytowana powyżej doktor Paulina Łopatniuk – która w odróżnieniu od szarlatana Zięby medycynę studiowała i praktykuje, a nowotwory bada od lat w laboratorium, a nie w wyobraźni – wyraża się bardzo łagodnie jak na wagę problemu, który wytknęła. Facet, który żyje z oszukiwania chorych przewlekle ludzi i dezawuowania osiągnięć medycyny zyskał właśnie wiarygodność, której nawet pięć książek o leczeniu patrzeniem na księżyc w nowiu by mu nie zapewniło. Otóż obecnie – dzięki decyzji prorektora do spraw finansowych, profesora Szredera – polscy onkologowie będą mieli dużo większy kłopot z wyperswadowaniem swoim pacjentom alternatywnych metod leczenia. Ich pacjenci, od których nie można w końcu wymagać wykształcenia kierunkowego ani naukowych kompetencji, będą się od przyszłego tygodnia bowiem powoływać, że bzdury o leczeniu raka wodą i witaminami usłyszeli na uniwersytecie. I jest to koszt, którego nie zrekompensuje polskiej medycynie ani szkolnictwu wyższemu te kilka tysięcy zarobione na wynajęciu uniwersyteckich pomieszczeń znachorowi. Jest to strata, którą będzie bardzo trudno odrobić. To, że Uniwersytet Gdański nisko się ceni i swoją cnotę sprzedaje byle komu, to problem już teraz bardziej finansowy niż moralny. To, że Uniwersytet Gdański za te pieniądze drukuje właśnie szarlatanowi certyfikat wiarygodności naukowej, to problem dużo dramatyczniejszy – dla nauki i dla medycyny. A doraźnie – dla wszystkich skonfundowanych pacjentów, którzy mając często utrudniony dostęp do lekarzy, zwrócą się do oszusta działającego pod egidą uczelni. Nie jest to wszak nielegalne, jak nam wyjaśnił prorektor.
Dla postawienia kropki nad i – ofiarami fatalnej decyzji władz administracyjnych UG są nie tylko przyszli i obecni pacjenci oraz ewentualni słuchacze pana Zięby. Udzielenie katedry altmedowemu szamanowi uderza też w standardy publicznego dyskursu naukowego, w którym niestety również zadomowił się paskudny przesąd, jakoby prawda leżała pośrodku. Jeśli lekarze, biologowie, patologowie i badacze twierdzą, że przyczyny nowotworów są zróżnicowane, bo od genetycznych po środowiskowe, a inżynier naturoterapeuta opowiada, że przyczyną wszystkich chorób jak leci jest brak soli, cholesterolu i witaminy C, to nie oznacza to wcale, że racja jest gdzieś pomiędzy. Oznacza to, że rację ma ten, kto zrobił rzetelne badania, sprawdził je na dużej próbie, powtórzył i udostępnił wyniki, zapewniając przy tym rygor metodologiczny. Ktoś, kto swoje teorie wysnuł wyłącznie na podstawie rozmów z kilkoma chorymi, obserwacji swojego kanarka lub lektury świętych ksiąg nie ma troszkę racji, tylko nie ma jej wcale. Wpuszczanie go do auli, stawianie go między naukowcami i dawanie mu czasu antenowego – w imię źle pojętej zasady et altera pars audiatur – nie przyczynia się do wzbogacenia dyskursu naukowego ani nie naświetla problemu naukowego z nowej, niezbadanej strony. Wariat, krzyczący nawet jak najgłośniej, że od dziś π wynosi dwa, bo tak mu wynika z patrzenia na piramidy starożytnych nie sprawi, że w imię konsensusu naukowego przyjmiemy uprzejmie, że Pi wynosi coś pomiędzy 2,75 a 3. Ponieważ zdajemy sobie sprawę, że wówczas nie dałoby się zbudować nie tylko rakiety czy statku kosmicznego, ale zwykłej taczki. Żaden uniwersytet nie pozwoliłby mu za żadne pieniądze wygłaszać u siebie tak karkołomnych bzdur – nie tylko z obawy przed ośmieszeniem siebie, ale też z elementarnego szacunku dla matematyki. Niestety w przypadku nauk nieco bardziej skomplikowanych niż podstawy matematyki ta zdrowa zasada niedopuszczania do dyskursu naukowego oczywistych bajkopisarzy czy oszołomów zawodzi – i stąd w programach telewizyjnych o zdrowiu debatuje lekarz z różdżkarzem, o zdrowiu psychicznym psychiatra z wróżką i księdzem, o urządzaniu mieszkań producent mebli z maniakiem feng shui a na Uniwersytecie Gdańskim Zięba będzie prowadził wykłady.
To oczywiście nie jest nielegalne. Jest głupie, szkodliwe i zemści się na nas wszystkich, ale władze uniwersytetu nie widzą przeciwwskazań, póki Zięba płaci gotówką.
_______________________________________________________
*dla tych, którzy nie znają skrótu EBM – Evidence Based Medicine
Zamiast porządnych przypisów:
1) o tym, dlaczego nawet używający mądrych słów altmedowcy pozostają szarlatanami pisał kiedyś Bart, którego lektura może być przewodnikiem po tym, jak czytać różne publikacje na temat zupełnie rewolucyjnych metod leczenia
2) Sama kiedyś popełniłam notkę o tym, dlaczego ewangelia apostołów leczenia kocim moczem i starożytnymi mantrami przyswaja się lepiej niż rzetelne publikacje wyników badań.

