Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

Reklamy

Jak może wyglądać bieda?

Co wolno biednym? Czy dzieci korzystające z dofinansowanych przez szkołę lub gminę darmowych obiadów mogą pójść na pizzę? Czy student otrzymujący stypendium socjalne może chodzić w oryginalnych, niebazarowych Adidasach lub Nike’ach? Czy rodzina korzystająca z zasiłków i pomocy społecznej może mieć telewizor HD?

 

To nie są pytania o stan prawny ani praktykę stosowaną przy rozpatrywaniu wniosków w MOPSach i sekretariatach urzędów. To są pytania o można w znaczeniu: wypada czy też jest w porządku. To nie są pytania tak naprawdę o samych biednych czy ich możliwości wyboru, ale o to, co mamy w głowach my, czyli ci, którzy jeszcze(?) o sobie w kategorii biedni nie myślimy. To są pytania o to, jakie mamy oczekiwania i czego się spodziewamy po biednych.

Tu pojawia się pierwsza uwaga na marginesie, a raczej prośba, by czytelnik sobie w głowie poobracał przez moment tę koncepcję, że my bogaci (mam nadzieję, że nie potrzebuję wikłać wywodu w dodatkowe wyjaśnienia, że my bogaci nie oznacza tu jakiejś cezury majątkowej ani nie muszę wyjasniać, że wiem, że większość czytelników raczej dojeżdża do wypłaty na oparach; i że my bogaci to retoryczna, najzwięźlejsza opozycja do biednych, czyli klientów systemu pomocy społecznej, zasiłków etc) czegoś oczekujemy od biednych. Chociaż zasadniczo kierunek oczekiwań jest taki, że to biedni oczekują wsparcia, pomocy czy środków do życia od reszty społeczeństwa, to owo społeczeństwo w mniej czy bardziej uświadomiony i sformalizowany (np. zapisami kwot dochodów w ustawach o pomocy społecznej) sposób od owych biednych czegoś oczekuje. Tu rozstrząsaniu podlega ten niepisany zestaw oczekiwań, jakie społeczeństwo, czy też my bogaci ma wobec potencjalnych biorców świadczeń.

Tu kolejne zastrzeżenie: nie będzie linków ani kwitów. Nie mam żadnych twardych danych, bazuję na czystej anegdocie, na setkach rozmów słyszanych lub czytanych na forach internetowych, na tzw. powszechnych przekonaniach, na które chyba jeszcze polska socjologia nie zrobiła badań.

 

Ad rem wreszcie – oczekiwania wobec biednych są zasadniczo takie, że mają być biedni. To nie jest aż taka straszna tautologia – biedni mają nie tylko mieć wykazywalny na kwitach marny stan dochodów, oni mają wyglądać na biednych, żeby nie wywoływać dyskomfortu w otoczeniu, żeby nie powodować dysonansów poznawczych. Stąd te pytania w pierwszym akapicie, pytania o dopuszczalną (nieformalnie, rzecz jasna) granicę luksusu, na jaką mogą sobie pozwolić ludzie biedni. Obraz jaki społeczeństwo nosi w głowie jest, niestety, ukształtowany przez epokę balów charytatywnych i dobroczynności składającej się z parafialnych kiermaszów na rzecz ubogich; jest literackim, malowniczym archetypem godnego litości biedaka w podartych, acz schludnych ubraniach, w pokorze stającego na progu jasnego dworku jasnych państwa. Wystarczająca ilość pokory i dostatecznie malownicza nędza jego odzieży porusza zbiorowe serduszko jaśniepaństwa i sprawia, że jaśniepaństwo moralnie uzasadnia wydatki na cele społeczne i zapomogi. Ten mechanizm aprobaty stosownego kostiumu żebraka z epoki jasnych dworków, went i kwest na ubogich niestety przeniósł się (o, dzięki ci, literaturo, jaką nas nakarmiono w szkołach, za te archetypy) we współczesność, i obecnie społeczeństwo rzekomo bezklasowe czujnie lustruje ubrania, obuwie, akcesoria i wygląd osób ustawiających się do kas MOPSów, gmin, urzędów i dziekanatów. Społeczeństwo gromko oburza się, gdy po pomoc wyciąga się ręka z pomalowanymi pięknie paznokciami, albo proszą usta ozdobione czerwoną szminką. Od ubogich oczekujemy, by dostosowali się do roli petenta w sposób, w jaki o byciu petentem fantazjujemy, i skłonni jesteśmy oburzać się i karać (na przykład – odcięciem od środków pomocy społecznej) za wszelkie przejawy życia nie w nędzy. W ten oto szczególny sposób społeczeństwo uważa, że w zamian za świadczenia i zasiłki kupiło sobie na własność ludzi biednych, i ma prawo przejąć kontrolę (w wymiarze moralnym) nad ich wydatkami. W jakiejś pokracznej formie jest to zarówno odwzorowanie niewolniczego piętna jak i średniowiecznej kastowości, wyznaczanej m.in. zastrzeżeniem niektórych kolorów wyłącznie dla arystokracji. Koncepcja wizualnego indentyfikowania biedy, oznakowywania i piętnowania nie jest nowa i niestety, trzyma się świetnie. Biednemu dziś wolno kupić tani chleb i pasztetówkę, ale nie bilety do kina, nie pizzę i nie piwo. Biednemu nie wolno obnosić się (to pyszne słowo w tym kontekście) z jakimikolwiek oznakami dobrobytu, nie wolno mu poza to bycie biednym wyjść nawet w tej sferze symbolicznej, w której zawiera się kupienie sobie jakiejś nierozsądnie drogiej szminki czy butów.

