Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

Reklamy

Podróże po mieście i podróże w czasie

 

Istnieją w dużych miastach rzutkie patrole straży miejskiej, zawzięcie zwalczające przenośne stragany z majtkami, twarogiem lub papryką. Z całą bezwzględnością rekwiruje się naręcza pietruszki i rajstop, a stojącym czy przycupniętym za biedastraganem handlarzom wręcza się upomnienia i mandaty. Szczególnie mocno ścigany jest handel uliczny w centrum Warszawy, gdzie burmistrz Wojciech Bartelski głośno mówi, że dzielnica Śródmieście jest dla przedsiębiorców i prestiżu, a nie biednych mieszkańców i stołowników tanich barów mlecznych – ponieważ, zgodnie z jego wiedzą, w Warszawie nie ma biedy.

Istnieją też przepisy zabraniające handlu ulicznego bez zezwoleń:

Kodeks Wykroczeń, Art. 60′ §1Kto wykonuje działalność gospodarczą bez wymaganego zgłoszenia do ewidencji działalności gospodarczej, wpisu do rejestru działalności regulowanej lub bez wymaganej koncesji lub zezwolenia, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny Art 60 3 §1 Kto prowadzi sprzedaż na terenie należącym do gminy lub będącym w jej zarządzie poza miejscem do tego wyznaczonym przez właściwe organy gminy podlega karze grzywny. §2 W razie popełnienia wykroczenia, określonego w §1 można orzec przepadek towarów przeznaczonych do sprzedaży, choćby nie stanowiły własności sprawcy.

 

Szczególnie rygorystycznie prawodawca odnosi się do handlu produktami spożywczymi, ze względów sanitarnych i zdrowotnych nakładając na sprzedawców wymogi odnośnie stanu stoiska i zaplecza oraz posiadania przez wszystkich handlujących jedzeniem aktualnych książeczek zdrowia.

Art 111 §2 Karze grzywny podlega, kto nie zachowuje należytej czystości w produkcji lub obrocie środkami spożywczymi.

Osobne przepisy regulują sferę fiskalną handlu obwoźnego, niektóre zaś nadzwyczaj szczegółowo odnoszą się do wyposażenia stoisk, np w jednolite parasole – natomiast chciałabym przez chwilę skupić się na zagadnieniach higieny i zdrowia w takim oto handlu mięsem drobiowym oraz nabiałem:

Art. 118 §2 Kto wprowadza do obrotu mięso: 1) bez wymaganego oznakowania i świadectwa (…) – podlega karze aresztu lub grzywny.

 

image

 

Te przepisy, w zasadzie słuszne, są karygodnie obłudne w praktyce. W obecnym natężeniu kryzysu, przy szalejącym bezrobociu i nędzy straszniejszej niż epidemia dżumy, trzymanie się małostkowych przepisów higieny i używanie ich jako narzędzia do pastwienia się nad nędzarzami to nieludzkie okrucieństwo. Zapewne, gotowany groch trzymany w brudnym koszyku, jest niezdrowy. A mieszkanie w dwadzieścioro w jednej izbie jest zdrowe? A głodowanie miesiącami jest zdrowe? Ten, kto sprzedaje gotowany groch na ulicy, ten kto go kupuje, żyje tak niezdrowo, że nie bądźmy śmieszni, narzucając mu nagle drobiazgowe przepisy higieny. Niech mu społeczeństwo da co włożyć do gęby, a potem niech się troszczy o jego zdróweczko. W tych warunkach co obecnie zarówno higiena, jak sprawiedliwość, przypominają dwie dobroczynne paniusie, bezduszne i oschłe, które dają po pierniczku dzieciom nie znającym od miesięcy mleka. W imię zdrowia wymierza się nędzarce grzywny, ale nie myśli się, czy to będzie zdrowe dla jej dzieci, które z tej racji zostaną na parę dni pozbawione jedzenia.

 

I bezcelowość tego wszystkiego. Nędzarka zaraz nazajutrz po wyjściu (…) pójdzie na ulicę sprzedawać swoje obwarzanki, co ma robić? Oto społeczna hodowla przestępców, która automatycznie wynika z takiego stanu rzeczy. (…) Zwłaszcza, że ci wszyscy [oskarżeni o handel uliczny bez zezwolenia i wbrew przepisom sanitarnym – uzupełnienie Naima] których widziałam w sądzie, mają wszelkie dane na recydywistów.

Głód też jest recydywistą.

 

image

Obrazki ilustrujące dzisiejszą notkę zostały zrobione w kwietniu 2014 w Warszawie. Kodeks wykroczeń cytowałam za wydaniem z 2013.

Pytanie konkursowe dla czytelników – z którego roku pochodzi cytat stanowiący zasadniczy komentarz notki.

Autorstwo tego komentarza jest co prawda do wykrycia za pomocą wujka Google’a – pozwolę sobie jednak chwilowo go nie ujawniać, ponieważ dużo następnych smacznych cytatów czeka na swoją kolej. Mam nadzieję, że dla przynajmniej niektórych będzie to niespodzianka – a dla niektórych odkrycie ważnego i mądrego głosu w dyskusji społecznej.

 

Blog powoli wraca z hibernacji.

Bezcenne życie w głosowaniu i potem

Dziś w Sejmie kolejne starcie fundamentalistów z kompromisariuszami, czyli głosowanie obywatelskiego projektu zakazu aborcji w przypadkach upośledzenia lub nieuleczalnej choroby płodu.

Wahałam się bardzo nad pisaniem po raz kolejny w tej sprawie, bo w zasadzie najważniejsze rzeczy napisały od razu Magdalena Środa i Wanda Nowicka (dwa razy). Propozycja zmuszenia kobiet do urodzenia dziecka chorego permanentnie i nieuleczalnie lub dziecka, które mimo wysiłków medycyny nie przeżyje pierwszego tygodnia poza macicą, jest pozbawiona empatii i wyobraźni i ma źródło w totalitarnym koncepcie prymatu abstrakcyjnej idei nad dobrobytem konkretnego człowieka, czy też podczłowieka, bo tak antyaborcjoniści postrzegają kobietę w ciąży. Skutki takiego myślenia można było śledzić z grozą podczas powolnego umierania ciężarnej w irlandzkim szpitalu – tam, gdzie obowiązuje przymus rodzenia, kobiety na zewnątrz macicy nie obejmuje już ochrona zdrowia i życia. Ludzie, którzy żądają nakazu rodzenia mają w pogardzie kobiety. Wierząc w abstrakcję pt. bohaterstwo matki-Polki pragną takie bohaterstwo wymusić ustawą, i na wypełnionych zdeformowanymi płodami macicach pragną wspiąć się do swojego nieba. Nie znam się na szczegółach teologii, ale nie zakładałabym się, czy przymus prawny i pomnażanie cierpienia to takie nowotestamentowe ideały.

Ale odczepmy się od abstrakcji, pomówmy o konkretach. Pomówmy o tym, co pomijane w argumentacji antyaborcyjnej. O chorobach. O płodach bez mózgu. Bez nerek. Bez skóry. O terminalnych błędach genetycznych, w efekcie których płód po opuszczeniu macicy obumiera. Zapewne w bólu (to nie dotyczy noworodków z anencefalią, ale pozostałych – owszem). Pomówmy o kobietach, które bez opcji wyboru przez dziewięć miesięcy znosiły niekiedy dotkliwe i upośledzające ich własne zdrowie ciążowe niedogodności; które przeszły przez wysiłek i ból porodu tylko po to, by obserwować konanie noworodka. Chciałabym zapytać o minimum empatii potrzebne do dostrzeżenia tortury psychicznej, jaka kryje się w zakazie aborcji płodów nieodwracalnie uszkodzonych.

