Kultura gwałtu czyli komu wolno się upić

Pół internetu i prawie całe USA wrze, bo miły biały chłopiec się upił, zaciągnął za śmietnik pijaną dziewczynę z imprezy, wykorzystał ją seksualnie, a teraz poniesie konsekwencje (chyba że sąd go polubi).

 

(Gdyby ktoś był przez ostatnie dni w dżungli odcięty od prasy i internetu, podaję link do relacji samej ofiary. Uwaga, tekst dość długi oraz zawiera dużo triggerów.)

 

Nie chcę tu się zamadto rozwodzić nad samym Brockiem Turnerem – ocena jego działań jest chyba jednoznaczna, nie sądzę, by ktokolwiek z czytelników nie zgadzał się, że z chłopaka po pijanemu wyszło niebezpieczne bydlę – i że na trzeźwo spanikował nie tyle przed ohydą własnego postępku, co przed grożącymi mu konsekwencjami. Co jest obrzydliwe w najwyższym stopniu. Brock Turner jest tu dorodną egzemplifikacją zjawiska toczącego współczesny świat:cała rozprawa, proces, sposób przesłuchań, linia obrony, kuriozalny wyrok; plus to, co się wokół sprawy dzieje, skupia jak w soczewce obraz tego, co zwykło się nazywać kulturą gwałtu. Dla tych, którzy nie spotkali się z tym terminem wcześniej, pozwolę sobie uprościć, że jest to zestaw norm kulturowych, przekonań, stereotypów i funkcjonujących społecznych reguł, które sprawiają, że w przypadku przemocy seksualnej nie ma czegoś takiego, jak domniemanie niewinności ofiary – spora część przesłuchania i procesu skupia się bowiem na wykazaniu współwiny ofiary przemocy, jej prowokowania sprawcy, niedochowania jakichś procedur bezpieczeństwa, nieprzestrzegania reguł dotyczących stroju, sposobu ruszania się etc. Sprawca dostaje szczególne przyzwolenie na agresję seksualną, jako sposób „podrywu” czy „flirtu”, i istotą staje się nie tyle wykazanie, że przekroczył granicę bezpieczeństwa czy komfortu ofiary – co wykazanie, że ofiara uczyniła wszystko co w swojej mocy, by jednoznacznie tej przemocy zapobiec (spoiler alert: nigdy, bo w kulturze gwałtu nigdy nie jest się wystarczająco przewidującą, wystarczająco chronioną, wystarczająco bezpieczną). Kultura gwałtu sprawia, że policje świata wydają instrukcje do kobiet o treści: nie noś krótkich spódnic, bo gwałciciel uzna, że może – bez względu na statystyki, które nie potwierdzają tego przesądu w żaden sposób. Kultura gwałtu pozwala wygłaszać publicznie politykom brednie, że jakoby kobietę się zawsze troszkę gwałci, bo jak ona mówi „nie”, to ma na myśli „tak” – i prasa to drukuje, a dziennikarz prowadzący wywiad nie wyrzuca polityka ze studia.

 

Kultura gwałtu to kultura przyzwalająca na gwałt, rozmydlająca jego znaczenie. Wychowany w tej kulturze złoty chłopiec być może naprawdę nie rozumie, że problemem stawiającym go przed sądem nie jest to, że się nawalił alkoholem, lecz to, że brutalnie zaatakował i wykorzystał drugiego człowieka. Adwokat złotego chłopca może być zawodowym cynikiem, ale zatrudniająca go rodzina nie miała problemu, gdy przeczołgał w sądzie ofiarę napaści, postawił ją w krzyżowym ogniu pytań i wręcz oskarżył, że sama jest sobie winna, że została spenetrowana patykami na asfalcie za śmietnikiem. Wszystkie argumenty i pytania były użyte, by wykazać winę ofiary. Alkoholowe zamroczenie okazało się być bardzo niesymetryczne: zwalniało z odpowiedzialności i moralnej oceny działania sprawcę, zarazem obciążając dziewczynę, która była tak pijana, że nie mogła protestować, gdy sprawca wlókł ją za śmietnik i penetrował jej nieprzytomne ciało. Kultura gwałtu sprawia, że dziewczynę rozliczano w sali sądowej ze spożycia alkoholu, które przyczyniło się do jej upodlenia, krzywdy, cierpienia i zagrożenia życia. Sprawca wykorzystywał fakt, że była pijana przeciwko niej, adwokat insynuował że jej się podobało – mówimy o byciu penetrowaną patykami i szyszkami i patykami na asfalcie za śmietnikiem! – a sędzia tego wszystkiego słuchał i zamiast wywalić to towarzystwo za obrazę sądu, uznał, że wystarczającą karą dla Brocka Turnera będzie kilka miesięcy więzienia. (I to jest moim skromnym zdaniem obraza sądu: kilka miesięcy za gwałt. Prawie tak dobrze, jak w polskich sądach, gdzie za gwałt zbiorowy jest wyrok w zawieszeniu.)

 

Brock Turner wygrał wszystko. Jest młody, śliczny, biały, studiuje na prestiżowym uniwersytecie (nikt go za taką błahostkę jak gwałt na pijanej przecież nie wywali), uprawia z sukcesami sport (tu akurat federacja sportowa uznała, że nie życzy sobie by ją reprezentował, ukłony, USA Swimming!) i rodzice go kochają. Tu listy w jego obronie, które do sądu wysłali matka i ojciec gwałciciela. O ile rozumiem, że miłość rodzica nie zanika, gdy dziecko okazuje się potworem, i że uczucie wobec własnego potomka sprawia, że chciałoby się oszczędzić mu cierpień i niedogodności za wszelką cenę, o tyle uważam, że państwo Turnerowie przekroczyli granicę melodramatu i pozwolili sobie na zupełnie niedopuszczalne rzeczy, byle tylko wybronić syna przed konsekwencjami. W chwili, gdy ojciec gwałciciela szlocha, że

dwadzieścia lat jego życia nie powinno zostać przekreślone przez dwadzieścia minut akcji

jest albo bardzo, bardzo cyniczny, albo bardzo podły. Albo po prostu wychował się w kulturze gwałtu i naprawdę uważa, że te dwadzieścia minut, które sprawiły, że ofiara przeszła przez szpital, potem przez koszmar stresów wokół swojego zdrowia, potem przez paraliżujący stres związany z traumą, następnie przez całkowicie upokarzającą procedurę policyjną i sądową (ponownie odsyłam do pierwszego linku z jej listem), utraciła zdolność do pracy i musiała się przeprowadzić – otóż że te dwadzieścia minut nie powinny jakoś poważne rzutować na przyszłą karierę sprawcy, który przez ten czas, gdy ofiara traciła całe swoje dotychczasowe życie – chodził na studia, ale bez radości, i nie smakowały mu steki. Doprawdy, życie ukarało go zbyt srogo!

