O takich, co ukradną przyszłość

Mam pewne obawy, że wypadek drogowy premier Szydło i towarzyszący mu radosny medialny chaos (znikająca podwójna ciągła, nieznana prędkość i oznakowanie kolumny, gorszy sort świadków wydarzenia, samobójcze, zamachowe seicento i cały ten slapstick pod tytułem Błaszczak mówi różne rzeczy) kompletnie przysłonią najnowszy pomysł polskiego rządu – pomysł, żeby ukraść nam przyszłość.

Oczywiście nie mówię tu o jakichś gagach rodem z SF, mówię o planach zamachu na oszczędności emerytalne. Pardon, to już zupełnie nieaktualne określenie, bo przecież wiceminister pracy, Marcin Zieleniecki powiedział właśnie:

Nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość

I zdębiałam, bo zdaje się, że na tym właśnie miała polegać koncepcja emerytur, ba, od czasu reformy z 1999 cały pomysł ubezpieczeń sprowadzał się do tego, że wysokość emerytury miała odpowiadać wysokości składek wpłaconych przez człowieka przez lata pracy (z dokładnością do różnych wyjątków, jak m. in. KRUS). Tymczasem, jak relacjonuje Dziennik Gazeta Prawna – rząd przeszedł od kreatywnej księgowości do liczenia pieniędzy i zrozumiał, że nie ma środków na świadczenia, i to nie ma jeszcze bardziej niż sądził – i teraz próbuje na cito znaleźć wyjście. Nie jestem ekonomistką, ale plot twist, w którym rząd na rympał oświadcza, że gdzieś tak jednej trzeciej obywateli emerytur nie wypłaci w ogóle, ani w części, ani w całości, ani w transzach po pięć złotych, wydaje mi się skokiem na przyszłość całego pokolenia ufnego w zasady solidaryzmu, odpowiedzialności i to, że wszystkie kolejne rządy trzymać się będą żelaznej zasady pacta sunt servanda. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.

Mogę się teraz unosić oburzeniem, że polityka nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi nie przystoi rządowi spod znaku, państwo wybaczą sarkazm, Prawa i Sprawiedliwości. Mogę się pienić, że projektowane zawłaszczenie składek osób o stażu krótszym niż właśnie wyjęty z rękawa piętnastoletni limit to jawny rozbój i bezczelne łatanie dziury w budżecie ZUS pieniędzmi suwerena; że to skazywanie całej gromady (przyszłych) starych ludzi na wegetację i żebry. Dużo jest oczywistych powodów do wzburzenia i wymachiwania pięściami, każdy z przyszłych i obecnych emerytów ma od razu gotową listę powodów, dla którego planowany skok na składki (obecnie czysto wirtualne, uwzględniając deficyt) jest skandaliczny i niemoralny.

DGP powołuje przykłady ludzi, w których zmiana zasad wypłacania emerytur uderzy najsilniej i z największym prawdopodobieństwem – pracownicy firm, które nawalały z punktualnym i rzetelnym odprowadzaniem składek, ludzie o nieciągłym zatrudnieniu, osoby, które wiele chorowały i przez to nie mają skompletowanego wymaganego okresu składek, mimo pozostawania w stosunku zatrudnienia. Jest jednak grupa ludzi, których DGP nie wymienia, a która właśnie dostała tym projektem po pysku dość brutalnie: są to kobiety decydujące się zrealizować ideał poświęcenia kariery rodzinie. Kobiety, które ze względów emocjonalnych, ekonomicznych czy funkcjonalnych wycofały się z rynku pracy, by wcielić się w kapłanki domowego ogniska, a bez metafor: by niepłatnie zajmować się ciężką pracą domową na rzecz swoich mężów, rodziców, teściów i dzieci. Nie istnieją one w rejestrze bezrobotnych, bo odkładają decyzję o poszukiwaniu pracy na czas, gdy dzieci nie będą już potrzebować ich w trybie pełnoetatowym (lub gdy wymagający nieustannej opieki pielęgniarskiej starzy rodzice lub teściowie umrą). Te same matki, o których prasa liberalna z trwogą i pogardą pisała, że sprzedały się za 500 zł dofinansowania, bo rzuciły pracę (nie poświęcając ani chwili refleksji, co to za praca, która jest mniej warta niż 500 zł zasiłku), i w których imieniu martwiła się obłudnie wypchnięciem z rynku pracy, właśnie otrzymały sygnał, że odchowawszy ostatnie z dofinansowanych dzieci nie mają już całkiem po co wracać do roboty – bo i tak, choćby odpadły im od ciężkiej orki ręce, nie odłożą na swoje emerytury ani grosza. To w swojej ironii zarazem straszne i swoiście komiczne, że to właśnie  minister pracy tym jednym strzałem niweluje wysiłki wielu poprzednich rządów wymierzone w aktywizację zawodową kobiet. Wyrzekając jednocześnie w głos, że na jednego emeryta przypada coraz mniej osób wpłacających składki – ministerstwo pracy przygotowuje rzeczywistość, w której kobiety nie mają absolutnie najmniejszej motywacji, by do pracy zawodowej po latach pracy w domu wracać. Ze świadomością, że podjęcie pracy nie da im żadnego zabezpieczenia na starość – po co mają się o tę pracę starać? Mogą kombinować pokątnie, zatrudniać się na czarno i zajmować się z premedytacją oszukiwaniem fiskusa, wychodząc z założenia, że działają wyłącznie w ekonomicznej samoobronie przed państwem, które obiecało je okraść ze składek, jakie potencjalnie zebrałyby w tym okresie przed emeryturą.