Tu się bardzo brutalnie ujawnia też jeszcze jedna nieprzyjemna cecha połączonych sił formalnego systemu kwalifikacji biedy ze społecznym obrazem biedy-dającej-się-zaakceptować. Mianowicie, z tej biedy nie da się wyjść. Tzw. system oferuje głodowe zasiłki i wsparcie pod warunkiem absurdalnie zaniżonych dochodów – i grozi odcięciem tej pomocy za każdorazowe przekroczenie limitu, nawet, gdy przekroczenie wynika jedynie z otrzymania nawet jednorazowych świadczeń czy zapomóg z innego źródła. Opinia społeczna odmawia swojej akceptacji, gdy biedny przestaje być nędzarzem i zamiast pasujących do wierszyka o sierotce Marysi łachmanów zaczyna nosić dobrze wyglądającą odzież. Biedni złapani są w pułapkę – bo jeśli walczą o utrzymanie się na powierzchni i niepopadnięcie w łachmany, grzyb na ścianach i ostentacyjne niedobory w uzębieniu, to z punktu widzenia systemu jak i tego systemu mocodawców, czyli społeczeństwa – przestają na wsparcie zasługiwać.

A człowiek jest tak skonstruowany, że nie lubi myśleć i czuć się biedny. (Pomijam tu konstrukty będące pochodną „Kazania na Górze”, czyli nawoływanie do ubóstwa w zamian za szeroki wachlarz nagród w alternatywnej rzeczwistości, bo w dyskusji o pomocy społecznej są one po prostu nieuczciwe.) Obserwacje wszystkich kultur pokazują, że Maslow nie do końca ma rację – po zaspokojeniu potrzeb czysto biologicznych, przetrwaniowych, ludzie będą skłonni wydać pozostałe środki na będące w ich zasięgu (lub minimalnie powyżej tego zasięgu) znamiona luksusu. Stąd biedni wydają pieniądze na telewizory, smartfony czy odtwarzacze, bo są to rzeczy, na które łatwo uzyskają kredyt i które pozwalają jednocześnie utwierdzić się w poczuciu, że nie jest aż tak źle. Tu swoisty paradoks – dużo łatwiej uzyskać od ręki kredyt na dobra luksusowe w rodzaju płaskiego telewizora czy playstation niż na kurs księgowości czy obsługi maszyn. Łatwiej jest o kredyt konsumpcyjny niż pożyczkę na inwestycję zmierzającą do rzeczywistej poprawy statusu materialnego. łatwiej, nie tylko w sensie fizycznej dostępności, uzyskać drobne sumy na drobne przyjemności, niż potężne kwoty, jakich wymagałaby radykalna zmiana swojej pozycji, np – wypłacenie się z długów, zakup narzędzi pracy czy zrobienie profesjonalnych kursów zawodowych (przy okazji sporów o jakość kształcenia w Polsce i odsetku bezrobotnych wśród absolwentów potrzeba wykosztowywania się na czesne staje się podwójnie kwestionowalna). Kiedy mówię zaś o narzędziach nie fantazjuję o zakupie młotka czy szewskiego kopyta, ale o cenach legalnego oprogramowania – absolwent dofinansowanego przez gminę czy urząd pracy kursu grafiki komputerowej z pewnością nie kupi sobie legalnej kopii Quarka czy Photoshopa, żeby zaryzykować prowadzenie działalności gospodarczej lub szukać zleceń i umów na wykonanie ulotek. Poza paradoksem zaś jest, że bieda współistnieje z bezrobociem, a bezrobocie utrwalone, zakonserwowane pomocą społeczną otrzymywaną tylko za udokumentowaną nędzę tak naprawdę dysponuje tylko jednym dobrem: wolnym czasem. I ten czas bieda usiłuje sobie zająć czymś, a najtańszym sposobem zajęcia się jest bierne oglądanie czy to telewizji, czy zdjęć kotków w internecie. Od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdy znamieniem biedy były niepopłacone rachunki wszędzie poza wypożyczalnią kaset wideo, do dzisiaj, gdy rzetelne płatności dotyczą przede wszystkim faktur za prąd i internet, postęp dokonał się wyłącznie w kategorii technicznej.