 

Ale znowu, co wolno kochającemu ojcu, nie powinno uchodzić sądowi. Argument z wielkiego przygnębienia pięknego syna, który nie ma apetytu, bo się boi aresztu i zrujnowania przyszłej kariery nie powinien przekonywać sędziego, że oto należy pogłaskać biednego zestresowanego gwałciciela i zasądzić mu kwartał za kratkami. To, że Brock był dzieckiem sukcesu nie powinno sprawiać, że wymiar sprawiedliwości uzna go za niewinnego. Ofiara robiła w swoim życiu wiele rzeczy, które pijacki gwałt zniszczył bezpowrotnie – jednak nikt nie potraktowałby serio listu do sądu w jej sprawie, listu opisującego jej braka entuzjazmu wobec steków. W przypadku Turnera brak apetytu i otrzymane w przeszłości dobre stopnie okazały się być ważkim argumentem – dlaczego wykańczający stres skutkujący utratą pracy, wyprowadzka, zaburzenia snu i łaknienia u ofiary nie stają się argumentem równie ważkim? Dlaczego w postępowaniu sądowym ofiara dała się zgwałcić a sprawca bezmyślnie się upił? Dlaczego ofiarę rozlicza się z tego, że nie była w stanie protestować, a sprawcy nie zadaje się pytania, czemu penetrował jakimś brudnym badylem kogoś, kto był zbyt nieprzytomny, by się sprzeciwić?

 

Na korzyść Brocka Turnera zagrało jego dotychczasowe, dobre i wygodne życie. Jego kariera i pochodzenie. Gdyby był czarny, a nie biały, sąd raczej nie okazywałby takiej wyrozumiałości ani pobłażliwości. Gdyby nie był ucieleśnieniem sukcesu, nie dostałby w promocji tego żenująco niskiego wyroku. Brock Turner może jęczeć i płakać w mediach, że pijaństwo jednej nocy zrujnowało mu reputację, ale dopóki kultura gwałtu w Stanach i na świecie ma się dobrze, na niczym poza ewentualnym uszczerbkiem na karierze chłopak nie ucierpi. Jego ofiara straciła dużo więcej, ale do tego ten złoty młodzieniec się nie odniesie w żadnym ze swoich płaczliwych oświadczeń – w kulturze gwałtu to jego cierpienie ma wyjść na pierwszy plan, to jego strata jest tu pierwszorzędna. Ofiara, cóż, mogła się nie upijać, prawda?

 

Jest w tym wszystkim jasny punkt, na szczęście. Skandaliczny wyrok, groteskowe postępowanie przygotowawcze i cała medialna szopka pod wezwaniem „ratujmy bogatego, białego, ślicznego chłopca przed konsekwencjami jego własnego przestępstwa” były zbyt ostentacyjne nawet jak na amerykańskie standardy i spowodowały reakcję polityków wyższego szczebla. Joe Biden zachował się przyzwoicie i napisał list otwarty w sprawie tego procesu. Zauważył wreszcie, że kultura i tradycja ustawiają kobiety na przegranej pozycji, w kontekście zapobiegania przemocy seksualnej. Jest nadzieja, że kultura wsparcia gwałcicieli powoli odejdzie w przeszłość. Pytanie, kto powie o tym polskim policjantom i sędziom?

Granat w stawie, kręgi na wodzie

Przez znajome internety przewala się lawina wpisów na temat byłego kolegi/znajomego/współpracownika, który okazał się być bardziej wannabe gwałcicielem i molestowaczem niż fajnym kumplem. Bomba wybuchła, tekst stał się viralem i krąży, ostrzegając kolejne grupy dziewczyn przed gościem, którego wszyscy dotąd znali z zupełnie innej, szanowanej strony. Jednocześnie coraz to zgłaszają się nowe ofiary faceta i mówią: „o rany, was też..?”.

To nie będzie tekst o tym mężczyźnie.

To będzie tekst o ludziach wokół. O falach reakcji wzbudzonej przez ujawnienie sprawy i wyraźne zajęcie stanowiska.

Ponieważ w ramach tej kampanii ostrzegawczo-informacyjnej po raz pierwszy dało się zobaczyć w działaniu hasło miej odwagę powiedzieć STOP, gdy przy tobie ktoś przekracza granice. Mnóstwo ludzi zareagowało i wysłało wyraźny sygnał, że molestowanie, prześladowanie, napastowanie jest nie w porządku i budzi ich sprzeciw. Wymagało to tym większej odwagi i samozaparcia, im dłużej znali się i lubili ze sprawcą. Przejście od pobłażliwego zmarszczenia nosa na nutę No ale on już taki jest do ponurej konstatacji o cholera, tyle lat kumplowałem/am się ze stalkerem i molestatorem nigdy nie jest łatwe. Chroniąc siebie i własny obraz jako osoby, która przecież nie zezwalałaby na przemoc w swoim otoczeniu – nie dopuszcza się myśli, że oto ten fajny ziom z pracy drastycznie przekroczył granice żarcików czy uwodzenia. On tak ma, taki jest rubaszny w obejściu, takie ma trochę krzywe poczucie humoru, ale to swój facet. Im dłużej to jest swój facet, tym dłużej ofiary molestowania czują się nieswojo z myślą, że miałyby zgłaszać protest albo głośno się poskarżyć na to, co je spotkało. I dlatego właśnie swój chłop miał wolną rękę przez wiele lat, a nikt nie widział sygnałów ostrzegawczych. A dlatego właśnie, że tak trudno od akceptowania wraz z wadami swojego chłopa dojść do radykalnego zrywam z tobą kontakt, bo skrzywdziłeś wiele kobiet; chciałam stąd podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w wielu miejscach: w informowanie, w przekazywanie dalej ostrzeżeń na temat własnego kumpla, w opiekę nad osobami skrzywdzonymi przez jego działanie. Wiem, że musiało być to dla nich traumatyczne, trudne i dotkliwe, i dziękuję, że uwierzyli prześladowanym dziewczynom zamiast chronić swoje dobre samopoczucie i utrzymywać się za wszelką cenę w przekonaniu, że przecież nie firmowaliby swoją przyjaźnią kogoś, kto krzywdzi. Ich odwaga w wyjściu z własnej strefy komfortu psychicznego pomogła nie tylko dotychczasowym ofiarom, ale też tym, które znalazły się w kręgu oddziaływań tego gościa i zostały w porę ostrzeżone. A także zupełnie innym, nieznanym wam dziewczynom i facetom, którzy mieli złe doświadczenia z innymi stalkerami i gwałcicielami: daliście osobom skrzywdzonym przez molestowanie poczucie, że jeśli odezwą się głośno, ktoś im jednak uwierzy. Nawet, jeśli napastnik jest znany i respektowany.

Druga rzecz w związku z tą sprawą to oczywiście reakcje w sieci. Jako że tekst ostrzeżenia pojawił się w wielu miejscach, na społecznościówkach i komunikatorach, nieuniknione były petardy komentarzy.