Policzmy na głos: przy obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet, i przy wprowadzeniu limitu 15 pełnych lat składek, żadnej kobiecie nie opłaca się wracać na rynek pracy po ukończeniu 45 roku życia, ponieważ fizycznie nie zdoła na tę emeryturę odłożyć. Nawet jeśli pracowała przez te kilka lat wcześniej, nim przeszła w tryb opieki nad rodziną – nie zdąży. Nie ma takich supermanów, którzy przez piętnaście lat nie wezmą zwolnienia z powodu kataru czy złamania nogi – a te przerwy odliczą się od okresu wymaganego do minimalnej emerytury. Rynek pracy nie czeka na nie z otwartymi ramionami, więc też nie mają co marzyć o tym, że uda im się utrzymać ciągłość zatrudnienia.

Najmocniej to uderzy w matki dzieci niepełnosprawnych, które nie tyle same wybrały ścieżkę poświęcenia, co zostały przez los i państwo polskie postawione w tej sprawie pod ścianą. Nie mając tak naprawdę żadnego instytucjonalnego wsparcia, sensownej organizacji opieki i terapii, zajmując się pełnoetatowo pielęgnacją, koordynacją badań, zabiegów i rehabilitacji, przez prawie całe dorosłe życie są wyłącznie opiekunkami i matkami – ich szansa na przynajmniej spokojną emeryturę, choćby najniższą z powodu niewielkich składek pochodzących z pracy dorywczej, niepełnoetatowej czy podjętej gdzieś pomiędzy okresami wzmożonej pracy nad rehabilitacją członka rodziny – właśnie znikła. Nie przypuszczam, by pan minister to widział zza swojego biurka. Mam nadzieję, że zobaczy teraz.

 

Nie lubię dramatycznych zdań w rodzaju: „rząd nienawidzi kobiet”. Ale trudno od nich uciec, gdy jest się kobietą w Polsce. Gdy trzeba stać w deszczu pod czarną parasolką; gdy kolejne fundacje pomocy kobietom tracą dofinansowanie, bo nie są tak uniwersalne jak budowa świątyni; gdy prezydent (z wykształcenia prawnik!) bez najmniejszego zażenowania rekomenduje zignorowanie konwencji przeciwko przemocy – trudno wierzyć, że Polska jest dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. Gdy natomiast słyszy, że nie ma po co wracać do pracy po latach poświęcania się rodzinie, bo to i tak będzie za mało, by dostać choćby minimalną emeryturę… Cóż, wydaje się, że następna rewolucja będzie rewolucją wściekłych, doprowadzonych do ostateczności kobiet, którym rząd zabiera wiele z życia, a teraz próbuje ukraść przyszłość.

Reklamy

Po co komu uniwersytet?

Taki na przykład Uniwersytet Gdański jest strasznie fajny, ma ładny budynek, z bieżącą wodą, kanalizacją, ogrzewaniem i w środku mnóstwo sal, które w godzinach wolnych od studentów można sobie wynająć w dowolnym w zasadzie celu. Można na prezentację garnków, można na pokazy majtek, można na wykłady o tym, że chemioterapia nie leczy, tylko obniża przeżywalność pacjentom oraz wywołuje nowotwory. Generalnie da się w murach Uniwersytetu robić cokolwiek, co nie łamie zasad prawnych, jak mówi prorektor ds rozwoju i finansów UG. Macie zapewnienie z samej góry, że Uniwersytet nie ma żadnych wymagań merytorycznych czy jakościowych dotyczących swojej marki: możecie handlować odpustami, odprawiać rytuały czy tresować pchły, powaga uczelni nie jest zagrożona przez wykorzystanie jej wizerunku do legitymizowania pseudonaukowego hochsztaplera i jego publikacji.

Jerzy Zięba przykładem.

Mniej mnie w tej chwili martwi to, że UG strzelił sobie w stopę (państwo wybaczą tę anatomiczną metaforę, możemy ją pociągnąć dalej, mówiąc, że uniwersytet udzielający lokalu oszustom i naciągaczom staje się golemem na glinianych nogach, ale to nie konkurs poezji asocjacyjnej) tym posunięciem i uszkodził sobie prestiż. Jeśli rektorat uważa, że uczelnia musi się prostytuować, by pozyskać pieniądze na działalność podstawową – to jest to problem uczelni oraz właściwego ministerstwa, ja mogę oczywiście głęboko ubolewać nad nędzą zmuszającą wyższą uczelnię do kroków desperackich i dywagować, czy na pewno państwo polskie dobrze dysponuje swoim skromnym i zadłużonym nad miarę budżetem, jeśli inwestuje w budowę gargantuicznych obiektów kultu kosztem utrzymania placówek naukowych. Istotę problemu widzę jednak gdzie indziej – facet, który zupełnie serio opowiada takie rzeczy:

– ten gość dostaje nie oślą czapkę i skrzynkę po jabłkach, lecz katedrę w sali wykładowej państwowego uniwersytetu. Uniwersytetu, którego sensem istnienia jest nie drukowanie dyplomów, lecz pomnażanie nauki oraz jej rzetelne weryfikowanie, tak, by absolwenci opuszczający te w założeniu czcigodne mury dysponowali aktualną, rzetelną, sprawdzoną i opartą na faktach, badaniach i replikowalnych eksperymentach wiedzą. Wpuszczenie pana Zięby i jego wziętego z powietrza ciągu skojarzeń niepopartych żadnymi wartościowymi badaniami na teren placówki jak dotąd naukowej uderza nie tylko w wiarygodność uczelni, ale kosztem tejże – dodaje wiarygodności szarlatanowi. Podsumujmy bowiem, kto skorzysta za tydzień z sali wykładowej polskiego uniwersytetu, opowiadając różne rzeczy o leczeniu i profilaktyce: Jerzy Zięba nie jest lekarzem i nigdy nim nie był. Nie studiował medycyny, pielęgniarstwa ani położnictwa. Nie studiował farmacji ani stomatologii, ani nawet weterynarii. Nie jest biologiem, biotechologiem ani biochemikiem. Sam nazywa się naturoterapeutą i swoją wiedzę czerpie od sobie równych czarodziejów i wróżek, z uniwersytetu imienia YouTube oraz obserwacji własnych i lektur książek o zielarstwie i samoleczeniu. Te kwalifikacje dają mu czelność dezawuować EBM* i wygłaszać opinie tak kuriozalne jak przytoczone powyżej, oraz sugerować ludziom chorym porzucenie leczenia szpitalnego czy ambulatoryjnego na rzecz terapii witaminami przyjmowanymi na wiadra, picia słonej wody czy innych kuriozalnych pseudoterapii.

Oczywiście inżynier Zięba jest ostrożny i wyraźnie podkreśla „nie twierdzę, żeby nie stosować chemioterapii”, ale jednocześnie ostrzega: „jeśli ktoś został poddany chemioterapii czy radioterapii, to leczenie alternatywne jest dużo mniej skuteczne”. Wolałabym, by pacjenci nie słyszeli podobnych ostrzeżeń wcale, na pewno jednak aula uczelni wyższej jest jednym z najmniej do czegoś takiego odpowiednich miejsc.

Cytowana powyżej doktor Paulina Łopatniuk – która w odróżnieniu od szarlatana Zięby medycynę studiowała i praktykuje, a nowotwory bada od lat w laboratorium, a nie w wyobraźni – wyraża się bardzo łagodnie jak na wagę problemu, który wytknęła. Facet, który żyje z oszukiwania chorych przewlekle ludzi i dezawuowania osiągnięć medycyny zyskał właśnie wiarygodność, której nawet pięć książek o leczeniu patrzeniem na księżyc w nowiu by mu nie zapewniło. Otóż obecnie – dzięki decyzji prorektora do spraw finansowych, profesora Szredera – polscy onkologowie będą mieli dużo większy kłopot z wyperswadowaniem swoim pacjentom alternatywnych metod leczenia. Ich pacjenci, od których nie można w końcu wymagać wykształcenia kierunkowego ani naukowych kompetencji, będą się od przyszłego tygodnia bowiem powoływać, że bzdury o leczeniu raka wodą i witaminami usłyszeli na uniwersytecie. I jest to koszt, którego nie zrekompensuje polskiej medycynie ani szkolnictwu wyższemu te kilka tysięcy zarobione na wynajęciu uniwersyteckich pomieszczeń znachorowi. Jest to strata, którą będzie bardzo trudno odrobić. To, że Uniwersytet Gdański nisko się ceni i swoją cnotę sprzedaje byle komu, to problem już teraz bardziej finansowy niż moralny. To, że Uniwersytet Gdański za te pieniądze drukuje właśnie szarlatanowi certyfikat wiarygodności naukowej, to problem dużo dramatyczniejszy – dla nauki i dla medycyny. A doraźnie – dla wszystkich skonfundowanych pacjentów, którzy mając często utrudniony dostęp do lekarzy, zwrócą się do oszusta działającego pod egidą uczelni. Nie jest to wszak nielegalne, jak nam wyjaśnił prorektor.
Dla postawienia kropki nad i – ofiarami fatalnej decyzji władz administracyjnych UG są nie tylko przyszli i obecni pacjenci oraz ewentualni słuchacze pana Zięby. Udzielenie katedry altmedowemu szamanowi uderza też w standardy publicznego dyskursu naukowego, w którym niestety również zadomowił się paskudny przesąd, jakoby prawda leżała pośrodku. Jeśli lekarze, biologowie, patologowie i badacze twierdzą, że przyczyny nowotworów są zróżnicowane, bo od genetycznych po środowiskowe, a inżynier naturoterapeuta opowiada, że przyczyną wszystkich chorób jak leci jest brak soli, cholesterolu i witaminy C, to nie oznacza to wcale, że racja jest gdzieś pomiędzy. Oznacza to, że rację ma ten, kto zrobił rzetelne badania, sprawdził je na dużej próbie, powtórzył i udostępnił wyniki, zapewniając przy tym rygor metodologiczny. Ktoś, kto swoje teorie wysnuł wyłącznie na podstawie rozmów z kilkoma chorymi, obserwacji swojego kanarka lub lektury świętych ksiąg nie ma troszkę racji, tylko nie ma jej wcale. Wpuszczanie go do auli, stawianie go między naukowcami i dawanie mu czasu antenowego – w imię źle pojętej zasady et altera pars audiatur – nie przyczynia się do wzbogacenia dyskursu naukowego ani nie naświetla problemu naukowego z nowej, niezbadanej strony. Wariat, krzyczący nawet jak najgłośniej, że od dziś π wynosi dwa, bo tak mu wynika z patrzenia na piramidy starożytnych nie sprawi, że w imię konsensusu naukowego przyjmiemy uprzejmie, że Pi wynosi coś pomiędzy 2,75 a 3. Ponieważ zdajemy sobie sprawę, że wówczas nie dałoby się zbudować nie tylko rakiety czy statku kosmicznego, ale zwykłej taczki. Żaden uniwersytet nie pozwoliłby mu za żadne pieniądze wygłaszać u siebie tak karkołomnych bzdur – nie tylko z obawy przed ośmieszeniem siebie, ale też z elementarnego szacunku dla matematyki. Niestety w przypadku nauk nieco bardziej skomplikowanych niż podstawy matematyki ta zdrowa zasada niedopuszczania do dyskursu naukowego oczywistych bajkopisarzy czy oszołomów zawodzi – i stąd w programach telewizyjnych o zdrowiu debatuje lekarz z różdżkarzem, o zdrowiu psychicznym psychiatra z wróżką i księdzem, o urządzaniu mieszkań producent mebli z maniakiem feng shui a na Uniwersytecie Gdańskim Zięba będzie prowadził wykłady.
To oczywiście nie jest nielegalne. Jest głupie, szkodliwe i zemści się na nas wszystkich, ale władze uniwersytetu nie widzą przeciwwskazań, póki Zięba płaci gotówką.
_______________________________________________________
*dla tych, którzy nie znają skrótu EBM – Evidence Based Medicine
Zamiast porządnych przypisów:
1) o tym, dlaczego nawet używający mądrych słów altmedowcy pozostają szarlatanami pisał kiedyś Bart, którego lektura może być przewodnikiem po tym, jak czytać różne publikacje na temat zupełnie rewolucyjnych metod leczenia
2) Sama kiedyś popełniłam notkę o tym, dlaczego ewangelia apostołów leczenia kocim moczem i starożytnymi mantrami przyswaja się lepiej niż rzetelne publikacje wyników badań.

