Priorytety

Małopolska nie ma ostatnio szczęścia w prasie.

Mimo wielkich starań lokalnych władz i policji, wypłynęła jednak przykra sprawa intymna, znaczy, że oficjele chadzali do burdeli i dali się tam nagrać. Zaczęło się od publikacji w NIE (pierwsza i następna w odpowiedzi na reakcję bohaterów), po których czytelnicy zaczęli mlaskać i rechotać nad wizją marszałka Sejmu z opuszczonymi spodniami i debatować, czy to tak ładnie na co dzień głosić różne okrągłe zdania o honorze i moralności, a wieczorami robić wycieczki do wesołych instytucji i tam się oddawać przyjemnościom mniej prorodzinnym.

Szum medialny wokół tej publikacji (pomińmy na moment niepowtarzalny a niesmaczny styl NIE, celujący w to co leży bardzo na dnie duszy polskiego czytelnika) mocno rozczarowuje. Publiczność oto roztrząsa wątek obyczajowy i erotyczny, wizualizuje sobie polityka w sytuacji nieparlamentarnej i rechocze, że oto kolejny ze świecznika wylądował po pośladki w błocie. Mało głosów wszelako krzyczy o tym, co najstraszniejszego w tym artykule (i w idących jego śladem publikacjach, choćby w Rzeczpospolitej tu i tu) – że oto na naszym bogobojnym Podkarpaciu latami kwitł sobie handel żywym towarem i niewolnictwo, a w dodatku że dotyczyło to również dzieci. Jeśli prawdą są sensacje z taśm, oto różne VIPy nie tyle korzystały z usług seksualnych w burdelu co po prostu gwałciły dzieci (serio, nie da się inaczej określić wykorzystywania dziewczynek poniżej 15 roku życia przetrzymywanych w burdelach). Powiedzmy to jeszcze raz, małopolskie władze przez wiele lat udawały, że nie widzą, że dwóch obrotnych braci handluje kobietami, trzyma je wbrew ich woli i zmusza do prostytucji, wystawiając je również lokalnym oficjelom w zamian za przymknięcie oka.Ba, władze lokalne do spółki z krajowymi miały w zanadrzu dla sutenerów bonus, acz w trakcie obecnego niemrawo idącego śledztwa nikt się do wręczenia nagrody nie chce przyznać.

wycinek z gw

źródło: gazeta.pl

Czym się zasłużyli nowej ojczyźnie? Rzepa rozwija temat:

rzepaźródło: Rzeczpospolita

Małopolskie władze miały taki spokój duszy, że nie przeszkadzało im nawet, że w burdelach trzymane są dzieci. Pewnie było to o tyle łatwiejsze do zniesienia, że dzieci zostały przez sutenerów importowane z Ukrainy i można było udawać, że nikt o tych dziewczynkach nie wie, no, chyba że klient, który korzystał z niepowtarzalnej okazji, w innych warunkach objętej artykułem 200 kodeksu karnego. Dziewczynki siedziały w burdelu odpracowując rzekomy dług i ucząc się, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita nie ma im nic do zaoferowania w zakresie ochrony ich niewinności i dzieciństwa. Cóż bowiem pochłaniało ostatnio lokalnych radnych i było ważniejsze od rezolucji w sprawie handlu żywym towarem na ich terenie, od wykorzystywania nieletnich i od seksualnego obozu pracy dla kobiet?

Ilustracja poniżej:

 

Barbara Nowak
źródło: Twitter

Gdyby ktoś się zastanawiał, kim jest ta pani, która z takim wyczuciem chwili i kontekstu używa tagów #chrońmyDzieci, spieszę z wyjaśnieniem – to małopolska kurator oświaty. Kobieta, której zadaniem jest nadzór nad szkołami w regionie, nad realizowaniem zadań stojących przed szkołami i wychowawcami, oraz pilnowanie realizacji przez podległe jej placówki obowiązku szkolnego. To taki miły przepis, który mówi, że dzieci do ukończenia roku szkolnego mają obowiązek pobierać naukę. Dzięki temu nie mamy w kraju analfabetów, których rodzice wyreklamowaliby ze szkół w celu pracy zarobkowej bądź tyrania w gospodarstwie czy własnej firmie; dzięki temu przepisowi chronimy prawo do edukacji i rozwoju nieletnich. Przypomnijmy jeszcze, że nie jest to przepis uchwalony sobie a muzom, jego nieprzestrzeganie podlega sankcjom – Organ miejscowy administracji publicznej właściwy do spraw edukacji może nałożyć na opiekuna prawnego dziecka karę grzywny w celu przymuszenia do realizowania tego obowiązku. (za Wikipedią).