Jeśli ktokolwiek z komentujących całą akcję z niedowierzaniem czyta również tego bloga, chciałabym wypunktować, co następuje:

  • za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom. Zastanówcie się, czy właśnie to chcieliście wyrazić.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że macie za mało dowodów, że uwierzycie, dopiero gdy jakaś wasza dobra, długoletnia znajoma potwierdzi wam, że ona też była molestowana tak, jak to opisują inne – odbieracie wiarygodność dziewczynom, które i tak są w dramatycznie dotkliwej sytuacji. Co więcej, żądacie zdania szczegółowego raportu z traumatycznego doświadczenia nie mając do tego najmniejszych praw. Takie wymagania stawiają ofiarę w klinczu: albo ponownie przeżyje swój dramat referując detale wydarzenia, o którym woli nie pamiętać, albo zarzuci się jej kłamstwo lub pieniactwo. Dajecie jasny przekaz: osobom skrzywdzonym przez napastnika seksualnego się nie wierzy, ich doświadczenia są negowane a wiarygodność podważana. Ciekawość szczegółów nie usprawiedliwia szantażowania ofiar w celu wydobycia z nich niechcianych wspomnień. Internetowy komcionauta może poczytać sobie Fakt, jak jest żądny sensacji.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że uwierzylibyście, gdyby do internetowych wpisów dołączyć kwity z przekazania sprawy na policję czy prokuraturę – podważacie wiarygodność ofiar oraz uzurpujecie sobie prawo do decydowania, jak mają swoją sprawę prowadzić. W tej konkretnej i w każdej innej sprawie to osoba skrzywdzona decyduje, czy chce swój przypadek zgłaszać i w jakiej formie.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że pokrzywdzone powinny były zrobić to czy tamto – wbijacie je we wtórną traumę. Sytuacje molestowania mają to do siebie, że nie da się na nie przygotować i zareagować optymalnie. Sprawca zastrasza, zawstydza, wpędza w poczucie winy, wmawia sama tego chciałaś, nikt ci nie uwierzy. Wymądrzanie się anonimowo po fakcie, że gdyby pokrzywdzone zrobiły coś tam, to sprawy potoczyłyby się inaczej tylko utrwala stres i traumę. Pouczając zza klawiatury ofiarę molestowania nie pomagacie ani jej, ani nikomu innemu, tylko poprawiacie sobie nastrój złudzeniem, że was to nie spotka, bo jesteście tacy przewidujący/ce.

To nie jest pierwsza sytuacja, gdy ktoś znany, szanowany, ze środowiskowym prestiżem i autorytetem przekracza granice. Nie jest też ostatnia, niestety, są inni i będą następni. Jest to pierwsza taka akcja, w której widzę, jak środowisko umie się przełamać i przyznać, że nie widziało przez lata złych rzeczy, również dlatego, że nie chciało widzieć. Dzięki tej akcji ostrzegawczej łowisko wreszcie się skurczyło nie tylko dla tego jednego seksualnego napastnika. W świat poszedł sygnał, że molestowanie nie jest dobrze widziane nawet, jeśli uprawia je jeden ze swoich. Jeśli choć paru stalkerów i macaczy w tej chwili poczuło się mniej pewnie i zawahało się, czy ktoś nie patrzy im z dezaprobatą na ręce, to akcja odniosła już sukces.

Nie wystarczy komentować w internetach pod artykułami o gwałtach gdzieś daleko w świecie. Skomentowanie zachowania własnego znajomego, który pcha się z łapami do koleżanki wymaga więcej odwagi. Dziękuję wszystkim, którzy ją mieli. Dzięki wam zrobiło się bezpieczniej.

Edycja: justowanie i literówka.

Etycy i esteci

W mediach wezbrała powszechna  wyrozumiałość i wystąpiła z brzegów. Specjaliści w różnym wieku na wyprzódki lecą tłumaczyć, że co prawda Polański zrobił brzydko, ale z różnych powodów nie powinniśmy być Katonami i mówić mu przykrości.

Bieżąca ścieżka obrony wiedzie nieco mniej obrzydliwą trasą niż parę lat temu, kiedy to kolega po fachu rechotał, że nie można przecież zgwałcić prostytutki (Zanussi, wstań) a koleżanka (Stalińska, o tobie mowa) mu basowała, uprawiając victim blaming aż świstało. Engelking co prawda ma wstrząsającą refleksję, że skoro ofiara nie była dziewicą, to co to za gwałt. Tu oczywiście miałabym pytanie, czy jakby kto upił/ućpał dorosłego i – jak sądzę – niedziewiczego Engelkinga i odbył z nim stosunek analny wbrew woli, to pan pisarz nadal byłby taki pewny, że to nie gwałt i nie ma o czym mówić; no, ale nie jestem z zawodu etyczką, więc nie będę sugerować tak wyuzdanych eksperymentów myślowych.

Wracając do naszych tytanów i tytanic wyrozumiałości. Do tkliwego wybaczania skłaniają ich trzy okoliczności:

  • wyjątkowy dorobek artystyczny Polańskiego
  • publiczna deklaracja ofiary gwałtu, że przebacza sprawcy
  • upływ czasu, wskazujący na przedawnienie

Pierwszy argument jest tak kompletnie od czapy, że aż nie wiem, jak może przechodzić przez usta i klawiaturę zawodowcom (Środa ma kwity na bycie etyczką, ba, powołuje się na nie w swoim kuriozalnym felietonie). Twórczość Polańskiego ma się nijak do jego postępku, bo nie twórczością gwałcił trzynastolatkę w swoim jacuzzi. Jeśli Środa przedkłada wyżej filmy Polańskiego nad służbowe kreacje czy wyczyny oratorskie Wesołowskiego, to oczywiście kwestia jej wrażeń estetycznych, ale wywodzenie z tego skutków prawnych czy moralnych w kwestii zupełnie niezwiązanej z uprawianą przez obu panów sztuką czy pracą jest totalnym nadużyciem. Pol Pot nie byłby ani odrobinę mniejszym zbrodniarzem, gdyby przy rzeziach Kambodży grał wirtuozersko na flecie. Literacka wartość pamiętników czy biegłość zawodowa prawniczych publikacji nie rzutuje na opinię o pozostałych dokonaniach Hansa Franka. I tak dalej, bo dojechaliśmy do Godwina.

Co do kuriozalnego stwierdzenia, iż:

O „przypadku Polańskiego” nie mam jednoznacznej opinii. Jako osoba prywatna i lubiąca jego filmy uważam, że trzeba dać mu spokój; jako osoba szanująca prawo jestem za ekstradycją; jako etyk uznaję, że przebaczenie ofiary wymazuje winę sprawcy. Reszta powinna być sprawą jego własnego sumienia.