 
Edycja: literówki i popsute linki.
 

 

Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

Magia na co dzień, czyli przegląd prasy w Polsce

Pomimo zbliżających się wyborów do PE w mediach pełno raczej historyjek z dreszczykiem. Może nie sezon ogórkowy, ale stanowczo sensacja i kryminał. Ledwie przewalił się ciągnący grozą news o ludziach, którzy – będąc nieźle sytuowani – zagłodzili dziecko na śmierć w zgodzie ze wskazówkami jakiegoś lokalnego szamana. W bonusie – znamienna informacja, że rodzice lecząc niemowlę starannie unikali lekarza rejonowego i nie zaszczepili żadną z obowiązkowych szczepionek. Szaman zresztą okazuje się mieć więcej osiągnięć w nekropediatrii.

Dziś nowe kuriozum – zgon siedemdziesiąciolatki, wyegzorcyzmowanej przez religijne dzieci na śmierć. Równolegle, w lżejszej części serwisów najpoważniejszy dziennik ogólnopolski z pretensjami do bycia periodykiem opiniotwórczym, serwuje nam porady żywieniowe oparte o czary z Dalekiego Wschodu oraz marszczenie nosa na migrenę. Zwracam uwagę na dział, w którym te michałki się publikuje. Nazywa się on Gazeta Zdrowie.

Ewidentnie w dwadzieścia pięć lat po zrzuceniu jarzma socjalizmu z grzbietu media wolnościowe mają co celebrować. Światopogląd naukowy został razem z resztą wątpliwych osiągnięć słusznie minionej epoki zapędzony do muzeum reliktów systemu. Pluralizm poglądów w prasie polega na tym, że opiniotwórcza Gazeta Wyborcza wydaje dodatek Zdrowie, w którym pisze o altmedzie równie entuzjastycznie co o EBM (Evidence Based Medicine) udzielając obydwu kredytu zaufania. Prasa rzekomo poważna opisuje cuda i magiczne spektakle (por. seanse Bashobory na Stadionie Narodowym) a rytuały religijne zajmują pół pasma telewizji publicznej w każdą niedzielę. Jednocześnie ta sama prasa rozdziera wirtualne szaty nad cierpieniem maturzystów udręczonych szokująco trudnymi zadaniami (jeremiadę nieco osłabiło opublikowanie treści, większość znanych mi ludzi dorosłych robi je od ręki). Jednocześnie od lat trwa, z różnym natężeniem, batalia o wprowadzenie na maturze egzaminu z inkantacji i rytuałów i historii czarów.