 
Edycja: literówki i popsute linki.
 

 

Reklamy

Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać z czarnym psem

Margot napisała dosadnie i celnie i przypomniała mi, że ta notka leży w archiwum i że zabieram się do niej jak pies do jeża od miesięcy. No to chyba pora wziąć łopatę i odkopać zalegające w cieniu repozytorium tematy. Tak, będzie widać, że inspirował nas ten sam komiks i że do podobnych wniosków doprowadził. Tak, obie też czytałyśmy co poniektórych specjalistów medycyny ludowej i mądrości powszechnej pod wywiadem z Justyną Kowalczyk o jej zmaganiach z chorobą (ktoś na gazeta.pl i wyborcza.pl powinien im ustawić bota strzelającego notką Margot za każdym razem, gdy się mądrzą).

 

Tymczasem rok temu wielki, wspaniały, genialny Stephen Fry napisał.

Ten artykuł jest zasmucający na wielu poziomach. Kiedy facet taki jak Stephen Fry mówi, że jest mu tak źle, że próbował się zabić, i uratował go tylko nadaktywny producent filmu, nad którym wówczas pracowali, to atakuje myśl, że przed depresją nie ma ani dobrego schronu za workiem z forsą, ani za bezpieczeństwem socjalnym, ani za twórczym życiem, ani za popularnością i sławą. Można tylko podpierać się bliskimi, którzy często (zazwyczaj? Prawie zawsze?) nie zdają sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja, no bo przecież – są pieniądze, jest sukces, jest popularność, talent, propozycje etc.

W zasadzie ta notka w zamiarze adresowana jest właśnie do ludzi, którzy dowiedzieli się, że ich bliska osoba choruje na depresję. Chorzy już te wszystkie rzeczy wiedzą i tak, ich bliscy stoją z rozdziawionymi ustami i chcą zaraz coś powiedzieć, coś, co pomoże i coś co wykaże ich dobre chęci.

Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pierwsze, co chcecie powiedzieć, brzmi: „Weź się w garść”. Zamiast tego siądźcie gołym tyłkiem na jeżu albo zjedzcie trochę tłuczonego szkła, to będzie mniej szkodliwe. „Weź się w garść” to najczęstsza, najgorsza rada, jaką chory może usłyszeć. „Weź się w garść” znaczy w zasadzie – co? Opanuj się? Zgarnij nerwy? Przestań mieć depresję? Depresja, choroba organiczna polegająca na zaburzeniu gospodarki serotoniną i endorfiną w mózgu, nie bierze się z braku motywacji do utrzymania tej gospodarki w porządku. Czy facetowi w gipsie poradzilibyście równie dziarsko, by się wziął i zrósł, zamiast leżeć i się mazgaić? Czy komuś w trakcie dializy zaproponowalibyście, żeby wreszcie przestał mieć chorą nerkę? Dlaczego uważacie, że depresja jest taką chorobą, którą da się wyleczyć za pomocą samego zmotywowania? Gdyby to było takie proste, chory pewnie sam by wpadł na taki doskonały pomysł.

(Pomijam drobniejsze dramaty zaszyte w takiej znakomitej radzie, jak: bagatelizowanie choroby, protekcjonalne traktowanie chorego jak małego dziecka, oraz demonstrowanie, że się kompletnie nie rozumie, że depresja to coś, czego nie da się ogarnąć prostym „wzięciem się w garść”. Cokolwiek to miałoby znaczyć)