(Środa dixit), nie jest ono w niczym lepsze od salomonowego prawdopośrodkizmu Engelkinga:
Czy jest z tej matni jakiekolwiek uczciwe wyjście? Jest uczciwsze od innych, czyli umycie rąk. Umycie rąk, które oznacza stwierdzenie: jest źle, że Roman Polański nie trafił do więzienia za swój czyn, ale tak naprawdę, to ten czyn niewiele mnie obchodzi – także dlatego, że nie jestem i nie zamierzam być jego sędzią, a uznaję Polańskiego za jednego z najważniejszych reżyserów, więc wygodniej mi nie osądzać. Gorzej – czytaj: mniej wygodnie – by było, gdyby Roman Polański do więzienia za swój czyn trafił. Dlatego lepiej nie optować za ślepym, mechanicznym działaniem wymiaru sprawiedliwości – i zamieść sprawę pod dywan, zdając sobie sprawę z własnej klęski. Jest to najlepsze ze wszystkich złych rozwiązań.
Otóż, Samantha Geimer może przebaczać wyłącznie w swoim imieniu. To nad nią znęcał się trzydzieści lat temu Polański, to ją przesłuchiwali – według najlepszych technik oskarżania ofiary – amerykańscy policjanci i prawnicy, to z jej przeżyć wiele gazet zrobiło sobie materiał na pierwsze strony i to o jej prowadzeniu po trzydziestu latach tak swobodnie rozprawia felietonista polskiego portalu. Geimer ma prawo mieć dość cyrku wokół siebie, ma prawo chcieć lub nie chcieć procesu i dojrzeć do wybaczenia sprawcy lub po prostu odpuścić. Środa ochoczo podpinająca się pod tę deklarację przebaczenia jest dla mnie powodem do zażenowania. Etyczne wymazanie winy może tu następować w odczuciu Geimer, natomiast ci, których tyłek nie ucierpiał, niech się tak rączo nie podwieszają ze swoim rozgrzeszaniem i anulowaniem winy. Zwłaszcza, że deklaracje o wybaczeniu mogą płynąć z różnych pobudek, również z zamęczenia ofiary przez różnych medialnych ekspertów od oceny jej działań i głębi jej krzywd.
Byłoby nieźle, jakby chyża w darowaniu win Środa pomyślała, że jej felieton może czyta nie tylko Roman Polański, ale też dzieciaki gwałcone przez inne sławy, światowe czy lokalne. Myślę, że nie cieszyłyby się z takiego rozgrzeszania sprawców.
Argument z przedawnienia jest tak naprawdę najmocniejszy.
Od razu zastrzegam się, że nie będę nawet udawać, że znam przepisy prawa karnego obowiązującego w stanie Kalifornia – zwłaszcza te sprzed trzydziestu siedmiu lat. Jeśli ktoś z komentatorów zna, poproszę o skomentowanie.
Natomiast wiem, że w wielu systemach legalnych wszczęcie postępowania przerywa bieg przedawnienia, co mogłoby znaczyć, że w sensie prawnym nie ma co mówić o przeterminowaniu się sprawy. Sprawę wszczęto, Polański po prostu uciekł, wystraszony perspektywą znacznie surowszej kary niż ta, którą się spodziewał dogadać z prokuratorem jego prawnik. Stąd też USA mimo upływu czasu wciąż żąda ekstradycji, a Polański stąd też woli osobiście nie jeździć na gale oskarowe.
Czy zbrodnia przedawnia się w sensie moralnym? Nie wiem. Na pewno dzisiejszy Polański to zupełnie inna osoba niż trzydzieści lat temu, co wnoszę nie tyle z jakiejś tajemnej wiedzy na temat jego nawrócenia, co z tego, że nikt nie jest odporny na upływ trzech dekad. Czy to jest powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że „było minęło”? Nie mam takiej pewności. Nie znaczy to, że mam pewność, że posadzenie osiemdziesięciolatka w sprawie przestępstw popełnionych przez czterdziestolatka jest jedynym rozwiązaniem. Mam pewność, że bardzo źle się stało, że czterdziestoparoletni facet przed tym sądem nie stanął i nie przyjął na klatę konsekwencji. Być może proces nie byłby uczciwy, być może kara byłaby dużo cięższa niż spodziewana. Być może posadzenie celebryty, ba – wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy! – do więzienia za gwałt na nieletniej spowodowałoby większe zmiany w powszechnej świadomości i wcześniejsze wyjście na jaw innych dramatów wykorzystywania dzieci. Jeśli Środzie i Engelkingowi wolno rozpaczać, że siedzący za kratkami artysta nie nakręciłby tylu arcydzieł, mnie wolno fantazjować, że proces i więzienie dla Polańskiego dałyby wyraźny sygnał (nie tylko medialny) o niezgodzie na pedofilskie gwałty, wykorzystywanie nieletnich i tuszowanie przestępstw w przypadku, gdy sprawcami są znane osobistości.
Nie będzie efektownej pointy, nie mam zamiaru robić za Maxa Kolonko i mówić, jak jest i jak ma być. Chciałabym tylko, żeby sławne etyczki nie były tak rącze w biciu się w nieswoje piersi i wybaczaniu nieswoich krzywd tylko dlatego, że lubią fajne filmy. Bo etyka i estetyka powinny się różnić czymś więcej, niż jedną sylabą.
A na zakończenie mała zagadka – czy autorem zalinkowanej polemiki z profesorą Środą jest:
a) zawodowy etyk
b) przyzwoity felietonista
c) internetowy brukowiec zajmujący się na co dzień kwestią bielizny noszonej przez gwiazdki i gwiazdeczki?
Odpowiedzi prosimy nie nadsyłać, bo wstyd.

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać z czarnym psem

Margot napisała dosadnie i celnie i przypomniała mi, że ta notka leży w archiwum i że zabieram się do niej jak pies do jeża od miesięcy. No to chyba pora wziąć łopatę i odkopać zalegające w cieniu repozytorium tematy. Tak, będzie widać, że inspirował nas ten sam komiks i że do podobnych wniosków doprowadził. Tak, obie też czytałyśmy co poniektórych specjalistów medycyny ludowej i mądrości powszechnej pod wywiadem z Justyną Kowalczyk o jej zmaganiach z chorobą (ktoś na gazeta.pl i wyborcza.pl powinien im ustawić bota strzelającego notką Margot za każdym razem, gdy się mądrzą).

 

Tymczasem rok temu wielki, wspaniały, genialny Stephen Fry napisał.

Ten artykuł jest zasmucający na wielu poziomach. Kiedy facet taki jak Stephen Fry mówi, że jest mu tak źle, że próbował się zabić, i uratował go tylko nadaktywny producent filmu, nad którym wówczas pracowali, to atakuje myśl, że przed depresją nie ma ani dobrego schronu za workiem z forsą, ani za bezpieczeństwem socjalnym, ani za twórczym życiem, ani za popularnością i sławą. Można tylko podpierać się bliskimi, którzy często (zazwyczaj? Prawie zawsze?) nie zdają sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja, no bo przecież – są pieniądze, jest sukces, jest popularność, talent, propozycje etc.

W zasadzie ta notka w zamiarze adresowana jest właśnie do ludzi, którzy dowiedzieli się, że ich bliska osoba choruje na depresję. Chorzy już te wszystkie rzeczy wiedzą i tak, ich bliscy stoją z rozdziawionymi ustami i chcą zaraz coś powiedzieć, coś, co pomoże i coś co wykaże ich dobre chęci.

Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pierwsze, co chcecie powiedzieć, brzmi: „Weź się w garść”. Zamiast tego siądźcie gołym tyłkiem na jeżu albo zjedzcie trochę tłuczonego szkła, to będzie mniej szkodliwe. „Weź się w garść” to najczęstsza, najgorsza rada, jaką chory może usłyszeć. „Weź się w garść” znaczy w zasadzie – co? Opanuj się? Zgarnij nerwy? Przestań mieć depresję? Depresja, choroba organiczna polegająca na zaburzeniu gospodarki serotoniną i endorfiną w mózgu, nie bierze się z braku motywacji do utrzymania tej gospodarki w porządku. Czy facetowi w gipsie poradzilibyście równie dziarsko, by się wziął i zrósł, zamiast leżeć i się mazgaić? Czy komuś w trakcie dializy zaproponowalibyście, żeby wreszcie przestał mieć chorą nerkę? Dlaczego uważacie, że depresja jest taką chorobą, którą da się wyleczyć za pomocą samego zmotywowania? Gdyby to było takie proste, chory pewnie sam by wpadł na taki doskonały pomysł.

