O takich, co ukradną przyszłość

Mam pewne obawy, że wypadek drogowy premier Szydło i towarzyszący mu radosny medialny chaos (znikająca podwójna ciągła, nieznana prędkość i oznakowanie kolumny, gorszy sort świadków wydarzenia, samobójcze, zamachowe seicento i cały ten slapstick pod tytułem Błaszczak mówi różne rzeczy) kompletnie przysłonią najnowszy pomysł polskiego rządu – pomysł, żeby ukraść nam przyszłość.

Oczywiście nie mówię tu o jakichś gagach rodem z SF, mówię o planach zamachu na oszczędności emerytalne. Pardon, to już zupełnie nieaktualne określenie, bo przecież wiceminister pracy, Marcin Zieleniecki powiedział właśnie:

Nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość

I zdębiałam, bo zdaje się, że na tym właśnie miała polegać koncepcja emerytur, ba, od czasu reformy z 1999 cały pomysł ubezpieczeń sprowadzał się do tego, że wysokość emerytury miała odpowiadać wysokości składek wpłaconych przez człowieka przez lata pracy (z dokładnością do różnych wyjątków, jak m. in. KRUS). Tymczasem, jak relacjonuje Dziennik Gazeta Prawna – rząd przeszedł od kreatywnej księgowości do liczenia pieniędzy i zrozumiał, że nie ma środków na świadczenia, i to nie ma jeszcze bardziej niż sądził – i teraz próbuje na cito znaleźć wyjście. Nie jestem ekonomistką, ale plot twist, w którym rząd na rympał oświadcza, że gdzieś tak jednej trzeciej obywateli emerytur nie wypłaci w ogóle, ani w części, ani w całości, ani w transzach po pięć złotych, wydaje mi się skokiem na przyszłość całego pokolenia ufnego w zasady solidaryzmu, odpowiedzialności i to, że wszystkie kolejne rządy trzymać się będą żelaznej zasady pacta sunt servanda. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.

Mogę się teraz unosić oburzeniem, że polityka nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi nie przystoi rządowi spod znaku, państwo wybaczą sarkazm, Prawa i Sprawiedliwości. Mogę się pienić, że projektowane zawłaszczenie składek osób o stażu krótszym niż właśnie wyjęty z rękawa piętnastoletni limit to jawny rozbój i bezczelne łatanie dziury w budżecie ZUS pieniędzmi suwerena; że to skazywanie całej gromady (przyszłych) starych ludzi na wegetację i żebry. Dużo jest oczywistych powodów do wzburzenia i wymachiwania pięściami, każdy z przyszłych i obecnych emerytów ma od razu gotową listę powodów, dla którego planowany skok na składki (obecnie czysto wirtualne, uwzględniając deficyt) jest skandaliczny i niemoralny.

DGP powołuje przykłady ludzi, w których zmiana zasad wypłacania emerytur uderzy najsilniej i z największym prawdopodobieństwem – pracownicy firm, które nawalały z punktualnym i rzetelnym odprowadzaniem składek, ludzie o nieciągłym zatrudnieniu, osoby, które wiele chorowały i przez to nie mają skompletowanego wymaganego okresu składek, mimo pozostawania w stosunku zatrudnienia. Jest jednak grupa ludzi, których DGP nie wymienia, a która właśnie dostała tym projektem po pysku dość brutalnie: są to kobiety decydujące się zrealizować ideał poświęcenia kariery rodzinie. Kobiety, które ze względów emocjonalnych, ekonomicznych czy funkcjonalnych wycofały się z rynku pracy, by wcielić się w kapłanki domowego ogniska, a bez metafor: by niepłatnie zajmować się ciężką pracą domową na rzecz swoich mężów, rodziców, teściów i dzieci. Nie istnieją one w rejestrze bezrobotnych, bo odkładają decyzję o poszukiwaniu pracy na czas, gdy dzieci nie będą już potrzebować ich w trybie pełnoetatowym (lub gdy wymagający nieustannej opieki pielęgniarskiej starzy rodzice lub teściowie umrą). Te same matki, o których prasa liberalna z trwogą i pogardą pisała, że sprzedały się za 500 zł dofinansowania, bo rzuciły pracę (nie poświęcając ani chwili refleksji, co to za praca, która jest mniej warta niż 500 zł zasiłku), i w których imieniu martwiła się obłudnie wypchnięciem z rynku pracy, właśnie otrzymały sygnał, że odchowawszy ostatnie z dofinansowanych dzieci nie mają już całkiem po co wracać do roboty – bo i tak, choćby odpadły im od ciężkiej orki ręce, nie odłożą na swoje emerytury ani grosza. To w swojej ironii zarazem straszne i swoiście komiczne, że to właśnie  minister pracy tym jednym strzałem niweluje wysiłki wielu poprzednich rządów wymierzone w aktywizację zawodową kobiet. Wyrzekając jednocześnie w głos, że na jednego emeryta przypada coraz mniej osób wpłacających składki – ministerstwo pracy przygotowuje rzeczywistość, w której kobiety nie mają absolutnie najmniejszej motywacji, by do pracy zawodowej po latach pracy w domu wracać. Ze świadomością, że podjęcie pracy nie da im żadnego zabezpieczenia na starość – po co mają się o tę pracę starać? Mogą kombinować pokątnie, zatrudniać się na czarno i zajmować się z premedytacją oszukiwaniem fiskusa, wychodząc z założenia, że działają wyłącznie w ekonomicznej samoobronie przed państwem, które obiecało je okraść ze składek, jakie potencjalnie zebrałyby w tym okresie przed emeryturą.