Nie bądźmy jednak wyłącznie rzewnymi płaczkami, bądźmy cyniczni i porozmawiajmy o pieniądzach. O pieniądzach na domy dziecka dla postulowanych przez zakazywaczy aborcji nowych obywateli – niezdolnych funkcjonować samodzielnie i niechcianych przez ich rodzicieli – bo już teraz wiele matek zrzeka się tuż po urodzeniu dzieci wymagających gigantycznych nakładów na rehabilitację i leczenie, nakładów, na które wielu ludzi nie stać. Po wejściu tej ustawy takich porzuconych dzieci będzie więcej. Pomówmy więc o pieniądzach na leki, rehabilitację i później edukację dla bezpańskich noworodków z upośledzeniem umysłowym i/lub fizycznym. O etatach dla rehabilitantów i rehabilitantek, terapeutów i terapeutek, pielęgniarzy i pielęgniarek, lekarek i lekarzy. O hostelach, domach dziennego pobytu i domach opieki.

Fundamentaliści mówią o idei szlachetnej miłości macierzyńskiej. Słusznie, bo w przypadku narodzin dziecka uszkodzonego wielu ojców czuje, że nie podoła takiemu obciążeniu i wychodzi po zapałki do sąsiedniego województwa na trzydzieści lat. Matki zostają same z dzieckiem wymagającym specjalistycznego leczenia, zabiegów rehabilitacyjnych, opieki, nadzoru i sprzętu, otrzymując zawrotną kwotę 620 złotych – jeśli zrezygnują z jakichkolwiek prac zarobkowych. 620 złotych – na tyle państwo polskie wycenia całodobową pracę opiekunki, pielęgniarki, rehabilitantki, nauczycielki, sprzątaczki, kucharki i salowej, czyli byłego inkubatora. Dziecku niepełnosprawnemu przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 złotych. Szlachetna miłość matki i chorego dziecka musi przetrwać miesiąc za niecałe osiemset złotych, bez możliwości zarobku. Nie będę ironizować próbując zmieścić w kwocie 800 złotych koszt leków, rehabilitacji, odżywek, dojazdów na badania oraz zabiegi i wózków inwalidzkich czy innych protez, zaproponuję samo przyłożenie do tej kwoty rachunków za mieszkanie, media i jedzenie. Dla dwóch osób. Przez miesiąc.

Kolejnym przemilczanym przez miłośników życia za wszelką cenę (byle płacił kto inny) problemem jest los osób niepełnosprawnych w chwili, gdy ich opiekunowie zniedołężnieją i sami wymagają opieki – lub po ich śmierci. Osoba, która przez całe dorosłe życie zajmowała się swoim niepełnosprawnym dzieckiem nie ma odłożonych środków na własną starość i chorobę – a na pomoc obecnie dorosłego, ale nadal niesamodzielnego dziecka przecież nie może liczyć. W zasadzie nie może liczyć na nikogo. Gdy umrze, jej dorosłe dziecko zostaje zupełnie samo i zdane jest na opiekę społeczną, czyli kolejkę do mieszkania komunalnego lub szpitala. Ponieważ polskie hostele i domy dla dorosłych niesamodzielnych osób niepełnosprawnych (zarówno fizycznie jak i umysłowo) można policzyć na palcach jednej ręki, warto by ich zakładanie i utrzymywanie dopisać do kosztów dyskutowanej dziś ustawy. Jeśli państwo pragnie zwiększyć szeregi obywateli, którzy dożywotnio będą potrzebować specjalistycznej opieki i pomocy w wykonywaniu najprostszych życiowych czynności, chcę zobaczyć pieniądze, jakie na tę pomoc przeznacza. Chcę zobaczyć jak w budżecie na 2015 i nastepne lata rośnie pula refundowanych zabiegów rehabilitacyjnych, miejsc w szpitalach, etatów dla pediatrów specjalizujących się w terapii dzieci głęboko zaburzonych i cierpiących na różne choroby jednocześnie; jak rośnie procent PKB przeznaczany na pielęgniarki i rehabilitantki, na refundację protez, wózków, okularów, wind, podjazdów, przeróbek budynków; jak powstają obok stadionów przedszkola i szkoły dla dzieci o szczególnych wymaganiach edukacyjnych: dla dzieci leżących, głuchych, niewidomych, bezrękich i beznogich, dzieci niemych, dzieci samookaleczających się, agresywnych, porozumiewających się krzykiem. Chcę zobaczyć budżet na domy opieki dla dorosłych niepełnosprawnych i na personel pracujący w tych domach – profesjonalny i opłacany stosownie do ciężaru i odpowiedzialności tej pracy.

Oczywiście, mogę sobie chcieć, bo ideologowie nie są od tego, by łączyć swoje abstrakcyjne fantazje z czymś tak przyziemnym jak pieniądze na realizację swoich życzeń. Oni poczują się zwycięskimi krzyżowcami, gdy zmuszą kobietę do urodzenia ciężko upośledzonego dziecka. Niestety, cudze wymuszone bohaterstwo nie wystarczy na order i zaliczenie dobrego uczynku. Drodzy parlamentarzyści, posłanki i posłowie – będę wam patrzeć na ręce podczas głosowania. Sprawdzę, jak zagłosował każdy i każda z was. Wierzę, że nie jesteście cyniczni, że wasza troska o niepełnosprawnych i chorych nie jest powierzchowna i ograniczona do przymuszenia kobiet do porodu. Wierzę, że każde z was, które zagłosuje za całkowitym zakazem aborcji dla płodów nieodwracalnie uszkodzonych i chorych, jednocześnie zobowiąże się publicznie do regularnego wspierania fundacji zajmujących się takimi właśnie osobami – lub bezpośrednio będzie dofinansowywać rehabilitację dziecka z niepełnosprawnością umysłową lub fizyczną. Znalezienie potrzebujących nie jest trudne, na wszelki wypadek przykładowe linki poniżej. Na pewno dacie radę znaleźć najbliższą wam organizację, którą wspomożecie w realizacji waszej ustawy:

http://infolinkon.waw.pl/

http://podarujusmiech.org/

http://www.shamrock.org.pl/

http://www.stow-pobiedziska.pl/

http://dzieciom.pl/

Parlamentarzyści, patrzę wam na ręce. I czekam. Przecież zależy wam na dzieciach, nie ideologii i deklaracjach, prawda?

Jak może wyglądać bieda?

Co wolno biednym? Czy dzieci korzystające z dofinansowanych przez szkołę lub gminę darmowych obiadów mogą pójść na pizzę? Czy student otrzymujący stypendium socjalne może chodzić w oryginalnych, niebazarowych Adidasach lub Nike’ach? Czy rodzina korzystająca z zasiłków i pomocy społecznej może mieć telewizor HD?