(Pomijam drobniejsze dramaty zaszyte w takiej znakomitej radzie, jak: bagatelizowanie choroby, protekcjonalne traktowanie chorego jak małego dziecka, oraz demonstrowanie, że się kompletnie nie rozumie, że depresja to coś, czego nie da się ogarnąć prostym „wzięciem się w garść”. Cokolwiek to miałoby znaczyć)

Również serdecznie zniechęcam do wymyślania naprędce złotych terapii w rodzaju: „nie martw się, pójdziemy na zakupy, kupimy ci buty/kurtkę/torebkę/motocykl/lody/dziwki, od razu ci przejdzie”, ponieważ, hm, to nie działa w ten sposób*. Owszem, zakupy zwykle wyzwalają mały strzał endorfinowy, ale, hm, u osób które wydzielanie endorfiny mają prawidłowe. U osób chorych niekoniecznie to zadziała zgodnie z planem. Osoba chora, która wyłącznie siedzi i się przygląda ścianom, być może zdobędzie się na wyjście z tobą. Ale z kompletną obojętnością przejdzie przez sklep z torebkami/lodami/dziwkami, bo jest jej wszystko jedno, czeka, aż twój entuzjazm się wypali, a ona będzie mogła znów siedzieć i patrzeć w ścianę. Jeśli proponujesz takie rzeczy, a one nie działają, możesz nadziać się na smutne własne reakcje – frustrację, gniew, rozczarowanie – bo czemu chory nie cieszy się jak powinien, czemu nie jest wdzięczny za twój wysiłek? Cóż, kot nie będzie ci wdzięczny za lekcje stepowania, najwyżej cię nie pogryzie. Ktoś chory po prostu postara się przeczekać twój pomysł i osunie się z powrotem w swoją dziurę w rzeczywistości.

Zachęcanie dobrymi przykładami. „Wujek Wiesiek też to miał, ale wziął się do ciężkiej pracy i mu przeszło”. Tu spojrzenie pełne zachęty i oczekiwania, że chory rach-ciach, wstanie, sięgnie po toporek i porąbie trzy sosny, po czym rozgrzany ruchem wykrzyknie – w rzeczy samej, drogi przyjacielu, jest mi znacząco lepiej, dziękuję. No więc nie. Owszem, zachęcanie do pewnych niezbędnych aktywności jest sensowne i pożądane, ale przy zaawansowanej chorobie dzień może w całości wypełnić plan składający się z podpunktów: otworzyć oczy – wstać – wysikać się w odpowiednim miejscu – napić się wody – trafić z powrotem do łóżka. Przy czym poszukiwanie wody może być wyczerpujące w sposób, który pochłonie kilka godzin rekonwalescencji na podłodze w kuchni.

Przekonywanie. „Jak możesz mieć depresję, zobacz, jaki jest piękny dzień”. Tak, jakby to miało jakikolwiek związek. Wariant drugi „jak możesz mieć depresję, przecież masz wszystko, masz gdzie mieszkać, masz co jeść, masz wspaniałych przyjaciół (O POPATRZ NA MNIE JAK ŚMIESZ MIEĆ DEPRESJĘ GDY JESTEM TWOIM PRZYJACIELEM JAK MOŻESZ MI TO ROBIĆ) i taką dobrą sytuację, tylu ludzi na świecie nie ma nawet połowy tego co ty i nie ma depresji!”. Czyli – wytłumacz się, dlaczego zachorowałeś, skoro moim osobistym przyczynometrem wykazuję niezbicie, że nie masz sensownych i dających się zaakceptować powodów.

Jak to powiedział sam Fry:

That’s the point, there is no “why?” That’s not the right question. There is no reason. If there was reason for it, you could reason someone out of it.

Jak twoje neurotransmitery śmią szwankować, gdy za oknem słońce a ja siedzę i uważam, że z tak rewelacyjnym przyjacielem jak ja nie masz prawa zachorować na smutek, abnegację i niechęć do wszystkiego.

Co można zatem bezpiecznie powiedzieć, by ani nie wykazać się arogancją, ani brakiem elementarnego zrozumienia?

W zależności od stanu chorego, można spytać, w jakim zakresie można mu pomóc. Czy chodzi o pomoc w znalezieniu dobrego lekarza i dotarcia do niego? (To są dwie trudne sprawy, depresja silnie wiąże się z prokrastynacją i abulią, poważnie chory popada w niemal katatoniczny bezwład i wówczas wymaga wsparcia również w takiej sprawie, jak dotarcie na umówioną wizytę lekarską) Czy trzeba pomóc mu w bieżącym życiu? W wyniesieniu śmieci, umyciu się, zrobieniu jedzenia? Czy trzeba mu pomóc wykupić leki? Zadzwonić do pracy/uczelni i pomóc wytłumaczyć nieobecności, załatwić sprawy formalne, by mógł zająć się zdrowieniem podczas gdy życie wokół nie będzie mu się zawalać systematycznie? Czy przejrzeć z nim rachunki za mieszkanie/prąd/telefony i upewnić się, że są opłacone i nie grozi choremu odcięcie od mediów albo komornik?

To są żmudne, irytujące zadania w towarzystwie kogoś, kto będzie snuł się i jęczał albo tępo gapił w ciebie lub w ścianę obok. To są przykre obowiązki związane z pielęgnacją pozornie fizycznie zdrowego człowieka, który zalega cały dzień w łóżku i nie odbiera telefonów, bo mu się nie chce. Bardzo dużo empatii i zdolności wyjścia poza swoje własne doznania wymaga zrozumienie, że to depresyjne „nie chce mi się” nie jest gówniarską fanaberią, a diagnozą: nie mam woli, potrzeby ani chęci. Leżę, bo grawitacja tak działa. Jakby działała inaczej, wisiałbym na haczyku lub stał na głowie, cokolwiek wymagałoby najmniej energii. Jestem zorganizowaną formą entropii i czekam na rozkład, ignoruję formy energii wokół, czekam aż przestaną. Nie podejmuję prób samobójczych, bo wymagałoby to wstania i zrobienia czegoś, a na taki wysiłek mnie nie stać.

(Lekka dygresja: Tu czai się pułapka. Osoba wychodząca z depresji, wydobywająca się z najgorszego dołka, czyli taka, wobec której nasze starania wreszcie WRESZCIE odniosły jakiś skutek, może popełnić samobójstwo. Lub chociaż spróbować. Bo, paradoksalnie, wreszcie może. Na dnie depresji nie jest najgorszy smutek czy rozpacz, bo są to jednak jakieś formy energii emocjonalnej, jakieś uczucia. Na dnie depresji jest odcięcie emocjonalne. Totalna zmartwiałość. Bezwład i bierność. Gdy chory wychodzi z tego stanu i wracają mu zarówno minimalne siły jak i uczucia, dociera do niego smutek, rozpacz, desperacja, przygnębienie, wyrzuty sumienia, lęki etc. I wreszcie, dzięki lekom i terapii, ma siły, by cokolwiek z nimi zrobić. A że czujność otoczenia jest uśpiona pierwszą od dawna poprawą, próbuje sobie poradzić ze swoim stanem w sposób radykalny i trudny do zrozumienia – kończąc wszystko. Bo poprawa jest powolna i towarzyszy jej wysiłek i cierpienie, a otoczenie – nawet jeśli dotąd wykazywało troskę i anielską cierpliwość – zaczyna poganiać, mieć oczekiwania, stawiać wymogi. I trochę trudno się dziwić – holowanie przez wiele miesięcy osoby chorej, branie na siebie całego ciężaru codzienności, amortyzowanie bezwładu chorego i solowa praca organizacyjna wykańczają; i nawet najbliższa osoba czuje się tym wyczerpana i wypatruje końca swojej jednoosobowej zmiany jak zbawienia. Łatwo i chętnie jej uwierzyć, że oto już nie musi pilnować, karmić, nosić i wyręczać, bo jest lepiej i można trochę odpuścić z czujnością. Niestety, praktyka pokazuje, że to bardzo ryzykowny moment na ulgę i spuszczenie chorego z oka. Wychodzenie z depresji to miesiące lub lata starań i potwornie żmudny wysiłek, by ustać w miejscu na osypującym się gruncie. Chęć przyspieszenia tego procesu, chęć pójścia na skróty wydaje się naturalna i zrozumiała, i trudno winić kogokolwiek, kto ma dość. Tyle tylko, że poluzowanie czujności tuż po pierwszej zauważonej reakcji na leki może się źle skończyć.)