Również serdecznie zniechęcam do wymyślania naprędce złotych terapii w rodzaju: „nie martw się, pójdziemy na zakupy, kupimy ci buty/kurtkę/torebkę/motocykl/lody/dziwki, od razu ci przejdzie”, ponieważ, hm, to nie działa w ten sposób*. Owszem, zakupy zwykle wyzwalają mały strzał endorfinowy, ale, hm, u osób które wydzielanie endorfiny mają prawidłowe. U osób chorych niekoniecznie to zadziała zgodnie z planem. Osoba chora, która wyłącznie siedzi i się przygląda ścianom, być może zdobędzie się na wyjście z tobą. Ale z kompletną obojętnością przejdzie przez sklep z torebkami/lodami/dziwkami, bo jest jej wszystko jedno, czeka, aż twój entuzjazm się wypali, a ona będzie mogła znów siedzieć i patrzeć w ścianę. Jeśli proponujesz takie rzeczy, a one nie działają, możesz nadziać się na smutne własne reakcje – frustrację, gniew, rozczarowanie – bo czemu chory nie cieszy się jak powinien, czemu nie jest wdzięczny za twój wysiłek? Cóż, kot nie będzie ci wdzięczny za lekcje stepowania, najwyżej cię nie pogryzie. Ktoś chory po prostu postara się przeczekać twój pomysł i osunie się z powrotem w swoją dziurę w rzeczywistości.

Zachęcanie dobrymi przykładami. „Wujek Wiesiek też to miał, ale wziął się do ciężkiej pracy i mu przeszło”. Tu spojrzenie pełne zachęty i oczekiwania, że chory rach-ciach, wstanie, sięgnie po toporek i porąbie trzy sosny, po czym rozgrzany ruchem wykrzyknie – w rzeczy samej, drogi przyjacielu, jest mi znacząco lepiej, dziękuję. No więc nie. Owszem, zachęcanie do pewnych niezbędnych aktywności jest sensowne i pożądane, ale przy zaawansowanej chorobie dzień może w całości wypełnić plan składający się z podpunktów: otworzyć oczy – wstać – wysikać się w odpowiednim miejscu – napić się wody – trafić z powrotem do łóżka. Przy czym poszukiwanie wody może być wyczerpujące w sposób, który pochłonie kilka godzin rekonwalescencji na podłodze w kuchni.

Przekonywanie. „Jak możesz mieć depresję, zobacz, jaki jest piękny dzień”. Tak, jakby to miało jakikolwiek związek. Wariant drugi „jak możesz mieć depresję, przecież masz wszystko, masz gdzie mieszkać, masz co jeść, masz wspaniałych przyjaciół (O POPATRZ NA MNIE JAK ŚMIESZ MIEĆ DEPRESJĘ GDY JESTEM TWOIM PRZYJACIELEM JAK MOŻESZ MI TO ROBIĆ) i taką dobrą sytuację, tylu ludzi na świecie nie ma nawet połowy tego co ty i nie ma depresji!”. Czyli – wytłumacz się, dlaczego zachorowałeś, skoro moim osobistym przyczynometrem wykazuję niezbicie, że nie masz sensownych i dających się zaakceptować powodów.

Jak to powiedział sam Fry:

That’s the point, there is no “why?” That’s not the right question. There is no reason. If there was reason for it, you could reason someone out of it.

Jak twoje neurotransmitery śmią szwankować, gdy za oknem słońce a ja siedzę i uważam, że z tak rewelacyjnym przyjacielem jak ja nie masz prawa zachorować na smutek, abnegację i niechęć do wszystkiego.

Co można zatem bezpiecznie powiedzieć, by ani nie wykazać się arogancją, ani brakiem elementarnego zrozumienia?

W zależności od stanu chorego, można spytać, w jakim zakresie można mu pomóc. Czy chodzi o pomoc w znalezieniu dobrego lekarza i dotarcia do niego? (To są dwie trudne sprawy, depresja silnie wiąże się z prokrastynacją i abulią, poważnie chory popada w niemal katatoniczny bezwład i wówczas wymaga wsparcia również w takiej sprawie, jak dotarcie na umówioną wizytę lekarską) Czy trzeba pomóc mu w bieżącym życiu? W wyniesieniu śmieci, umyciu się, zrobieniu jedzenia? Czy trzeba mu pomóc wykupić leki? Zadzwonić do pracy/uczelni i pomóc wytłumaczyć nieobecności, załatwić sprawy formalne, by mógł zająć się zdrowieniem podczas gdy życie wokół nie będzie mu się zawalać systematycznie? Czy przejrzeć z nim rachunki za mieszkanie/prąd/telefony i upewnić się, że są opłacone i nie grozi choremu odcięcie od mediów albo komornik?

