Kiedy byłem małą dziewczynką, czyli o zabieraniu głosu bez pytania 

Uwaga, będzie długi cytat, praktycznie podaję cały materiał opisujący interesujące wydarzenie kulturalne w stolicy dużego kraju w środku Europy. Otóż jedna z ważnych scen stołecznego miasta tak oto zaprasza na wstrząsający w wymowie spektakl – „Dziennik Czeczeński”:


Dziennik Poliny Żerebcowej, obecnie uznanej pisarki i dziennikarki, to poruszający zapis wchodzenia w dorosłość z okrutną wojną w tle. Czeczeńska autorka opisuje swoje dzieciństwo i młodość, które przypadły na lata 1994–2004. Najpierw jako dziewięcioletnia dziewczynka, potem jako nastolatka dokumentuje swój proces dojrzewania, prezentuje własną wizję świata i uwiecznia doświadczenia, które ją kształtują – rejestruje całe swoje życie, które toczy się podczas przerażających wojen czeczeńskich. I choć dziennik Poliny to luźne notatki osobiste, jest on niezmiernie sugestywny i liryczny. Nie pozostawia nikogo obojętnym.

Spektakl (..) oddaje głos Polinie, by mogła opowiedzieć nam o tym, co przeżyła, co działo się na przestrzeni 10 lat, podczas dwóch wojen czeczeńskich. Tak oto tworzy się opowieść o tym, jak w najbardziej nieludzkich okolicznościach pozostać człowiekiem.

Tu nie ma dobrych i złych, nie ma ocen. Jest relacja świadka. A świadek mówi nam: wojna to piekło. I nikt nie ma w niej racji, bo najbardziej cierpią przez wojnę ci, którzy jej nie rozpoczynali – niewinni cywile. W relacjach Żerebcowej wybrzmiewają przemilczane i faktyczne zeznania wszystkich ofiar. To głos uczciwy i odważny. Porażający.

Wychodząc od zapisków o konkretnej wojnie, spektakl przemienia się w przypowieść o wszystkich wojnach, podczas których ludzie zabijają się nawzajem, a dzieci dorastają, patrząc na świat pełen bólu i okrucieństwa. Wsłuchajmy się uważnie w głos świadków – dzieci, które musiały zmierzyć się z przemocą i niesprawiedliwością, nauczmy się od nich i weźmy odpowiedzialność za ich los. Wyjdźmy ze strefy komfortu i przestańmy udawać, że nas to nie dotyczy. Nie ma cudzych wojen i cudzych dzieci, wszystko jest wspólne, nasze. Krzywda dziecka pozostanie krzywdą, niezależnie od miejsca i czasu, w których została wyrządzona. Człowieczeństwa nie określają granice państw.

Zobaczmy wojnę widzianą oczami Poliny, od wewnątrz, z bliska. Posłuchajmy dziecka.



Zastanawia was tak samo jak mnie, jak udało się tę dramatyczną zapowiedź zrealizować? Kto przybliża polskiemu widzowi dramat dziewczynki, dramat dojrzewającej w trudnych warunkach nastolatki, dramat zmagającej się rzeczywistością wojny i przemocy młodej kobiety? Kto jej udziela głosu, kto jej cierpienie zapisane na stronach dziennika nam odczyta i przybliży?

Teatr Polski znalazł na szczęście wiarygodny głos dziewczynki i nastolatki, znalazł ten reklamowany głos dziecka. 

To Andrzej Seweryn, aktor płci niewątpliwie męskiej, lat 71 i troszkę. 

Nie chcę mówić, że Andrzej Seweryn jest złym aktorem, wręcz przeciwnie, jest aktorem wybitnym. Jest też dyrektorem teatru, w którym „Dziennik Czeczeński” ma być wystawiony. To zapewne koincydencja, że podjął zatem taką decyzję o obsadzie, i jego osobisty dramat, że w prowadzonym przez siebie teatrze nie znalazł ani jednej młodej aktorki zdolnej udźwignąć tę rolę, więc sam musiał odegrać głos czeczeńskiej dziewczynki. Widzę tu szlachetne nawiązanie do korzeni teatru, gdzie wszystkie role kobiece odgrywali mężczyźni. Ach, złote czasy geniuszy sceny, mistrzów charakteryzacji i słowa, którzy wcielali się w dziewczęta i matrony i jednym gestem pozwalali nam zapomnieć o takich drobiazgach, jak ton głosu czy zarost. Liczy się sztuka! Medea była straszna, gdy grzmiała basem, Otello zawsze był bardziej wiarygodny z twarzą wysmarowaną węglem, a Julia, gdy chrzęściła świeżym zarostem. Sztuka, sztuka nade wszystko.