Policzmy na głos: przy obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet, i przy wprowadzeniu limitu 15 pełnych lat składek, żadnej kobiecie nie opłaca się wracać na rynek pracy po ukończeniu 45 roku życia, ponieważ fizycznie nie zdoła na tę emeryturę odłożyć. Nawet jeśli pracowała przez te kilka lat wcześniej, nim przeszła w tryb opieki nad rodziną – nie zdąży. Nie ma takich supermanów, którzy przez piętnaście lat nie wezmą zwolnienia z powodu kataru czy złamania nogi – a te przerwy odliczą się od okresu wymaganego do minimalnej emerytury. Rynek pracy nie czeka na nie z otwartymi ramionami, więc też nie mają co marzyć o tym, że uda im się utrzymać ciągłość zatrudnienia.

Najmocniej to uderzy w matki dzieci niepełnosprawnych, które nie tyle same wybrały ścieżkę poświęcenia, co zostały przez los i państwo polskie postawione w tej sprawie pod ścianą. Nie mając tak naprawdę żadnego instytucjonalnego wsparcia, sensownej organizacji opieki i terapii, zajmując się pełnoetatowo pielęgnacją, koordynacją badań, zabiegów i rehabilitacji, przez prawie całe dorosłe życie są wyłącznie opiekunkami i matkami – ich szansa na przynajmniej spokojną emeryturę, choćby najniższą z powodu niewielkich składek pochodzących z pracy dorywczej, niepełnoetatowej czy podjętej gdzieś pomiędzy okresami wzmożonej pracy nad rehabilitacją członka rodziny – właśnie znikła. Nie przypuszczam, by pan minister to widział zza swojego biurka. Mam nadzieję, że zobaczy teraz.

 

Nie lubię dramatycznych zdań w rodzaju: „rząd nienawidzi kobiet”. Ale trudno od nich uciec, gdy jest się kobietą w Polsce. Gdy trzeba stać w deszczu pod czarną parasolką; gdy kolejne fundacje pomocy kobietom tracą dofinansowanie, bo nie są tak uniwersalne jak budowa świątyni; gdy prezydent (z wykształcenia prawnik!) bez najmniejszego zażenowania rekomenduje zignorowanie konwencji przeciwko przemocy – trudno wierzyć, że Polska jest dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. Gdy natomiast słyszy, że nie ma po co wracać do pracy po latach poświęcania się rodzinie, bo to i tak będzie za mało, by dostać choćby minimalną emeryturę… Cóż, wydaje się, że następna rewolucja będzie rewolucją wściekłych, doprowadzonych do ostateczności kobiet, którym rząd zabiera wiele z życia, a teraz próbuje ukraść przyszłość.

Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Rodzina idealna na przykładach krajowych

Zawodowcy w sprawach moralności seksualnej i wspomaganego rozrodu zabrali głos, rozstrzygając z pełną odpowiedzialnością za słowo wszelkie wątpliwości etyczne wokół in vitro. Powtarzać ani cytować nie warto, przecież zgodnie z niepodważalną nauką kościoła penis w waginie=dwaplusdobrze (sprawdzić, czy oba poświęcone w kościele, czy tylko cywilnie w USC). W ogóle, rzecznicy kościoła rzymskokatolickiego zintensyfikowali ostrzał medialny pociskami grubego kalibru wokół Rodziny, Która Jest Ostoją (różnych dobrych rzeczy, w domniemaniu).

Tu maleńki disclaimer nawiązujący lekko do poprzedniej notki. Ja sobie zdaję sprawę, że funkcjonariusze KRK tak naprawdę w swojej żarliwej obronie rodziny nie mają na myśli żadnej konkretnej rodziny, ba, nawet nie mówią o rodzinie statystycznej (poza jednym wyjątkiem, o którym będzie), oni w swoich perorach występują w obronie platońskiej idei, a nie konkretu. Obawiam się jednak, że biskupi i inni im podlegli działacze nie zdają sobie sprawy z tego, że bronią bytu abstrakcyjnego za pomocą innych abstrakcji (co w sumie ładne jest i kto im zabroni), oraz wybiórczo dobranych statystyk i faktów wyrwanych z mięsem z kontekstu. Bo gdyby sobie zdawali, to byłoby to bardzo niepięknie i niesportowo, bo w ramach obrony swojej abstrakcji potrafią dotkliwie i po nazwisku przyłożyć różnym bardzo konkretnym osobom. Tyle dygresji na metatemat, wracamy do uciśnionych.

Otóż biedna Rodzina nieustająco cierpi w Polsce, bo szkodzą jej straszliwie demonstracje nieurodzinnionych, antyrodzinnych a nawet – marsze tych, którzy rodziny założyć zgodnie z prawem nie mogą, ale strasznie by chcieli. Oprócz marszów i demonstracji, Rodzinie szkodzą feministki, ateiści i zwolennicy wolności praw reprodukcyjnych, jak też i przeciwnicy przemocy. Jakim cudem ta Rodzina jeszcze dycha, gdy jej tak wszyscy wbrew, to trudno zgadnąć, bo z grubsza ujmując – śmiertelnymi wrogami są wszyscy, którzy tylko przedkładają jakieś konkretne prawa (do zdrowia, wypoczynku, nietykalności cielesnej, niezależności sumienia) konkretnych członków rodziny (dzieci, kobiet, osób starszych, niepełnosprawnych, ojców po rozwodzie) ponad czczenie idealnego obrazu świętej i nietykalnej i wygłaszanie frazesów o jej nadrzędnej dobrotwórczej roli. Jedyne konkretne rodziny, które w oczach biskupów i zawodowych katolików znajdują uznanie, to rodziny wielodzietne, im bardziej wielo- tym lepiej. (Ma to o tyle sens, że w statystycznych polskich warunkach ekonomicznych rodzina z czworgiem i więcej dzieci raczej ma ograniczone środki na rozwój kariery zawodowej kobiety – kariery morderczej dla dobra Rodziny, jak wiemy!, oraz w mniejszym stopniu ulega materialistycznemu rozpasaniu i konsumpcjonizmowi, skupiając się na wartościach lepiej widzianych w kręgach parafialnych.)

Postanowiłam się zatem rozejrzeć i przedstawić czytelnikom stronniczo dobrane rodziny wielodzietne. Kryteria selekcji, jakimi się kierowałam: przestrzeganie kościelnego nauczania o rozmnażaniu, pardon: etyce seksualnej, czyli unikanie antykoncepcji, in vitro, aborcji, oraz konserwatywny model funkcjonowania (mężczyzna zarobkujący, kobieta udomowiona lub na podrzędnej zawodowo pozycji, podporządkowana mężowi). 

Czerniejewo

Łódź

Lubawa

Hipolitowo

Na tej skromnej próbce rodzin wielodzietnych (najmniej liczna składała się z siedmiu osób) możemy zobaczyć i przemyśleć, jakim zagrożeniem jest antykoncepcja, edukacja seksualna, dostępność refundowanych środków antykoncepcyjnych czy możliwość dokonania wczesnej legalnej aborcji. Jakby ktoś poczytał linkowane artykuły, zobaczyłby, że oprócz własnoręcznej eutanazji nadliczbowych dzieci rodzice stosowali przemoc, bicie i ograniczanie wolności. Przypominam, że wszelkie próby legislacyjnego ograniczenia wszechwładzy rodzicielskiej, w tym: bicia, upokarzania, ograniczania wolności i sumienia, są piorunowane z ambon jako zamach na niezawisłość rodziny, jej autonomię i dobrobyt dzieci. No rzeczywiście.