Demokracja poglądów w dyskursie publicznym doprowadziła nas do tego, że nie tylko każdemu wolno wygłosić niemal dowolne zdanie, ale też do tego, że bzdura, zabobon i szkodliwa brednia traktowana jest z równie dużym respektem jak tezy naukowe. Dziennikarze, którzy nauki pobierali w Wyższej Szkole Wszystkiego Najlepszego usłyszeli o zawodowym obiektywizmie i zrozumieli z niego, że prawda zawsze leży po środku, dzięki czemu w programie telewizyjnym bioenergoterapeuta spotyka się z onkologiem i obaj mają ten sam czas antenowy. Dziennikarz im obu basuje i mądrze zagląda kamerze w obiektyw z głęboką troską w głosie wygłaszając bon moty, a prawda zepchnięta do środku ringu leży i rozdzierająco płacze.

Nie chodzi o to, że redaktorzy i prezenterzy odpowiedzialni za dział naukowy w swoich mediach są niedouczeni, choć często są. Chodzi o to, że przestaliśmy – my, ludzie – rozumieć świat. Paradoksalnie z tego powodu przestaliśmy, że – my, ludzie XXI wieku – zbliżyliśmy się do rozumienia mechanizmów świata wyjątkowo blisko. Specjaliści od podglądania atomów obecnie oglądają kwarki i rozpędzają cząstki. Biologowie nie tylko zaglądają wirusom pod błonę, ale podkładają im obce DNA do środka. Lekarze mówią o prześwietleniach i skanach i terapii kierowanej, a odbiorca rozpoznaje tylko powierzchownie znaczenie potoczne słów i ma świadomość obcowania z cywilizacją tak zaawansowaną, że jej zrozumienie wydaje się poza zasięgiem. Jednocześnie istnieje w człowieku potrzeba zrozumienia rzeczywistości, oraz potrzeba poczucia kontroli nad swoim otoczeniem. Specjalizacja wiedzy, jej niebywałe namnożenie i jej komplikacja sprawia, że większość ludzi lękiem i nieufnością podchodzi do wszystkiego, co nosi na sobie stempel naukowy. Zwłaszcza, że przy tak zawiłych sprawach, jak fizyka cząstek elementarnych czy sposób działania skanera MRI nie sposób laikowi wyjaśnić od ręki nawet samego pola zainteresowań naukowca. Bo najpierw trzeba naświetlić podstawy (pamiętacie jeszcze, że matura w tym roku była bardzo trudna, bo trzeba było policzyć, jak szybko pan X szedł pod górkę, jeśli w obie strony szedł ponad godzinę a w jedną miał dwa kilometry?). A potem wyjaśnić zależności. A potem pokazać, gdzie są niepewności, niewiadome, punkty sporne. A potem…

A potem zniechęcony słuchacz szuka wyjaśnień kompletnych, spójnych i najlepiej dążących do uniwersalnych. Takich, które na prostym przykładzie (uwaga na nisko latające analogie!) wyjaśni wszystko. Mądre słowa mogą być – i często są – zapożyczone z <i>oficjalnej nauki</i>. Ale sama nauka jest dezawuowana, jako nieprzydatna i skupiona sama na sobie.

Żyjemy w czasach, gdy nasze telefony mieszczą w sobie więcej danych niż dwunastotomowa encyklopedia PWN i więcej elektroniki, niż USA wysłało na Księżyc z Armstrongiem. Żyjemy w czasach protez stawów biodrowych, implantów ślimakowych, przeszczepów twarzy i płuc. Żyjemy w czasach dializy, antybiotyków, w czasach, gdy za pomocą telefonu możemy zobaczyć, jak z satelity wyglądają pola kukurydzy w Kansas. Żyjemy w czasach magii i zdajemy się na magię. Nikt* z nas nie wie, jak działa jego czy jej telefon – wiemy, gdzie się włącza i jak wysyła fotki na fejsa. Nikt nie wie, czemu mikrofalówka podgrzewa jedzenie ale wybucha od podgrzewania blaszanej miski. Nikt nie wie, jak dokładnie działają antybiotyki ani rentgen. Działają. Opieramy się na wiedzy, którą ma kilku specjalistów budujących dla nas skanery, telefony i mikrofalówki ale której nawet nie zamierzamy posiąść. Otoczeni magią urządzeń codziennego użytku nie umiemy na pierwszy rzut oka odróżnić, czy urządzenie w wykafelkowanym gabinecie bada poziom hormonów czy tylko robi ping i wypluwa kartkę z wynikami. Nie jesteśmy odporni na magię, bo świadomie nie chcemy wiedzieć, jak to wszystko działa, byle działało.