Jednak w tym przypadku sztuka to nie wszystko. Jeśli Teatr Polski chce mi powiedzieć, że ważniejsza od opartej na faktach narracji ze środka wojny jest możliwość wykreowania nadzwyczajnej roli Andrzeja Seweryna, przypadkiem dyrektora Teatru Polskiego, to nabieram sceptycyzmu. Nie wierzę Andrzejowi Sewerynowi, że kiedykolwiek był małą dziewczynką, zagrożoną tym wszystkim, co grozi dziewczynce i nastolatce w strefie wojny. Wierzę, że jest aktorem zdolnym zagrać różne rzeczy, bo wszak nie był nigdy królem ani szaleńcem, ani łódzkim fabrykantem, a widziałam, jak sobie z tymi rolami chwacko radził. Wszelako ten występ jest reklamowany – i stąd przydługi cytat na wstępie – jako coś w rodzaju dokumentu na scenie, a nie jako sztuka teatralna. Tu nie ma grać mistrzowsko podawany dialog, nie scenariusz pełen dobrze zaplanowanych zwrotów akcji, a siła faktów relacjonowanych przez wystraszone wojną dziecko, które w trakcie tej relacji dorasta. Osobisty dziennik, powtórzę za reklamowym blurbem, a nie wysmakowana produkcja sceniczna. „Wojna oglądana oczami dziecka, Poliny” ma głos siedemdziesięcioletniego faceta, który będzie przed nami w tym reportażu o Czeczenii sprzed lat udawał małą dziewczynkę. 

Coś we mnie się na to bardzo oburza.

Albo mam traktować tę produkcję jak reportaż przeniesiony na scenę, albo jako pokaz aktorskiej wirtuozerii. Teatr Polski informuje mnie, że w spektaklu występuje wyłącznie Seweryn, żadnych innych nazwisk na afiszu nie ma. Są ludzie od światła, dźwięku, makijażu, ale jedynym aktorem dziennika POLINY ŻEBERCOWEJ, dziewczynki z Czeczenii, jest siedemdziesięcioletni facet. Oczywiście, dramat wojenny z pewnością pozwoli Sewerynowi rozwinąć nadzwyczajne umiejętności i olśnić widzów kreacją. Szkoda mi jednak bardzo, że nie robi tego w sztuce, napisanej specjalnie dla kogoś o jego talencie scenicznym. Jeśli używa czystego, nieudramatyzowanego reportażu pisanego przez przerażone dziecko dla własnego popisu, to odczuwam właśnie niesmak, a nie podziw. Wbrew intencjom twórców wcale nie czuję, że oto wielki aktor dał Polinie Żebercowej swój głos. Czuję, że go odebrał. Ten dziennik, czytany głosem kobiety, dziewczyny, mógłby przemawiać w sposób bezpośredni. Wydobycie samych słów, narracji, odczytanie najwierniej i najprościej, mogłoby mieć taką samą moc jaką mają pozbawione ozdobników i efektów specjalnych reportażowe w istocie Medaliony czy opowiadania Borowskiego. Ten sam dziennik odegrany przez wybitnego aktora staje się jego numerem popisowym. Oczywiście, Seweryn na pewno potrafi zrobić to dramatycznie. Ale ja nie chcę usłyszeć panasewerynowej interpretacji wrażeń z wojny czeczeńskiej, kiedy idę na spektakl nazywający się „Dziennik Czeczeński Poliny Żebercowej”. Ja chcę usłyszeć głos tej dziewczynki. Jeśli jakaś aktorka oddałaby swój głos, wcieliła się w to dziecko, miałaby szansę stać się przezroczystym medium, które mimo zmiany języka mogłoby oddać wiarygodnie i szczerze to, co jest istotą wydarzenia: pamiętnik, zapis, reportaż. Niestety to, co Teatr Polski reklamuje tak szumnie jako przybliżenie osobistej narracji w tej sytuacji jest tylko okazją dla pana Seweryna, by nas olśnił talentem. Chętnie popatrzę, ale gdy będzie to uczciwie zachwalane jako jego aktorski benefis. Nie wierzę bowiem, by Seweryn biorąc tekst tak obcy sobie pod względem warunków fizycznych (w końcu cóż jest odleglejsze od jego warunków niż mała dziewczynka?) zamierzał uczynić się przezroczystym lektorem wbrew sensowi i logice. Seweryn uznał, że albo jest tak wybitny, że wstrząsający materiał tylko on może wykorzystać w pełni do rozwinięcia aktorskich skrzydeł, albo uznał, że domyślnym głosem w sprawach poważnych może w Polsce być wyłącznie głos dojrzałego mężczyzny. Jako widz i jako kobieta mam trochę dość takiego podejścia. Chciałabym usłyszeć głos Poliny, a nie aktorską wariację na temat jej pamiętnika.