Oczywiście, trolling na bok. Nikt normalny nie będzie udowadniać niczego za pomocą próby składającej się z czterech egzemplarzy (owszem, zabawa wyszukiwarką pewnie dałaby mi jeszcze z kilkanaście mniej medialnych przypadków hurtowych dzieciobójców w rodzinach wielodzietnych, ale to nadal nie jest sensowny statystycznie dowód) – to są case studies, w których powtarza się jedno: bezradność ekonomiczna, zależność od głównego żywiciela, zastraszanie, przemoc i brak wiedzy, plus niestosowanie antykoncepcji (łódzki przypadek się nieco wyłamuje ze schematu) z przyczyn ideologicznych. Można to szyderczo przeformułować na kult męskiego opiekuna rodziny, konserwatywny i patriarchalny styl wychowania, otwartość na życie i ewangeliczne ubóstwo, ale ta notka nie będzie pojedynkiem na memy (no dobrze, nie cała). Ta notka jest o tym, że dyskurs obrońców rodziny oderwał się od ziemi i szybuje hen, w przestworza, w krainę platońskich idei i koncepcji, gdzieniegdzie tylko zrzucając małe bombki legislacyjne, oparte wyłącznie na radosnych wyobrażeniach jak ta rodzina idealna wygląda. Rodziny w Polsce borykają się wszelako nie z dramatycznie agresywną ofensywą feministek czy zwolenników legalizacji małżeństw nieheteroseksualnych, ani nie z fetorem gnijących w obejściu noworodków, tylko z prozaicznymi problemami finansowymi, logistycznymi i infrastrukturalnymi, o których nie będę się rozpisywać po raz kolejny zmieniając ewentualnie skalę i kwoty.

Chciałam zaprotestować przeciwko narastającej kampanii proreprodukcyjnej, płynącej z mównic, gazet i ambon. Panika demograficzna, której kościół z prawicą koniecznie chce zaradzić jak najszybciej i najgłupiej (litościwie pominę nazwisko jednego orła, który na twitterze chciał zdelegalizować wszystkie środki antykoncepcyjne na czas odrobienia strat w rozrodczości) podpiera się różnymi argumentami. Najłatwiej wyśmiewać oczywiście te wielkomocarstwowe, oparte na niejasnym dla mnie lęku przed katastrofą polegającą na zmniejszeniu się narodu. Przepraszam, ale naprawdę nie widzę w tym nieszczęścia, Polacy nie będą lepsi tylko dlatego, że będzie ich pięćdziesiąt milionów (przy obecnym tempie budownictwa mieszkaniowego zgaduję, że byliby w takim zagęszczeniu wręcz nie do zniesienia) ani gorsi dlatego, że będzie ich milionów dwadzieścia. Argumenty finansowe oparte na strukturze świadczeń społecznych – hm, cóż, z jednej strony jestem zwolenniczką solidarności społecznej i uczciwego dotrzymywania umów międzypokoleniowych, jednakże z drugiej od czasu czterech reform AWS słyszę obietnice o reformie systemu na wydajny w perspektywie połowy pokolenia. Uważam za niemoralne, iż państwo oczekuje że prywatnymi, wręcz biologicznymi i osobistymi zasobami naprawimy niewydolność aparatu państwowego, a zwłaszcza, że udaje że zupełnie o co innego prosi i że pięknymi słowami się zasłania. Jeśli zaś chodzi o wybitnie egoistyczny argument, jaki podsuwa się bezdzietnym, tzn rytualne pytanie  – a kto ci poda na starość szklankę wody? – chciałabym odpowiedzieć artykułem z Newsweeka.