A raczej – lubimy dostawać proste wyjaśnienia. Nieskomplikowane, tłumaczące wszystko naraz. Dające nam poczucie, że niepotrzebni nam są nudziarze w fartuchach, oni znają się tylko na mikroskopach i próbówkach, nie znają się na człowieku. Slwstr pięknie napisał, jak osoba bywała w świecie ulega magii prostych wyjaśnień, ponieważ odrzuca zawiłości wiedzy naukowej, ale gotowa apostołować intuicji i czarom wbrew podstawowej wiedzy. Zdjęcia w notce pokazują, jak wielu ludzi ulega urokowi wyjaśnień nieskomplikowanych i holistycznych. Tłuczone w szkołach wiara i serce więcej mówią do mnie zbiera nieoczekiwane żniwo, oddając nas w ręce szamanów, wróżek, zielarzy, kręgarzy i ekspertów od leczenia kolorami. Prasa epatuje krwawymi historyjkami śmiertelnych ofiar szamanów, ale nie widzi związku z własnym, aktywnym wprowadzaniem do mainstreamu diet opartych o szamańskie rytuały. Na głównej stronie opisuje tłumy zgromadzone przez afrykańskiego wskrzesiciela Bashoborę, a potem obłudnie ubolewa nad zatłuczoną w ramach egzorcyzmów staruszką. W imię źle pojętego obiektywizmu kładą wciąż prawdę po środku, żeby leżała. Razem z ofiarami.

 

_____________________________________________________________

*Wiem, że wielu czytelników tego bloga to osoby, które akurat wiedzą, jak działa telefonia, internet, mikrofalówka, a niektórzy nawet na co dzień w pracy mordują wirusy. Ale wiem, że wiecie, że to nie o was.

 

EDYCJA:

Poproszono mnie o sprostowanie, zatem zamieszczam – gazeta.pl oraz Gazeta Wyborcza są odrębnymi serwisami.

Zbiórka zabawek do trumny

Dzisiaj krótko i z porcją ciśnienia na granicy wylewu, w ramach post scriptum do niedawnej notki.

Narodowcy pikietują przed kościołami w parafiach posłów, którzy nie poparli zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Tydzień temu byli w Bilczy, gdzie mieszka Lucjan Pietrzczyk z PO. W niedzielę stali w Strawczynie, parafii posła PSL Marka Gosa. Mieli transparent z napisem: „Poseł Marek Gos głosował za prawem do zabijania chorych dzieci za twoje pieniądze”.
(…)

– Wszystko, co napisaliśmy, jest prawdą – twierdzi. Powołuje się przy tym na „religię katolicką, która zabrania aborcji”.

Zapytaliśmy, czy Ruch Narodowy będzie pomagał rodzicom wychowującym ciężko chore dzieci. – Tak, planujemy zbiórkę zabawek – odpowiedział Lewicki.

 Żródło.

Otóż siły narodowe z jednej strony stosują zawstydzanie i zastraszanie (to zawsze jakiś postęp, zwłaszcza gdy porównać pikiety z pobiciami np. w Białymstoku) osób publicznych działających niezgodnie z ich wyobrażeniem, z drugiej strony – wybierając takie miejsce na transparenty – wciągają w swój proceder największą siłę opinio- i prawotwórczą w Polsce, czyli kościół katolicki. Skuteczność tego może być niezła, bo o ile tym razem narodowcy zachowają czyste rączki, proboszcz i społeczność lokalna zrobi za nich mały towarzyski linczyk.
 
Pan Lewicki rączek sobie nie pobrudzi biciem, ale buzię sobie trochę popsuł kłamstwami. Pisząc na transparentach o dzieciach, ma na myśli zarodki i płody (szanowni państwo, tzw. późna aborcja w Polsce nie jest i nie była legalna, i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie, więc to, o czym mówimy przy ustawie aborcyjnej, to w najlepszym razie płody), a pisząc <i>chore dzieci</i>, kreśli u odbiorcy w głowie obrazek nieszczęsnych, gorączkujących lub słabowitych istotek, którym strasznie współczujemy. Tymczasem ustawa zezwala na terminację ciąży przy wadach letalnych lub nieuleczalnych i ciężkich, takich jak poważne deformacje i upośledzenia, a nie katar. Więc pan Lewicki świadomie manipuluje na transparencie, pisząc o <i>chorych dzieciach</i>. Zdumiewająca subtelność i łagodność przekazu u frakcji, która bez oporów potrafi straszyć zdjęciami z zabiegów aborcyjnych (znów, najczęściej są to efektowne makabry z zabiegów dużo późniejszych niż te, na które zezwalają polskie przepisy), lecz tym razem powstrzymała się taktownie, i nie zilustrowała swojego transparentu.
A mogła dla ścisłości przekazu udekorować banner tym lub tym lub tym zdjęciem (uprzedzam, naprawdę lepiej nie klikać) – bo o takich chorych dzieciach decydowali posłowie, zezwalając łaskawie nie rodzić efektów ciąży nieodwracalnie uszkodzonej.
 
Zaś odpowiedź w sprawie zaangażowania w pomoc matkom dzieci urodzonych zgodnie z prawicowym porno na mnożenie cierpienia i bólu wybiła mnie z butów tupetem i bezczelnością. Kto kliknął w straszne linki, może się zastanowić, jak pomoże zbiórka zabawek w przypadkach takich jak zobrazowane. Kto nie kliknął, może rozważać, jakie zabawki wręczać noworodkom umierającym w kilka godzin lub dni po porodzie, lub dzieciom pozostającym przez resztę życia bez specjalnego kontaktu z jakąkolwiek rzeczywistością.  I czy matki będą bardzo wdzięczne Lewickiemu za okazaną troskę i zrozumienie ich sytuacji.