Reklamy

Innego końca nie będzie

 

DSC_5040

(22 lipca 2017, fot. własna)

I wystarczy.

 

Nowa władza potyka się o własne nogi w dramatycznym pośpiechu ubicia niezależności sądów. Ma mimo własnej niezdarności i samobójczego wręcz niechlujstwa spore szanse na sukces, bo któż ją powstrzyma? Kiedy przyszli po Trybunał Konstytucyjny, któż na świecie protestował? W Polsce sporo ludzi wyszło na ulice i wróciło do domów, a życie toczyło się dalej. Rewolucja nie wyszła poza Facebooka, bo w domach była ciepła woda, frank nie stał zbyt wysoko a 500 zł łatało wreszcie budżety naciągnięte do ostatnich granic. Trybunał był daleko w Warszawie i trudno powiedzieć, czym się tak naprawdę zajmował, a w Biedronce podnieśli pensje. Niech się władza między sobą gryzie, co oni dla nas kiedykolwiek zrobili ważnego, ci prawnicy?

Niewielu widziało już wtedy, że zagarnięcie Trybunału to pierwszy krok do skoku na całość. Że partia po prostu usuwa sobie potencjalne przeszkody w Długim Marszu po Wszystko. Teraz prezydent może ze swoim uśmiechem wzorowego przedszkolaka zażartować, że bierze pod uwagę wątpliwości wyrażone przez suwerena okupującego ulice i odeśle do TK ustawy w celu zbadania ich zgodności z ustawą zasadniczą. Trybunał wybuchnie perlistym śmiechem sędzi Przyłębskiej i z przyjemnością potwierdzi wszystko, co tylko będzie potrzeba. Prezydent uśmiechnie się jeszcze szerzej i  zachwycony sobą, że mu się taki przedni dowcip udało zrobić, podpisze zamaszyście wszystkie ustawy jak leci, być może przy którejś narysuje serduszko. Monitor gorliwie opublikuje, głowy polecą, w teczkach przyjdą nowe, krawcy zarobią na poprawkach tog i biretów, ale póki woda w kranie, ciepło w kaloryferach, autobusy jeżdżą a głównym działem czytanym w prasie są horoskopy i plotki o życiu gwiazd i gwiazdeczek, rewolucji nie będzie.

Na ulice i przed sądy dziś wychodzą ludzie, którzy rozumieją, że trójpodział władzy jest bardzo istotnym wynalazkiem demokracji i że został zaprojektowany, by chronić społeczeństwo przed władzą, która chciałaby się nadmiernie skorumpować swoimi możliwościami. Demokracja wbudowuje sobie systemy zabezpieczeń i hamulców, by żadna ze stron, nawet wygrywając huraganowo (37 procent, anyone?) nie była w stanie zmienić się w dyktaturę absolutną. Sędziowie, nieusuwalni i niepodlegający władzy polityków mają być w założeniu niezależną instancją, recenzującą zgodność rzeczy z prawem i z niczym więcej. Tego chcemy, szanowni państwo, tego również ja bardzo chcę. Chcemy tej obojętnej na krzywdę ludzką grupy ludzi-paragrafów, którzy nie mają się wzruszać, przejmować, rozumieć sprawiedliwość dziejową czy rewolucyjną konieczność, dziejowy zakręt czy jakiekolwiek inne okoliczności, lecz orzekać zgodność z prawem i w związku z tym orzekać w ramach przepisów. Nawet jeśli brukowce będą wypisywać pełne oburzenia nagłówki o bezdusznym sądzie, który orzekł wbrew ludowej intuicji, wbrew poczuciu gniewu czy wbrew współczuciu, zasada dura lex sed lex powinna mieć również rozwinięcie durus iudex. Mają być sędziowie związani wyłącznie kodeksami, nie presją przełożonych, szczególną sytuacją czy świadomością, że za orzeczenie nie po myśli władzy mogą wylecieć z roboty na zawsze. Ta kasta musi być uprzywilejowana, po to właśnie, by się nie wahała orzekać wbrew intencji czy życzeniu polityków: czy sołtysa, czy rządu. Sąd, którego polityk wybiera i któremu polityk podpisuje nominację, nie jest sądem niezależnym, jest sądem, który się będzie wahać, czy mu się nie opłaca aby naciągnąć interpretacji przepisów, bo co zrobi, jak wyleci z roboty, zajmie się stolarką okienną?