To są żmudne, irytujące zadania w towarzystwie kogoś, kto będzie snuł się i jęczał albo tępo gapił w ciebie lub w ścianę obok. To są przykre obowiązki związane z pielęgnacją pozornie fizycznie zdrowego człowieka, który zalega cały dzień w łóżku i nie odbiera telefonów, bo mu się nie chce. Bardzo dużo empatii i zdolności wyjścia poza swoje własne doznania wymaga zrozumienie, że to depresyjne „nie chce mi się” nie jest gówniarską fanaberią, a diagnozą: nie mam woli, potrzeby ani chęci. Leżę, bo grawitacja tak działa. Jakby działała inaczej, wisiałbym na haczyku lub stał na głowie, cokolwiek wymagałoby najmniej energii. Jestem zorganizowaną formą entropii i czekam na rozkład, ignoruję formy energii wokół, czekam aż przestaną. Nie podejmuję prób samobójczych, bo wymagałoby to wstania i zrobienia czegoś, a na taki wysiłek mnie nie stać.

(Lekka dygresja: Tu czai się pułapka. Osoba wychodząca z depresji, wydobywająca się z najgorszego dołka, czyli taka, wobec której nasze starania wreszcie WRESZCIE odniosły jakiś skutek, może popełnić samobójstwo. Lub chociaż spróbować. Bo, paradoksalnie, wreszcie może. Na dnie depresji nie jest najgorszy smutek czy rozpacz, bo są to jednak jakieś formy energii emocjonalnej, jakieś uczucia. Na dnie depresji jest odcięcie emocjonalne. Totalna zmartwiałość. Bezwład i bierność. Gdy chory wychodzi z tego stanu i wracają mu zarówno minimalne siły jak i uczucia, dociera do niego smutek, rozpacz, desperacja, przygnębienie, wyrzuty sumienia, lęki etc. I wreszcie, dzięki lekom i terapii, ma siły, by cokolwiek z nimi zrobić. A że czujność otoczenia jest uśpiona pierwszą od dawna poprawą, próbuje sobie poradzić ze swoim stanem w sposób radykalny i trudny do zrozumienia – kończąc wszystko. Bo poprawa jest powolna i towarzyszy jej wysiłek i cierpienie, a otoczenie – nawet jeśli dotąd wykazywało troskę i anielską cierpliwość – zaczyna poganiać, mieć oczekiwania, stawiać wymogi. I trochę trudno się dziwić – holowanie przez wiele miesięcy osoby chorej, branie na siebie całego ciężaru codzienności, amortyzowanie bezwładu chorego i solowa praca organizacyjna wykańczają; i nawet najbliższa osoba czuje się tym wyczerpana i wypatruje końca swojej jednoosobowej zmiany jak zbawienia. Łatwo i chętnie jej uwierzyć, że oto już nie musi pilnować, karmić, nosić i wyręczać, bo jest lepiej i można trochę odpuścić z czujnością. Niestety, praktyka pokazuje, że to bardzo ryzykowny moment na ulgę i spuszczenie chorego z oka. Wychodzenie z depresji to miesiące lub lata starań i potwornie żmudny wysiłek, by ustać w miejscu na osypującym się gruncie. Chęć przyspieszenia tego procesu, chęć pójścia na skróty wydaje się naturalna i zrozumiała, i trudno winić kogokolwiek, kto ma dość. Tyle tylko, że poluzowanie czujności tuż po pierwszej zauważonej reakcji na leki może się źle skończyć.)

To nie jest notka zmierzająca do jakiejś celnej, literacko zaskakującej czy błyskotliwej pointy; depresja w żaden sposób nie jest błyskotliwa. To jest notka edukacyjno-postulująca, jedna z wielu krążących po sieci w ostatnich miesiącach. Notka edukująca (mam nadzieję) wszystkich, dla których dotąd depresja była tematem odległym, czysto medialnym lub wątpliwym; notka postulująca pewną dawkę empatii i zrozumienia dla chorych na coś, co nie ma objawów tak łatwo widocznych jak przy otwartym złamaniu piszczeli i nie dających się wytłumaczyć osobie z zewnątrz. Jeśli macie w otoczeniu chorego na depresję, nie radźcie mu, żeby się pozbierał, ogarnął czy stanął na nogach i przestał piszczeć. Nie musicie go zrozumieć, raczej to się wam nie uda, jeśli sami nie macie za sobą epizodu depresji. Wystarczy, jeśli nie będziecie tłumaczyć choremu/chorej, że wcale nic mu nie jest, bo tak wynika z waszych doświadczeń.

Jeśli mimo komiksu, notki Fry’a, tego wpisu – nadal ktoś z was uważa, że bliskiemu zmagającymu się z depresją najlepiej zrobi potrząśnięcie i energiczne żądanie wzięcia się w garść, to hmm, Margot napisała, co może z tymi postulatami.

 

Edycja: literówka.

