Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?

Reklamy

Nowicka-gate, czyli przeżujmy to jeszcze raz

Wielkie moralne oburzenie wybuchło z powodu wysokich nagród, jakie przyznało sobie prezydium sejmu. Prasa podaje kwoty, politycy (ci, którzy nie są w prezydium) wywracają oczami na pazerność chytrej baby z Radomia i jej kumpli. Kumple zaś mówią różnie, zależy, jak szybko przyłapani, najczęściej deklarują przekazanie kasy na zbożny cel. Nie zawsze, bo na przykład taki Wenderlich rzecze odkrywczo. I ma rację. Na marginesie, w internetach zauważono, że cała zabawa w nagrody odbywa się na podstawie dość starego przepisu, z 1981 roku. I jej konstytucyjność jest nieco niepewna w świetle bieżącego prawa. Ja się nie znam, ja nie jestem prawniczką, i zresztą nie to jest w tej histerii clou. Albowiem dzieje się tu dużo i jednocześnie, co wcale nie ułatwia nadążania za fabułą.

Niesiołowski jest zdumiewająco w tej sprawie łagodny:  – co nabiera nieco sensu, gdy zajrzeć tutaj i tutaj.  To dokumenty przesłane w 2012 przez Kancelarię Sejmu na wyraźne zapytanie Stańczyka o premie wypłacane z funduszu nagród. Dane nie zawierają ostatnich dwu lat. Co do 2012 wiemy już, że do sierpnia nagrody przypadły tylko Kancelarii Sejmu, natomiast bomba wybuchła w styczniu, w sprawie nagród dla prezydium.

Teraz dwa szybkie pytania testowe (proszę bez pomocy wyszukiwarek, z pamięci):
Kto dostał te nagrody, OPRÓCZ Ewy Kopacz i Wandy Nowickiej?

Aha, tak właśnie myślałam.
A dostało łącznie sześć osób:
Marszałkini Ewa Kopacz (PO)
Wicemarszałkini Wanda Nowicka (Ruch Palikota)
Wicemarszałek Cezary Grabarczyk (PO)
Wicemarszałek Eugeniusz Grzeszczak (PSL)
Wicemarszałek Jerzy Wenderlich (SLD)
Wicemarszałek  Marek Kuchciński (PiS)

Drugie pytanie: które z mediów opisało JAKO PIERWSZE sprawę nagród?
Odpowiedź: SuperExpress. Znany skądinąd z metody dziennikarskiej podążania za tropem podrzuconym przez bohaterów bądź wrogów bohaterów swoich reportaży, metody zwanej ustawką dziennikarską. Stawiam moje najładniejsze buty, że inspiracja do tego demaskatorskiego artykułu wyszła z Sejmu.

Media bowiem od 23 stycznia szaleją nad dwiema postaciami – Kopacz i Nowicką, znęcając się nad ich pazernością. Sejm podłączył się chcąc nie chcąc, po tym, jak Palikot uniósł się świętym oburzeniem i cofnął rekomendację dla Nowickiej jako reprezentantki własnego klubu. Tu zaczęły się dziać zaś sprawy zupełnie oryginalne.
Zaznaczmy po kolei: Palikot jako jedyny szef partii zaczął grzmieć o nieetycznym postępowaniu swojej klubowej koleżanki. Wyciągnął kartkę moralnych standardów, których oczekuje i których się trzyma (przypomnijmy, że o ile Ruch Palikota to nowa partia w Sejmie, jej wódz to sejmowy recydywista, były członek PO, który za czasów poprzedniej kadencji najwyraźniej inne moralne standardy nosił, bo milczał w sprawie funduszu nagród i nie widział żadnych problemów). Co do etyczności samego Palikota – wolałabym, by w kwestiach tak subtelnych milczał
1) były wydawca ultraprawicowego OZONU , który dziś mówi:

– Tak, żałuję. Nie tylko dlatego, że straciłem na tym 20 milionów złotych, co już wystarczy jako przedsiębiorcy. Ale także, że dzisiaj wstydzę się za tę okładkę „Zakaz pedałowania” i jest mi przykro, że kiedykolwiek dołożyłem do tego chociaż złotówkę – mówił Palikot na konferencji prasowej, na której m.in. zaprezentował rzecznika swojej partii. Został nim były wicenaczelny „Nie” Andrzej Rozenek.

(Źródło)

2) Ślubujący tak mi dopomóż Bóg  poseł mówiący o narodowym charakterze krzyża (tego samego, który dziś tak rączo chciałby zdejmować)

Tym bardziej, że gdy nawołuje Nowicką do zachowań etycznych, wymyka mu się z buzi bardzo niepiękny zapach.