Wracając do obrazu biednych i granic naszej, tj. społeczeństwa akceptacji dla fanaberii biedoty. Ten okropny obrazek pokornego łachmaniarza, jaki utrwalił się w opinii publicznej, ta koncepcja, że „prawdziwa bieda to jest wtedy, gdy nie ma co jeść” uderza nie tylko w samych klientów opieki społecznej, uderza ze straszną siłą w prekariat, który norm przepisanych dla usankcjonowanej biedy nie spełnia, a żyć próbuje wiążąc końce na okrętkę. Prekariat zostaje zniknięty z dyskursu, jako niewystarczająco biedny, by zasługiwał na pomoc, a zarazem zbyt dobrze sobie radzący, by zasługiwał na współczucie. Osunięcie się w nędzę zostaje potraktowane (poza jakimiś bajkowo medialnymi bankructwami możnych i pięknych) z niejaką satysfakcją, bo osąd opinii publicznej głosi, że upadek w biedę jest efektem nieporadności nędzarza i/lub jego rozrzutności. Mit oszczędnego biedaka, który z determinacją i pracowitością sam, własnymi rękami zdobywa szczyty i odnosi sukcesy nie aplikuje się do rzeczywistości, w której obecnie funkcjonujemy, rzeczywistości, w której żądamy od biednych, by dla naszego poznawczego i estetycznego komfortu byli wizerunkowo spójni i przychodząc po obiady/bony/wyprawki szkolne nie nosili markowych butów ani smartfona. Co szczególnie osobliwe, sami jesteśmy skłonni natychmiast sobie wybaczyć lub zracjonalizować wzięcie na raty niepotrzebnego w istocie elektronicznego gadżetu, którego nie moglibyśmy kupić od ręki, i który w zasadzie służy nam wyłącznie do przyjemności. Ale przyjemność jest przywilejem Większości Społeczeństwa, a nie – biednych. Oni czerpać mają z limitowanej puli drobnych przyjemnostek, widocznie rozłącznych z naszymi oznakami statusu.

 

To niepisane oczekiwanie, to oburzenie, gdy ktoś zidentyfikowany jako biedny wyłamuje się z archetypicznego wizerunku, jaki chcielibyśmy hołubić dość brzydko świadczy o zarówno naszym przywiązaniu do kastowości przejawiającej się we wszystkich sferach życia – jak i o leżącej głęboko u podstaw tego żądania koncepcji, że biedni są ludźmi gatunkowo innymi niż my, pozostający nad kreską, i że ich potrzeby i chęci nie zasługują na realizację bez uprzedniego nihil obstat wyrażonego przez Większość Społeczeństwa. (Nie zamierzam tu popadać w psychoanalizę i zgadywać, czy takie stygmatyzowanie ma dystansować biedę i spychać ją poza realność osobistych i własnych doznań stygmatyzującego, czy jest zwykłą bucerią bez głębszych korzeni.) Protekcjonalizm łączy się lepko z systemem kwalifikowania do uzyskania świadczeń pomocowych i generuje chętkę wielkopańskiego pokaż, że zasługujesz, bym dał ci zasiłek. Wychowani na nowelkach o dziewiętnastowiecznej nędzy skłonni jesteśmy wciąż traktować świadczenia pomocowe jak jałmużnę, wypłacaną z naszej łaski nieudacznikom. Stąd tylko krok do neoliberalnego nawoływania do zamknięcia kasy i pozostawienia pomocy społecznej chętnym, bo – nie każdy ma chęć dawać pieniądz żebrakom (choć to takie przyjemne, poczuć się dobroczyńcą za swoje).