____________________________________________________________________

* Uwaga również na złote rady z kategorii medycyny ludowej na depresję. W przypadku choroby o ciężkim przebiegu same ziółka i wysypianie się nie wniosą za wiele, a mogą przynieść to samo zło, co inne rodzaje leczenia pozornego: zaniedbanie i zapuszczenie choroby. Leczenie samym placebo w przypadku depresji powoduje nie tylko brak poprawy, powoduje również dodatkową frustrację brakiem efektów, utrzymywaniem się złego stanu, oraz zupełnie realne sypanie się różnych dziedzin życia chorego, który nie zdrowiejąc po prostu nie nadąża za załatwianiem swoich spraw. Leczenie technikami ziołowo-naturalnymi może być stosowane, gdy chory jest w stosunkowo dobrym stanie ogólnym, depresja ma lekki przebieg a na leczenie ma się dużo czasu – co powinien zawsze oszacować lekarz, a nie pełny najlepszych intencji sąsiad czy kuzynka.

Magia na co dzień, czyli przegląd prasy w Polsce

Pomimo zbliżających się wyborów do PE w mediach pełno raczej historyjek z dreszczykiem. Może nie sezon ogórkowy, ale stanowczo sensacja i kryminał. Ledwie przewalił się ciągnący grozą news o ludziach, którzy – będąc nieźle sytuowani – zagłodzili dziecko na śmierć w zgodzie ze wskazówkami jakiegoś lokalnego szamana. W bonusie – znamienna informacja, że rodzice lecząc niemowlę starannie unikali lekarza rejonowego i nie zaszczepili żadną z obowiązkowych szczepionek. Szaman zresztą okazuje się mieć więcej osiągnięć w nekropediatrii.

Dziś nowe kuriozum – zgon siedemdziesiąciolatki, wyegzorcyzmowanej przez religijne dzieci na śmierć. Równolegle, w lżejszej części serwisów najpoważniejszy dziennik ogólnopolski z pretensjami do bycia periodykiem opiniotwórczym, serwuje nam porady żywieniowe oparte o czary z Dalekiego Wschodu oraz marszczenie nosa na migrenę. Zwracam uwagę na dział, w którym te michałki się publikuje. Nazywa się on Gazeta Zdrowie.

Ewidentnie w dwadzieścia pięć lat po zrzuceniu jarzma socjalizmu z grzbietu media wolnościowe mają co celebrować. Światopogląd naukowy został razem z resztą wątpliwych osiągnięć słusznie minionej epoki zapędzony do muzeum reliktów systemu. Pluralizm poglądów w prasie polega na tym, że opiniotwórcza Gazeta Wyborcza wydaje dodatek Zdrowie, w którym pisze o altmedzie równie entuzjastycznie co o EBM (Evidence Based Medicine) udzielając obydwu kredytu zaufania. Prasa rzekomo poważna opisuje cuda i magiczne spektakle (por. seanse Bashobory na Stadionie Narodowym) a rytuały religijne zajmują pół pasma telewizji publicznej w każdą niedzielę. Jednocześnie ta sama prasa rozdziera wirtualne szaty nad cierpieniem maturzystów udręczonych szokująco trudnymi zadaniami (jeremiadę nieco osłabiło opublikowanie treści, większość znanych mi ludzi dorosłych robi je od ręki). Jednocześnie od lat trwa, z różnym natężeniem, batalia o wprowadzenie na maturze egzaminu z inkantacji i rytuałów i historii czarów.

Demokracja poglądów w dyskursie publicznym doprowadziła nas do tego, że nie tylko każdemu wolno wygłosić niemal dowolne zdanie, ale też do tego, że bzdura, zabobon i szkodliwa brednia traktowana jest z równie dużym respektem jak tezy naukowe. Dziennikarze, którzy nauki pobierali w Wyższej Szkole Wszystkiego Najlepszego usłyszeli o zawodowym obiektywizmie i zrozumieli z niego, że prawda zawsze leży po środku, dzięki czemu w programie telewizyjnym bioenergoterapeuta spotyka się z onkologiem i obaj mają ten sam czas antenowy. Dziennikarz im obu basuje i mądrze zagląda kamerze w obiektyw z głęboką troską w głosie wygłaszając bon moty, a prawda zepchnięta do środku ringu leży i rozdzierająco płacze.