Erystyka Michalika i korporacyjny PR

W pierwszej chwili odruchowo zrobiłam screen save, bo takie pyszne wiadomości potrafią znikać znienacka z serwisów. Ten jednak nie tylko nie znikł, ale rozpowszechnił się na różne portale i pokonał Atlantyk, robiąc polskiemu kościołowi katolickiemu międzynarodowy PR.

Mowa oczywiście o tym newsie:

prntscMichalik

Oczywiście, gdy szanowni purpuraci dostrzegli, że arcypasterz przekroczył nawet tak gumowe granice przyzwoitości, jakie zwyczajowo luźno się nakłada na zachowanie publiczne księży w Polsce, nastąpiła refutacja i mamrotanie o lapsusach. Proszę panów, lapsus jest, gdy ktoś powie w trakcie obrony dyplomu o godzinach spędzonych w labolatorium, a nie gdy wygłosi śmiałą tezę, że porzucone lub zrozpaczone dzieci same sobie winne, że takie apetyczne chodzą i wodzą na pokuszenie. W przypadku arcybiskupa to nie jest lapsus, to jest recydywa. Dwanaście lat temu Michalik pisał (podkreślmy, pisał, a nie udzielał wywiadu w przelocie przed rozpoczęciem konferencji) w liście pasterskim na temat oskarżeń o pedofilię proboszcza z Tylawy:

Cel oskarżenia był chyba inny niż dobro dziecka i religii, skoro [Lucyna Krawiecka, składająca doniesienie – przyp. naima] w rozmowie żadnych nazwisk nie zgodziła się podać, szermując ogólnymi zarzutami. W krótkim czasie pojawił się kolejny ambasador w/w kobiety, brat zakonny, dosyć dziwny, augustianin, z takimiż zarzutami, ale również nie zgodził się ujawnić nazwisk rzekomo pokrzywdzonych dzieci.

Następnie znów – nie w przelocie, ale w artykule własnoręcznie napisanym do katolickiego tygodnika:

 

Gazeta Wyborcza znalazła ostatnio nowy temat – molestowanie dzieci. O co w tym wszystkim chodzi? Czy tylko o słuszną obronę dziecka, czy także o to, aby poderwać zaufanie do Kościoła, instytucji dydaktyczno-wychowawczych, niszczyć autorytety, odgrodzić nauczycieli, księży od dzieci i od ludzi? O wspólników fałszywej propagandy nietrudno.

Nie ma co się łudzić, że przez dwanaście lat arcybiskup zmienił zdanie, najwyżej nauczył się, że nie należy tego zdania wygłaszać do mikrofonu (lub, co prawdopodobne, został na ten temat pouczony przez wściekłych kumpli, którzy zwołali aż konferencję w sprawie namnażających się przypadków przestępstw seksualnych w ich korporacji i wypowiedź Michalika im tylko utrudniła ładne opakowanie w słowa deklaracji, że będą się pochylać z troską). Ksiądz arcybiskup, tak samo jak jego koledzy z episkopatu, jest pracownikem dużej, międzynarodowej korporacji i wobec tej korporacji jest lojalny, li i jedynie. Gdy pojawiają się oskarżenia o pedofilię, w pierwszym odruchu korporacja zwiera szeregi, chowając w głębi, między sutannami, oskarżonego kolegę z pracy. Ofiarom poświęca się zdawkowe wyrazy współczucia i zwołuje się konferencje, ale opiekę, delegację w bezpieczne miejsce i przesurową karę rozmowy z przełożonym zostawia się dla sprawcy. Dla tych, którzy zechcą stwierdzić, że przesadzam – cytat o najświeższych, wczorajszych ustaleniach z konferencji polskich purpuratów:
 
 

„Jeżeli chodzi o samych biskupów i wyższych przełożonych zakonnych nie mamy takiego obowiązku prawnego, żeby osoby te musiały składać zawiadomienia w prokuraturze o swych podwładnych” – stwierdził bp Wojciech Polak, sekretarz generalny Episkopatu Polski podczas środowej konferencji prasowej, na której biskupi ogłosili nowe wytyczne wobec duchownych podejrzanych o przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Jego słowa powtórzył kardynał Stanisław Dziwisz. Obaj stwierdzili również, że to osoba poszkodowana powinna składać doniesienia na księży, bo gdyby to robili ich przełożeni, narażali by ofiary na niechciane cierpienie.

To cytat za „Polityką„. Panowie biskupi ustalili, że wiąże ich bardziej solidarność z kolegą z pracy niż przyzwoitość czy chęć ochrony pokrzywdzonego. Lojalność wobec korporacji została postawiona wyżej niż artykuł 204 kodeksu postępowania karnego, nakazujący zgłosić na policję lub do prokuratury każde przestępstwo, o którym się obywatel dowie. Oczywiście, kościół katolicki jest eksterytorialny, za taki się od zawsze uważa (co nigdy nie przeszkadzało mu wyciągać obu rąk z workiem na dotacje, dofinansowania i ulgi podatkowe z państwowego budżetu). Jest również zarozumiały i butny, bo potrafi w oficjalnym dokumencie napisać, że będzie chronić w miarę możliwości przed sankcjami karnymi i cywilnymi swoich przestępców, i czyni to w atmosferze podniosłej i w przekonaniu, że ofiary tych księży docenią, że poświęcono im całą konferencję. Michalik mówiący o dziecięcych ofiarach deprawujących swoich oprawców wpisuje się tylko w narrację chronienia korporacji za wszelką cenę, nawet kosztem pogwałcenia sensu, logiki, przyzwoitości i ideałów, jakie korporacja dawno temu ogłosiła jak swoje motto.