Obawiam się, że w Polsce postbalcerowiczowskiej, przeoranej Lewiatanem i Mordasewiczem trudno będzie przepchnąć wspólnotowy sposób rozumienia pomocy społecznej i odczepić się od wizerunku pokornego nędzarza. Odejście od protekcjonalizmu jałmużny na rzecz podmiotowości wychodzącej z empatii wobec ludzi takich samych jak my jest tym trudniejsze, im mocniej zakorzeniły się w nas wyobrażenia i fantazje na temat bycia dobrą panią.

Nie będzie morału ani daleko idących wniosków. Pozostaje wciąż otwarte pytanie z pierwszego akapitu.

Wyważanie drzwi wykresem

I oto mamy dzień, w którym dziennikarze Rzeczpospolitej czytają raport demograficzny ze zrozumieniem. W pewnym sensie jest to święto, bo fakty przebiły się przez pancerz ideologicznych deklaracji, i wydały ładny owoc: poniższą tabelkę –

tabela_RP

Coś, co po drugiej stronie lasu było mówione od dawna, przebiło się do dyskursu prawicy – zależność między stabilnością ekonomiczną a dzietnością. Po prostu – kobiety mające zatrudnienie prawie dwukrotnie łatwiej podejmują decyzję o urodzeniu dzieci, ba, prawie dwukrotnie więcej tych dzieci mają.

Dlaczego wywlekam ten wykres? Bo obala ona kilka mitów jednocześnie, jednym kopem z półobrotu, i warto go zachować gdy znów te mity wypłyną:

Mit pierwszy:

Rozmnaża się zasadniczo bezrobotna hołota, pasożytująca na klasie pracującej, żerując na zasiłkach i becikowym. No więc, ziarenko prawdy jest takie, że owszem – nadwyżkowe, tj takie, na których wychowanie rodziny nie stać dzieci, pojawiają się tam, gdzie panuje i tak skrajna bieda i nędza, połączona z brakiem edukacji seksualnej oraz z brakiem antykoncepcji. (Tu rzut oka na lidera tabeli, ze wskaźnikiem dzietności ponad 7. Jakoś chyba nikt nie będzie zaciekle bronić tezy, że siódemka dzieci to efekt chcenia i planowania Nigeryjek, a nie – efekt tego, że tej siódemki nie miały jak uniknąć.) Natomiast tam, gdzie ciąża nie jest dopustem, karą i nieszczęściem, a zjawiskiem oczekiwanym, należy spodziewać się odwrotnej relacji.

Wniosek – jest argument za zdjęciem części stygmatu z bezrobotnych, których sytuacja i tak jest parszywa. Oraz za zmianą sposobu postrzegania rodzin wielodzietnych.

Mit drugi:

Kobiety nie rodzą dzieci, bo prą na karierę. W dawnych dobrych czasach kobieta siedziała w domu, strzegąc ogniska domowego i niańcząc rozkoszne dzieciątka, a mężczyzna wykazywał się dzielnością dostarczając niezbędne dla domu mamuty pieniądze. Godność macierzyństwa nie była szargana, a mężczyzna cieszył się należnym mu szacunkiem i posłuchem, i żyli długo i szczęśliwie.

Ziarno prawdy: owszem, przed pojawieniem się skutecznej antykoncepcji i kontroli płodności, ludzie mieli więcej dzieci. (Jako że były to czasy medycyny niewspółczesnej, więcej tych dzieci również umierało, zarówno na wady wrodzone jak i z powodu chorób nabytych, w tym również takich, które obecnie są zupełnie eradykowane  – no ale nie o tym mowa)

Wiadro kontry: na luksus kobiety niepracującej i udomowionej przy dzieciach mogły sobie pozwolić daleko nie wszystkie sfery. O ile mamy jakieś dokumenty (pamiętniki, listy, obrazy, dzieła sztuki) pokazujące, że szlachta, zamożne mieszczaństwo i arystokracja od renesansu mogła w ten sposób zarządzać życiem rodzinnym, to umyka nam fakt, że w całej reszcie społeczeństwa – czyli w jego większości! – wśród chłopstwa, drobnych rzemieślników i handlarzy – pracowali wszyscy, którzy nie byli całkiem unieruchomieni wiekiem lub niepełnosprawnością. (W dodatku warto dodać, że wyższe sfery masowo wysyłały swoje niemowlęta na wieś, do mamek, na wychowanie, obalając tym samym mit o czułej miłości macierzyńskiej jako czymś wdrukowanym nam biologicznie. Oraz pokazując, że związek między czułym macierzyństwem a domowym bytowaniem kobiety był dość luźny)