 

To nie są pytania o stan prawny ani praktykę stosowaną przy rozpatrywaniu wniosków w MOPSach i sekretariatach urzędów. To są pytania o można w znaczeniu: wypada czy też jest w porządku. To nie są pytania tak naprawdę o samych biednych czy ich możliwości wyboru, ale o to, co mamy w głowach my, czyli ci, którzy jeszcze(?) o sobie w kategorii biedni nie myślimy. To są pytania o to, jakie mamy oczekiwania i czego się spodziewamy po biednych.

Tu pojawia się pierwsza uwaga na marginesie, a raczej prośba, by czytelnik sobie w głowie poobracał przez moment tę koncepcję, że my bogaci (mam nadzieję, że nie potrzebuję wikłać wywodu w dodatkowe wyjaśnienia, że my bogaci nie oznacza tu jakiejś cezury majątkowej ani nie muszę wyjasniać, że wiem, że większość czytelników raczej dojeżdża do wypłaty na oparach; i że my bogaci to retoryczna, najzwięźlejsza opozycja do biednych, czyli klientów systemu pomocy społecznej, zasiłków etc) czegoś oczekujemy od biednych. Chociaż zasadniczo kierunek oczekiwań jest taki, że to biedni oczekują wsparcia, pomocy czy środków do życia od reszty społeczeństwa, to owo społeczeństwo w mniej czy bardziej uświadomiony i sformalizowany (np. zapisami kwot dochodów w ustawach o pomocy społecznej) sposób od owych biednych czegoś oczekuje. Tu rozstrząsaniu podlega ten niepisany zestaw oczekiwań, jakie społeczeństwo, czy też my bogaci ma wobec potencjalnych biorców świadczeń.

Tu kolejne zastrzeżenie: nie będzie linków ani kwitów. Nie mam żadnych twardych danych, bazuję na czystej anegdocie, na setkach rozmów słyszanych lub czytanych na forach internetowych, na tzw. powszechnych przekonaniach, na które chyba jeszcze polska socjologia nie zrobiła badań.

 

Ad rem wreszcie – oczekiwania wobec biednych są zasadniczo takie, że mają być biedni. To nie jest aż taka straszna tautologia – biedni mają nie tylko mieć wykazywalny na kwitach marny stan dochodów, oni mają wyglądać na biednych, żeby nie wywoływać dyskomfortu w otoczeniu, żeby nie powodować dysonansów poznawczych. Stąd te pytania w pierwszym akapicie, pytania o dopuszczalną (nieformalnie, rzecz jasna) granicę luksusu, na jaką mogą sobie pozwolić ludzie biedni. Obraz jaki społeczeństwo nosi w głowie jest, niestety, ukształtowany przez epokę balów charytatywnych i dobroczynności składającej się z parafialnych kiermaszów na rzecz ubogich; jest literackim, malowniczym archetypem godnego litości biedaka w podartych, acz schludnych ubraniach, w pokorze stającego na progu jasnego dworku jasnych państwa. Wystarczająca ilość pokory i dostatecznie malownicza nędza jego odzieży porusza zbiorowe serduszko jaśniepaństwa i sprawia, że jaśniepaństwo moralnie uzasadnia wydatki na cele społeczne i zapomogi. Ten mechanizm aprobaty stosownego kostiumu żebraka z epoki jasnych dworków, went i kwest na ubogich niestety przeniósł się (o, dzięki ci, literaturo, jaką nas nakarmiono w szkołach, za te archetypy) we współczesność, i obecnie społeczeństwo rzekomo bezklasowe czujnie lustruje ubrania, obuwie, akcesoria i wygląd osób ustawiających się do kas MOPSów, gmin, urzędów i dziekanatów. Społeczeństwo gromko oburza się, gdy po pomoc wyciąga się ręka z pomalowanymi pięknie paznokciami, albo proszą usta ozdobione czerwoną szminką. Od ubogich oczekujemy, by dostosowali się do roli petenta w sposób, w jaki o byciu petentem fantazjujemy, i skłonni jesteśmy oburzać się i karać (na przykład – odcięciem od środków pomocy społecznej) za wszelkie przejawy życia nie w nędzy. W ten oto szczególny sposób społeczeństwo uważa, że w zamian za świadczenia i zasiłki kupiło sobie na własność ludzi biednych, i ma prawo przejąć kontrolę (w wymiarze moralnym) nad ich wydatkami. W jakiejś pokracznej formie jest to zarówno odwzorowanie niewolniczego piętna jak i średniowiecznej kastowości, wyznaczanej m.in. zastrzeżeniem niektórych kolorów wyłącznie dla arystokracji. Koncepcja wizualnego indentyfikowania biedy, oznakowywania i piętnowania nie jest nowa i niestety, trzyma się świetnie. Biednemu dziś wolno kupić tani chleb i pasztetówkę, ale nie bilety do kina, nie pizzę i nie piwo. Biednemu nie wolno obnosić się (to pyszne słowo w tym kontekście) z jakimikolwiek oznakami dobrobytu, nie wolno mu poza to bycie biednym wyjść nawet w tej sferze symbolicznej, w której zawiera się kupienie sobie jakiejś nierozsądnie drogiej szminki czy butów.

Tu się bardzo brutalnie ujawnia też jeszcze jedna nieprzyjemna cecha połączonych sił formalnego systemu kwalifikacji biedy ze społecznym obrazem biedy-dającej-się-zaakceptować. Mianowicie, z tej biedy nie da się wyjść. Tzw. system oferuje głodowe zasiłki i wsparcie pod warunkiem absurdalnie zaniżonych dochodów – i grozi odcięciem tej pomocy za każdorazowe przekroczenie limitu, nawet, gdy przekroczenie wynika jedynie z otrzymania nawet jednorazowych świadczeń czy zapomóg z innego źródła. Opinia społeczna odmawia swojej akceptacji, gdy biedny przestaje być nędzarzem i zamiast pasujących do wierszyka o sierotce Marysi łachmanów zaczyna nosić dobrze wyglądającą odzież. Biedni złapani są w pułapkę – bo jeśli walczą o utrzymanie się na powierzchni i niepopadnięcie w łachmany, grzyb na ścianach i ostentacyjne niedobory w uzębieniu, to z punktu widzenia systemu jak i tego systemu mocodawców, czyli społeczeństwa – przestają na wsparcie zasługiwać.