Dlatego tłumy już teraz zbierają się w obronie tego, co wydaje się dość nieintuicyjne: w obroni przywileju i wyjątkowości sędziów. Ponieważ niezależność Trybunału jest naszą ostatnią linią obrony przed ustanowieniem przez ustawodawcę prawa niesprawiedliwego lub krzywdzącego. Niezależność sądów, tych małych i tych rejonowych czy okręgowych, z Najwyższym na czele, jest ostatnią nadzieją obywatela, który wdał się w spór z władzą. Obywatel musi mieć prawo do sądu, który nie jest personelem wójta ani posła. Do sądu, który stać będzie by zagrać władzy na nosie, jeśli tak stanowi przepis. Inaczej obywatel może równie dobrze do tego sądu nie iść, tylko stulić uszy po sobie i zgodzić się, że policja będzie go bić i razić prądem, władza lokalna zwolni go z pracy w szkole czy ośrodku zdrowia a władza krajowa uchwali przepis o nielegalności protestowania przeciwko parlamentarzystom.

 

Czy wierzę, że uda mi się przekonać kogokolwiek? Wątpię. Ci, którzy tu przychodzą, z grubsza podzielają przekonanie, że wzajemna niezależność ośrodków władzy jest szalenie istotna dla zachowania bezpieczeństwa nas wszystkich. Ci, którzy wierzą, że przecież nic się nie stanie, ten rząd nas lubi i dba o nas, nie liczą się z tym, że raz zepsuty mechanizm zabezpieczeń będzie niezdolny powstrzymać następnych – dyktatorów, idealistów, marzycieli, rewolucjonistów, kandydatów na świętych lub tyranów. Dziś jest cudownie i można poczuć satysfakcję, że ci zarozumiali prawnicy wreszcie czują mores. Niestety, to nie jest dobrze, jeśli sędziowie się boją, ale to zrozumiemy jako społeczeństwo niestety trochę później.

 

Jestem pesymistką, rewolucja nie wybuchnie na skalę ogólnopolską, a partia przeprowadzi wszystko, co chciała. Ostatni wielki polski ruch społeczny obalający struktury władzy nie wziął się ze sponiewieranych ideałów demokracji, wziął się z frustracji podwyżkami. Dopóki nowe podatki nie zrobią wyrw w budżetach niwelujących zysk z wypłaty 500+, dopóki podwyżki się nie skumulują a Unia nie wprowadzi cięć w dofinansowaniu, nie spodziewam się, by protest osiągnął skalę wystarczającą do ogłoszenia nowych wyborów. Niestety, obawiam się jednocześnie, że co najmniej jedno z tych nieszczęść nas dotknie, i wyrwie z obojętności dotychczas pozostających w domu. Na wszelki wypadek podrzucam gotowca, oto, co będziemy wówczas przybijać do drzwi domów i zakładów pracy:

  1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.

  2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.

  3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji  wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.

  4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
    b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych
    c) znieść represje za przekonania.
  5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.

  6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:

    a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
    b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
  7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.

  8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.

  9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.

  10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.

  11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).

  12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

  13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.

  14. Obniżyć wiek emerytalny

  15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.

  16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.

  17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.

  18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.

  19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.

 

Tymczasem protestujmy w nadziei, że uda nam się niemożliwe. Jeśli nie dla zmiany, w którą trudno już uwierzyć, to choćby po to, by nie mieć sobie nic do zarzucenia – by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co można.

DSC_5021

(22 lipca 2017, Warszawa, barierki wokół Sądu Najwyższego, fot. własna)

Przedrzeźnianie Powstania

Dziś o godzinie W w Warszawie rozpoczął się festyn z racami i przyśpiewkami i obfitością straganów z okolicznościowym badziewiem.

Rocznica wybuchu powstania, które obróciło pół miasta w perzynę i skończyło się rzezią ludności cywilnej – a w chwili wybuchu było aktem desperacji, brawury i przerostu gniewu nad chłodną kalkulacją szans na sukces – dotąd obchodzona na poważnie, jako okazja do refleksji, bolesnych wspomnień i oddania hołdu tym, którzy porwali się z niemal gołymi rękami na wojsko okupanta. Wycie syren miało oddać grozę i powagę chwili, a wstrzymanie się w milczeniu wszystkich przechodniów czy kierowców było tym minimalnym, symbolicznym gestem uczczenia pamięci tych, którym żadne słowa nie wystarczą ani nie wynagrodzą. Skromność i surowość tego rytuału oddawały dość dobrze uczucia tych wszystkich, którzy rzeź Warszawy pamiętali sami lub ze wspomnień swoich najbliższych. Sami powstańcy zaś wyżej od wszystkich odznaczeń państwowych nadawanych im z mniejszą czy większą szczodrością cenili sobie własne opaski na ramię, przechowywane od ..dziestu lat jak relikwie. Dobry zwyczaj się utarł, że nikt tego symbolu nie śmiał podchwytywać, kopiować ani odtwarzać – wydawało się dla wszystkich oczywiste, że powstańcze opaski są odznaczeniem niejako same w sobie i noszenie ich przez kogokolwiek poza bohaterami samego Powstania byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa.

W rzeczy samej, wydawało się.

