Pornopaniki część druga i ostatnia

Wydaje się, że referral blogaska jest już nie do odratowania, więc równie dobrze mogę kolejną notkę o pornografii (pozdrawiam ludzi, którzy trafili tu po wyszukiwaniu „siusiu w kościele” i „porność stosunku pracy”; nie wiem, czego szukaliście, mam nadzieję, że blog was nie rozczarował).

Wracając do argumentu, że porno jest złym źródłem informacji o seksualności człowieka, chciałam zalinkować pewną stronę. Bardzo, bardzo zachęcam do lektury – angielski jest prosty i są obrazki. To wyczerpujący zestaw wiadomości, które pozwalają niedoświadczonym widzom przejść pierwszy kontakt z porno ze świadomością, że nie przekłada się ono 1:1 na życie seksualne w prawdziwym świecie. Moim marzeniem jest, żeby ta strona została przetłumaczona na polski i dołączone do podręczników do edukacji seksualnej (zaraz po zaoraniu przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”, którego nazwa ma już taki ładunek jedynie słusznego ideolo, że ojej).

 

Teraz zaś do trzeciej strony dyskusji o pornografii: przemysł porno.

Szara, choć różowa strefa sprzyja nadużyciom. Biznes produkcji erotycznych potrafi wykorzystywać swoich pracowników, narażać ich zdrowie (w ilu filmach widzieliście, by aktorzy używali prezerwatyw?), wymuszać na nich udział w scenach, na które aktorzy nie mają ochoty lub są dla nich problematyczne. (O argumentacji o degradującym wizerunku człowieka w filmach pornograficznych napisał dużo lepiej niż ja The Guardian, i cytaty wraz z linkiem pod koniec notki) Kariera w filmach porno jest krótka, krótsza nawet niż w zwykłym przemyśle rozrywkowym, i raczej nie zostawia człowieka z pakietem emerytalnym – co dotyczy wszystkich nieformalnych relacji zatrudnienia, nie tylko tej branży! – i jest pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych. To oczywiście dotyczy rynku polskich produkcji, na świecie istnieją związki zawodowe pracowników seksualnych, umowy o pracę/dzieło i regularne badania pracownicze, zwłaszcza w kierunku STD.

Nie jest obojętne, czy produkcje z których jako widzowie mamy korzystać powstały w sposób etyczny i zgodny, i optymalne wydaje się, by przemysł porno również dorobił się oznaczeń fair-trade (mówię zupełnie serio), by publiczność włączając sobie filmy zgodne ze swoimi upodobaniami nie brała jednocześnie udziału w wyzysku aktorów bądź przemocy (systemowej, gospodarczej lub dosłownej). To bardzo dalekosiężny i trudny do zrealizowania postulat, ale chciałam zaznaczyć moje stanowisko w tej sprawie, i uniknąć zarzutu, że gdy głosuję przeciw zakazom to nie obchodzi mnie los osób pracujących w tej branży.

Alternatywą dla produkcji przemysłowej jest amateur porn – filmy kręcone przez ludzi, którzy sami mają ochotę upubliczniać własną nagość i/lub aktywność seksualną. To porno pozbawione większości wad (lub zalet, w zależności od punktu widzenia odbiorcy) obciążających branżę profesjonalną: ciała są prawdziwe, ze skazami, oznakami wieku, nie korygowane operacyjnie, fabuła jest mniej bajkowa i reakcje nie wyreżyserowane, a całość jest dużo bardziej realistyczna. W dodatku porno amatorskie nieskażone jest grzechem wyzysku i sutenerstwa, a widz ma pewność, że patrzy na materiały umieszczone za zgodą aktorów i dla ich satysfakcji bycia oglądanymi. Porno amatorskie jest najbliżej znaku fair-trade z obecnie dostępnych.
Zalegalizowanie branży porno w pełni i poddanie jej ogólnym regułom dotyczącym stosunków pracy nie byłoby takie złe, ale znów – nie widzę polityka, kto odważyłby się mówić o pracownikach pornobiznesu z takim samym szacunkiem jak o górnikach.
Ale to wybiega stanowczo za daleko od projektu Camerona i Biernackiego.