A człowiek jest tak skonstruowany, że nie lubi myśleć i czuć się biedny. (Pomijam tu konstrukty będące pochodną „Kazania na Górze”, czyli nawoływanie do ubóstwa w zamian za szeroki wachlarz nagród w alternatywnej rzeczwistości, bo w dyskusji o pomocy społecznej są one po prostu nieuczciwe.) Obserwacje wszystkich kultur pokazują, że Maslow nie do końca ma rację – po zaspokojeniu potrzeb czysto biologicznych, przetrwaniowych, ludzie będą skłonni wydać pozostałe środki na będące w ich zasięgu (lub minimalnie powyżej tego zasięgu) znamiona luksusu. Stąd biedni wydają pieniądze na telewizory, smartfony czy odtwarzacze, bo są to rzeczy, na które łatwo uzyskają kredyt i które pozwalają jednocześnie utwierdzić się w poczuciu, że nie jest aż tak źle. Tu swoisty paradoks – dużo łatwiej uzyskać od ręki kredyt na dobra luksusowe w rodzaju płaskiego telewizora czy playstation niż na kurs księgowości czy obsługi maszyn. Łatwiej jest o kredyt konsumpcyjny niż pożyczkę na inwestycję zmierzającą do rzeczywistej poprawy statusu materialnego. łatwiej, nie tylko w sensie fizycznej dostępności, uzyskać drobne sumy na drobne przyjemności, niż potężne kwoty, jakich wymagałaby radykalna zmiana swojej pozycji, np – wypłacenie się z długów, zakup narzędzi pracy czy zrobienie profesjonalnych kursów zawodowych (przy okazji sporów o jakość kształcenia w Polsce i odsetku bezrobotnych wśród absolwentów potrzeba wykosztowywania się na czesne staje się podwójnie kwestionowalna). Kiedy mówię zaś o narzędziach nie fantazjuję o zakupie młotka czy szewskiego kopyta, ale o cenach legalnego oprogramowania – absolwent dofinansowanego przez gminę czy urząd pracy kursu grafiki komputerowej z pewnością nie kupi sobie legalnej kopii Quarka czy Photoshopa, żeby zaryzykować prowadzenie działalności gospodarczej lub szukać zleceń i umów na wykonanie ulotek. Poza paradoksem zaś jest, że bieda współistnieje z bezrobociem, a bezrobocie utrwalone, zakonserwowane pomocą społeczną otrzymywaną tylko za udokumentowaną nędzę tak naprawdę dysponuje tylko jednym dobrem: wolnym czasem. I ten czas bieda usiłuje sobie zająć czymś, a najtańszym sposobem zajęcia się jest bierne oglądanie czy to telewizji, czy zdjęć kotków w internecie. Od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdy znamieniem biedy były niepopłacone rachunki wszędzie poza wypożyczalnią kaset wideo, do dzisiaj, gdy rzetelne płatności dotyczą przede wszystkim faktur za prąd i internet, postęp dokonał się wyłącznie w kategorii technicznej.

Wracając do obrazu biednych i granic naszej, tj. społeczeństwa akceptacji dla fanaberii biedoty. Ten okropny obrazek pokornego łachmaniarza, jaki utrwalił się w opinii publicznej, ta koncepcja, że „prawdziwa bieda to jest wtedy, gdy nie ma co jeść” uderza nie tylko w samych klientów opieki społecznej, uderza ze straszną siłą w prekariat, który norm przepisanych dla usankcjonowanej biedy nie spełnia, a żyć próbuje wiążąc końce na okrętkę. Prekariat zostaje zniknięty z dyskursu, jako niewystarczająco biedny, by zasługiwał na pomoc, a zarazem zbyt dobrze sobie radzący, by zasługiwał na współczucie. Osunięcie się w nędzę zostaje potraktowane (poza jakimiś bajkowo medialnymi bankructwami możnych i pięknych) z niejaką satysfakcją, bo osąd opinii publicznej głosi, że upadek w biedę jest efektem nieporadności nędzarza i/lub jego rozrzutności. Mit oszczędnego biedaka, który z determinacją i pracowitością sam, własnymi rękami zdobywa szczyty i odnosi sukcesy nie aplikuje się do rzeczywistości, w której obecnie funkcjonujemy, rzeczywistości, w której żądamy od biednych, by dla naszego poznawczego i estetycznego komfortu byli wizerunkowo spójni i przychodząc po obiady/bony/wyprawki szkolne nie nosili markowych butów ani smartfona. Co szczególnie osobliwe, sami jesteśmy skłonni natychmiast sobie wybaczyć lub zracjonalizować wzięcie na raty niepotrzebnego w istocie elektronicznego gadżetu, którego nie moglibyśmy kupić od ręki, i który w zasadzie służy nam wyłącznie do przyjemności. Ale przyjemność jest przywilejem Większości Społeczeństwa, a nie – biednych. Oni czerpać mają z limitowanej puli drobnych przyjemnostek, widocznie rozłącznych z naszymi oznakami statusu.

 

To niepisane oczekiwanie, to oburzenie, gdy ktoś zidentyfikowany jako biedny wyłamuje się z archetypicznego wizerunku, jaki chcielibyśmy hołubić dość brzydko świadczy o zarówno naszym przywiązaniu do kastowości przejawiającej się we wszystkich sferach życia – jak i o leżącej głęboko u podstaw tego żądania koncepcji, że biedni są ludźmi gatunkowo innymi niż my, pozostający nad kreską, i że ich potrzeby i chęci nie zasługują na realizację bez uprzedniego nihil obstat wyrażonego przez Większość Społeczeństwa. (Nie zamierzam tu popadać w psychoanalizę i zgadywać, czy takie stygmatyzowanie ma dystansować biedę i spychać ją poza realność osobistych i własnych doznań stygmatyzującego, czy jest zwykłą bucerią bez głębszych korzeni.) Protekcjonalizm łączy się lepko z systemem kwalifikowania do uzyskania świadczeń pomocowych i generuje chętkę wielkopańskiego pokaż, że zasługujesz, bym dał ci zasiłek. Wychowani na nowelkach o dziewiętnastowiecznej nędzy skłonni jesteśmy wciąż traktować świadczenia pomocowe jak jałmużnę, wypłacaną z naszej łaski nieudacznikom. Stąd tylko krok do neoliberalnego nawoływania do zamknięcia kasy i pozostawienia pomocy społecznej chętnym, bo – nie każdy ma chęć dawać pieniądz żebrakom (choć to takie przyjemne, poczuć się dobroczyńcą za swoje).

Obawiam się, że w Polsce postbalcerowiczowskiej, przeoranej Lewiatanem i Mordasewiczem trudno będzie przepchnąć wspólnotowy sposób rozumienia pomocy społecznej i odczepić się od wizerunku pokornego nędzarza. Odejście od protekcjonalizmu jałmużny na rzecz podmiotowości wychodzącej z empatii wobec ludzi takich samych jak my jest tym trudniejsze, im mocniej zakorzeniły się w nas wyobrażenia i fantazje na temat bycia dobrą panią.

Nie będzie morału ani daleko idących wniosków. Pozostaje wciąż otwarte pytanie z pierwszego akapitu.

Wyważanie drzwi wykresem

I oto mamy dzień, w którym dziennikarze Rzeczpospolitej czytają raport demograficzny ze zrozumieniem. W pewnym sensie jest to święto, bo fakty przebiły się przez pancerz ideologicznych deklaracji, i wydały ładny owoc: poniższą tabelkę –

tabela_RP

Coś, co po drugiej stronie lasu było mówione od dawna, przebiło się do dyskursu prawicy – zależność między stabilnością ekonomiczną a dzietnością. Po prostu – kobiety mające zatrudnienie prawie dwukrotnie łatwiej podejmują decyzję o urodzeniu dzieci, ba, prawie dwukrotnie więcej tych dzieci mają.

Dlaczego wywlekam ten wykres? Bo obala ona kilka mitów jednocześnie, jednym kopem z półobrotu, i warto go zachować gdy znów te mity wypłyną:

Mit pierwszy:

Rozmnaża się zasadniczo bezrobotna hołota, pasożytująca na klasie pracującej, żerując na zasiłkach i becikowym. No więc, ziarenko prawdy jest takie, że owszem – nadwyżkowe, tj takie, na których wychowanie rodziny nie stać dzieci, pojawiają się tam, gdzie panuje i tak skrajna bieda i nędza, połączona z brakiem edukacji seksualnej oraz z brakiem antykoncepcji. (Tu rzut oka na lidera tabeli, ze wskaźnikiem dzietności ponad 7. Jakoś chyba nikt nie będzie zaciekle bronić tezy, że siódemka dzieci to efekt chcenia i planowania Nigeryjek, a nie – efekt tego, że tej siódemki nie miały jak uniknąć.) Natomiast tam, gdzie ciąża nie jest dopustem, karą i nieszczęściem, a zjawiskiem oczekiwanym, należy spodziewać się odwrotnej relacji.