Zgodnie zatem z przepisami kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, stosowny organ administracji właściwy do spraw edukacji  powziąwszy wiedzę, jeśli nie z lokalnych ploteczek i szumu z magla, to z przetaczającej się przez prasę burzy artykułów z wyimkami z doniesień i nagrań, powinien natychmiast wytoczyć wszelkie dostępne działa i wszcząć postępowanie w celu wyjaśnienia, czy w rzeczy samej przedsiębiorczy sutenerzy trzymają jakieś dzieci i czy aby te dzieci nie powinny uczyć się w lokalnych szkołach czegoś innego niż obsługa erotycznych roszczeń spasionych knurów, pardon, klientów burdeli. Stosowny organ administracji płonąc ze wstydu zwołałby konferencję i ogłosił, że wydusi z siebie środki specjalne na zajęcie się tymi dziewczynkami, by pozwolić im nie tylko przepracować traumę bycia seksualnymi niewolnicami w polskim przybytku, nie tylko naprawić krzywdy, których doznały, ale też nadgonić program szkolny i dać im szansę na porządne wykształcenie, którą utraciły, będąc zmuszane do prostytucji. Organ administracji, kurator oświaty, rozesłałby piorunem zapytanie do podległych szkół o dostępnych nauczycieli, którzy mogliby te dziewczynki objąć edukacją możliwie dwujęzyczną (nie ma pewności przecież, czy Ukrainki mówią biegle po polsku na tyle, by podołać programowi nauczania), jeśli na czas śledztwa muszą one pozostać w Polsce, i kto mógłby zapewnić im opiekę pedagogiczną i nauczanie indywidualne, by nie robić z nich sensacji przez dołączanie znienacka do klas. To zrobiłby przyzwoity kurator oświaty, który poważnie traktuje swoje obowiązki i dla którego istotne jest chronienie dzieci przed krzywdą, wykorzystaniem i deprawacją.

Tymczasem mamy na powyższym obrazku panią kurator, która jest oto właściwym organem do spraw edukacji, i której rozumienie ochrony dzieci polega na wsparciu nieprawdopodobnego wręcz działania sejmiku. Sejmik bowiem, po rozebraniu tej konstrukcji literackiej w nagłówku, uchwalił coś w rodzaju współczesnych ustaw norymberskich, decydując, że dzieci w Małopolsce nie powinny być edukowane w zakresie praw człowieka (praw do własnej seksualności, prawa do prywatności, prawa do intymności, prawa do odmowy), że tym, co stanowi największe zagrożenie dla dzieciństwa jest wprowadzenie edukacji równościowej do szkół – a nie, na przykład, trzymanie 14- i 15-letnich dziewczynek w burdelach i stręczenie ich grubym rybom biznesu i polityki. Radni są zadowoleni z siebie nadzwyczaj, że oto uchronili region przed strasznym demonem równości i zakazali uchwałą wszelkich działań mających obronić małopolskie mniejszości seksualne przed prześladowaniem i krzywdą, a pani kurator basuje im, wołając „Chrońmy Dzieci”. Nie wiem, czy to obłuda, czy głupota, czy podłość inspirowana ideologiczną trucizną sączoną z różnych środków przekazu włączając w to ambony, ale ironia tej deklaracji przekracza moje granice bezpieczeństwa.

Pani kurator, brzydzę się tym, co pani robi. Państwo radni, wstyd mi za was.