O feministycznym podejściu, a raczej – feministycznych podejściach –  do pornografii nie czuję się na siłach pisać, bo to temat potwornie obszerny. Najbliżej mi do podejścia sex-positive, choć rozumiem wagę argumentów przeciwnej strony.

 

Zamiast pointy pozwolę sobie zalinkować doskonały, długi ale bardzo trafny artykuł o pornopanice (znów po angielsku). Na zachętę cytacik:

As a customer I can think of at least five major problems with the scheme: I’d like to be able to view porn without having to sign up to a register of porn users; I don’t really believe that it’s the state’s job to decide which sexual practices are moral or immoral; internet filters inevitably block other sites too; and I don’t want to pay the higher charges that would be needed to pay for any decent filtering. I’m not willing to sacrifice this for a system that would take the average teen about ten seconds to circumvent, especially when simple solutions for parents – FamilyShield for example – already exist.

 

Jeden akapit, a tyle trafnych pytań do pana Camerona.

Oraz, skoro mowa o pogromcach moralnych pornografii mówiących o poniżającym wizerunku kobiet w produkcjach erotycznych, do nich też są pytania:

Are all degrading depictions of women a problem, or just the ones where they’re naked? Are kids more damaged by women who appear as little more than sex objects in porn films, or by the obsession newspapers and magazines have with bullying celebrities over minute changes in their weight? Is sex the only problem, or should we be equally concerned about violence, or newspapers gratuitously publishing pictures of dead bodies?

 

Bardzo polecam cały artykuł, zwłaszcza osobom skłonnym rozwiązywać własne dylematy etyczno-erotyczne za pomocą aplikowania całemu społeczeństwu klapek na oczy filtrów na cały internet.

 

Reklamy

Porno bardzo złe, czyli co czyha w sieci na Camerona

Droga czytelniczko, drogi czytelniku, czy wiesz, co jest straszne? Okropnie straszne, takie, że należy wszelkimi siłami chronić przed tym naszą młodzież?
 

– Niszczy niewinność i dzieciństwo naszych dzieci. Jako polityk i ojciec czuję, że nadszedł czas, by działać – mówił brytyjski premier.

(…) 
– Pomyślimy o przeniesieniu podobnych regulacji na grunt polski. Ochrona młodych ludzi powinna być naszym priorytetem – mówi Marek Biernacki.
 
 
Ochrona dzieci przed niszczącym wpływem współczesności to szalenie nośny temat i w ogóle, tylko degenrat zaprotestuje, żeby dzieci nie chronić. Wywołanie moralnej paniki – Omójbożedzieciwidząporno! Zaraz wszyscy umrzemy! – doskonale przygotowuje atmosferę pod zamierzone restrykcje i blokady.
No więc niech będzie, że jestem zdegenerowana i mam zamiar oprotestować te koncepcje.
 
Od razu zastrzegam, że nie będę argumentować tu z równi pochyłej, że dziś zabiorą nam gołe dupy w internecie, a jutro nie pozwolą oglądać nieodpowiednich materiałów przeciwko rządowi, bo zabranie porno to pierwszy krok do przymusowej indoktrynacji jedynie słuszną treścią. Argument z równi pochyłej jest głupi, bo zwalcza to, co jest teraz tym, co być może się zdarzy, jeżeli to co teraz oraz szesnaście zmiennych o których nie wiadomo, czy nastąpią; więc nie ma co w ogóle go wyciągać: ani teraz, ani w innych okolicznościach.
 