Wniosek – jest argument za zdjęciem części stygmatu z bezrobotnych, których sytuacja i tak jest parszywa. Oraz za zmianą sposobu postrzegania rodzin wielodzietnych.

Mit drugi:

Kobiety nie rodzą dzieci, bo prą na karierę. W dawnych dobrych czasach kobieta siedziała w domu, strzegąc ogniska domowego i niańcząc rozkoszne dzieciątka, a mężczyzna wykazywał się dzielnością dostarczając niezbędne dla domu mamuty pieniądze. Godność macierzyństwa nie była szargana, a mężczyzna cieszył się należnym mu szacunkiem i posłuchem, i żyli długo i szczęśliwie.

Ziarno prawdy: owszem, przed pojawieniem się skutecznej antykoncepcji i kontroli płodności, ludzie mieli więcej dzieci. (Jako że były to czasy medycyny niewspółczesnej, więcej tych dzieci również umierało, zarówno na wady wrodzone jak i z powodu chorób nabytych, w tym również takich, które obecnie są zupełnie eradykowane  – no ale nie o tym mowa)

Wiadro kontry: na luksus kobiety niepracującej i udomowionej przy dzieciach mogły sobie pozwolić daleko nie wszystkie sfery. O ile mamy jakieś dokumenty (pamiętniki, listy, obrazy, dzieła sztuki) pokazujące, że szlachta, zamożne mieszczaństwo i arystokracja od renesansu mogła w ten sposób zarządzać życiem rodzinnym, to umyka nam fakt, że w całej reszcie społeczeństwa – czyli w jego większości! – wśród chłopstwa, drobnych rzemieślników i handlarzy – pracowali wszyscy, którzy nie byli całkiem unieruchomieni wiekiem lub niepełnosprawnością. (W dodatku warto dodać, że wyższe sfery masowo wysyłały swoje niemowlęta na wieś, do mamek, na wychowanie, obalając tym samym mit o czułej miłości macierzyńskiej jako czymś wdrukowanym nam biologicznie. Oraz pokazując, że związek między czułym macierzyństwem a domowym bytowaniem kobiety był dość luźny)

Wniosek: konserwatyści wszelkiej maści, rozdzierający szaty nad spadającą demografią i wieszczący rychłą zagładę narodu, jeśli Polki nie porzucą garsonek, szpilek, biurek, segregatorów, kas i lad, za którymi robią szalone kariery wbrew swojemu przeznaczeniu – ci konserwatyści powinni na chwilę przysiąść w skupieniu i przemyśleć wyniki raportu. Ich ideologiczny zapał w zaganianiu kobiet do garnków, pieluch i pralek nie powinien upośledzać zdolności rozumienia rzeczywistości, a fakty mówią za siebie: dopóki kobieta nie zostanie ubezwłasnowolniona i pozbawiona możliwości kontroli nad własnym ciałem, tak długo świadomie decydować się na dzieci będzie wtedy, gdy będzie mieć podstawy utrzymania dzieci. To znaczy pracę i własne dochody.

Co daję pod rozwagę różnym filozofom i teologom udzielającym w prasie porad na temat życia rodzinnego w świecie idealnie kulistych baniek mydlanych.

Mit trzeci:

Upadek obyczajów, konsumpcjonizm i moda na singli sprawia, że dzieci się nie rodzą. Bo to, panie, z Unii przyszła taka okropna moda.

Ziarno prawdy: dzieciatym jest trudniej, dziecko ogranicza możliwości konsumpcyjne rodziny i wymusza zupełnie inne strategie gospodarowania pieniędzmi.

W kontrze:

Unijne biuro statystyczne zbadało, jak na dzietność wpływa nie tylko wzrost produktu krajowego brutto, ale także wskaźnik konsumpcji (Actual Individual Consumption, AIC), poziom bezrobocia osób w wieku rozrodczym (15–49 lat) oraz poczucie niepewności w gospodarce (Consumers’ Confidence Index CCI).

W trzech ostatnich kategoriach zajmujemy pierwsze lub jedno z pierwszych miejsc w Europie. Na przykład poziom korelacji między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością w Polsce jest najwyższy. Innymi słowy, u nas pogarszająca się sytuacja zewnętrzna szczególnie negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny.

Mody czy pożądania kreowane przez media i kulturę mogą wpływać w sprawach tak kluczowych jak posiadanie dziecka na znikomy odsetek ludzi. Moda może determinować inwestycję w niepraktyczne i niewygodne buty lub rozrzutnie kosztowny samochód (który w czasach kryzysu można ewentualnie ze stratą odsprzedać), ale nie spowoduje decyzji o ponadwudziestoletniej inwestycji, jaką są dzieci.

Wniosek: gromienie mody, stylu życia, pracy zawodowej i innych łatwych celów ideologicznej połajanki jest dużo łatwiejsze, niż dodanie do siebie statystyk i pokazanie, że nie da się jednocześnie biadać nad spadającą dzietnością i wyrzekać, że rodakom nie podobają się elastyczne formy zatrudnienia czyli umowy śmieciowe, obcinanie świadczeń i życie w zawieszeniu. Nie da się zarazem wywalać ludzi na samozatrudnienie/działalność gospodarczą i spodziewać się, że z braku pracy i perspektyw ochoczo zajmą się rozmnażaniem, a dziećmi zajmą się eksploatując w ogródkach podziemne żyły złota zapewne.

Pytanie, czy ustawodawcy i federacje pracodawców dostrzegą to, co dostrzegł już dziennikarz Rzeczpospolitej?

Przepraszam za wyważanie otwartych drzwi, ale okazja się szybko nie powtórzy, by móc polemizować z felietonistami „Rz” za pomocą artykułu z „Rz”.

 

(Edycja: przecinki i gramatyka)

Matki, feministki, alimenciary

Wiem, że to już zakrawa na masochizm, ale wracam do Szlendaka, z którego mądrości cieszyłam się kilka notek temu – gdy szanowny socjolog rozjeżdżał feministki źle odnoszące się do macierzyństwa:

– Choćby te wyrażone w pogardzie, z jaką traktowane są kobiety czerpiące przyjemność z poświęcania się dzieciom. Jedna z moich doktorantek bada kwestię kobiet, które określają się jako feministki, ale także postanowiły mieć dzieci i chcą czerpać przyjemność z macierzyństwa. Akademickie feministki traktują takie kobiety niczym zdrajczynie całego ruchu, bo one niby poddały się męskiej presji, zrezygnowały ze swoich ambicji, by urodzić dziecko. Niektóre odłamy feminizmu mają z macierzyństwem kłopot.

 

 Aha, tylko, że te wrogie macierzyństwu feministki nie istnieją:

Co ciekawe, nie-feministki, w szczególności te będące matkami, mają błędne poglądy na temat stereotypowej feministki, która w ich oglądzie jest osobą niezainteresowaną czasochłonnymi i pracochłonnymi praktykami przywiązania rodzicielskiego. Nie-feministki uznawały feministki za mniej zainteresowane przywiązaniem rodzicielskim, kiedy to w rzeczywistości feministkom było ono bliższe.

