Pamięć, piramida i inne rzeczy ulotne

Blog nieco zarósł łopianem i perzem z powodu wakacji, ale wracamy do radosnej walki z rzeczywistością. Dziś będzie nadal nieco urlopowo, dla podtrzymania opalenizny i wspomnień o słoneczku na plaży.

Człowiek pojechała nad Bałtyk, objeść się rybami i sparzyć krajową meduzą, ale może opowiadać, że odpoczywała w tropikach czy w innej egzotyce. Różnica wkrótce będzie żadna, bo w czym w końcu leży główna zaleta wakacji zagranicznych? Słońce podobne, piasek równie dokuczliwie włazi pod kostium, fauna bywa nietypowa i ozdobna, to prawda, ale w pokojach raczej się jej nie ogląda. Pozostaje zwiedzanie lokalnych zabytków i podziwianie obiektów historyczno-kulturalnych, które każda szanująca się turystyczna miejscowość szczególnie troskliwie konserwuje i przedstawia znudzonemu oku przyjezdnych. Zwłaszcza, gdy są one, te zabytki, dużo starsze niż najstarsze polskie dowody cywilizacji, na przykład peruwiańskie piramidy liczące sobie pięć tysiącleci.

Należy się wszelako upewnić, czy nie stoją one na jakimś atrakcyjnym terenie, na którym współcześni faraonowie Montezumowie nie życzyliby sobie na przykład nowoczesnego osiedla.

Jak poinformował Rafael Varon, wiceminister dziedzictwa kulturowego Peru, w ubiegły weekend piramida została zrównana z ziemią przez pracowników dwóch firm budowlanych. Zniszczyli budowlę za pomocą ciężkiego sprzętu. Próbowali zniszczyć trzy kolejne, ale zostali powstrzymani przez świadków. Dziś działka jest strzeżona przez policjantów.

Zanim ktoś z czytelników zawoła (po ocknięciu się ze stuporu), że to jest rzecz zupełnie niebywała na skalę światową i nikt normalny w cywilizowanym kraju (tu ukłon w stronę naszego odruchowego europocentryzmu) nie zniszczyłby żadnego zabytku z powodu lokalizacji, poproszę o powściągnięcie egzaltacji. No bo, prawda, o atrakcyjności miejsca decyduje przecież obecność takich właśnie pamiątek z przeszłości, pomników, budowli, cudów architektury. Godna potępienia pazerność i bezmyślność deweloperów, którzy w imię doraźnego zysku zniszczyli kawał historii własnego kraju, jego atrakcję turystyczną, a przy okazji – pozbawili nas wszystkich  możliwości dowiedzenia się czegoś bliżej o życiu ludzi 3000 lat p.n.e. wręcz domaga się potępienia i manifestu, że to jednostkowy przypadek prymitywnego, krótkowrocznego biznesmena i jego kumpli. Byli chciwi, liczyli na zysk, na wpływy z mieszkań i apartamentów.
 
 Chciałoby się w tym kontekście hołubić złudzenie, że my Europejczycy – my Polacy! – mamy lepszą w tej kwestii świadomość i większe wyczucie w sprawie ochrony zabytków. Owszem, wydawałoby się, że jako kraj który poniósł wyjątkowo dotkliwe straty w kulturze materialnej, którego stolica utraciła prawie w całości swoje zabytki architektoniczne, a zbiory muzealne i biblioteczne spłonęły, poginęły lub zostały rozszabrowane w stopniu do dziś uniemożliwiającym odtworzenie kolekcji – otóż w takiej sytuacji wydawałoby się doprawdy, że nad każdym ocalałym zabytkiem roztaczamy wyjątkowo intensywną opiekę, dbamy o jego dobrostan, o każdą cegłę i belkę. Zwłaszcza z naszym krajowym fetyszem na Stare Lepsze Czasy, które zwykle lokujemy między końcówką dziewiętnastego wieku a międzywojniem.
 
Zapraszam zatem na wycieczkę do miasta nazywanego niegdyś polskim Manchesterem, które rozkwitło, wybujało i rozwinęło się właśnie na przełomie wieku XIX i XX, miasta architektury użytkowej, gdzie kaprys przemysłowców budował neogotyckie hale fabryczne i eklektyczne pałace, gdzie szpitale wyglądają jak zamki z blankami i wąskimi oknami, a zajezdnie tramwajowe…
 
W sprawie zajezdni tramwajowej oddaję mikrofon naszemu reporterowi, który znajdował się na miejscu zbrodni. Pisała też o tym prasa, jak należało się spodziewać, wyłącznie lokalna. Nekrolog wystawił ponownie Gothmucha, bo prasa krajowa na pewno miała coś ważniejszego do analizowania, niż biznesmen rozstawiający policję po kątach podczas zaorywania resztek budynku wpisanego do rejestru zabytków miasta.