Wniosek: konserwatyści wszelkiej maści, rozdzierający szaty nad spadającą demografią i wieszczący rychłą zagładę narodu, jeśli Polki nie porzucą garsonek, szpilek, biurek, segregatorów, kas i lad, za którymi robią szalone kariery wbrew swojemu przeznaczeniu – ci konserwatyści powinni na chwilę przysiąść w skupieniu i przemyśleć wyniki raportu. Ich ideologiczny zapał w zaganianiu kobiet do garnków, pieluch i pralek nie powinien upośledzać zdolności rozumienia rzeczywistości, a fakty mówią za siebie: dopóki kobieta nie zostanie ubezwłasnowolniona i pozbawiona możliwości kontroli nad własnym ciałem, tak długo świadomie decydować się na dzieci będzie wtedy, gdy będzie mieć podstawy utrzymania dzieci. To znaczy pracę i własne dochody.

Co daję pod rozwagę różnym filozofom i teologom udzielającym w prasie porad na temat życia rodzinnego w świecie idealnie kulistych baniek mydlanych.

Mit trzeci:

Upadek obyczajów, konsumpcjonizm i moda na singli sprawia, że dzieci się nie rodzą. Bo to, panie, z Unii przyszła taka okropna moda.

Ziarno prawdy: dzieciatym jest trudniej, dziecko ogranicza możliwości konsumpcyjne rodziny i wymusza zupełnie inne strategie gospodarowania pieniędzmi.

W kontrze:

Unijne biuro statystyczne zbadało, jak na dzietność wpływa nie tylko wzrost produktu krajowego brutto, ale także wskaźnik konsumpcji (Actual Individual Consumption, AIC), poziom bezrobocia osób w wieku rozrodczym (15–49 lat) oraz poczucie niepewności w gospodarce (Consumers’ Confidence Index CCI).

W trzech ostatnich kategoriach zajmujemy pierwsze lub jedno z pierwszych miejsc w Europie. Na przykład poziom korelacji między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością w Polsce jest najwyższy. Innymi słowy, u nas pogarszająca się sytuacja zewnętrzna szczególnie negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny.

Mody czy pożądania kreowane przez media i kulturę mogą wpływać w sprawach tak kluczowych jak posiadanie dziecka na znikomy odsetek ludzi. Moda może determinować inwestycję w niepraktyczne i niewygodne buty lub rozrzutnie kosztowny samochód (który w czasach kryzysu można ewentualnie ze stratą odsprzedać), ale nie spowoduje decyzji o ponadwudziestoletniej inwestycji, jaką są dzieci.

Wniosek: gromienie mody, stylu życia, pracy zawodowej i innych łatwych celów ideologicznej połajanki jest dużo łatwiejsze, niż dodanie do siebie statystyk i pokazanie, że nie da się jednocześnie biadać nad spadającą dzietnością i wyrzekać, że rodakom nie podobają się elastyczne formy zatrudnienia czyli umowy śmieciowe, obcinanie świadczeń i życie w zawieszeniu. Nie da się zarazem wywalać ludzi na samozatrudnienie/działalność gospodarczą i spodziewać się, że z braku pracy i perspektyw ochoczo zajmą się rozmnażaniem, a dziećmi zajmą się eksploatując w ogródkach podziemne żyły złota zapewne.

Pytanie, czy ustawodawcy i federacje pracodawców dostrzegą to, co dostrzegł już dziennikarz Rzeczpospolitej?

Przepraszam za wyważanie otwartych drzwi, ale okazja się szybko nie powtórzy, by móc polemizować z felietonistami „Rz” za pomocą artykułu z „Rz”.

 

(Edycja: przecinki i gramatyka)

Pożytki z biblioteki

Ponieważ pojawiło się tutaj już dwadzieścia notek, które bez wyjątku służą narzekaniu i maniu za złe; od pewnego czasu gnębi mnie myśl, czy w swoim lamencie mam jakąś wizję pozytywną, jakiś program, jak opisać rzeczywistość wokół i wysnuć jakieś mądre wnioski. Jeśli zaś nie uda się mądrych wniosków, to może chociaż jakieś naiwne, idealistyczne wnioski udałoby się wyprowadzić? Cokolwiek poza ciągłymi jeremiadami, że jest źle a nikt nic nie robi, a jak robi, to robi jeszcze gorzej.