Liss i Erchull konkludują: „Nasze wyniki sugerują, że powszechnie występujący stereotyp mówiący, że feministki są przeciwne związkom romantycznym i rodzinnym jest nieprawdziwy. Nasze dane wskazują, że to w rzeczywistości feministkom są bliższe praktyki przywiązania rodzicielskiego*”.

 

Tak jakoś nieswojo mówić, ale czyżby doktorantka Szlendaka istniała tam, gdzie i inne źródła jego mądrości naukawych? Bo jakoś badania (fakt, że na niezbyt wstrząsająco licznej grupie, ale jak na badanie psychologiczne – znośnej) nie bardzo są skłonne zgadzać się doktorantką. Za to – o, jakie to zdumiewające! – zgadzają się ze stereotypem, jaki pokutuje na temat feministycznego macierzyństwa. Hm, hm. Smutne to okropnie, bo poza Schadenfreude ze złapania pana doktora z opadniętymi spodniami na wierutnym kłamstwie mam wrażenie, że z nauką uprawianą w ten sposób jak robi to Szlendak i jego magistranci/doktoranci – dobrze nie jest i raczej nie będzie.

 

A teraz znacznie mniej zabawna część notki. Prosiłabym o kliknięcie i przeczytanie tego  artykułu, świetnie napisanego przez Izę Desperak (ukłony dla Szproty, która propagowała). Naprawdę, poproszę o przeczytanie całości, bo tu będą tylko skromne komentarze do poważnej pracy Desperak, która przeanalizowała kolejne zmiany ustaw wokół Funduszu Alimentacyjnego.

Historia jest ponura, ale dobrze odzwierciedla zmiany, jakim podlegało nasze myślenie o słabszych członkach społeczeństwa na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat: od solidarnego zrzucania się na pomoc dla osób pozbawionych środków do życia do piętnowania i potępiania roszczeniowych nierobów. Widać tu doskonale, jak odchodzimy od myślenia o sobie jak o wspólnocie (ponowne podziękowania dla Szproty za mądre obserwacje) w kierunku wizji hordy i indywidualnej walki na zęby i pazury –  walki, w której słabsze osobniki mają sobie radzić same albo zginąć, bo ludzi sukcesu to nie musi obchodzić.

Historia zmian w Funduszu odzwierciedla to, jak zmieniło się myślenie ustawodawcy o samych alimentach. Fundusz pierwotnie wypłacał potrzebującym należne świadczenia nieściągalne w zwykłym trybie, zostawiając sobie późniejsze dochodzenie ich od dłużnika. Ustawodawca bowiem uważał wówczas, że potrzeby małoletnich są priorytetowe, a niewydolność bądź niefrasobliwość rodziców nie powinny powodować głodu lub niedostatku dzieci. Stąd Fundusz zakładał niejako za ojców należne dziecku pieniądze, a potem usiłował odzyskać je od ukrywających się rodziców z różną skutecznością. Zmiany w Funduszu brały się nie tylko z ogólnego debetu w budżecie państwa, ale i ze specyficznego przewartościowania podejścia do beneficjentów – uzależnienie wypłaty od sytuacji finansowej matki tam, gdzie dotąd decydowała zasądzona przez Sąd Rodzinny kwota alimentów była znamiennym objawem. „Państwo nie jest ojcem” – grzmiała Jolanta Banach, ale to zdradliwa teza, bo ojcem też nie jest samotna matka ani jej pracodawca, rodzina czy partner. Mówienie, że alimenty z Funduszu można przyciąć, gdy samotna matka przestaje żyć w nędzy dzięki znalezieniu lepszej pracy lub szczęśliwemu zamążpójściu, oznacza, że państwo (dotychczas będące pośrednikiem w wykonywaniu wyroku Sądu, przypomnijmy!) z góry zakłada, że to na samotnym rodzicu spoczywa ciężar utrzymania dziecka, a Fundusz będzie w ostateczności w minimalnym możliwym stopniu zapobiegać zgonom z głodu tych mniej zaradnych. Zamiast poprawić ściągalność należności od niewywiązujących się rodziców, ruszyła kampania oczerniająca roszczeniowe kobiety (a to nowość, prawda?) i wstrzymano wypłaty tym, które jakoś same utrzymują się na powierzchni.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że przecież to słuszne, że po co wypłacać z wychudzonego budżetu pieniądze tym, którzy sobie bez nich poradzili, przypomnę: alimenty to nie jałmużna ani darowizna – to zasądzone wyrokiem polskiego Sądu środki na utrzymanie dziecka. Fundusz wypłacał je w imieniu ojców niewypłacalnych (bezrobotnych, osadzonych w więzieniu etc) a potem od nich dochodził zwrotu kosztów. To nie były prezenty.

Komunikat płynący z tych zmian jest prosty: kobieto, radź sobie sama. Było nie zachodzić w ciążę z nieodpowiednim facetem, było nie rodzić dzieci. Zdumiewające, jak zbieżnie z polską ulicą, z Mikołejką, z forami internetowymi, mówi polski ustawodawca. Ten sam ustawodawca, który „szczególną opieką otacza małżeństwo, rodzinę i rodzicielstwo”, jak żartuje sobie Konstytucja. Ten sam ustawodawca, który surowo i pod sankcją więzienia zabrania aborcji z przyczyn społecznych i finansowych.

Kobiety w Polsce nie chcą rodzić dzieci, o czym trąbi co druga gazeta i praktycznie każdy portal internetowy. Kobiety w Polsce rodzą dzieci późno i niechętnie, przedkładając nad wczesne macierzyństwo dobrą (lub najlepszą dostępną w ich zasięgu) edukację i jakie – takie ustabilizowanie zawodowe (czyli stałą umowę o pracę, nie szalejmy z wyobrażeniami o mitycznej karierze). Robią to, bo zdają sobie sprawę, że od zajścia w ciążę staną się publicznym wrogiem numer jeden, nie znajdą zatrudnienia ani wsparcia, zostaną nazwane roszczeniowymi cwaniarami, a po urodzeniu będą musiały radzić sobie w dużej mierze same z wychowaniem dziecka, bo żłobki i przedszkola wyglądają na spotach wyborczych mniej efektownie niż stadiony. Kobiety w Polsce czytają prasę i są świadome, że jeśli ich wybór partnera i ojca dziecka okaże się niefortunny, zostaną same z obciążeniami wynikającymi z rodzicielstwa, a państwo będzie im pomagać dopiero, gdy znajdą się na granicy całkowitej nędzy.

Państwo samo nie chce, byśmy postrzegały je jako przyjazną i opiekuńczą wspólnotę. Państwo od nas żąda, ale nie podaje ręki, gdy staramy się sprostać jego żądaniom. Państwo oferuje nam frazesy o szczególnej opiece i trosce, ale obcina Fundusz Alimentacyjny i likwiduje żłobki. Państwo sponsoruje kampanie medialne i marsze prolajfersów, ale nie jest skłonne zauważyć, że dzieci narodzone w trudnych warunkach socjalnych potrzebują pieluch, kaszek i szczepionek bardziej, niż plakatów i kazań. Żądanie rozrodczości przy jednoczesnym wysłaniu samotnych rodziców do stygmatyzującej kolejki klientów opieki społecznej wydaje się drwiną. Zdziwienie niskim współczynnikiem dzietności w Polsce może pojawić się tylko u osób, które kompletnie nie potrafią widzieć więcej niż jednej statystyki naraz. Niestety, widzenie tunelowe nie sprawdza się przy planowaniu rodziny. Politykom od prorodzinności zaleca się szerszą perspektywę niż tylko walka z aborcją i feminizmem.