Jak widać, bycie zabytkiem nie pozwala przeżyć ofierze, jeśli drapieżnik jest zdeterminowany i pazerny na zyski. Przepisy, tradycja, uroda ani wyjątkowość nie uchronią przed peruwiańskim deweloperem czy łódzkim burzymurkiem, który co prawda nic na zgliszczach nie zbudował, ale przynajmniej nie czuje się spętany obecnością zabytku na swoim terenie. Perspektywa, że ktoś mógłby chcieć zwiedzać, podziwiać, fotografować i uwieczniać te miejsca, pamiętające rozkwit cywilizacji , nie mieści się w biznesplanach operujących wynikiem kwartalnym.

Najbardziej rozpaczliwą próbę zachowania murów przed drapieżnym biznesem łódzkim pamiętam z bannerów wiszących na dawnym Unionteksie – skądinąd vis-a-vis przepięknego (i ocalonego przez miasto!) muzeum na Księżym Młynie. Zamiast liczyć na wpis do rejestru zabytków czy miejsce w historii miasta, ktoś wywalił płachtę z napisem „tu był papież”.

DLOLO

Gdy prawo i przyzwoitość zawodzą, desperaci sięgają po zabobony i amulety.

W przypadku Unionteksu mogliby równie dobrze wystawić w szkieletach okien obrazki świętego Floriana i świętej Agaty.

Uniontex 1 Uniontex 3

Nie mam dobrej pointy ani krzepiącego bon motu, który pozwoliłby nam wszystkim utrzymać nadzieję na przeszłość, która ekspresowo ginie pod buldożerami i ogniem. Być może żyjemy w czasach, które nominalnie z hukiem i celebrą czczą to, co minione, organizują wystawy i tygodnie pamięci, ale dbają tylko o współczesne pomniki i przyszłe zyski. W mediach i obserwujemy wielką celebrę przeszłości mitycznej i arkadyjskiej, szkoda, że dla realnych piramid i hal nic z tego nie wynika. Spieszmy się odwiedzać zabytki, tak szybko znikają.

Tu laurka i podziękowania za pomoc, inspirację oraz wyczerpujące konsultacje telefonicze dla Gothmuchy.

Reklamy

10 thoughts on “Pamięć, piramida i inne rzeczy ulotne

  1. No właśnie jak przeczytałam o tym Peru, to tak pomyślałam o tym, co się wyrabia od dawna w Łodzi. Przy czym zawsze słyszę takie rzeczy głównie w jej kontekście – to jakieś wyjątkowe pod tym względem miasto? Jestem ignorantem i nie wiem, dlaczego gdy ktoś z premedytacją i bezkarnie niszczy zabytki w Polsce, to to jest zawsze Łódź?

  2. To był jedyny zachowany zabytek tego typu w Warszawie. Schowek, w któym w czasie okupacji ukrywała się żydowska rodzina, przetrwał blisko 60 lat. Zniszczyli go obecni najemcy mieszkania. Staną za to przed sądem.
    GW, dodatek Stołeczna, dziś.(s. 1)

    Przed sądem. No cóż, byli najemcami, a nie PRZEDSIĘBIORCAMI.

  3. Za mojej długiej już pamięci zniknęło mnóstwo łódzkich zabytków i podczas rzadkich wypraw do dalej położonych dzielnic nie poznaję znajomych miejsc i widoków. Zmiany tylko w rzadkich i wyjątkowych przypadkach są korzystne. Owszem, restauruje się przepiękny Księży Młyn – ale obok niszczeją i znikają scheiblerowskie budynki fabryczne. Owszem, cieszy oko przepięknie wykorzystany zespół budynków fabryki Poznańskiego – czyli Manufaktura. Owszem, odnowiono Piotrkowską. Ale „mniej ważne” i mniej znane fabryki, fabryczki, pałacyki i wille?
    Szkoda gadać…