Ale po kolei –  cóż robi nasz lewicowy Katon, potępiwszy pazerność Nowickiej w minutę po opublikowaniu przez SE informacji o premiach dla prezydium sejmu? Wymaga od niej rezygnacji. Cofa jej rekomendację. Zastrasza ją, że jest skończona w polityce (mówi to pan, który wystawił ją w ostatniej chwili na liście wyborczej w stolicy na drugiej pozycji, co przyniosło mu 7065 głosów  i znacząco podniosło notowania Ruchu Palikota w środowisku równościowym, feministycznym i lewicowym).
Po czym ogłasza, że na jej miejsce chciałby ustanowić Annę Grodzką.
W tydzień po haniebnych wynikach głosowania nad ustawą o związkach partnerskich i po wylaniu się szamba prawicowego na temat Grodzkiej właśnie (złotousta Pawłowicz na spotkaniu z wyborcami, nie będę linkować do tego, kto chętny, niech sam znajdzie, jeśli jeszcze się uchował bez tej wiedzy).
Dla wszystkich nieurodzonych wczoraj było jasne, że kandydatura Grodzkiej jest zagraniem na awanturę. Sejm w obecnym składzie nigdy w życiu nie zagłosowałby na nią, z powodów, które wylały się przy dyskusji na temat projektów ustaw Dunina, SLD i Ruchu Palikota. Z drugiej strony – niezagłosowanie na kandydatkę wysuwaną przez uprawniony do wicemarszałka klub wyglądałoby na złamanie pewnych zasad funkcjonujących w sejmie od zawsze (zupełnie, jak nagrody dla prezydium). Szach, mat, czas antenowy dla pana Janusza w prime-timie, Nowicka złapana w pułapkę posłuszeństwa partyjnego i lojalności wobec Grodzkiej zarazem, obdarzana przez własnego szefa klapsami za nieposłuszeństwo.
Sejm zrobił jedyne, co mógł, to znaczy uratował Nowicką wbrew jej klubowi (dając wyraźnie do zrozumienia, że głosuje za pozostawieniem Nowickiej, byle nie musieć opowiadać się w sprawie Grodzkiej), wystawiając panią wicemarszałkinię jednocześnie pod pręgierz opinii z uwieszonym na szyi dwutonowym szyldem chciwej i interesownej karierowiczki, która trzyma się stołka zębami i portfelem. (Na zupełnym marginesie zaznaczmy, że na szyjach Wenderlicha, Grzeszczaka, Grabarczyka i Kuchcińskiego są wyłącznie krawaty. Ani ich kluby, ani media, nie widzą w ich dochodach skwapliwie przyjmowanych nic nieprawidłowego)

Cóż robi Palikot, gdy sprawa rozwija się według jedynego realnego scenariusza, a kliki i lajki lecą jak szalone? Wrzuca taką perełkę, a żeby nikomu to nie wydało się zbyt łagodne, pisze jeszcze na swoim blogasku.

Państwo pozwolą, że ochłonę. Nasz Katon lewicy, kryształowe sumienie portfela sejmowego, wiarygodny moralnie jak lokata Amber Goldu, ubliża swojej koleżance i sugeruje (metaforycznie czy nie, i po co mu do tego Nietzsche?!) że chciała być zgwałcona. Oraz leci kolejnymi obelgami ze sfery seksualnej. Poniewiera jedną z liderek swojej partii, pracowitą posłankę, funkcjonującą w sferze NGOsów od lat, znaną powszechnie przed wyborami nie z bycia członkinią Ruchu Palikota, ale z działalności pozasejmowej na rzecz kobiet i wolnego wyboru. Szantażuje ja przy tym paskudnie pozycją Anny Grodzkiej, biorąc w zakład środowiska LGBTQ.

Oczywiście, od Palikota śmiesznym byłoby wymagać kurtuazji czy lojalności wobec własnych współpracowników, czy choćby jakiegoś przestrzegania granic. Jego zaś wymagania i oczekiwania wyglądają nie tyle groteskowo, co bezczelnie i hucpiarsko. Oraz celowo. Wygląda to jak rozgrywka, w której w efekcie Nowicka zostaje kompletnie pogrążona politycznie i towarzysko, Grodzka służy do obnoszenia na kiju po sejmie jako straszak na prawicę przed głosowaniami, a Palikot zbiera czas antenowy dla swojej partii. Facetom nic się złego nie dzieje, bo to przecież nie chodziło o to, że posłowie wzięli kasę, tylko że niezależna i wybijająca się Nowicka dostała pieniądze z legalnie funkcjonującego funduszu nagród. Gdyby chodziło o forsę, ba, gdyby chodziło o zasady! – Palikot wnioskowałby o przeczołganie wszystkich.

O samym braniu pieniędzy napisano wszędzie. Niestety, wszędzie tylko Nowicka jest odpytywana, jak przedszkolak z wierszyka, czy to ładnie i czy jej ręka nie drżała przy głosowaniu w sprawie nagród. Przy tej okazji wyciąga się kwestię parytetów, tłukąc Nowicką w parytet (bo jak to, kobieta w sejmie miała wprowadzić wiosnę, odnowę moralną i przemianę w anioła, i jak to, że nie, odwołać parytety. Nikt nie widzi argumentu w drugą stronę, że parytet męski skompromitował się tym samym czterokrotnie mocniej) Panowie posłowie nadal robią to, co robili dotychczas. To od pań posłanek oczekuje się wyższych standardów, mniej lub bardziej wprost wymawiając im, że łaska wyborcza nie po to pozwala im się bawić w politykę, by zachowywały się jak reszta polityków. Mają być lepsze, ładniejsze i grzeczniejsze, i dać się wywalić bez pyskowania, gdy szefowi się znudzą.
To nie jest obrona Nowickiej biorącej nagrodę. To jest atak na metody Palikota, który najpierw Nowicką zgarnął (ucierając nosa SLD i chwaląc się nagle zyskanym feministycznym sumieniem) na swoje listy wyborcze, a potem ją przeczołgał z pozycji etycznych, o których powinen akurat on długo i w skupieniu milczeć.

 

(Edycja: literówki, przyuważone poniewczasie)