To nie jest notka zmierzająca do jakiejś celnej, literacko zaskakującej czy błyskotliwej pointy; depresja w żaden sposób nie jest błyskotliwa. To jest notka edukacyjno-postulująca, jedna z wielu krążących po sieci w ostatnich miesiącach. Notka edukująca (mam nadzieję) wszystkich, dla których dotąd depresja była tematem odległym, czysto medialnym lub wątpliwym; notka postulująca pewną dawkę empatii i zrozumienia dla chorych na coś, co nie ma objawów tak łatwo widocznych jak przy otwartym złamaniu piszczeli i nie dających się wytłumaczyć osobie z zewnątrz. Jeśli macie w otoczeniu chorego na depresję, nie radźcie mu, żeby się pozbierał, ogarnął czy stanął na nogach i przestał piszczeć. Nie musicie go zrozumieć, raczej to się wam nie uda, jeśli sami nie macie za sobą epizodu depresji. Wystarczy, jeśli nie będziecie tłumaczyć choremu/chorej, że wcale nic mu nie jest, bo tak wynika z waszych doświadczeń.

Jeśli mimo komiksu, notki Fry’a, tego wpisu – nadal ktoś z was uważa, że bliskiemu zmagającymu się z depresją najlepiej zrobi potrząśnięcie i energiczne żądanie wzięcia się w garść, to hmm, Margot napisała, co może z tymi postulatami.

 

Edycja: literówka.

____________________________________________________________________

* Uwaga również na złote rady z kategorii medycyny ludowej na depresję. W przypadku choroby o ciężkim przebiegu same ziółka i wysypianie się nie wniosą za wiele, a mogą przynieść to samo zło, co inne rodzaje leczenia pozornego: zaniedbanie i zapuszczenie choroby. Leczenie samym placebo w przypadku depresji powoduje nie tylko brak poprawy, powoduje również dodatkową frustrację brakiem efektów, utrzymywaniem się złego stanu, oraz zupełnie realne sypanie się różnych dziedzin życia chorego, który nie zdrowiejąc po prostu nie nadąża za załatwianiem swoich spraw. Leczenie technikami ziołowo-naturalnymi może być stosowane, gdy chory jest w stosunkowo dobrym stanie ogólnym, depresja ma lekki przebieg a na leczenie ma się dużo czasu – co powinien zawsze oszacować lekarz, a nie pełny najlepszych intencji sąsiad czy kuzynka.

Nie jesteśmy nic wam dłużne

Przepraszam z góry, notka jest nieco niechlujna, pisana w emocjach i stąd może w niej być więcej błędów niż zwykle. Zastrzegam sobie prawo do wyedytowania lub poprawienia części tekstu po czasie.

 

Na początek link do strasznego wpisu, żeby ustawić nastrój dzisiejszej notki. Uprzedzam, link do tumblra w języku zagranicznym.

Napisałam notkę o tym, jak mężczyźni o mentalności zdobywców czują się uprawnieni ignorować protesty ofiar i dają sobie prawo autorytarnego decydowania, czy protest był na poważnie czy tylko udawany. Napisałam, że konwencja wymuszająca na kobietach pozorowanie oporu sprzyja kulturze gwałtu, bo nie dając wyboru kobiecie, pozwala mężczyźnie łaskawie zdecydować po uważaniu, czy zgodzi się on respektować odmowę.

Po czym przychodzi komentator i pisze, że jak w klubie spodoba mu się dziewczyna, to nawet jak mu odmówi, to będzie do niej wracał i zaczepiał, bo a nuż wymęczy na niej zgodę, a żal by mu było „zmarnować okazję”. I facet pisze to publicznie pod notką o molestowaniu i nie widzi w tym nic dziwnego.

 

Drodzy normalni mężczyźni, którym żal marnować okazję:

Nie jesteśmy okazją. Jesteśmy ludźmi. Przychodzimy w miejsca publiczne nie dla waszej wizualnej przyjemności, nie po to, by umilić wam czas, tylko dlatego, że mamy swoje sprawy. Nasza obecność w jakimś miejscu nie oznacza, że jest to obecność dla was. Nasz czas nie jest do waszej dyspozycji. Nie jesteśmy wam winne ani dłużne uwagi, czasu, zainteresowania ani uprzejmości – nawet, jeśli nas do tego przez wiele lat wychowywano. Umiemy mówić – jeśli chcemy z wami nawiązać znajomość, potrafimy to wyrazić słowami jednoznacznie. Jeśli mówimy, że nie jesteśmy zainteresowane, że jesteśmy zajęte, że jesteśmy umówione – to znaczy, że nie mamy ochoty z wami rozmawiać. Naprawdę, wolno nam nie chcieć. Naprawdę, wolno nam też w tej samej chwili chcieć rozmawiać z kimś innym. Jeśli odmawiamy tańca, to nie znaczy, że nie będziemy tańczyć za chwilę z inną osobą – nie musimy się z tego tłumaczyć. I nie musimy tego mówić dwa razy.

Facet, który w klubie, parku czy bibliotece podchodzi i zagaja, może być – w zależności od sposobu wykonania – miłym nowym znajomym, dziwakiem, natrętem lub chamem. Facet, który słyszy odmowę ale się nie zniechęca i zaczepia dalej, jest tylko natrętem. Jeśli wraca mimo wielokrotnych odmów i domaga się uwagi/tańca/rozmowy/kontaktu – budzi co najmniej niepokój i dyskomfort. Najprawdopodobniej budzi jednak lęk. Serio, panowie zdobywcy, panowie „żal mi byłoby okazji” – serio chcecie budzić w nas strach? Cieszy was kontakt oparty na lęku przed waszą reakcją na bardziej stanowczą odmowę? Odpowiada wam zaganianie nas do kąta, nękanie, zastraszanie, ignorowanie oporu?

Mówienie, że nie mamy luzu albo poczucia humoru, gdy reagujemy agresją na wasze nawroty i ponowne awanse nie poprawia waszych szans. Nie mamy obowiązku śmiać się, gdy zbywacie nasze obiekcje. Nie jesteśmy wam dłużne cierpliwości, gdy się naprzykrzacie. Mamy swoje życie i wasze oczekiwania, potrzeby i zachcianki nie są w nim priorytetem.

Gdy zastawiacie nas w kącie pomieszczenia sobą i składacie frywolne i jakże żartobliwe propozycje – to Jeśli protestujemy cicho i niepewnie, to nie dlatego, że nie jesteśmy przekonane, czy na pewno chcemy odmawiać. To dlatego, że boimy się was rozjuszyć. To dlatego, że jednocześnie zastanawiamy się, czy zdołamy przemknąć się pod waszym ramieniem, odwrócić waszą uwagę albo wręcz przeciwnie, skupić uwagę barmana/kelnerki/koleżanek/tego pana, co wyprowadza właśnie psa i uratować się z sytuacji. Gdy po raz trzeci danego wieczoru dosiadacie się do stolika z propozycją nawiązania bliższej znajomości, nie dostajecie punktów za wytrwałość. Sprawiacie, że obliczamy czas potrzebny na niepostrzeżone wyjście.