 

________________________________________________________________________

*[Dla tych, którzy dotąd omijali strony poświęcone rodzicielstwu i stylom wychowywania przyszłych pokoleń: tzw. „przywiązanie rodzicielskie” to styl wychowawczy oparty na podążaniu za dzieckiem, bardzo wymagający i zakładający, że to rodzic się dostosowuje do potrzeb dziecka, a nie na odwrót (mówimy tu o wychowaniu niemowląt a nie uleganiu terrorowi gimbazy!) – karmi na żądanie, nosi na rękach, koi, sypia z dzieckiem, długo karmi piersią etc.]

 

 

Rodzina idealna na przykładach krajowych

Zawodowcy w sprawach moralności seksualnej i wspomaganego rozrodu zabrali głos, rozstrzygając z pełną odpowiedzialnością za słowo wszelkie wątpliwości etyczne wokół in vitro. Powtarzać ani cytować nie warto, przecież zgodnie z niepodważalną nauką kościoła penis w waginie=dwaplusdobrze (sprawdzić, czy oba poświęcone w kościele, czy tylko cywilnie w USC). W ogóle, rzecznicy kościoła rzymskokatolickiego zintensyfikowali ostrzał medialny pociskami grubego kalibru wokół Rodziny, Która Jest Ostoją (różnych dobrych rzeczy, w domniemaniu).

Tu maleńki disclaimer nawiązujący lekko do poprzedniej notki. Ja sobie zdaję sprawę, że funkcjonariusze KRK tak naprawdę w swojej żarliwej obronie rodziny nie mają na myśli żadnej konkretnej rodziny, ba, nawet nie mówią o rodzinie statystycznej (poza jednym wyjątkiem, o którym będzie), oni w swoich perorach występują w obronie platońskiej idei, a nie konkretu. Obawiam się jednak, że biskupi i inni im podlegli działacze nie zdają sobie sprawy z tego, że bronią bytu abstrakcyjnego za pomocą innych abstrakcji (co w sumie ładne jest i kto im zabroni), oraz wybiórczo dobranych statystyk i faktów wyrwanych z mięsem z kontekstu. Bo gdyby sobie zdawali, to byłoby to bardzo niepięknie i niesportowo, bo w ramach obrony swojej abstrakcji potrafią dotkliwie i po nazwisku przyłożyć różnym bardzo konkretnym osobom. Tyle dygresji na metatemat, wracamy do uciśnionych.

Otóż biedna Rodzina nieustająco cierpi w Polsce, bo szkodzą jej straszliwie demonstracje nieurodzinnionych, antyrodzinnych a nawet – marsze tych, którzy rodziny założyć zgodnie z prawem nie mogą, ale strasznie by chcieli. Oprócz marszów i demonstracji, Rodzinie szkodzą feministki, ateiści i zwolennicy wolności praw reprodukcyjnych, jak też i przeciwnicy przemocy. Jakim cudem ta Rodzina jeszcze dycha, gdy jej tak wszyscy wbrew, to trudno zgadnąć, bo z grubsza ujmując – śmiertelnymi wrogami są wszyscy, którzy tylko przedkładają jakieś konkretne prawa (do zdrowia, wypoczynku, nietykalności cielesnej, niezależności sumienia) konkretnych członków rodziny (dzieci, kobiet, osób starszych, niepełnosprawnych, ojców po rozwodzie) ponad czczenie idealnego obrazu świętej i nietykalnej i wygłaszanie frazesów o jej nadrzędnej dobrotwórczej roli. Jedyne konkretne rodziny, które w oczach biskupów i zawodowych katolików znajdują uznanie, to rodziny wielodzietne, im bardziej wielo- tym lepiej. (Ma to o tyle sens, że w statystycznych polskich warunkach ekonomicznych rodzina z czworgiem i więcej dzieci raczej ma ograniczone środki na rozwój kariery zawodowej kobiety – kariery morderczej dla dobra Rodziny, jak wiemy!, oraz w mniejszym stopniu ulega materialistycznemu rozpasaniu i konsumpcjonizmowi, skupiając się na wartościach lepiej widzianych w kręgach parafialnych.)

Postanowiłam się zatem rozejrzeć i przedstawić czytelnikom stronniczo dobrane rodziny wielodzietne. Kryteria selekcji, jakimi się kierowałam: przestrzeganie kościelnego nauczania o rozmnażaniu, pardon: etyce seksualnej, czyli unikanie antykoncepcji, in vitro, aborcji, oraz konserwatywny model funkcjonowania (mężczyzna zarobkujący, kobieta udomowiona lub na podrzędnej zawodowo pozycji, podporządkowana mężowi). 

Czerniejewo

Łódź

Lubawa

Hipolitowo

Na tej skromnej próbce rodzin wielodzietnych (najmniej liczna składała się z siedmiu osób) możemy zobaczyć i przemyśleć, jakim zagrożeniem jest antykoncepcja, edukacja seksualna, dostępność refundowanych środków antykoncepcyjnych czy możliwość dokonania wczesnej legalnej aborcji. Jakby ktoś poczytał linkowane artykuły, zobaczyłby, że oprócz własnoręcznej eutanazji nadliczbowych dzieci rodzice stosowali przemoc, bicie i ograniczanie wolności. Przypominam, że wszelkie próby legislacyjnego ograniczenia wszechwładzy rodzicielskiej, w tym: bicia, upokarzania, ograniczania wolności i sumienia, są piorunowane z ambon jako zamach na niezawisłość rodziny, jej autonomię i dobrobyt dzieci. No rzeczywiście.

Oczywiście, trolling na bok. Nikt normalny nie będzie udowadniać niczego za pomocą próby składającej się z czterech egzemplarzy (owszem, zabawa wyszukiwarką pewnie dałaby mi jeszcze z kilkanaście mniej medialnych przypadków hurtowych dzieciobójców w rodzinach wielodzietnych, ale to nadal nie jest sensowny statystycznie dowód) – to są case studies, w których powtarza się jedno: bezradność ekonomiczna, zależność od głównego żywiciela, zastraszanie, przemoc i brak wiedzy, plus niestosowanie antykoncepcji (łódzki przypadek się nieco wyłamuje ze schematu) z przyczyn ideologicznych. Można to szyderczo przeformułować na kult męskiego opiekuna rodziny, konserwatywny i patriarchalny styl wychowania, otwartość na życie i ewangeliczne ubóstwo, ale ta notka nie będzie pojedynkiem na memy (no dobrze, nie cała). Ta notka jest o tym, że dyskurs obrońców rodziny oderwał się od ziemi i szybuje hen, w przestworza, w krainę platońskich idei i koncepcji, gdzieniegdzie tylko zrzucając małe bombki legislacyjne, oparte wyłącznie na radosnych wyobrażeniach jak ta rodzina idealna wygląda. Rodziny w Polsce borykają się wszelako nie z dramatycznie agresywną ofensywą feministek czy zwolenników legalizacji małżeństw nieheteroseksualnych, ani nie z fetorem gnijących w obejściu noworodków, tylko z prozaicznymi problemami finansowymi, logistycznymi i infrastrukturalnymi, o których nie będę się rozpisywać po raz kolejny zmieniając ewentualnie skalę i kwoty.