Ma to filozofowanie wszelkie cechy wymyślania na nowo rzeczy znanych światu od dawna, bo z grubsza usiłowałam na potrzeby blogaska sformułować program lewicy jaką chciałabym, żeby w Polsce była. (Ta dyskusja krążyła po wielekroć po zaprzyjaźnionych blogach i cyrklach na G+, więc pozwolę jej sobie nie streszczać zbyt szczegółowo) Ponieważ wiadomo, że nie należy się w tej sprawie sugerować programami partii, jakie mają słowo „lewica” w nazwie czy statucie, poszłam sobie do biblioteki. Takiej konwencjonalnej, analogowej, z papierowymi książkami.

Oto poniżej świeży, przemyślany, opatrzony sumieniem i świadomością opis świata w okół wraz ze wskazówkami, jak ten świat ratować. Oto lewica, która troszczy się zarówno o wyrównywanie przepaści ekonomicznej, wyciąganie z nędzy w pierwszej kolejności, o ekonomię opartą na szacunku dla pracy i pracownika, o ograniczenie konsumpcji, o zredukowanie wyzysku pracowniczego, dbałość o zasoby naturalne, przyrodę i kulturę, o twórczość jako niezbędny element życia każdego.

 Ten świeży program pochodzi z 1997 roku.

image

image

image

Ponieważ do biblioteki wracam i wracać będę w najbliższym czasie jeszcze sporo, nie zdradzę na razie, kogo tu zacytowałam. (Oczywiście, jeśli ktoś – bez guglania, s’il vous plait! – chciałby zgadywać, o kim mowa, tylko się ucieszę, a z przyjemnością mogę zwycięzcę nagrodzić przy okazji jakiejś dewirtualizacji.) Mogę obiecać, że kolejne cytaty pojawią się wkrótce, w ramach prezentacji jedynej postaci ze świata polityki, wobec której mam cały czas ogromny podziw, szacunek i zaufanie. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że mieliśmy w pewnej chwili w Polsce fenomenalnego przywódcę ruchu lewicowego,wyposażonego w doświadczenie społeczne, niezwykły i przenikliwy umysł, wiedzę, fenomenalną empatię i umiejętność współpracy z innymi, a przy tym zdolność konstruowania instytucji społecznych od zera, który niestety miał dwie fundamentalne wady: odżegnywał się od stawania na czele czegokolwiek oraz został przez większość z nas zbagatelizowany i niedoceniony.

Roszczenia, oczekiwania, spirale długów

W mediach nowa rozrywka, polowanie na ciężarne.

No dobrze, to nic nowego – na ciężarne poluje się w Polsce nie od wczoraj – pilnuje się by nie usuwały ciąż, sprawdza, czy nie podrzucają dzieci, czy rodzą dzieci z certyfikatem małżeńskim, a potem – czy nie roszczą sobie zbyt wiele w związku z byciem matką. Obecna nagonka odbywa się pod hasłem użalania się nad ciężkim i rozpaczliwym losem polskiego przedsiębiorcy, którego biznes drży w posadach z powodu kobiet w wieku rozrodczym.

Szloch pierwszy, od którego się zaczęło, i odpowiedź równie rzewna.

Oczywiście, Gazeta Wyborcza tylko drukuje listy wzburzonych czytelniczek, które oskarżają pracownice swoich mężów o rujnowanie firmy, gigantyczne koszty i stresy zawodowe. Nie ma to wszak najmniejszego związku z nagonką i szczuciem, jakie od niedawna były minister sprawiedliwości uprawiał na tych samych łamach, antagonizując kobiety w wieku rozrodczym i środowiska LGBT (fun fact: oba te rzekomo wrogie obozy mają dużą część wspólną).