W tym roku nastąpiła niebywała zmiana tonu. Opaski przywdziało paru tęgawych panów, szczycących się niepokornymi poglądami (wyrażanymi w doskonale sprzedających się tygodnikach, prezentowanymi w publicznej telewizji w prime-time, nagradzanymi tłustymi państwowymi synekurami, stanowiskami i nagrodami), przywdziało je nie na mundury, bo ich związki z mundurem skończyły się zapewne na oglądaniu (z należną dialektyczną pogardą) Czterech Pancernych; więc przywdziali te opaski na sportowe koszulki, tiszerty zgoła, i zgodnie z zasadą „konia kują, żaba łapę podstawia” wyprężyli klaty do obiektywu w pozie co to nie my, powstańcy, psiakrew, krew z krwi, bunt przeciw pluszowej opresji, duma i godność, godni następcy tych Kolumbów (nie przypuszczam, by choć połowa z nich z Kolumbami miała styczność), podziwiaj, narodzie, swoich synów.

Synami bym ich nazwała, acz nie od razu całego narodu.

Jeszcze sobie tekturową Virtuti Militari wytnijcie i przylepcie na plaster do kieszonek na komórki. Jak szaleć to szaleć, kto wam, generałowie twittera, zabroni? Przecież nie wyczucie proporcji, pokora czy wstyd. Przeszliście całego Counter Strike’a bez cheat code’ów, to prawie jakbyście wyszli kanałem ze Śródmieścia na Wolę, opaska wam się należy jak hamburger po siłowni, jak piwo po internetowym flejmie.

 

Niestety, to była tylko groteskowa i obelżywa część cepeliady w tym roku; niestety, mieliśmy też część przerażającą.

Otóż pod obchody podpięła się dzielna młodzież narodowa. Tak, ta sama młodzież, która zdaniem polskich sądów piwa zamawia starożytnym salutem rzymskim. Ta sama młodzież, która pręży patriotyczne muskuły wygrażając pięściami mniejszościom i obcokrajowcom, bez żenady pożyczając od hitlerowców narrację o podludziach niewartych życia, o chęci zagazowywania homoseksualistów, uchodźców, innowierców czy ludzi o innym kolorze skóry. Ta właśnie radosna młodzież narodowa odpaliła race i przyśpiewki o godzinie W – jest impreza, jest hałas. Koncepcja, że w zasadzie 1 sierpnia celebrujemy krwawy i tragiczny pogrzeb stolicy i że przystoi cisza i choćby chwila skupienia, nie przedarła się do tych łysych czaszek. Szum flag z celtyckimi krzyżami pewnie był za głośny.

Mieliśmy więc w tym roku festyniarzy, cepeliadę (to przytłaczające, ile straganów z gadżetami z motywem Powstania wyrosło w tym mieście. I jak wiele obiektów dało się tą symboliką uświetnić – kubeczki, smycze na klucz, podkładki. Doprawdy, stylowy pomysł, kto by nie chciał pić kawy z czegoś oznakowanego jak grób), uzurpatorów i młode naziolstwo radośnie a rytmicznie porykujące nad siwymi głowami ostatnich żyjących Powstańców. Było głośno, bluźnierczo i bez sensu. Było mi wstyd. Generalnie obchody upłynęły w moim odczuciu pod znakiem to add insult to injury, i mam wrażenie, że ktoś powinien za to Powstańców przeprosić.

Powstanie[Zdjęcie: Marcin Wziontek]

Najwyraźniej ostatni niesplugawiony i nieprzerobiony na narodową, cepeliowską kiełbasę z grilla symbol właśnie nam się zatracił, bo zbyt wiele osób i frakcji postanowiło naraz pożyczyć sobie jego blasku by podświetlić własne, niezbyt wybitne sprawki. Ledwie udało się odwołać kuriozalny pomysł, by do – w rzeczy samej wstrząsającego – apelu poległych dorzucić w promocji listę pasażerów samolotu do Katynia. Niestety, Powstańców jest zbyt mało, by utrzymali wszystkie fronty, choć obronili się przed inwazją polityki doraźnohistorycznej, nie udało się ich uchronić przed stadem przedrzeźniaczy i szyderców. Patriotyzm staniał, wystarczy głośno krzyczeć i kupić kawałek materiału. Na bicepsie niektórych to jednak jest tylko szmatka. Na odznaczenia trzeba zasłużyć, żeby coś znaczyły, nie wystarczy ich wyciąć z pudełka proszku do prania „Biała Siła”. Bardzo mi przykro i wstyd, że ostatni żyjący bohaterowie sierpnia 1944 muszą patrzeć na to, co z rocznicą ich zrywu przeciw okupantowi, z rocznicą terroru, rzezi i śmierci tysięcy wyprawia festyniarska banda wypasionych byczków z celtyckim krzyżem na flagach, i poparciem w sejmowych ławach. Wstyd.