Dopóki nie użyjecie pięści albo krzyku, wasza natarczywość nie spowoduje żadnej reakcji otoczenia. Wręcz przeciwnie, jeśli my pójdziemy do ochrony poskarżyć, że wciąż nas zaczepiacie – zostaniemy wyśmiane, że jesteśmy przewrażliwione, sztywne albo histeryczne. Może nam się słownie oberwać aluzjami do naszych potrzeb seksualnych albo frustracji na tym punkcie. Może, bo przecież kobieta w miejscu publicznym przez domniemanie należy do każdego, kto zechce się nią zainteresować. Natarczywość w miejscu pracy/nauki to przecież tylko koleżeńskie żarty. Zaloty, które powinnyśmy docenić. Komplementy, za które powinnyśmy być wdzięczne. Mamy się miło uśmiechać i grzecznie odpowiadać, gdy zaszczycacie nas niechcianą uwagą.

Nie, nie jesteśmy wam tego winne. Nie znaczy nie. Nie znaczy – odejdź, nie nękaj. Przykro nam, że jesteście rozczarowani, ale nie jesteśmy waszą nagrodą, trofeum ani należną wam rozrywką. Jesteśmy tu na tych samych prawach i jednym z tych praw jest nieuczestniczenie w niechcianych interakcjach. Jeśli tego nie szanujecie, nie jesteście zdobywcami, niezmordowanymi rycerzami, dżentelmenami starej daty. Jesteście prześladowcami.

 

Edycja:

Dopisuję link do Niny Wum oraz do Waterloo. Hivemind w akcji.

___________________________________________________________

Ponieważ wszyscy mają wpisy o świątobliwych lekarzach, to ja nie muszę, podlinkuję sobie tylko całkiem dorzeczny artykuł dwóch teologów, który trochę bez echa przeleciał przez media – a szkoda, bo rozumny. A na deser notka lekarza, który nie podpisał, za to przeczytał deklarację kolegów.

O zdobywcach, ladacznicach i innych mitach obowiązkowego „nie”

Co mówi kobieta do nachalnego mężczyzny?

– Nie, nie, proszę, nie.

Co ten nachalny mężczyzna słyszy?

– Nie, nie, proszę, nie przestawaj.

 

Na jednej ze społecznościówek facet, którego śledzę, bo robi przepiękne zdjęcia i niekiedy wrzuca fajne dywagacje zaczął wspominać, że całe jego życie erotyczne oparte było na schemacie, iż panie wygłaszały: ależ proszę pana, co pan robi przy gorliwym współudziale w ściąganiu odzieży. I że komu to przeszkadzało, pani zachowywała cześć, a pan się czuł zdobywcą. I że konwencja, w której kobieta zobligowana była do obrony swojej czci (mierzonej w zużyciu krocza) przez permanentne deklarowanie niechęci do seksu była dla tego świętego obrazu kobiety życzliwa i pozwalała jej zachować twarz.

 

No więc mam kłopot z obiema częściami tego wywodu. To znaczy mam świadomość, że konwencja i kultura przez lata nie pozwalała kobiecie być otwarcie inicjatorką seksu (por: ladacznica), kodyfikując nieformalne znaki (por: flirt towarzyski) przy bezwzględnym nakazie mówienia nie, proszę zabrać tę rękę. Kobieta miała odgrywać niewinną, niedoświadczoną i zdobywaną; mężczyzna miał mieć doświadczenie, kompetencje i głos decydujący – w tym również głos decydujący, czy to nie wygłaszane przez adorowaną kobietę jest formalne i do protokołu dyplomatycznego, czy na serio. Ten kanon towarzyski zapewnił nam, kobietom, poza wątpliwą korzyścią zachowania twarzy (serio? Twarz się miało wyłącznie, jeśli zachowywało się pozory osoby nie chcącej seksu? Naprawdę facetom to odpowiadało?), kompletną bezbronność. Ponieważ znikał pojęcie gwałtu na randce. Jeśli wszystkie kobiety muszą mówić nie, gdy adorator pcha się z łapami, to po czym rozpoznać te, które naprawdę nie chcą karesów i stosunku?

Tytułem dygresji – mam nawet na to ponury cytacik:

Jeśli dziewica została zaślubiona mężowi, a spotkał ją inny jakiś mężczyzna w mieście i spał z nią, oboje wyprowadzicie do bramy miasta i kamienować ich będziecie, aż umrą: młodą kobietę za to, że nie krzyczała będąc w mieście, a tego mężczyznę za to, że zadał gwałt żonie bliźniego.

 

To Deuteronomium sankcjonujące wprost tezę, że przyzwoita kobieta ma obowiązek zawsze protestować. Frapujące, że kanon poprawnych relacji między płciami wciąż nam określa świeżynka prosto z epoki brązu (nawet jeśli zgodnie odpuściliśmy sobie dosłowne kamienowanie rozpustnic i ladacznic, poprzestając na ostracyzmie i społecznej zgodzie na wyzwiska i blaming the victims).

Ze sprzeciwu wobec tej interpretacji, że nie z ust kobiety jest zarówno obligatoryjne jak i czysto konwencjonalne, wyrasta coraz silniejszy i oby powszechny ruch NIE ZNACZY NIE. Jestem całym sercem za jego postulatami i nie uważam, by uwolnienie słowa nie spod tradycyjnego zmrużenia oka odbierało wdzięk flirtowi czy uwodzeniu oraz wymagało przed każdorazowym zdjęciem odzieży notarialnego spisania umowy przed(gry)wstępnej. Bezwzględnie przyjęcie, że nie znaczy nie jest gwarancją bezpieczeństwa tysięcy kobiet, które mają prawo chcieć pójść na kawę, ale nie do łóżka; mają prawo chcieć się całować, ale nie robić fellatio; mają prawo chcieć się przytulać, ale nie zdejmować majtek. I tak dalej. (Czy muszę dodawać, że takie samo prawo powiedzenia nie, nie chcę ma mężczyzna i musi być ono tak samo respektowane? To na wszelki wypadek dodam, zanim przyjdzie ktoś z MRA i na mnie nakrzyczy.)

Tyle, że to jest za mało. Jeśli chcemy (a my, Naima, chcemy) żeby dziewczyny i kobiety nie bały się mówić nie kiedy czegoś nie chcą, oraz by mężczyźni owo nie respektowali (i vice versa, rzecz jasna), to należałoby znieść niedopowiedziane a podstawowe założenie tej konwencji flirtu, która legitymizowała gwałt na randce jako zdeterminowaną odpowiedź na kobiece NIE. Założenie, że kobieta zawsze mówi nie, ponieważ nie wypada jej powiedzieć TAK.