Mit rodziny jako cudownego tworu, który z leniwych, głupich, agresywnych, prymitywnych bądź obojętnych ludzi chwilę po zaślubinach i chrzcinach jest zdolny stworzyć sielankowe środowisko sprzyjające wzrastaniu w dobrobycie dzieci i dorosłych jest potwornie głupi i strasznie niebezpieczny. Rodzina nie jest lepsza niż ludzie, którzy ją stworzyli. Samo urodzenie dziecka/donoszenie ciąży nie sprawia w nadprzyrodzony sposób, że wzrasta ilość dobra we wszechświecie. Dziecko trzeba wykarmić, ubrać, obuć, ukoić lęki, opowiedzieć tysiące bajek, odpowiedzieć na tysiące pytań, nalepić setki plasterków, przytulać, pocieszać, wspierać i wysłuchiwać. Dziecko, współmałżonek/partner, rodzic, chora i ogarnięta demencją ciotka czy dziadek z protezą stawu biodrowego to nie rozkoszne ilustracje z pisemka parafialnego, tylko często godziny ciężkiej pracy, niedospania, rezygnacji i frustracji. Na to trzeba być gotowym, wiedząc, jakie są plusy i jakie sa obciążenia. Jeśli wierzy się w magiczne zaklęcie Rodziny, która to Rodzina nie ma większego problemu niż demonstrujący w sukience Jaś Kapela, to czołowe zderzenie z rzeczywistością może okazać się druzgoczące. Rodzenie dzieci tylko po to, by poczuć dumę ze statystyk krajowej dzietności – do czego próbują namawiać biskupi i politycy – jest durne, krótkowzroczne i oderwane od jakichkolwiek realiów. Jeśli koniecznie chcą nasi celibatowi eksperci od rodziny i dzietności pomagać rodzinom polskim, niech zmierzą się z ich prawdziwymi problemami: biedą, wykluczeniem, niedostatkami edukacji, brakiem przedszkoli i żłobków, brakiem opieki geriatrycznej i paliatywnej, brakiem mieszkań i leków czy wreszcie w wersji ekstremalnej – przemocą, alkoholizmem czy gwałtami małżeńskimi. Bicie się z wiatrakami, aka bohaterskie zwalczanie własnych fantazji na temat grozy utajonej w sukience Jasia Kapeli, może być świetnym dowcipem w doborowym towarzystwie, ale ludzi zatyranych w bieżącym kieracie tzw. życia rodzinnego mało to śmieszy, bardziej wkurza.

Roszczenia, oczekiwania, spirale długów

W mediach nowa rozrywka, polowanie na ciężarne.

No dobrze, to nic nowego – na ciężarne poluje się w Polsce nie od wczoraj – pilnuje się by nie usuwały ciąż, sprawdza, czy nie podrzucają dzieci, czy rodzą dzieci z certyfikatem małżeńskim, a potem – czy nie roszczą sobie zbyt wiele w związku z byciem matką. Obecna nagonka odbywa się pod hasłem użalania się nad ciężkim i rozpaczliwym losem polskiego przedsiębiorcy, którego biznes drży w posadach z powodu kobiet w wieku rozrodczym.

Szloch pierwszy, od którego się zaczęło, i odpowiedź równie rzewna.

Oczywiście, Gazeta Wyborcza tylko drukuje listy wzburzonych czytelniczek, które oskarżają pracownice swoich mężów o rujnowanie firmy, gigantyczne koszty i stresy zawodowe. Nie ma to wszak najmniejszego związku z nagonką i szczuciem, jakie od niedawna były minister sprawiedliwości uprawiał na tych samych łamach, antagonizując kobiety w wieku rozrodczym i środowiska LGBT (fun fact: oba te rzekomo wrogie obozy mają dużą część wspólną).

Opracujmy zatem schemat tych listów (i komentarzy, komentarze w Wyborczej są tylko jeden krąg piekielny wyżej niż onetowskie): dobrze sytuowana żona właściciela firmy, również matka dziecku/dzieciom pomstuje, że kobiety zatrudnione w przedsiębiorstwie jej męża ośmielają się korzystać z praw pracowniczych i przebywać na zwolnieniach lekarskich, urlopach macierzyńskich i wychowawczych, a potem – o, recydywo! – ponownie zachodzić w ciążę. Prowadzi to do srogiej pointy, że kobiet przed pięćdziesiątym rokiem życia zatrudniać nie należy, ponieważ biologia kobiet jest podstępna, ich pracownicze morale żadne a lojalność wobec szefa znikoma. Enter Gowin, Giertych i prawica, która wysyłając autorkom tych listów bukiecik i czekoladki może wstąpić na barykadę i ogłosić, że przecież same kobiety widzą, że ich miejsce nie jest w biurach, sklepach czy firmach, ale w domu, przy dzieciątku, a pan mąż niech pracuje i zarabia.