 

 

Podróże po mieście i podróże w czasie

 

Istnieją w dużych miastach rzutkie patrole straży miejskiej, zawzięcie zwalczające przenośne stragany z majtkami, twarogiem lub papryką. Z całą bezwzględnością rekwiruje się naręcza pietruszki i rajstop, a stojącym czy przycupniętym za biedastraganem handlarzom wręcza się upomnienia i mandaty. Szczególnie mocno ścigany jest handel uliczny w centrum Warszawy, gdzie burmistrz Wojciech Bartelski głośno mówi, że dzielnica Śródmieście jest dla przedsiębiorców i prestiżu, a nie biednych mieszkańców i stołowników tanich barów mlecznych – ponieważ, zgodnie z jego wiedzą, w Warszawie nie ma biedy.

Istnieją też przepisy zabraniające handlu ulicznego bez zezwoleń:

Kodeks Wykroczeń, Art. 60′ §1Kto wykonuje działalność gospodarczą bez wymaganego zgłoszenia do ewidencji działalności gospodarczej, wpisu do rejestru działalności regulowanej lub bez wymaganej koncesji lub zezwolenia, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny Art 60 3 §1 Kto prowadzi sprzedaż na terenie należącym do gminy lub będącym w jej zarządzie poza miejscem do tego wyznaczonym przez właściwe organy gminy podlega karze grzywny. §2 W razie popełnienia wykroczenia, określonego w §1 można orzec przepadek towarów przeznaczonych do sprzedaży, choćby nie stanowiły własności sprawcy.

 

Szczególnie rygorystycznie prawodawca odnosi się do handlu produktami spożywczymi, ze względów sanitarnych i zdrowotnych nakładając na sprzedawców wymogi odnośnie stanu stoiska i zaplecza oraz posiadania przez wszystkich handlujących jedzeniem aktualnych książeczek zdrowia.

Art 111 §2 Karze grzywny podlega, kto nie zachowuje należytej czystości w produkcji lub obrocie środkami spożywczymi.

Osobne przepisy regulują sferę fiskalną handlu obwoźnego, niektóre zaś nadzwyczaj szczegółowo odnoszą się do wyposażenia stoisk, np w jednolite parasole – natomiast chciałabym przez chwilę skupić się na zagadnieniach higieny i zdrowia w takim oto handlu mięsem drobiowym oraz nabiałem:

Art. 118 §2 Kto wprowadza do obrotu mięso: 1) bez wymaganego oznakowania i świadectwa (…) – podlega karze aresztu lub grzywny.

 

image

 

Te przepisy, w zasadzie słuszne, są karygodnie obłudne w praktyce. W obecnym natężeniu kryzysu, przy szalejącym bezrobociu i nędzy straszniejszej niż epidemia dżumy, trzymanie się małostkowych przepisów higieny i używanie ich jako narzędzia do pastwienia się nad nędzarzami to nieludzkie okrucieństwo. Zapewne, gotowany groch trzymany w brudnym koszyku, jest niezdrowy. A mieszkanie w dwadzieścioro w jednej izbie jest zdrowe? A głodowanie miesiącami jest zdrowe? Ten, kto sprzedaje gotowany groch na ulicy, ten kto go kupuje, żyje tak niezdrowo, że nie bądźmy śmieszni, narzucając mu nagle drobiazgowe przepisy higieny. Niech mu społeczeństwo da co włożyć do gęby, a potem niech się troszczy o jego zdróweczko. W tych warunkach co obecnie zarówno higiena, jak sprawiedliwość, przypominają dwie dobroczynne paniusie, bezduszne i oschłe, które dają po pierniczku dzieciom nie znającym od miesięcy mleka. W imię zdrowia wymierza się nędzarce grzywny, ale nie myśli się, czy to będzie zdrowe dla jej dzieci, które z tej racji zostaną na parę dni pozbawione jedzenia.

 

I bezcelowość tego wszystkiego. Nędzarka zaraz nazajutrz po wyjściu (…) pójdzie na ulicę sprzedawać swoje obwarzanki, co ma robić? Oto społeczna hodowla przestępców, która automatycznie wynika z takiego stanu rzeczy. (…) Zwłaszcza, że ci wszyscy [oskarżeni o handel uliczny bez zezwolenia i wbrew przepisom sanitarnym – uzupełnienie Naima] których widziałam w sądzie, mają wszelkie dane na recydywistów.

Głód też jest recydywistą.

 

image

Obrazki ilustrujące dzisiejszą notkę zostały zrobione w kwietniu 2014 w Warszawie. Kodeks wykroczeń cytowałam za wydaniem z 2013.

Pytanie konkursowe dla czytelników – z którego roku pochodzi cytat stanowiący zasadniczy komentarz notki.