 
 
Wracając do cytatu z początki notki: rdzeń prawdy w podłej wypowiedzi arcybiskupa jest taki, że dzieci, które przeżywają kryzys emocjonalny związany ze swoją sytuacją rodzinną często w desperacji poszukują więzi, zaufania i wsparcia wśród niespokrewnionych dorosłych. Cała reszta, z obrzydliwą insynuacją pogrążania niewinnych kapłanów w otchłań lepkiego, pardon, lgnącego pożądania, jest wzięta z narracji klasycznej dla kultury gwałtu. Dodatkowe punkty Michalik zebrał (na co czujnie zwróciła uwagę Szprota) za finezyjny kop w rozwodników – przerzucenie w niedźwiedzim salcie całej winy za gwałt i molestowanie nieletnich na rodziców, którzy się rozwodzą, jest erystycznym Everestem. Rozwodzący się rodzice spędzają bezsenne noce na rozważaniach, jak oszczędzić dzieciom cierpienia, szoku i krzywdy związanych z rozpadem rodziny, jak przeprowadzić je względnie bezkolizyjnie przez meandry procesu, przeprowadzek lub zmiany rutyny, jak utwierdzić je w tym, że nawet osobno mieszkający rodzice nie przestali swoich dzieci kochać – i łup, do wszystkich swoich trosk, lęków, zmartwień i problemów otrzymują od Michalika jeszcze zgrabnie opakowany szantażyk, że jak się rozwiodą, to wydadzą swoje strapione potomstwo na łup księży, których byle smutny ośmiolatek może bez trudności uwieść. Gratulacje, księże Michaliku, dawno – jakiś tydzień chyba? – jak kościół katolicki nie kopał rozwodników, słusznie ksiądz przypomina, gdzie ich miejsce.
 
 
W niektórych miejscach sieci pojawiają się głosy, że co prawda polski oddział korporacji bardzo samowolny i rozpasany, ale nowy szef centrali jest bardzo obiecujący i rokuje nadzieje na wielkie zmiany. Uwierzyłabym, gdyby nie reakcja Watykanu na skandal na Dominikanie (skądinąd, znów z rodakami) – papież nie zażądał od swoich podwładnych natychmiastowego oddania się w ręce władz, nie zarządził czystki wewnętrznej i akcji insytucjonalnego wsparcia dla ofiar polskich księży (uwiedzionych przez ministrantów,  jakby to uściślił Michalik), papież odwołał biskupa i proboszcza do centrali celem złożenia wyjaśnień. Szanowni państwo, gdyby jakiekolwiek światowe korpo tak zrobiło – zamiast swojego pracownika (oskarżonego o wielokrotne gwałty i molestowania dzieci!) wykopać z branży prosto w objęcia policji, w bramie zabierając firmowe wizytówki – zwinęło go pospiesznie do centrali spółki w celu wewnętrznego wyjaśniania sprawy i rozważenia konsekwencji – to korpo zostałoby w dwa dni rozjechane przez media i wszystkich polityków na miazgę, a akcjonariusze deptaliby się w kolejkach do zbycia akcji. Tymczasem ton ogólny jest taki, że car dobry, ale bojarzy źli. Nie wydaje mi się, ta instytucja zbyt długo hodowała w sobie pewność moralnej racji i wyższości nad wszystkimi wokół, by uznać, że nawet w ewidentnych przypadkach wraz ze swoimi pracownikami podlega jurysdykcji cywilnej. Stulecia życia ponad prawem skutkują tym, że łagodność w obejściu i demokratyczne gesty nowego szefa mylą się publiczości z reformą całej korporacji. Nie liczyłabym na to, na pewno nie tak długo, jak ksiądz Gil z Dominikany jest nieuchwytny dla policji, choć udziela obfitych wywiadów w telewizji – a jego przełożeni pomagają mu nie trafić do aresztu mimo listu gończego Interpolu.
O reformie postulowanej, hipotetycznej i tym, co się dzieje, bardzo spokojnie i wyważenie pisze Andsol. Gdybyż ktoś jego notki zaproponował Michalikowi et consortes przed wygłaszaniem różnych tez.
 
 
Ponieważ jednak wątpliwe, by korporacyjni działacze i dyrektorzy pionów czytali publikacje z zupełnie innych branż niż wewnętrzne biuletyny firmowe, pozwolę sobie podsunąć im pomysł na lekturę, z którą niewątpliwie choćby u zarania kariery się zetknęli. Następnym razem, gdy ktoś ich publicznie zapyta o procesy i wyroki w sprawie wykorzystywania nieletnich przez funkcjonariuszy korporacji, zamiast brnąć w insynuacje, usprawiedliwienia, wyparcie i poszukiwanie wewnętrznych okólników na wypadek kontaktu z rzeczywistością, niech sobie wykalibrują optykę i ustawią hierarchię ważności. W zasadzie sporo mają zapisane w statucie założycielskim, szkoda, że nie traktują go serio.