Opracujmy zatem schemat tych listów (i komentarzy, komentarze w Wyborczej są tylko jeden krąg piekielny wyżej niż onetowskie): dobrze sytuowana żona właściciela firmy, również matka dziecku/dzieciom pomstuje, że kobiety zatrudnione w przedsiębiorstwie jej męża ośmielają się korzystać z praw pracowniczych i przebywać na zwolnieniach lekarskich, urlopach macierzyńskich i wychowawczych, a potem – o, recydywo! – ponownie zachodzić w ciążę. Prowadzi to do srogiej pointy, że kobiet przed pięćdziesiątym rokiem życia zatrudniać nie należy, ponieważ biologia kobiet jest podstępna, ich pracownicze morale żadne a lojalność wobec szefa znikoma. Enter Gowin, Giertych i prawica, która wysyłając autorkom tych listów bukiecik i czekoladki może wstąpić na barykadę i ogłosić, że przecież same kobiety widzą, że ich miejsce nie jest w biurach, sklepach czy firmach, ale w domu, przy dzieciątku, a pan mąż niech pracuje i zarabia.

Oczywiście nie mam zamiaru kontrować listów własnymi obserwacjami, to byłby jałowy pojedynek na anegdoty. Mam zamiar porozmawiać o tym, co się stało, że kobiety z tych listów (o ile są prawdziwe, a nie są to wypreparowane na potrzeby wierszówki prace domowe redakcji z wyborcza.pl) występują krótkowzrocznie same przeciw sobie. Dlaczego zwalczają inne kobiety, zamiast wskazać prawdziwego winnego: system dyskryminujący kobiety na rynku pracy – system prawny, system obyczajowy, system tradycji – które do spółki tworzą państwo nie tyle wrogie kobietom, co eksploatujące je bez żadnych zahamowań.

System bowiem mówi, że dziecko ma matkę. Matka jest bardziej matką niż fryzjerką, księgową, sklepową, farmaceutką czy kierowniczką, od zajścia w ciążę jest definiowana społecznie przez swoje funkcje rozrodczo-wychowawcze. W odróżnieniu od mężczyzny, który dzieci miewa w czasie wolnym od pracy (a dbaniem o to, by spłodzone przezeń dzieci nie utrudniały mu pracy ani wypoczynku, zająć się powinna kobieta – wstając w nocy do dzieci, pilnując ich szczepień, wizyt lekarskich, dentysty, urodzin, zmiany obuwia i wycierania nosów); natomiast niemal całą swoją energię może przeznaczać na rozwój zawodowy i pasje życiowe. Oczywiście, istnieją wyłamujące się z systemu wyjątki, ojcowie pełnoetatowi i zajęci dziećmi nie tylko w chwili przerwy między ważniejszymi zajęciami – ale funkcjonują oni wciąż bardziej na prawach kuriozum niż reguły, niestety.

Wracając do matek: kiedy dokonają szalonych wysiłków, obliczą finanse, siły i zasoby, rozpoznają możliwości zdobycia miejsca w żłobku, upewnią się, że stać je na to (to znaczy, że mają etat, a nie umowę śmieciową, która w razie ciąży zostawia je zupełnie bez środków na cokolwiek, łącznie z refundacją leków na przykład), zachodzą w ciążę, rodzą, odchowują dziecko przez pierwsze miesiące korzystając z macierzyńskiego, i chcą wracać do pracy. Zderzają się tutaj z dwoma komunikatami: że są bezczelnymi pasożytami, które wypasły się na krwawicy przedsiębiorcy przez okres ciąży, połogu i laktacji; oraz że są wyrodnymi, zimnymi matkami, które porzucają niemowlę w jakiejś szemranej instytucji (o ile wygrały na loterii miejsce w żłobku) w imię swojej kariery. Tu możemy sobie poszydzić na temat kariery jaką z wizgiem i świstem robią w Polsce pielęgniarki, pracownice infolinii, manikiurzystki z osiedlowego gabinetu piękności, sprzedawczynie w sklepikach czy kasjerki w hipermarkecie – bo na te kobiety na stanowiskach podległych skarży się społeczeństwo jako na wykorzystujące nadmiernie (serio?) swoje pracownicze prawa.