Autorstwo tego komentarza jest co prawda do wykrycia za pomocą wujka Google’a – pozwolę sobie jednak chwilowo go nie ujawniać, ponieważ dużo następnych smacznych cytatów czeka na swoją kolej. Mam nadzieję, że dla przynajmniej niektórych będzie to niespodzianka – a dla niektórych odkrycie ważnego i mądrego głosu w dyskusji społecznej.

 

Blog powoli wraca z hibernacji.

Pamięć, piramida i inne rzeczy ulotne

Blog nieco zarósł łopianem i perzem z powodu wakacji, ale wracamy do radosnej walki z rzeczywistością. Dziś będzie nadal nieco urlopowo, dla podtrzymania opalenizny i wspomnień o słoneczku na plaży.

Człowiek pojechała nad Bałtyk, objeść się rybami i sparzyć krajową meduzą, ale może opowiadać, że odpoczywała w tropikach czy w innej egzotyce. Różnica wkrótce będzie żadna, bo w czym w końcu leży główna zaleta wakacji zagranicznych? Słońce podobne, piasek równie dokuczliwie włazi pod kostium, fauna bywa nietypowa i ozdobna, to prawda, ale w pokojach raczej się jej nie ogląda. Pozostaje zwiedzanie lokalnych zabytków i podziwianie obiektów historyczno-kulturalnych, które każda szanująca się turystyczna miejscowość szczególnie troskliwie konserwuje i przedstawia znudzonemu oku przyjezdnych. Zwłaszcza, gdy są one, te zabytki, dużo starsze niż najstarsze polskie dowody cywilizacji, na przykład peruwiańskie piramidy liczące sobie pięć tysiącleci.

Należy się wszelako upewnić, czy nie stoją one na jakimś atrakcyjnym terenie, na którym współcześni faraonowie Montezumowie nie życzyliby sobie na przykład nowoczesnego osiedla.

Jak poinformował Rafael Varon, wiceminister dziedzictwa kulturowego Peru, w ubiegły weekend piramida została zrównana z ziemią przez pracowników dwóch firm budowlanych. Zniszczyli budowlę za pomocą ciężkiego sprzętu. Próbowali zniszczyć trzy kolejne, ale zostali powstrzymani przez świadków. Dziś działka jest strzeżona przez policjantów.

Zanim ktoś z czytelników zawoła (po ocknięciu się ze stuporu), że to jest rzecz zupełnie niebywała na skalę światową i nikt normalny w cywilizowanym kraju (tu ukłon w stronę naszego odruchowego europocentryzmu) nie zniszczyłby żadnego zabytku z powodu lokalizacji, poproszę o powściągnięcie egzaltacji. No bo, prawda, o atrakcyjności miejsca decyduje przecież obecność takich właśnie pamiątek z przeszłości, pomników, budowli, cudów architektury. Godna potępienia pazerność i bezmyślność deweloperów, którzy w imię doraźnego zysku zniszczyli kawał historii własnego kraju, jego atrakcję turystyczną, a przy okazji – pozbawili nas wszystkich  możliwości dowiedzenia się czegoś bliżej o życiu ludzi 3000 lat p.n.e. wręcz domaga się potępienia i manifestu, że to jednostkowy przypadek prymitywnego, krótkowrocznego biznesmena i jego kumpli. Byli chciwi, liczyli na zysk, na wpływy z mieszkań i apartamentów.
 
 Chciałoby się w tym kontekście hołubić złudzenie, że my Europejczycy – my Polacy! – mamy lepszą w tej kwestii świadomość i większe wyczucie w sprawie ochrony zabytków. Owszem, wydawałoby się, że jako kraj który poniósł wyjątkowo dotkliwe straty w kulturze materialnej, którego stolica utraciła prawie w całości swoje zabytki architektoniczne, a zbiory muzealne i biblioteczne spłonęły, poginęły lub zostały rozszabrowane w stopniu do dziś uniemożliwiającym odtworzenie kolekcji – otóż w takiej sytuacji wydawałoby się doprawdy, że nad każdym ocalałym zabytkiem roztaczamy wyjątkowo intensywną opiekę, dbamy o jego dobrostan, o każdą cegłę i belkę. Zwłaszcza z naszym krajowym fetyszem na Stare Lepsze Czasy, które zwykle lokujemy między końcówką dziewiętnastego wieku a międzywojniem.
 