Nie chodzi o to, że redaktorzy i prezenterzy odpowiedzialni za dział naukowy w swoich mediach są niedouczeni, choć często są. Chodzi o to, że przestaliśmy – my, ludzie – rozumieć świat. Paradoksalnie z tego powodu przestaliśmy, że – my, ludzie XXI wieku – zbliżyliśmy się do rozumienia mechanizmów świata wyjątkowo blisko. Specjaliści od podglądania atomów obecnie oglądają kwarki i rozpędzają cząstki. Biologowie nie tylko zaglądają wirusom pod błonę, ale podkładają im obce DNA do środka. Lekarze mówią o prześwietleniach i skanach i terapii kierowanej, a odbiorca rozpoznaje tylko powierzchownie znaczenie potoczne słów i ma świadomość obcowania z cywilizacją tak zaawansowaną, że jej zrozumienie wydaje się poza zasięgiem. Jednocześnie istnieje w człowieku potrzeba zrozumienia rzeczywistości, oraz potrzeba poczucia kontroli nad swoim otoczeniem. Specjalizacja wiedzy, jej niebywałe namnożenie i jej komplikacja sprawia, że większość ludzi lękiem i nieufnością podchodzi do wszystkiego, co nosi na sobie stempel naukowy. Zwłaszcza, że przy tak zawiłych sprawach, jak fizyka cząstek elementarnych czy sposób działania skanera MRI nie sposób laikowi wyjaśnić od ręki nawet samego pola zainteresowań naukowca. Bo najpierw trzeba naświetlić podstawy (pamiętacie jeszcze, że matura w tym roku była bardzo trudna, bo trzeba było policzyć, jak szybko pan X szedł pod górkę, jeśli w obie strony szedł ponad godzinę a w jedną miał dwa kilometry?). A potem wyjaśnić zależności. A potem pokazać, gdzie są niepewności, niewiadome, punkty sporne. A potem…

A potem zniechęcony słuchacz szuka wyjaśnień kompletnych, spójnych i najlepiej dążących do uniwersalnych. Takich, które na prostym przykładzie (uwaga na nisko latające analogie!) wyjaśni wszystko. Mądre słowa mogą być – i często są – zapożyczone z <i>oficjalnej nauki</i>. Ale sama nauka jest dezawuowana, jako nieprzydatna i skupiona sama na sobie.

Żyjemy w czasach, gdy nasze telefony mieszczą w sobie więcej danych niż dwunastotomowa encyklopedia PWN i więcej elektroniki, niż USA wysłało na Księżyc z Armstrongiem. Żyjemy w czasach protez stawów biodrowych, implantów ślimakowych, przeszczepów twarzy i płuc. Żyjemy w czasach dializy, antybiotyków, w czasach, gdy za pomocą telefonu możemy zobaczyć, jak z satelity wyglądają pola kukurydzy w Kansas. Żyjemy w czasach magii i zdajemy się na magię. Nikt* z nas nie wie, jak działa jego czy jej telefon – wiemy, gdzie się włącza i jak wysyła fotki na fejsa. Nikt nie wie, czemu mikrofalówka podgrzewa jedzenie ale wybucha od podgrzewania blaszanej miski. Nikt nie wie, jak dokładnie działają antybiotyki ani rentgen. Działają. Opieramy się na wiedzy, którą ma kilku specjalistów budujących dla nas skanery, telefony i mikrofalówki ale której nawet nie zamierzamy posiąść. Otoczeni magią urządzeń codziennego użytku nie umiemy na pierwszy rzut oka odróżnić, czy urządzenie w wykafelkowanym gabinecie bada poziom hormonów czy tylko robi ping i wypluwa kartkę z wynikami. Nie jesteśmy odporni na magię, bo świadomie nie chcemy wiedzieć, jak to wszystko działa, byle działało.

A raczej – lubimy dostawać proste wyjaśnienia. Nieskomplikowane, tłumaczące wszystko naraz. Dające nam poczucie, że niepotrzebni nam są nudziarze w fartuchach, oni znają się tylko na mikroskopach i próbówkach, nie znają się na człowieku. Slwstr pięknie napisał, jak osoba bywała w świecie ulega magii prostych wyjaśnień, ponieważ odrzuca zawiłości wiedzy naukowej, ale gotowa apostołować intuicji i czarom wbrew podstawowej wiedzy. Zdjęcia w notce pokazują, jak wielu ludzi ulega urokowi wyjaśnień nieskomplikowanych i holistycznych. Tłuczone w szkołach wiara i serce więcej mówią do mnie zbiera nieoczekiwane żniwo, oddając nas w ręce szamanów, wróżek, zielarzy, kręgarzy i ekspertów od leczenia kolorami. Prasa epatuje krwawymi historyjkami śmiertelnych ofiar szamanów, ale nie widzi związku z własnym, aktywnym wprowadzaniem do mainstreamu diet opartych o szamańskie rytuały. Na głównej stronie opisuje tłumy zgromadzone przez afrykańskiego wskrzesiciela Bashoborę, a potem obłudnie ubolewa nad zatłuczoną w ramach egzorcyzmów staruszką. W imię źle pojętego obiektywizmu kładą wciąż prawdę po środku, żeby leżała. Razem z ofiarami.