Chciałabym żyć w świecie, w którym dziewczynom i kobietom przysługuje prawo mówienia tak, kiedy mają ochotę na seks. Prawo do tak nieobciążonego wyzwiskami puszczalskiej, sama-się-prosiła-ofiary-gwałtu, dziwki etc. Prawo do świadomego i wolnego decydowania o swojej seksualności w sposób otwarty, ba – do inicjowania relacji w sposób, który nie będzie powszechnie potępiany i uznawany za pretekst do traktowania kobiety jako zasłużonej ofiary dowolnych przestępstw seksualnych („no przecież mówiła, że chce ze mną seksu, to czemu teraz narzeka na gwałt grupowy? Przecież mówiła, że lubi seks”) lub niegodnej szacunku. Ponieważ wydaje mi się to jedynym sensownym sposobem zamknięcia ust specjalistom od zdobywania opornych kobiet. Nie brzmi dużo wiarygodniej i bardziej stanowczo, kiedy wiadomo, że można powiedzieć tak, kiedy się chce. Nie ma wówczas wątpliwości, czy kobieta sprzeciwia się awansom z powodów konwencji i braku możliwości innego wyrażenia zainteresowania, czy dlatego, że faktycznie chce uniknąć niechcianego kontaktu. Co więcej, dziewczyna świadoma, że ma prawo mówić tak, kiedy tego chce, może o wiele bardziej stanowczo powiedzieć nie. Ponieważ nie nie może być jedyną ścieżką wyboru podczas randki. Ponieważ nie może być tak, że to osoba, która słyszy nie decyduje, co tak naprawdę usłyszała. Paradoksalnie – drodzy konserwatyści, obrońcy czci niewieściej i mitu kobiety wiecznej niewinnej dziewicy – możliwość mówienia tak bardziej nas chroni przed niepożądanymi zalotami nachalnych zdobywców niż przymus trzepotania rzęsami podczas szeptania ależ, co pan robi..! Wówczas bowiem napastnik, zwany przez was dżentelmenem starej daty, nie będzie mieć wykrętu, że nie było wyłącznie figurą stylistyczną ze staromodnego flirtu: będzie miał bowiem świadomość, że gdyby kobieta chciała jego awansów, po prostu by się na nie zgodziła. W świecie świadomej zgody czy inicjatywy erotycznej kobiet znika owa mętna „zgoda domniemana” mimo wzbraniań się i zaprzeczeń; a seks wbrew protestom nie jest już przejawem rycerskiej uporczywości, a staje się – również w oczach samego sprawcy – tym, czym był od początku: gwałtem. Co być może powstrzyma tych, co to się chcą dżentelmenami mienić, od zbyt konsekwentnego zdobywania.

 

Post scriptum:

Do tej notki powinien być gigantyczny appendix o mitach kulturowych, dychotomii madonny i dziwki, o fetyszu dziewictwa oraz być może dalsze trollerskie wstawki ze Starego Testamentu, które de facto sankcjonują tę konwencję, na którą różni obrońcy mitu zdobywania opornej kobiety się powołują. Ale nie będzie, bo nikt nie lub tl;dr oraz być może kiedyś powstanie tu subiektywna analiza różnych aspektów kulturowego podwójnego standardu w ocenie zachowań seksualnych ludzi z podziałem na podstawowe płcie – ale nie dzisiaj.

E: literówka.

Och, miejże trochę klasy! A takiego.

Będzie krótko, subiektywnie i mogą się pojawić wyrazy nieparlamentarne.

W zeszłotygodniowej dyskusji pod jedną z notek na Pochodnych Kofeiny pojawił się gość z frazą, która w tej czy podobnej postaci pojawia się nieuchronnie za każdym razem, gdy polemika z ekstremalnymi tezami różnych zawodowych zbawiaczy świata wychodzi poza stęknięcie pełne niedowierzania:

Czemu nie możecie zachować klasy i nie dać się sprowokować? Musicie zniżać się do ich poziomu i odpowiadać wulgarnie? Nie możecie pokazać, że jesteście ponad to?

 

Ha, ha, ha, nie. Nie ma mowy.

Po pierwsze, to my jesteśmy Cywilizacja Śmierci, legendarna złowroga organizacja WIDMO z siedzibą w Brukseli, najemnicy wszechrządu światowego, siepacze na usługach moralnego nierządu i reketierzy na żołdzie jaszczurczym. To my zjadamy dzieci, dokonujemy hekatomb, wyrzynamy masowo i prześladujemy Moralną Większość – jakbyśmy zaczęli zachowywać się skromnie i grzecznie, nadstawiając drugi policzek, popsulibyśmy doszczętnie wizerunek, jaki od lat się nam w prawicowych* mediach przypisuje. Szkoda takiej roboty, nie?

Po drugie i serio – to jest bardzo wygodna propozycja, żeby (przywołany tu unus pro multis) Terlikowski mógł żądać odbierania dzieci homoseksualistom, zakazu rozwodów, a biskupi wołać o podatek na KRK nałożony na ateistów – a strona imiennie wezwana do tablicy miała zachowywać najwyższy standard dyskusji, pokazywać klasę i z godnością pomijać milczeniem wyzwiska i niebezpieczne postulaty. Otóż nie: udawanie, że się nie słyszało Terlikowskiego czy innego zawodowca od cudzych sumień i majtek to nie jest okazywanie klasy – to oddawanie pola. Jeśli nie będzie polemik, dyskurs publiczny zdominują rozważania, czy gejów i lesbijki należy piętnować, bić, wieszać – czy wystarczy zwalniać z roboty z podaniem do prasy danych osobowych. Jeśli nie będziemy zachowywać się bezczelnie i bez należnego szacunku dyskusja o religii w szkole przeniesie się na poziom roztrząsania, czy 90% na maturze z religii wystarczy do podniesienia średniej, by zaliczyć niedostatki z innych przedmiotów. Jeśli o prawach, społeczeństwie, tolerancji religijnej i społecznej dyskutować mają wyłącznie Terlikowski z Janem Turnauem to okaże się, że w ogóle w Polsce nie ma żadnej dyskryminacji ani żadnej nadmiernej dominacji kościoła. Jeśli na otwarte dawanie w pysk w mediach publicznych będziemy nieśmiało w trybie sprostowania popiskiwać, że bolało – zamiast głośno wrzeszczeć, że psychopata chce prześladować i krzywdzić, a jego postulaty czy deklaracje to sianie nienawiści, podżeganie lub groźby karalne – opinia publiczna przywyknie, że prawej stronie wolno wszystko, że do dobrego tonu należy seksizm, mizoginia, antysemityzm, nacjonalizm i homofobia, a za deklaracje podpalania domów czy gwałtów naprawczych nikt nikomu złego słowa nie powie.

Nie, panie Terlikowski, nie będziemy się bawić w damy. Pan mnie za damę i tak nie uważa, cokolwiek powiem w odpowiedzi na pana horrendalne teksty. I tak jestem dla pana (et consortes) stracona, potępiona, i tak odmawia mi pan notorycznie człowieczeństwa, honoru i godności. Nie mam potrzeby zasługiwać w pana oczach na odznakę wzorowej dziewczynki, ani pan mi jej nie da, ani ja bym się nie szczyciła takim wyróżnieniem. Niech pan nie liczy, że teraz na kolejne pańskie (i pana kolegów po piórze i sutannie) wynurzenia będę reagować tylko rumieńcem i dumnym spojrzeniem. Nie ma co powoływać się na nasz brak klasy i godności osobistej tam, gdzie zaczynacie bójkę sztachetami. Nie spodziewajcie się, że będę w odpowiedzi na wasze kazania, artykuły i projekty damą. Jakbyście mnie uważali za damę, nie nazywalibyście mnie betonem feministycznym. I nie chcielibyście mnie polewać kwasem.

 

_______________________________________________

* „Prawicowy” robi tu za wygodne uogólnienie, chodzi tu o szerokie spektrum nadawców, którzy czują się uprawnieni do pouczania, karcenia i sugerowania prawnych sposobów dyscyplinowania nielubianych mniejszości.