Zapraszam zatem na wycieczkę do miasta nazywanego niegdyś polskim Manchesterem, które rozkwitło, wybujało i rozwinęło się właśnie na przełomie wieku XIX i XX, miasta architektury użytkowej, gdzie kaprys przemysłowców budował neogotyckie hale fabryczne i eklektyczne pałace, gdzie szpitale wyglądają jak zamki z blankami i wąskimi oknami, a zajezdnie tramwajowe…
 
W sprawie zajezdni tramwajowej oddaję mikrofon naszemu reporterowi, który znajdował się na miejscu zbrodni. Pisała też o tym prasa, jak należało się spodziewać, wyłącznie lokalna. Nekrolog wystawił ponownie Gothmucha, bo prasa krajowa na pewno miała coś ważniejszego do analizowania, niż biznesmen rozstawiający policję po kątach podczas zaorywania resztek budynku wpisanego do rejestru zabytków miasta.

Jak widać, bycie zabytkiem nie pozwala przeżyć ofierze, jeśli drapieżnik jest zdeterminowany i pazerny na zyski. Przepisy, tradycja, uroda ani wyjątkowość nie uchronią przed peruwiańskim deweloperem czy łódzkim burzymurkiem, który co prawda nic na zgliszczach nie zbudował, ale przynajmniej nie czuje się spętany obecnością zabytku na swoim terenie. Perspektywa, że ktoś mógłby chcieć zwiedzać, podziwiać, fotografować i uwieczniać te miejsca, pamiętające rozkwit cywilizacji , nie mieści się w biznesplanach operujących wynikiem kwartalnym.

Najbardziej rozpaczliwą próbę zachowania murów przed drapieżnym biznesem łódzkim pamiętam z bannerów wiszących na dawnym Unionteksie – skądinąd vis-a-vis przepięknego (i ocalonego przez miasto!) muzeum na Księżym Młynie. Zamiast liczyć na wpis do rejestru zabytków czy miejsce w historii miasta, ktoś wywalił płachtę z napisem „tu był papież”.

DLOLO

Gdy prawo i przyzwoitość zawodzą, desperaci sięgają po zabobony i amulety.

W przypadku Unionteksu mogliby równie dobrze wystawić w szkieletach okien obrazki świętego Floriana i świętej Agaty.

Uniontex 1 Uniontex 3

Nie mam dobrej pointy ani krzepiącego bon motu, który pozwoliłby nam wszystkim utrzymać nadzieję na przeszłość, która ekspresowo ginie pod buldożerami i ogniem. Być może żyjemy w czasach, które nominalnie z hukiem i celebrą czczą to, co minione, organizują wystawy i tygodnie pamięci, ale dbają tylko o współczesne pomniki i przyszłe zyski. W mediach i obserwujemy wielką celebrę przeszłości mitycznej i arkadyjskiej, szkoda, że dla realnych piramid i hal nic z tego nie wynika. Spieszmy się odwiedzać zabytki, tak szybko znikają.

Tu laurka i podziękowania za pomoc, inspirację oraz wyczerpujące konsultacje telefonicze dla Gothmuchy.

Patriotyzm balkonowy

image

To zdjęcie oddaje idealnie esencję polskiego patriotyzmu. Śmieci upchnięte na balkonie, szary z brudu mop i zatknięta nad tym dumnie flaga. W tle, w roli obowiązkowej nostalgii za Starymi, Dobrymi Czasami, wypłowiałe landszafty i obrazki przedwojennej Warszawy.
Oto dlaczego nie bardzo jestem dobrą klientką wielkich przemówień i orędzi. Premier i prezydent będą powiewać flagami, dzwonić orderami, szczękać zardzewiałym orężem, a ja będę widzieć mopa, śmietnik, brak ścieżek rowerowych, miejsc w przedszkolach i żłobkach, brak świetlic, domów kultury czy basenów, brak bezpłatnych zajęć rehabilitacyjnych dla dzieci niepełnosprawnych, brak terminów u lekarzy. Brak pomysłu wśród władz i brak życzliwości wśród współobywateli. Za to pod dostatkiem triumfów, klęsk, powstań i moralnych zwycięstw.
Nie kupuję tej narracji, że przegrana wojenna usprawiedliwia brudne uszy i balkony. W rok po wojnie – być może. Nie w siedemdziesiąt lat. Nie kupuję przypowieści o moralnej konieczności podejmowania działań szkodliwych i wyniszczających w imię idei. Nie będę rodzić małych powstańców, żeby można było mieć kolejne rocznice do machania flagą, panie Terlikowski. Nie będę rozlewać krwi dla symboli, idei i koncepcji, droga prawico. Mogę posprzątać swój balkon. Gdy będę mieć psa, posprzątam też jego kupę. Ale do tego nie potrzebuję flagi.

Piszę to wszystko z Centrum Krwiodawstwa na Saskiej, gdzie za chwilę oddam krew. Oddam, nie przeleję. Nie będzie jej w podręcznikach historii, nie będzie się nią ekscytować żadna prawica, nikt jej nie uczci tablicą ani mszą. I dobrze. Wystarczy, że będzie z niej pożytek. Pomników mamy już nadwyżkę.