Ja mam zamiar protestować i uściślać w konkretnych punktach, bo jak przystało na heroldów poważnej moralnej paniki, Cameron i Biernacki są bardzo ogólnikowi.
Po pierwsze, o jakich dzieciach mówimy? Jakie dzieci są narażone na niszczący widok gołego biustu, pośladków i penetracji? Jak młode istoty straciły swą niewinność dziecięcą? Sześciolatki? Ośmiolatki?
Szanowni panowie, jeśli sześcioletnie-ośmioletnie dzieci mają nieograniczony i nienadzorowany dostęp do sieci w wieku lat sześciu, to znaczy, że tak naprawdę mają dużo poważniejszy problem niż to, że z pop-upu dostaną w twarz gołym człowiekiem. To bowiem znaczy, że ich rodzice/opiekunowie są kompletnie bez wyobraźni oraz mają w nosie, co ich dziecko robi. Świadomy rodzic limituje dostęp do internetu, nadzoruje ruchy dziecka w sieci i udostępnia tylko narzędzia i/lub strony, w których filtr odsieje treści wykraczające poza układanki, planszówki czy naukę literek albo filmiki o zwierzątkach. Po prostu.
Aaaa, mówicie o nastolatkach może? Bo ten Cameron plótł o niewinności i dzieciństwie, to mnie nieco zmyliło. No więc, szanowni puryści, nastolatki dojrzewają. Co więcej, dojrzewają coraz prędzej, to się nazywa akceleracja. Nastolatkom nie trzeba ostrożnie dawkować informacji o tym, że istnieją płcie, seks, pożądanie i fizjologia, ponieważ, o zgrozo, nastolatki mają płeć, seksualność i fizjologię (średni wiek menarche Polek to niecałe 13 lat, panowie politycy). Nastolatki aktywnie poszukują wiedzy o swoim ciele, o ciele płci przeciwnej, o tym co się z nimi dzieje i co można więcej zrobić, poza tym, co już sami i same odkryli na własną rękę (jeśli mogę się tak dosłownie wyrazić). Opowiadanie o tym, że dzieci i nastolatki są istotami z natury niewinnymi erotycznie, pozbawionymi ciał poniżej pępka i nieznającymi uczucia pożądania jest nonsensem i dowodem przerażającej u polityka ignorancji.
Zgoda, że pornografia, zwłaszcza w wersji hard/BDSM/fetysz, nie powinna być pierwszym źródłem informacji o realizacji potrzeb seksualnych przez nasz gatunek. Ekspozycja na takie materiały może z pewnością skonfundować niedoświadczonego (niedoświadczonego, nie aseksualnego!) i nieprzygotowanego widza. Na szczęście we współczesnej Europie dzieci zdobywają najpierw rzetelne, sprawdzone i wiarygodne informacje na temat fizjologii, budowy ciała i seksualności od kompetentnych wykładowców w ramach szkolnych lekcji wychowania seksualnego, i tak przygotowane są w stanie zrozumieć różnice między realnością a bajką jaką jest pornografia.
Tak, to było bardzo zabawne, a teraz możemy się naprawdę wkurzyć. Ponieważ pomysł na zakaz pornografii ma to samo źródło co wstręt i niechęć do wprowadzenia rzetelnej edukacji seksualnej, tj – pruderię, hipokryzję, dewocję i uległość wobec episkopatu wśród naszych polityków. Nie chodzi w tej wypowiedzi Biernackiego o troskę o dzieci (gdyby rzeczywiście tak drżał o ochronę przed deprawacją niewinnych duszyczek, w te pędy gnałby wyprzedzająco wspierać edukatorów seksualnych, wydawanie rzetelnych podręczników i organizowanie lekcji w szkołach zgodnie z zapisami ustawy zresztą), chodzi o pokazanie swojego zdania zgodnego z kursem biskupów, którzy uważają się za jedynie właściwych do prowadzenia szkoleń z seksualności – w ramach katechez.
Nie chciałabym, żeby czytelniczka i czytelnik odebrali to w ten sposób, że traktuję wymiennie edukację seksualną i porno w sieci. Nie. Mówię, że panika wokół obu bierze się ze wspólnego mianownika: wstydu, skrępowania i przeświadczenia, że seks jest rzeczą wstrętną i brudną.
(Ponownie zastrzegam – tak, w sieci mnóstwo jest obrazów dokumentujących brudną i odrażającą stronę seksu, materiałów poświęconych skrajnym parafiliom i przemocy. Chciałabym jednak, by nie stanowiły one jedynego reprezentanta gatunku w tej rozmowie i byśmy nie udawali, że dyskusja dotyczy alternatywy extreme gonzo lub zero pornografii w ogóle. Owszem, przychylam się do koncepcji ograniczania i utrudnienia dostępu do hardporn, w takim zakresie, by wyeliminować ryzyko natrafienia przypadkowo i wbrew woli widza na treści brutalne i dalece wykraczające poza tzw. mainstream, ale bez żadnego sekowania softpornu i erotyki. Co więcej, jak trafnie zwróciła uwagę Szprota, w sieci  można znaleźć różne straszności traumatyzujące mimo braku gołej wulwy – filmy z sekcji zwłok, sceny z egzekucji, przepisy na domową produkcję bomby czy narkotyków. To nie są powody, by wysadzać całość sieci, albo wycinać ją po kawałku. W kwestii zaś ochrony małoletnich – tak, strony z pornografią zawierającą treści powstałe z udziałem dzieci należy w rzeczy samej ścigać, ze szczególnym naciskiem na wyszukiwanie autorów tej produkcji ORAZ udzielania pomocy ich ofiarom.) Stąd mój sprzeciw, bo wysyłanie komunikatu do młodzieży, że seks jest rzeczą okropną, nikt nie chce o nim mówić, nie należy go oglądać, nie wolno uprawiać – taki komunikat jest głupi, potencjalnie szkodliwy i ośmieszający. Mój postulat jest taki, byśmy – my dorośli, my szkoły, my społeczeństwo, umieli przekonać młode osoby o budzącej się seksualności, że jest ona źródłem radości i satysfakcji, ale nierozumnie traktowana i bezrefleksyjnie wykorzystywana może stać się źródłem poważnych kłopotów. W tym mieści się nie tylko przestroga przed niechcianą ciążą czy chorobami, lecz również ostrzeżenie przed ekspozycją na treści brutalne i przekraczające wrażliwość odbiorcy. Ale w tym również mieści się informacja o tym, że nie wszyscy ludzie mają taką samą wrażliwość, i że granicą akceptacji zachowań jest krzywda drugiej osoby, a seks (w tym również ekspozycja na bodźce seksualne, np. wizualne) powinien odbywać się wyłącznie za świadomą zgodą drugiej osoby i w zakresie, który jest przez tę drugą osobę dopuszczany. W tym również mieści się trudny do przełknięcia komunikat, że dziwne i egzotyczne dla wielu osób parafilie bądź fetysze nie są złe same z siebie, a odmienna od naszej własnej wrażliwość seksualna nie jest zła/grzeszna/potępiona tylko z powodu swojej inności; że złe one się stają dopiero wtedy, gdy krzywdzą kogoś, gdy ich realizacja opiera się na przemocy, wykorzystaniu przewagi, krzywdzie i cierpieniu.
To jest bardzo trudny temat, dużo trudniejszy do przepracowania i do objaśnienia niż proste ‚zakażmy porno w internecie’. Zakaz, realny czy tylko postulowany na potrzeby zyskania biskupiej aprobaty, jest działaniem pozornym i zamiast. Polityk, który ośmieliłby się przyznać, że dzieci i nastolatki mają swoją seksualność, której nie należy negować i znikać w dyskursie, lecz którą należy uszanować i wspierać rozsądną, dostosowaną do wieku odbiorcy edukacją, zostałby natychmiast rozniesiony na kropidłach i krucyfiksach. Więc zapewne poprzestaniemy na deklaracjach o ohydzie pornografii oraz o niewinności dziecięcej.
 