Wstyd mi też, że tym wszystkim kobietom i dzieciom przetrzymywanym latami i wykorzystywanym w ohydny sposób przy milczącej zgodzie władz, moja ojczyzna pokazała właśnie środkowy palec . Polska, która ustami swoich polityków twierdzi, że musi chronić dzieci przed złem równouprawnienia i praw człowieka, ma w nosie prawa najsłabszych. Polska, która drży przed deprawacją dzieci wynikającą z rzetelnej edukacji seksualnej ignoruje deprawację dokonującą się dzień w dzień i noc w burdelach korzystających z niewolniczej pracy nieletnich Ukrainek. Polska, która trzęsie się od bogobojnych deklaracji i praworządnych sloganów, latami pozwala na niewolnictwo i handel ludźmi, a uprawiających ten odrażający proceder nagradza tym, co ma ponoć najcenniejszego – obywatelstwem. Jeśli to nie jest dowód, co naprawdę się w tym kraju liczy, to nie wiem, co nim jest, bo przecież nie deklaracje, a czyny.

 

Polsko, masz pojebane priorytety.

 

A jeśli ktoś się oburzy, że to nie Polska, nie kraj, tylko poszczególne jednostki, ot, wybryki polityczek i polityków, lapsusy, a nie ogólna prawda – to proszę o dowód. Proszę o skrin lub link, w którym władze wyższe niż pani kurator małopolska wyrażają potępienie dla tej haniebnej uchwały i reakcji pani Nowak; link do materiału, gdzie pani kurator jest wzywana na dywanik i musi się tłumaczyć. Przydałby się też link w którym ktoś z władz postuluje objęcie sensowną opieką ofiar obrzydliwego procederu sutenerskiego, opieką psychologiczną, prawną, rehabilitacją i edukacją. Nie ma? No właśnie.

 

Reklamy

O takich, co ukradną przyszłość

Mam pewne obawy, że wypadek drogowy premier Szydło i towarzyszący mu radosny medialny chaos (znikająca podwójna ciągła, nieznana prędkość i oznakowanie kolumny, gorszy sort świadków wydarzenia, samobójcze, zamachowe seicento i cały ten slapstick pod tytułem Błaszczak mówi różne rzeczy) kompletnie przysłonią najnowszy pomysł polskiego rządu – pomysł, żeby ukraść nam przyszłość.

Oczywiście nie mówię tu o jakichś gagach rodem z SF, mówię o planach zamachu na oszczędności emerytalne. Pardon, to już zupełnie nieaktualne określenie, bo przecież wiceminister pracy, Marcin Zieleniecki powiedział właśnie:

Nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość

I zdębiałam, bo zdaje się, że na tym właśnie miała polegać koncepcja emerytur, ba, od czasu reformy z 1999 cały pomysł ubezpieczeń sprowadzał się do tego, że wysokość emerytury miała odpowiadać wysokości składek wpłaconych przez człowieka przez lata pracy (z dokładnością do różnych wyjątków, jak m. in. KRUS). Tymczasem, jak relacjonuje Dziennik Gazeta Prawna – rząd przeszedł od kreatywnej księgowości do liczenia pieniędzy i zrozumiał, że nie ma środków na świadczenia, i to nie ma jeszcze bardziej niż sądził – i teraz próbuje na cito znaleźć wyjście. Nie jestem ekonomistką, ale plot twist, w którym rząd na rympał oświadcza, że gdzieś tak jednej trzeciej obywateli emerytur nie wypłaci w ogóle, ani w części, ani w całości, ani w transzach po pięć złotych, wydaje mi się skokiem na przyszłość całego pokolenia ufnego w zasady solidaryzmu, odpowiedzialności i to, że wszystkie kolejne rządy trzymać się będą żelaznej zasady pacta sunt servanda. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.

Mogę się teraz unosić oburzeniem, że polityka nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi nie przystoi rządowi spod znaku, państwo wybaczą sarkazm, Prawa i Sprawiedliwości. Mogę się pienić, że projektowane zawłaszczenie składek osób o stażu krótszym niż właśnie wyjęty z rękawa piętnastoletni limit to jawny rozbój i bezczelne łatanie dziury w budżecie ZUS pieniędzmi suwerena; że to skazywanie całej gromady (przyszłych) starych ludzi na wegetację i żebry. Dużo jest oczywistych powodów do wzburzenia i wymachiwania pięściami, każdy z przyszłych i obecnych emerytów ma od razu gotową listę powodów, dla którego planowany skok na składki (obecnie czysto wirtualne, uwzględniając deficyt) jest skandaliczny i niemoralny.