  4. Tak mi jakoś zabrakło drugiej strony. (Albowiem z tym, co powyżej, nie mam zamiaru polemizować. Trudno o polemikę, gdy się człowiek zgadza). Bo z drugiej strony jest jakieś opętanie miejskich konserwatorów zabytków, których gorliwa działalność niejeden już budynek doprowadziła do kompletnej ruiny. Nie oddadzą ni guzika, doprowadzając tym samym do grzechu zaniechania. Remontu jakiegokolwiek.
    Poza tym Matce wczoraj ucięli balkon. Warto podkreślić – w znakomitym stanie (solidna, niemiecka robota, że tak pojadę uproszczeniem), nietknięty zębem czasu od lat bez mała siedemdziesięciu. Albowiem ktoś odkrył, że w pierwotnym projekcie balkony figurowały jako drewniane. Nawet najstarsi górale nie udzielają wyjaśnień, dlaczego budynek ten niezgodnie z projektem wykończono (balustrady metalowe) i oddano do użytkowania. Solidnie zresztą, jak wspominałam, wykończono, bo czas jakby je przeoczył. Te wykończenia.
    Matkę musiałam związać i porzucić w kącie, żeby nie wybiegała z impetem na miejsce po balkonie. Dodatkowo – demontując antenę – pozbawiono ją dostępu do telewizji. Jaka by tam nie była, przeklęta kultura obrazkowa, to jednak stanowi pocieszenie dla emeryta. I leży teraz w kącie, pozbawiona kultury fizycznej i sportu oraz wątpliwej rozrywki. Ma za to mnóstwo czasu na przemyślenia, dotyczące bzdurnego wydatkowania jej osobistych środków z emerytury. Gdy tymczasem w rurach niesie odgłosami męczenników.
    Podsumowując – walę banałem i truizmem – medal ma zawsze dwie, równie płaskie strony.

  5. @moje-waterloo:

    Dziękuję za komentarz, cieszę się, że bywasz tutaj.
    Co do meritum – poza kompletnymi idiotyzmami urzędniczymi, jak w opisanym przez Ciebie przypadku (mityczny projekt pierwotny a istniejąca zabudowa i wygoda mieszkańców, no na litość Cthulhu!), zwykle konserwator ma mocno spętane ręce: sam nie ma kasy na remonty, a ustawa (w pewnym sensie sensownie) nie pozwala mu zbyć obiektu wpisanego do rejestru bez gwarancji ze strony nabywcy, że zachowa historyczną/architektoniczną wartość lub odtworzy wg wzorca. Z kolei nie każdy nabywca zgodzi się konsultować wszystkie remonty i unowocześnienia z konserwatorem, gdy wolałby kupić budynek, położyć karton-gips, wywalić ściany działowe i posadzić pięćdziesięciu pracowników tzw. open-space’u do roboty po najniższych kosztach. Znalezienie rozsądnego kompromisu w tej kwestii nie jest zdaje się rzeczą prostą i rzadko się udaje.

  6. Dziękuję, bywam często, choć zmilczam. Ale przestanę, bo przeczytałam ostatnio, że to zaburza ideę blogowania.
    Nie dyskutuję z tym, co piszesz. Chodziło mi właśnie o ukazanie tych absurdów z drugiej strony. Znam przypadek odkrycia przez właściciela zabytkowego fresku na suficie. Rzetelnie zgłosił, a konserwator nałożył takie obostrzenia, że cały remont stanął. I stoi od lat dziesięciu. Ani remontu pięknej, wyjątkowej kamienicy, ani cudnej urody malowidła do oglądania dla ludzkości, ani w ogóle niczego. A czas tępi zęby na cegle. Klinkierowej.
    Wydaje mi się, że chodzi o zdrowy rozsądek. I od razu myślę: o co ja apeluję?! Buchacha!

  7. Wcześniej pisałam komentarz na temat Słupska (ale mi się skasował cham): wyburzenie zabytkowej fabryczki i postawienie Kauflanda, nicnierobienie z innym historycznym obiektem, aż wreszcie sam z siebie się zawalił itp itd.
    Pisałam też o tym, że w Słupsku stoi też stary, zabytkowy browar, w którym nic się nie dzieje (ergo – popada w ruinę).
    Dziś znalazłam informacje, że ma się tam „COŚ” zacząć dziać. Postawią tam Biedronkę. Dwudziesty pierwszy dyskont w niespełna 100-tyś mieście. Potrzebna jak…..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s