Tu również prosi się o dodatkowe zastrzeżenie w związku z zamarkowanym przeze mnie istotnym wątkiem bajkowości pornografii. W przypadku kompletnego braku rzetelnej informacji na temat anatomii i fizjologii seksu adepci i adeptki akademii redtube dowiadują się zdumiewających rzeczy na przykład na temat rozmiarów piersi i penisów, które stoją w gigantycznej sprzeczności z ich osobistym doświadczeniem. Dowiadują się również, że penetracja może nastąpić w minutę po zakończeniu drinka a kobieca fizjologia pozwala na satysfakcjonujący seks bez żadnej gry wstępnej. Kolejne lekcje dostarczają wiedzy o akrobatycznych zdolnościach wszystkich seksualnie aktywnych osób oraz o domyślnej gotowości do współżycia u każdego mężczyzny i każdej kobiety. Jest to oczywiście nonsens i dorośli mają tego świadomość, zakładając umowność konwencji i jej bajkowy charakter. (Nie kwestionują tego, bo to trochę tak, jakby kwestionować Star Trek z powodu nierealistycznej prędkości osiąganej przez Enterprise) Ale jeśli przyjmiemy, że są ludzie, dla których internetowe i filmowe porno z braku innych źródeł – rozumnych i odpowiedzialnych rodziców, sensownego programu szkolnego, z braku nauczycieli przedmiotu i mądrych podręczników – staje się pierwszym i podstawowym źródłem informacji o ludzkiej erotyce, to wówczas możemy mówić o poważnym problemie społecznym. Tyle tylko, że jeśli przeraża nas horror edukowania seksualnie młodzieży kinem pornograficznym, zróbmy wreszcie rzetelną edukację w szkołach, by młodzież mogła oddawać się fantazjom przy oglądaniu, ale wiedziała też, że są to fantazje, a rzeczywistość odbiega od produkcji wygrzebanych w sieci. Wnioskowanie idące za zakazywaniem porno, by źle nas nie wychowywało ma ten sam sens, co zakazywanie Star Treka i Gwiezdnych Wojen, żeby dzieci nie uczyły się głupot o fizyce i poruszaniu się ciał w próżni. Bo panie, fizyki w szkole mieli mało i słabo, to przez te filmy myślą, że w próżni laser świszcze i świeci, skąd oni tych głupot nabrali.
 