DGP powołuje przykłady ludzi, w których zmiana zasad wypłacania emerytur uderzy najsilniej i z największym prawdopodobieństwem – pracownicy firm, które nawalały z punktualnym i rzetelnym odprowadzaniem składek, ludzie o nieciągłym zatrudnieniu, osoby, które wiele chorowały i przez to nie mają skompletowanego wymaganego okresu składek, mimo pozostawania w stosunku zatrudnienia. Jest jednak grupa ludzi, których DGP nie wymienia, a która właśnie dostała tym projektem po pysku dość brutalnie: są to kobiety decydujące się zrealizować ideał poświęcenia kariery rodzinie. Kobiety, które ze względów emocjonalnych, ekonomicznych czy funkcjonalnych wycofały się z rynku pracy, by wcielić się w kapłanki domowego ogniska, a bez metafor: by niepłatnie zajmować się ciężką pracą domową na rzecz swoich mężów, rodziców, teściów i dzieci. Nie istnieją one w rejestrze bezrobotnych, bo odkładają decyzję o poszukiwaniu pracy na czas, gdy dzieci nie będą już potrzebować ich w trybie pełnoetatowym (lub gdy wymagający nieustannej opieki pielęgniarskiej starzy rodzice lub teściowie umrą). Te same matki, o których prasa liberalna z trwogą i pogardą pisała, że sprzedały się za 500 zł dofinansowania, bo rzuciły pracę (nie poświęcając ani chwili refleksji, co to za praca, która jest mniej warta niż 500 zł zasiłku), i w których imieniu martwiła się obłudnie wypchnięciem z rynku pracy, właśnie otrzymały sygnał, że odchowawszy ostatnie z dofinansowanych dzieci nie mają już całkiem po co wracać do roboty – bo i tak, choćby odpadły im od ciężkiej orki ręce, nie odłożą na swoje emerytury ani grosza. To w swojej ironii zarazem straszne i swoiście komiczne, że to właśnie  minister pracy tym jednym strzałem niweluje wysiłki wielu poprzednich rządów wymierzone w aktywizację zawodową kobiet. Wyrzekając jednocześnie w głos, że na jednego emeryta przypada coraz mniej osób wpłacających składki – ministerstwo pracy przygotowuje rzeczywistość, w której kobiety nie mają absolutnie najmniejszej motywacji, by do pracy zawodowej po latach pracy w domu wracać. Ze świadomością, że podjęcie pracy nie da im żadnego zabezpieczenia na starość – po co mają się o tę pracę starać? Mogą kombinować pokątnie, zatrudniać się na czarno i zajmować się z premedytacją oszukiwaniem fiskusa, wychodząc z założenia, że działają wyłącznie w ekonomicznej samoobronie przed państwem, które obiecało je okraść ze składek, jakie potencjalnie zebrałyby w tym okresie przed emeryturą.

Policzmy na głos: przy obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet, i przy wprowadzeniu limitu 15 pełnych lat składek, żadnej kobiecie nie opłaca się wracać na rynek pracy po ukończeniu 45 roku życia, ponieważ fizycznie nie zdoła na tę emeryturę odłożyć. Nawet jeśli pracowała przez te kilka lat wcześniej, nim przeszła w tryb opieki nad rodziną – nie zdąży. Nie ma takich supermanów, którzy przez piętnaście lat nie wezmą zwolnienia z powodu kataru czy złamania nogi – a te przerwy odliczą się od okresu wymaganego do minimalnej emerytury. Rynek pracy nie czeka na nie z otwartymi ramionami, więc też nie mają co marzyć o tym, że uda im się utrzymać ciągłość zatrudnienia.