Oczywiście nie mam zamiaru kontrować listów własnymi obserwacjami, to byłby jałowy pojedynek na anegdoty. Mam zamiar porozmawiać o tym, co się stało, że kobiety z tych listów (o ile są prawdziwe, a nie są to wypreparowane na potrzeby wierszówki prace domowe redakcji z wyborcza.pl) występują krótkowzrocznie same przeciw sobie. Dlaczego zwalczają inne kobiety, zamiast wskazać prawdziwego winnego: system dyskryminujący kobiety na rynku pracy – system prawny, system obyczajowy, system tradycji – które do spółki tworzą państwo nie tyle wrogie kobietom, co eksploatujące je bez żadnych zahamowań.

System bowiem mówi, że dziecko ma matkę. Matka jest bardziej matką niż fryzjerką, księgową, sklepową, farmaceutką czy kierowniczką, od zajścia w ciążę jest definiowana społecznie przez swoje funkcje rozrodczo-wychowawcze. W odróżnieniu od mężczyzny, który dzieci miewa w czasie wolnym od pracy (a dbaniem o to, by spłodzone przezeń dzieci nie utrudniały mu pracy ani wypoczynku, zająć się powinna kobieta – wstając w nocy do dzieci, pilnując ich szczepień, wizyt lekarskich, dentysty, urodzin, zmiany obuwia i wycierania nosów); natomiast niemal całą swoją energię może przeznaczać na rozwój zawodowy i pasje życiowe. Oczywiście, istnieją wyłamujące się z systemu wyjątki, ojcowie pełnoetatowi i zajęci dziećmi nie tylko w chwili przerwy między ważniejszymi zajęciami – ale funkcjonują oni wciąż bardziej na prawach kuriozum niż reguły, niestety.

Wracając do matek: kiedy dokonają szalonych wysiłków, obliczą finanse, siły i zasoby, rozpoznają możliwości zdobycia miejsca w żłobku, upewnią się, że stać je na to (to znaczy, że mają etat, a nie umowę śmieciową, która w razie ciąży zostawia je zupełnie bez środków na cokolwiek, łącznie z refundacją leków na przykład), zachodzą w ciążę, rodzą, odchowują dziecko przez pierwsze miesiące korzystając z macierzyńskiego, i chcą wracać do pracy. Zderzają się tutaj z dwoma komunikatami: że są bezczelnymi pasożytami, które wypasły się na krwawicy przedsiębiorcy przez okres ciąży, połogu i laktacji; oraz że są wyrodnymi, zimnymi matkami, które porzucają niemowlę w jakiejś szemranej instytucji (o ile wygrały na loterii miejsce w żłobku) w imię swojej kariery. Tu możemy sobie poszydzić na temat kariery jaką z wizgiem i świstem robią w Polsce pielęgniarki, pracownice infolinii, manikiurzystki z osiedlowego gabinetu piękności, sprzedawczynie w sklepikach czy kasjerki w hipermarkecie – bo na te kobiety na stanowiskach podległych skarży się społeczeństwo jako na wykorzystujące nadmiernie (serio?) swoje pracownicze prawa.