Druga rzecz, o jaką chciałam zapytać, to jak technicznie sobie to wyobrażają nasi prawodawcy, i czy postulowany przez Camerona tryb: domyślne odcięcie od porno wszystkich, dostęp tylko za imienną pisemną prośbą nie narusza aby zasady, że państwo nie wtrąca się zainteresowania erotyczne obywateli oraz nie zbiera o nich informacji tzw. wrażliwych? Agregowanie przez dostawców internetu baz danych klientów, którzy pod nazwiskiem występują o dostęp do treści określanych przez polityków jako plugawe, niszczące niewinność i wymagających reglamentacji (nie, serio, panie Cameron, co pan oglądał? Jakie filmy pana tak przestraszyły?) wydaje mi się dość śmiałym ruchem przeciw wolnościom obywatelskim, prywatności i poufności upodobań. Znów, by nikt mi nie zarzucił nadmiaru naiwności – w świetle draki wokół PRISM, NSA i Snowdena tylko najgłupsi i najbardziej prostoduszni (oraz użytkownicy TOR) mogą ufać, że stosowne agencje rządowe nie dowiedzą się wszystkiego o ich poczynaniach w sieci, z dokładnością do milisekund i pojedynczych bajtów transferu. Nie chodzi o to, że rządy i agencje rządów nas śledzą, chodzi o to, że w projekcie Camerona to my mamy przynieść kwity na własne działania i pod nazwiskiem złożyć oświadczenie, że robimy rzeczy, które politycy uważają za wstydliwe i brzydkie. A to nie ma nic wspólnego z niewinnością i dziećmi.
 