Najmocniej to uderzy w matki dzieci niepełnosprawnych, które nie tyle same wybrały ścieżkę poświęcenia, co zostały przez los i państwo polskie postawione w tej sprawie pod ścianą. Nie mając tak naprawdę żadnego instytucjonalnego wsparcia, sensownej organizacji opieki i terapii, zajmując się pełnoetatowo pielęgnacją, koordynacją badań, zabiegów i rehabilitacji, przez prawie całe dorosłe życie są wyłącznie opiekunkami i matkami – ich szansa na przynajmniej spokojną emeryturę, choćby najniższą z powodu niewielkich składek pochodzących z pracy dorywczej, niepełnoetatowej czy podjętej gdzieś pomiędzy okresami wzmożonej pracy nad rehabilitacją członka rodziny – właśnie znikła. Nie przypuszczam, by pan minister to widział zza swojego biurka. Mam nadzieję, że zobaczy teraz.

 

Nie lubię dramatycznych zdań w rodzaju: „rząd nienawidzi kobiet”. Ale trudno od nich uciec, gdy jest się kobietą w Polsce. Gdy trzeba stać w deszczu pod czarną parasolką; gdy kolejne fundacje pomocy kobietom tracą dofinansowanie, bo nie są tak uniwersalne jak budowa świątyni; gdy prezydent (z wykształcenia prawnik!) bez najmniejszego zażenowania rekomenduje zignorowanie konwencji przeciwko przemocy – trudno wierzyć, że Polska jest dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. Gdy natomiast słyszy, że nie ma po co wracać do pracy po latach poświęcania się rodzinie, bo to i tak będzie za mało, by dostać choćby minimalną emeryturę… Cóż, wydaje się, że następna rewolucja będzie rewolucją wściekłych, doprowadzonych do ostateczności kobiet, którym rząd zabiera wiele z życia, a teraz próbuje ukraść przyszłość.

Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery

Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Erystyka Michalika i korporacyjny PR

W pierwszej chwili odruchowo zrobiłam screen save, bo takie pyszne wiadomości potrafią znikać znienacka z serwisów. Ten jednak nie tylko nie znikł, ale rozpowszechnił się na różne portale i pokonał Atlantyk, robiąc polskiemu kościołowi katolickiemu międzynarodowy PR.

Mowa oczywiście o tym newsie:

prntscMichalik

Oczywiście, gdy szanowni purpuraci dostrzegli, że arcypasterz przekroczył nawet tak gumowe granice przyzwoitości, jakie zwyczajowo luźno się nakłada na zachowanie publiczne księży w Polsce, nastąpiła refutacja i mamrotanie o lapsusach. Proszę panów, lapsus jest, gdy ktoś powie w trakcie obrony dyplomu o godzinach spędzonych w labolatorium, a nie gdy wygłosi śmiałą tezę, że porzucone lub zrozpaczone dzieci same sobie winne, że takie apetyczne chodzą i wodzą na pokuszenie. W przypadku arcybiskupa to nie jest lapsus, to jest recydywa. Dwanaście lat temu Michalik pisał (podkreślmy, pisał, a nie udzielał wywiadu w przelocie przed rozpoczęciem konferencji) w liście pasterskim na temat oskarżeń o pedofilię proboszcza z Tylawy:

Cel oskarżenia był chyba inny niż dobro dziecka i religii, skoro [Lucyna Krawiecka, składająca doniesienie – przyp. naima] w rozmowie żadnych nazwisk nie zgodziła się podać, szermując ogólnymi zarzutami. W krótkim czasie pojawił się kolejny ambasador w/w kobiety, brat zakonny, dosyć dziwny, augustianin, z takimiż zarzutami, ale również nie zgodził się ujawnić nazwisk rzekomo pokrzywdzonych dzieci.

Następnie znów – nie w przelocie, ale w artykule własnoręcznie napisanym do katolickiego tygodnika:

 

Gazeta Wyborcza znalazła ostatnio nowy temat – molestowanie dzieci. O co w tym wszystkim chodzi? Czy tylko o słuszną obronę dziecka, czy także o to, aby poderwać zaufanie do Kościoła, instytucji dydaktyczno-wychowawczych, niszczyć autorytety, odgrodzić nauczycieli, księży od dzieci i od ludzi? O wspólników fałszywej propagandy nietrudno.