 

_____________________________________________________________

*Wiem, że wielu czytelników tego bloga to osoby, które akurat wiedzą, jak działa telefonia, internet, mikrofalówka, a niektórzy nawet na co dzień w pracy mordują wirusy. Ale wiem, że wiecie, że to nie o was.

 

EDYCJA:

Poproszono mnie o sprostowanie, zatem zamieszczam – gazeta.pl oraz Gazeta Wyborcza są odrębnymi serwisami.

Dlaczego na mnie działa

Ojciec Założyciel napisał dawno temu, dlaczego dowody anegdotyczne (por: case studies) w nauce i medycynie mają przyzerową wartość i nie powinny być wykorzystywane jako argumenty w sporze naukowym i formalnym. Peer review, metabadania, statystyki, podwójnie ślepa próba – to argumenty, którymi powinniśmy ważyć skuteczność danej metody leczniczej, danej hipotezy naukowej etc. Mimo że o sposobie dowodzenia w nauce co nieco się dowiadujemy i w szkole, i później, dowód anegdotyczny (na przykład moja koleżanka zjada codziennie preparat X i jej pomaga, przestała chorować, X to panaceum! A mój znajomy po szczepieniu ochrypł i miał kilkudniową migrenę, szczepionki to trucizna! lub podobne) ma się znakomicie i służy w reklamach, w dyskusjach prywatnych i publicznych niezwyciężony.

Dlaczego to „na mnie działa” wciąż działa?

Ponieważ jesteśmy programowani od dziecka, by działało.

(Jakbym chciała ponabijać się z psycho-ewo, zaczęłabym, że od sawanny, gdy praprzodek wymachując nad ogniskiem kością mamuta wykrzykiwał, że od zatańczenia wokół źródła nabrał mocy do polowań – ale nie psujmy żartami wywodu.)

Myślenia od szczegółu do ogółu uczymy się od kołyski, gdy słuchając baśni poznajemy reguły społeczne i zasady działania – uogólniając to, co spotyka bohaterów. Uczymy się na czytankach o potrzebie bycia grzecznym, o sensie mycia rąk i odrabiania lekcji. Cała literatura dydaktyczna to case studies – od upiornego Jachowicza przez Konopnicką po zgoła niewinne bajki o zwierzętach pióra Grabowskiego. W ogóle nasze mózgi są instruowane od zarania, by w historiach jednostek szukać głębszych znaczeń, ogólnych reguł i odbicia Historii. Czy to bajki, czy „przykłady z życia” w podręcznikach, czy biblijne przypowieści, uczeni jesteśmy analogiami i alegoriami. Historia Jasia ma nas pouczać o uniwersalnej zasadzie działania Wszechświata względem wszystkich Janów (lub względem wszystkich przeziębionych, nieodpowiadających na <i>dzień dobry</i> lub oszukujących w karty – w zależności od tego, którą anegdotkę właśnie studiujemy). Szkoła zupełnie otwarcie traktuje anegdoty na zasadzie pars pro toto i żąda od ucznia, by „Opisać losy emigracji na podstawie listów Mickiewicza do ojczyzny”, kompletnie nie oczekując, by uczeń zdroworozsądkowo zaoponował, że Mickiewicz to szlachta i inteligencja podróżująca względnie luksusowo, otoczona służbą i wielbicielami, a gros emigracji podróżowało czwartą klasą lub pod pokładem, żebrząc i wykonując najpodlejsze prace, i losy tych ludzi są nieporównywalne w żaden sposób.

(Pewnie się narażę, ale cała edukacja religijna to zbiór anegdot uzasadniających takie lub inne zachowania. Nowotestamentowe przypowieści to w ogóle mistrzostwo świata – anegdoty, których egzegeza potrafi się różnić mocno między różnymi szkołami i wyznaniami, ale które mają mieć status dowodu ontologicznego w zakresie etyki/teologii/moralności etc. I poważne traktowanie ich interpretacji jest warunkiem sine qua non religijności, która, hm, jest częścią składową życia społecznego w Polsce. To bardzo silnie kształtuje sposób myślenia i przyswajania.)