Jest też trzecia strona tego medalu: przemysł pornograficzny i jego specyfika. I to będzie temat następnej notki. 

Szczucie cycem, czyli pierś niegodna okazania publicznie

Idzie – rzekomo! – wiosna, więc przed nami czas spacerów, wyciągania z szaf lżejszej odzieży, wywlekania z piwnic i strychów rowerów i rowerków dziecięcych, ogólnego wietrzenia ludzi i ubrań na świeżym powietrzu. Wraz z tym nadciąga nieuchronny sezon grozy, zgorszenia i wieszczenia upadku cywilizacji, najdonośniej obwieszczany na forach internetowych. Niezłą zapowiedź można było przeczytać w komentarzach pod poprzednią notką, ale prawdziwy gejzer szamba wybucha zwykle nie z okazji krótkich spódniczek czy odsłaniających brzuchy bluzek u nastolatek, a ze znacznie straszniej gorszącego powodu: matek karmiących piersią w miejscach publicznych.

W zasadzie zadziwia mnie, że do tego wątku powszechnego potępienia nie dołączył w swoim czasie objazdowy filozof medialny, czyli Mikołejko, poprzestający na krytyce hałasu, wożenia się wózkami po trawniku i roszczeń związanych z posiadaniem dziecka, przepraszam, obnoszenia się z macierzyństwem. No a nie ma straszliwszego obnoszenia się z macierzyństwem, niż karmienie w przestrzeni publicznej. Fora internetowe regularnie trzęsą się z oburzenia o treści moralnej i estetycznej, internauci pomstują straszliwie na ohydę wielkich cyców, wywalanie piersi w miejscu publicznym i brak estetyki i manier wśród niemowląt, które bekają i ulewają zupełnie nie licząc się z wrażliwością widza. Ta sama zresztą nadwrażliwość sprawiła, że z Galerii Metro zginęły w swoim czasie plakaty promujące naturalne karmienie (bo epatowały). Oprócz argumentów z nieładnej piersi grzmiały wówczas chóry moralistów zatrwożonych o zgorszenie dzieci i młodzieży narażonych na demoralizujący widok (mówimy wciąż o zdjęciach kobiet z niemowlętami przy piersi, nie o wystawie Helmuta Newtona). Wystawę uprzątnięto pospiesznie, jako kontrowersyjną społecznie.

Tu pozwolę sobie na wspomnienie pewnego porannego programu w telewizji – chyba państwowej, bo w studiu oprócz pań i redakcji siedzieli księża. Rozmowa tyczyła obecności niemowląt i noworodków w kościele podczas nabożeństw, omawiano za (matka może uczestniczyć w ważnych dla niej obchodach religijnych bez rozstawania się z maleństwem) i przeciw (dzieci bywają wrzaskliwe i dekoncentrują innych, a co gorsza, te najmniejsze potrafią zażądać karmienia i CO WÓWCZAS?!). Panie proponowały nowatorsko i odkrywczo wielkie płachty barwnego materiału, coś w rodzaju burek do narzucania na siebie i dziecko, by nie siać zgorszenia wśród innych wiernych, narażonych na widok nagiej piersi w kościele. Któryś z księży też bąknął, że dla kapłana to bywa krępujące, gdy nagle widzi w oddali w ławce takie rzeczy, i domyśla się, że mężczyzn siedzących w pobliżu karmiącej niemowlę matki taki widok może bardzo rozproszyć i nasunąć niestosowne myśli.

Pewnie, nie do pomyślenia, żeby w katolickich świątyniach eksponować takie widoki. Leonardo da Vinci

Albo takie:

rogier_van_der_weyden

Czy, bo ja wiem, takie:

Jan van Eyck

Niepojęte również, by pielgrzymować do miejsc świętych, których nazwa odnosiłaby się jakoś do laktacji, a w samym centrum czyhały TAKIE ołtarzyki.