Nie ma co się łudzić, że przez dwanaście lat arcybiskup zmienił zdanie, najwyżej nauczył się, że nie należy tego zdania wygłaszać do mikrofonu (lub, co prawdopodobne, został na ten temat pouczony przez wściekłych kumpli, którzy zwołali aż konferencję w sprawie namnażających się przypadków przestępstw seksualnych w ich korporacji i wypowiedź Michalika im tylko utrudniła ładne opakowanie w słowa deklaracji, że będą się pochylać z troską). Ksiądz arcybiskup, tak samo jak jego koledzy z episkopatu, jest pracownikem dużej, międzynarodowej korporacji i wobec tej korporacji jest lojalny, li i jedynie. Gdy pojawiają się oskarżenia o pedofilię, w pierwszym odruchu korporacja zwiera szeregi, chowając w głębi, między sutannami, oskarżonego kolegę z pracy. Ofiarom poświęca się zdawkowe wyrazy współczucia i zwołuje się konferencje, ale opiekę, delegację w bezpieczne miejsce i przesurową karę rozmowy z przełożonym zostawia się dla sprawcy. Dla tych, którzy zechcą stwierdzić, że przesadzam – cytat o najświeższych, wczorajszych ustaleniach z konferencji polskich purpuratów:
 
 

„Jeżeli chodzi o samych biskupów i wyższych przełożonych zakonnych nie mamy takiego obowiązku prawnego, żeby osoby te musiały składać zawiadomienia w prokuraturze o swych podwładnych” – stwierdził bp Wojciech Polak, sekretarz generalny Episkopatu Polski podczas środowej konferencji prasowej, na której biskupi ogłosili nowe wytyczne wobec duchownych podejrzanych o przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Jego słowa powtórzył kardynał Stanisław Dziwisz. Obaj stwierdzili również, że to osoba poszkodowana powinna składać doniesienia na księży, bo gdyby to robili ich przełożeni, narażali by ofiary na niechciane cierpienie.

To cytat za „Polityką„. Panowie biskupi ustalili, że wiąże ich bardziej solidarność z kolegą z pracy niż przyzwoitość czy chęć ochrony pokrzywdzonego. Lojalność wobec korporacji została postawiona wyżej niż artykuł 204 kodeksu postępowania karnego, nakazujący zgłosić na policję lub do prokuratury każde przestępstwo, o którym się obywatel dowie. Oczywiście, kościół katolicki jest eksterytorialny, za taki się od zawsze uważa (co nigdy nie przeszkadzało mu wyciągać obu rąk z workiem na dotacje, dofinansowania i ulgi podatkowe z państwowego budżetu). Jest również zarozumiały i butny, bo potrafi w oficjalnym dokumencie napisać, że będzie chronić w miarę możliwości przed sankcjami karnymi i cywilnymi swoich przestępców, i czyni to w atmosferze podniosłej i w przekonaniu, że ofiary tych księży docenią, że poświęcono im całą konferencję. Michalik mówiący o dziecięcych ofiarach deprawujących swoich oprawców wpisuje się tylko w narrację chronienia korporacji za wszelką cenę, nawet kosztem pogwałcenia sensu, logiki, przyzwoitości i ideałów, jakie korporacja dawno temu ogłosiła jak swoje motto.

 
 