Stacja pierwsza – sprzeczne oczekiwania i pretensje – za nami, czas na stację drugą: propozycje rozwiązań. System ma w ofercie dla kobiet w wieku rozrodczym dwa warianty, zależne od ich sytuacji materialnej – babcia lub niania. Fun fact: oba oparte są na wyzysku pracy innej kobiety. Kobieta, która była w wieku rozrodczym i miała pecha urodzić inną, płodną kobietę, dostaje od systemu nakaz pracy na etacie babci, ponieważ system widzi, że niewolnicza i darmowa praca babci jest tańsza i wydolniejsza niż zorganizowanie placówek zajmujących się niemowlętami profesjonalnie. Kobieta, która została bez pracy, ponieważ mądrość systemu zaleca nie zatrudniać na etacie pracowników mogących zajść w ciążę, może ratować się przed głodem i komornikiem podejmując się w szarej strefie niańczenia cudzych dzieci. System się kręci, ponieważ matka zaciągająca dług pracy u swojej matki lub teściowej ma obowiązek go spłacić za lat kilkanaście, gdy natknie się na barierę dostępu do domów opieki dla osób starych i przewlekle chorych. Domy opieki istnieją – państwowe zatłoczone i z wieloletnią kolejką oczekujących na miejsce, oraz prywatne, horrendalnie drogie. Wszystkie zaś równo obciążone są odium umieralni, zesłania, miejsca dla ludzi niekochanych przez bliskich i zaniedbanych. System oskarża niewdzięczne dzieci, które wysyłają niedołężnych bądź schorowanych rodziców do instytucji zamiast poświęcić własne zdrowie i życie osobiste pielęgnacji przodków. Znów, system predestynuje do gotowania, sprzątania, mycia i karmienia kobiety, słusznie napominając je, że wykorzystały wcześniej siły witalne swoich matek do opieki nad potomstwem. Ba, nie tylko matek, opieka nad teściami również należy systemowo do kobiety.

Mamy tu do czynienia z systemem w swojej istocie lichwiarskim. By utrzymać się na powierzchni, kobieta zmuszona jest zaciągać kolejne długi. Długi emocjonalne wobec swoich dzieci, które podrzuca do żłobków lub niań, jeśli wraca do pracy – lub dosłowne długi świadczeń socjalnych (co jej bezwzględnie wypomną w prasie pracodawca ze współpracownikiem) gdy pozostaje jak najdłużej z dzieckiem w domu. Następnie zaciąga dług czasu i pracy u swojej matki lub teściowej, powierzając im dziecko pod opiekę w godzinach, w których nie pracują przedszkola czy szkoły, ale ona sama owszem, musi. Spirala długów narasta, czas pożyczony zostaje zwindykowany po odchowaniu dzieci, gdy trzeba wypłacić zapożyczone godziny pracy opiekując się rodzicami lub teściami. To sprawia, że kobiety uciekają na wcześniejsze emerytury – nie by odpoczywać, lecz by pracować darmo wychowując swoje wnuki i pielęgnując swoich rodziców. Dostają wtedy w twarz ponownie od niewidzialnej ręki rynku, która je policzkuje głodową emeryturą („bo nie wypracowały sobie świadczeń”), z drugiej strony słyszą, jak są leniwe i pasożytują na społeczeństwie pracujących. System znalazł winnych, system jest z siebie dumny: te bezczelne kobiety, które w ciąży uciekały na L4, siedziały na wychowawczych, odeszły na wczesną emeryturę i żądają jeszcze, by tę emeryturę dostać w wysokości pozwalającej przeżyć – one rujnują gospodarkę i obciążają budżet. System sankcjonuje zatem niższe pensje kobiet, utrwalając ich beznadziejną sytuację. System nie płaci, system za to wymaga, wiedząc, że zdesperowane kobiety znajdą poza nim środki – pożyczając po rodzinie lub lombardach. System zaoszczędzi na żłobkach, przedszkolach i świetlicach, na domach opieki, hospicjach i systemie opieki środowiskowej dla osób starych i niepełnosprawnych. System już dawno odkrył, że ten sektor można sprywatyzować, wypychając go w szarą strefę darmowej pracy milionów kobiet, którym przywali później oskarżycielsko, że nie rodzą wystarczająco dzieci, że pracują za mało wydajnie, że porzucają ognisko domowe i kupują gotowe ciasto w hipermarkecie, a w domu nie mają posprzątane za szafami.

System przekonań, wierzeń religijnych i społecznych stereotypów z chęcią eksploatuje kobiety i ich pracę na rzecz społeczeństwa pod szyldem poświęcenia, opiekuńczej natury czy charyzmatu kobiecości. Kiedy w oparciu o te ozdobne terminy wyzysku podejmuje się państwo, zrzucając swoje obowiązki nieodpłatnie na obywateli – mamy do czynienia z lichwą i niewolnictwem.  Lichwą sankcjonowaną prawem i obyczajem, tradycyjną rolą kobiety, ale też pseudonaukowym bełkotem biedasocjologów gazetowych, ekonomistów i polityków. Nie wiem, czy jest z czego być dumnym, droga polska klaso rządząca. Rządząca najemnikami, niewolnicami i dłużnikami lombardów.