Szydzę sobie bezczelnie, bo chcę pokazać, że w Polsce jest straszliwe rozwarstwienie w sferze poglądów między abstrakcjami a konkretem. Otóż Polska jest podobno krajem maryjnym (miejscami nawet bardziej niż gdzie indziej). Kult macierzyństwa odbywa się wszędzie, w kapliczkach przydrożnych, na procesjach, na szyjach obwieszonych medalikami, na dłoniach wyposażonych w różańce. Jest to kult macierzyństwa wyidealizowanego, abstrakcyjnego, wypranego z szczegółów, brutalności czy codziennego trudu, macierzyństwa związanego nierozerwalnie z poświęceniem i cierpieniem znoszonym bez skargi. Matka Boska nie miała rozstępów, nawału mleka ani baby bluesa, była łagodna, cicha i pokorna, była idealna. Za to konkretne matki, tu i teraz, nie mają co liczyć na jakiekolwiek odpryski tego kultu: ich dzieci śmierdzą lub wrzeszczą, ich piersi są odrażające lub demoralizują, ich wózki tarasują drogę a place zabaw dla dzieci zabierają miejsca parkingowe. ich roszczenia są bezczelne, ich laktacja obrzydliwa, ich ciała po porodzie są wstrętne i mają być ukrywane, rehabilitowane, ćwiczone aż uzyskają godny pokazania światu kształt. To rozszczepienie jest tak silne, że niewidoczne, czego dowodem absurdalna dyskusja z wzmiankowanego wyżej programu.

Ale odczepmy się od religijnej schizofrenii, którą gorszy ssana przez nieświęte niemowlę pierś, choć to wdzięczne zjawisko, jak większość niespójności w systemach wierzeń. Popatrzmy na drugi nurt potępienia matek karmiących – estetyczny. Oburzenie budzi pierś pokazana w kontekście aseksualnym, w najbardziej zgodnym zresztą z naturą celu: wyżywienia potomstwa. Jeśli kobieta przycupnie pod plakatem z reklamą kostiumów kąpielowych, groza i zgorszenie nie spadnie na modelkę esksponującą wyfotoszopowany do granic prawdopodobieństwa biust, lecz na skuloną nad niemowlęciem żywą kobietę. Kanon estetyczny jest niemiłosierny: pierś nie służąca celom rozrywkowym, upiększającym, erotyzującym jest podejrzana i budzi niepewność, jest poza przypisanym jej przez popkulturę kontekstem. Jesteśmy w momencie zapętlenia podwójnego standardu: kobiece ciało zostało tak dalece od-naturalizowane przez reklamę, kosmetykę, fotoszopa, presję, media i różnych specjalistów od estetyzacji, że widok nieskorygowanego, zwykłego biustu wykorzystanego do karmienia dziecka staje się czymś dziwacznym i wzbudzającym konsternację. Publiczność, która ze wzruszeniem ramion mija setki reklam staników, majtek, kiecek, samochodów. cegieł i rur kanalizacyjnych dekorowanych przez wijące się półnagie modelki nagle żąda, by ubrana od stóp do głów matka zasłaniała jakoś ten skrawek piersi, który zmuszona rykiem potomstwa podaje do rozwrzeszczanej buzi.

Schizofrenia estetyczna ma od dawna problem z kobiecym ciałem. Pod poprzednią notką pojawiły się biadolenia facetów, których rani widok nieestetycznie ubranych kobiet, eksponujących niedoskonałości figury. (Zdumiewające, że nie czytałam, by raził widok półnagich mężczyzn lub męskich strojów obnażających niedostatki urody czy higieny, mężczyźni są przez domniemanie wyjęci spod pręgierza urodowych wymagań.) Kobieta, czy to karmiąca czy nie, musi się permanentnie tłumaczyć ze swojego ciała.

Matka karmiąca zaś, przepędzana z ławek i przystanków, może się w zaciszu domowym pomodlić do ideału macierzyństwa. Albo pozastanawiać się, dlaczego ta historia nie jest bluźniercza ani obrzydliwa.

bernard