Wracając do cytatu z początki notki: rdzeń prawdy w podłej wypowiedzi arcybiskupa jest taki, że dzieci, które przeżywają kryzys emocjonalny związany ze swoją sytuacją rodzinną często w desperacji poszukują więzi, zaufania i wsparcia wśród niespokrewnionych dorosłych. Cała reszta, z obrzydliwą insynuacją pogrążania niewinnych kapłanów w otchłań lepkiego, pardon, lgnącego pożądania, jest wzięta z narracji klasycznej dla kultury gwałtu. Dodatkowe punkty Michalik zebrał (na co czujnie zwróciła uwagę Szprota) za finezyjny kop w rozwodników – przerzucenie w niedźwiedzim salcie całej winy za gwałt i molestowanie nieletnich na rodziców, którzy się rozwodzą, jest erystycznym Everestem. Rozwodzący się rodzice spędzają bezsenne noce na rozważaniach, jak oszczędzić dzieciom cierpienia, szoku i krzywdy związanych z rozpadem rodziny, jak przeprowadzić je względnie bezkolizyjnie przez meandry procesu, przeprowadzek lub zmiany rutyny, jak utwierdzić je w tym, że nawet osobno mieszkający rodzice nie przestali swoich dzieci kochać – i łup, do wszystkich swoich trosk, lęków, zmartwień i problemów otrzymują od Michalika jeszcze zgrabnie opakowany szantażyk, że jak się rozwiodą, to wydadzą swoje strapione potomstwo na łup księży, których byle smutny ośmiolatek może bez trudności uwieść. Gratulacje, księże Michaliku, dawno – jakiś tydzień chyba? – jak kościół katolicki nie kopał rozwodników, słusznie ksiądz przypomina, gdzie ich miejsce.
 
 
W niektórych miejscach sieci pojawiają się głosy, że co prawda polski oddział korporacji bardzo samowolny i rozpasany, ale nowy szef centrali jest bardzo obiecujący i rokuje nadzieje na wielkie zmiany. Uwierzyłabym, gdyby nie reakcja Watykanu na skandal na Dominikanie (skądinąd, znów z rodakami) – papież nie zażądał od swoich podwładnych natychmiastowego oddania się w ręce władz, nie zarządził czystki wewnętrznej i akcji insytucjonalnego wsparcia dla ofiar polskich księży (uwiedzionych przez ministrantów,  jakby to uściślił Michalik), papież odwołał biskupa i proboszcza do centrali celem złożenia wyjaśnień. Szanowni państwo, gdyby jakiekolwiek światowe korpo tak zrobiło – zamiast swojego pracownika (oskarżonego o wielokrotne gwałty i molestowania dzieci!) wykopać z branży prosto w objęcia policji, w bramie zabierając firmowe wizytówki – zwinęło go pospiesznie do centrali spółki w celu wewnętrznego wyjaśniania sprawy i rozważenia konsekwencji – to korpo zostałoby w dwa dni rozjechane przez media i wszystkich polityków na miazgę, a akcjonariusze deptaliby się w kolejkach do zbycia akcji. Tymczasem ton ogólny jest taki, że car dobry, ale bojarzy źli. Nie wydaje mi się, ta instytucja zbyt długo hodowała w sobie pewność moralnej racji i wyższości nad wszystkimi wokół, by uznać, że nawet w ewidentnych przypadkach wraz ze swoimi pracownikami podlega jurysdykcji cywilnej. Stulecia życia ponad prawem skutkują tym, że łagodność w obejściu i demokratyczne gesty nowego szefa mylą się publiczości z reformą całej korporacji. Nie liczyłabym na to, na pewno nie tak długo, jak ksiądz Gil z Dominikany jest nieuchwytny dla policji, choć udziela obfitych wywiadów w telewizji – a jego przełożeni pomagają mu nie trafić do aresztu mimo listu gończego Interpolu.
O reformie postulowanej, hipotetycznej i tym, co się dzieje, bardzo spokojnie i wyważenie pisze Andsol. Gdybyż ktoś jego notki zaproponował Michalikowi et consortes przed wygłaszaniem różnych tez.
 
 
Ponieważ jednak wątpliwe, by korporacyjni działacze i dyrektorzy pionów czytali publikacje z zupełnie innych branż niż wewnętrzne biuletyny firmowe, pozwolę sobie podsunąć im pomysł na lekturę, z którą niewątpliwie choćby u zarania kariery się zetknęli. Następnym razem, gdy ktoś ich publicznie zapyta o procesy i wyroki w sprawie wykorzystywania nieletnich przez funkcjonariuszy korporacji, zamiast brnąć w insynuacje, usprawiedliwienia, wyparcie i poszukiwanie wewnętrznych okólników na wypadek kontaktu z rzeczywistością, niech sobie wykalibrują optykę i ustawią hierarchię ważności. W zasadzie sporo mają zapisane w statucie założycielskim, szkoda, że nie traktują go serio.
 
 
 
 

Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?