Problem jest jeszcze bardziej zawikłany, że chcąc poznać epokę i realia, musimy polegać na anegdocie. Na pamiętniku, kwicie od szewca, spisie posagu, pojedynczym artefakcie archeologicznym, na znalezisku/wykopalisku budujemy teorię i wyobrażenia, niekiedy ledwo uzgadniając to z wiedzą zastaną wcześniej (czyli z innych anegdot). Odtwarzamy z pojedynczej historii obraz ogólny, empatyzując z bohaterami opowieści i kreujemy sobie podziały świata, gdzie ci dobrzy to współplemieńcy naszych protagonistów a ich przeciwnicy to w sposób oczywisty złe charaktery (postmodernizm czytamy później a czasami wcale lub niechętnie). Z losów bohaterów lektur wyciągamy wnioski (lub wyciąga nam je nauczyciel w zgodzie z kluczem), z wielkich powieści uczymy się współczucia i rozumienia rzeczy, które spotykają ludzi w konsekwencji ich czynów.

Po czym idziemy do współczesnych gazet i internetu, czytać reportaże, blogi, zwierzenia i testimoniale reklamowe, gdzie czają się mające nas przekonać do konkretnego produktu rzewne historyjki. Trafiamy między ludzi, których pytamy o rady w kwestiach życiowych i w kwestiach banalnych – czy możemy zaufać atrakcyjnemu znajomemu, który coś kręci? czym wywabić z jedwabnej bluzki plamy po kawie z mlekiem? jak nauczyć kota, żeby nie drapał sofy? – i z ich opowieści generalizujemy sobie wiedzę, że jedwab zapewne jest już do wyrzucenia, sofa też (chyba, że na kota zadziała spryskiwacz) a znajomy to pewnie szuja, bo znajomy znajomych tak samo się uroczo jąkał, też był z Białowieży i okazało się, że jest bigamistą.

Nie jesteśmy przygotowani, by prosić o dowód i kwity, gdy słyszymy, że wszystkie A są takie a takie, bo A mojej ciotki właśnie takie było. Dowody anegdotyczne, przykłady z życia i analogie wpychane nam do głów od dziecka wykonały robotę: przykład z historyjki z morałem jest źródłem wiedzy o świecie. O ile kwestię prania jedwabiu czy wymiany rozdrapanego do gąbki obicia mebli możemy od biedy powierzyć pojedynczemu doświadczeniu znajomych (lub znajomych krewnego naszej znajomej, która nas zapewnia, że to właśnie zadziałało), przykładanie tej samej metody do akceptowania lub dezawuowania twierdzeń naukowych grozi poważnym błędem. Niestety, szkoła, rodzina czy inne źródła odpowiedzialne za kształtowanie procesów poznawczych rzadko (lub prawie nigdy) wpajają regułę, że pożądany w wypracowaniach z języka polskiego sposób wnioskowania o Istocie Rzeczy z jednego wiersza lub powieści nie jest ani naukowy ani mądry życiowo na dłuższą metę, i zachowując cały respekt dla literatury – należy umieć oceniać wartość teorii naukowych, prezentowanych wynalazków lub metod leczenia na podstawie twardych, zmasowanych badań i statystyk, a nie pojedynczych, często niezweryfikowanych oświadczeń wdzięcznych użytkowników.

Na anegdocie, dobrze napisanej historii, na opowieści pozbawionej zbędnych z literackiego punktu widzenia liczb i wykresów opiera się sukces uzdrowicieli i zbawiaczy, sukces szemranych terapii i badań Tajemniczymi Maszynami. Na dobrej narracji cudotwórcy opiera się jego sława i renoma, a wyjaśnienia skuteczności mętnymi analogiami, metaforami ze świata przyrody lub życia codziennego odwołują się nie do racjonalnego uzasadnienia, lecz tylko je pozorują. Mylenie poezji z debatą naukową prowadzi nas do dnia, w którym Jane Burgermeister ma równe prawa w dyskusji z Jerzym Vetulanim, bo jej narracja jest bardziej przejmująca i obfituje w znacznie dramatyczniejsze zwroty akcji, a nas nauczono, że rację ma pokrzywdzony i płaczący, a czucie i wiara więcej mówią do nas, niż mędra szkiełko i oko. Dopóki wkuwamy Jachowicza wraz z romantykami, tak długo rośnie nasza podatność na komiwojażerów od żywej wody, cudownej maści i uzdrawiających piramid, które przecież pomogły tylu osobom (historyjki w załączonej ulotce). Dopóki nie zaczniemy uczyć na poważnie, czym jest ślepa próba, prawdopodobieństwo, rzetelność i wiarygodność testu, dopóki nie będziemy wymagać, by uczeń ze zrozumieniem czytał opis badania leków/testów urządzenia, a z uczuciem – poezję; nie na odwrót, dowody anegdotyczne zawojują dyskurs, nie tylko w sprawach społecznych.

 

EDYCJA: literówki i niegramoty dostrzeżone przez czujnego Rusty’ego.