Stacja pierwsza – sprzeczne oczekiwania i pretensje – za nami, czas na stację drugą: propozycje rozwiązań. System ma w ofercie dla kobiet w wieku rozrodczym dwa warianty, zależne od ich sytuacji materialnej – babcia lub niania. Fun fact: oba oparte są na wyzysku pracy innej kobiety. Kobieta, która była w wieku rozrodczym i miała pecha urodzić inną, płodną kobietę, dostaje od systemu nakaz pracy na etacie babci, ponieważ system widzi, że niewolnicza i darmowa praca babci jest tańsza i wydolniejsza niż zorganizowanie placówek zajmujących się niemowlętami profesjonalnie. Kobieta, która została bez pracy, ponieważ mądrość systemu zaleca nie zatrudniać na etacie pracowników mogących zajść w ciążę, może ratować się przed głodem i komornikiem podejmując się w szarej strefie niańczenia cudzych dzieci. System się kręci, ponieważ matka zaciągająca dług pracy u swojej matki lub teściowej ma obowiązek go spłacić za lat kilkanaście, gdy natknie się na barierę dostępu do domów opieki dla osób starych i przewlekle chorych. Domy opieki istnieją – państwowe zatłoczone i z wieloletnią kolejką oczekujących na miejsce, oraz prywatne, horrendalnie drogie. Wszystkie zaś równo obciążone są odium umieralni, zesłania, miejsca dla ludzi niekochanych przez bliskich i zaniedbanych. System oskarża niewdzięczne dzieci, które wysyłają niedołężnych bądź schorowanych rodziców do instytucji zamiast poświęcić własne zdrowie i życie osobiste pielęgnacji przodków. Znów, system predestynuje do gotowania, sprzątania, mycia i karmienia kobiety, słusznie napominając je, że wykorzystały wcześniej siły witalne swoich matek do opieki nad potomstwem. Ba, nie tylko matek, opieka nad teściami również należy systemowo do kobiety.

Mamy tu do czynienia z systemem w swojej istocie lichwiarskim. By utrzymać się na powierzchni, kobieta zmuszona jest zaciągać kolejne długi. Długi emocjonalne wobec swoich dzieci, które podrzuca do żłobków lub niań, jeśli wraca do pracy – lub dosłowne długi świadczeń socjalnych (co jej bezwzględnie wypomną w prasie pracodawca ze współpracownikiem) gdy pozostaje jak najdłużej z dzieckiem w domu. Następnie zaciąga dług czasu i pracy u swojej matki lub teściowej, powierzając im dziecko pod opiekę w godzinach, w których nie pracują przedszkola czy szkoły, ale ona sama owszem, musi. Spirala długów narasta, czas pożyczony zostaje zwindykowany po odchowaniu dzieci, gdy trzeba wypłacić zapożyczone godziny pracy opiekując się rodzicami lub teściami. To sprawia, że kobiety uciekają na wcześniejsze emerytury – nie by odpoczywać, lecz by pracować darmo wychowując swoje wnuki i pielęgnując swoich rodziców. Dostają wtedy w twarz ponownie od niewidzialnej ręki rynku, która je policzkuje głodową emeryturą („bo nie wypracowały sobie świadczeń”), z drugiej strony słyszą, jak są leniwe i pasożytują na społeczeństwie pracujących. System znalazł winnych, system jest z siebie dumny: te bezczelne kobiety, które w ciąży uciekały na L4, siedziały na wychowawczych, odeszły na wczesną emeryturę i żądają jeszcze, by tę emeryturę dostać w wysokości pozwalającej przeżyć – one rujnują gospodarkę i obciążają budżet. System sankcjonuje zatem niższe pensje kobiet, utrwalając ich beznadziejną sytuację. System nie płaci, system za to wymaga, wiedząc, że zdesperowane kobiety znajdą poza nim środki – pożyczając po rodzinie lub lombardach. System zaoszczędzi na żłobkach, przedszkolach i świetlicach, na domach opieki, hospicjach i systemie opieki środowiskowej dla osób starych i niepełnosprawnych. System już dawno odkrył, że ten sektor można sprywatyzować, wypychając go w szarą strefę darmowej pracy milionów kobiet, którym przywali później oskarżycielsko, że nie rodzą wystarczająco dzieci, że pracują za mało wydajnie, że porzucają ognisko domowe i kupują gotowe ciasto w hipermarkecie, a w domu nie mają posprzątane za szafami.

System przekonań, wierzeń religijnych i społecznych stereotypów z chęcią eksploatuje kobiety i ich pracę na rzecz społeczeństwa pod szyldem poświęcenia, opiekuńczej natury czy charyzmatu kobiecości. Kiedy w oparciu o te ozdobne terminy wyzysku podejmuje się państwo, zrzucając swoje obowiązki nieodpłatnie na obywateli – mamy do czynienia z lichwą i niewolnictwem.  Lichwą sankcjonowaną prawem i obyczajem, tradycyjną rolą kobiety, ale też pseudonaukowym bełkotem biedasocjologów gazetowych, ekonomistów i polityków. Nie wiem, czy jest z czego być dumnym, droga polska klaso rządząca. Rządząca najemnikami, niewolnicami i dłużnikami lombardów.