Chciałam zaprotestować przeciwko narastającej kampanii proreprodukcyjnej, płynącej z mównic, gazet i ambon. Panika demograficzna, której kościół z prawicą koniecznie chce zaradzić jak najszybciej i najgłupiej (litościwie pominę nazwisko jednego orła, który na twitterze chciał zdelegalizować wszystkie środki antykoncepcyjne na czas odrobienia strat w rozrodczości) podpiera się różnymi argumentami. Najłatwiej wyśmiewać oczywiście te wielkomocarstwowe, oparte na niejasnym dla mnie lęku przed katastrofą polegającą na zmniejszeniu się narodu. Przepraszam, ale naprawdę nie widzę w tym nieszczęścia, Polacy nie będą lepsi tylko dlatego, że będzie ich pięćdziesiąt milionów (przy obecnym tempie budownictwa mieszkaniowego zgaduję, że byliby w takim zagęszczeniu wręcz nie do zniesienia) ani gorsi dlatego, że będzie ich milionów dwadzieścia. Argumenty finansowe oparte na strukturze świadczeń społecznych – hm, cóż, z jednej strony jestem zwolenniczką solidarności społecznej i uczciwego dotrzymywania umów międzypokoleniowych, jednakże z drugiej od czasu czterech reform AWS słyszę obietnice o reformie systemu na wydajny w perspektywie połowy pokolenia. Uważam za niemoralne, iż państwo oczekuje że prywatnymi, wręcz biologicznymi i osobistymi zasobami naprawimy niewydolność aparatu państwowego, a zwłaszcza, że udaje że zupełnie o co innego prosi i że pięknymi słowami się zasłania. Jeśli zaś chodzi o wybitnie egoistyczny argument, jaki podsuwa się bezdzietnym, tzn rytualne pytanie  – a kto ci poda na starość szklankę wody? – chciałabym odpowiedzieć artykułem z Newsweeka.

Mit rodziny jako cudownego tworu, który z leniwych, głupich, agresywnych, prymitywnych bądź obojętnych ludzi chwilę po zaślubinach i chrzcinach jest zdolny stworzyć sielankowe środowisko sprzyjające wzrastaniu w dobrobycie dzieci i dorosłych jest potwornie głupi i strasznie niebezpieczny. Rodzina nie jest lepsza niż ludzie, którzy ją stworzyli. Samo urodzenie dziecka/donoszenie ciąży nie sprawia w nadprzyrodzony sposób, że wzrasta ilość dobra we wszechświecie. Dziecko trzeba wykarmić, ubrać, obuć, ukoić lęki, opowiedzieć tysiące bajek, odpowiedzieć na tysiące pytań, nalepić setki plasterków, przytulać, pocieszać, wspierać i wysłuchiwać. Dziecko, współmałżonek/partner, rodzic, chora i ogarnięta demencją ciotka czy dziadek z protezą stawu biodrowego to nie rozkoszne ilustracje z pisemka parafialnego, tylko często godziny ciężkiej pracy, niedospania, rezygnacji i frustracji. Na to trzeba być gotowym, wiedząc, jakie są plusy i jakie sa obciążenia. Jeśli wierzy się w magiczne zaklęcie Rodziny, która to Rodzina nie ma większego problemu niż demonstrujący w sukience Jaś Kapela, to czołowe zderzenie z rzeczywistością może okazać się druzgoczące. Rodzenie dzieci tylko po to, by poczuć dumę ze statystyk krajowej dzietności – do czego próbują namawiać biskupi i politycy – jest durne, krótkowzroczne i oderwane od jakichkolwiek realiów. Jeśli koniecznie chcą nasi celibatowi eksperci od rodziny i dzietności pomagać rodzinom polskim, niech zmierzą się z ich prawdziwymi problemami: biedą, wykluczeniem, niedostatkami edukacji, brakiem przedszkoli i żłobków, brakiem opieki geriatrycznej i paliatywnej, brakiem mieszkań i leków czy wreszcie w wersji ekstremalnej – przemocą, alkoholizmem czy gwałtami małżeńskimi. Bicie się z wiatrakami, aka bohaterskie zwalczanie własnych fantazji na temat grozy utajonej w sukience Jasia Kapeli, może być świetnym dowcipem w doborowym towarzystwie, ale ludzi zatyranych w bieżącym kieracie tzw. życia rodzinnego mało to śmieszy, bardziej wkurza.

Pożytki z biblioteki

Ponieważ pojawiło się tutaj już dwadzieścia notek, które bez wyjątku służą narzekaniu i maniu za złe; od pewnego czasu gnębi mnie myśl, czy w swoim lamencie mam jakąś wizję pozytywną, jakiś program, jak opisać rzeczywistość wokół i wysnuć jakieś mądre wnioski. Jeśli zaś nie uda się mądrych wniosków, to może chociaż jakieś naiwne, idealistyczne wnioski udałoby się wyprowadzić? Cokolwiek poza ciągłymi jeremiadami, że jest źle a nikt nic nie robi, a jak robi, to robi jeszcze gorzej.

Ma to filozofowanie wszelkie cechy wymyślania na nowo rzeczy znanych światu od dawna, bo z grubsza usiłowałam na potrzeby blogaska sformułować program lewicy jaką chciałabym, żeby w Polsce była. (Ta dyskusja krążyła po wielekroć po zaprzyjaźnionych blogach i cyrklach na G+, więc pozwolę jej sobie nie streszczać zbyt szczegółowo) Ponieważ wiadomo, że nie należy się w tej sprawie sugerować programami partii, jakie mają słowo „lewica” w nazwie czy statucie, poszłam sobie do biblioteki. Takiej konwencjonalnej, analogowej, z papierowymi książkami.

Oto poniżej świeży, przemyślany, opatrzony sumieniem i świadomością opis świata w okół wraz ze wskazówkami, jak ten świat ratować. Oto lewica, która troszczy się zarówno o wyrównywanie przepaści ekonomicznej, wyciąganie z nędzy w pierwszej kolejności, o ekonomię opartą na szacunku dla pracy i pracownika, o ograniczenie konsumpcji, o zredukowanie wyzysku pracowniczego, dbałość o zasoby naturalne, przyrodę i kulturę, o twórczość jako niezbędny element życia każdego.

 Ten świeży program pochodzi z 1997 roku.

image

image

image

Ponieważ do biblioteki wracam i wracać będę w najbliższym czasie jeszcze sporo, nie zdradzę na razie, kogo tu zacytowałam. (Oczywiście, jeśli ktoś – bez guglania, s’il vous plait! – chciałby zgadywać, o kim mowa, tylko się ucieszę, a z przyjemnością mogę zwycięzcę nagrodzić przy okazji jakiejś dewirtualizacji.) Mogę obiecać, że kolejne cytaty pojawią się wkrótce, w ramach prezentacji jedynej postaci ze świata polityki, wobec której mam cały czas ogromny podziw, szacunek i zaufanie. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że mieliśmy w pewnej chwili w Polsce fenomenalnego przywódcę ruchu lewicowego,wyposażonego w doświadczenie społeczne, niezwykły i przenikliwy umysł, wiedzę, fenomenalną empatię i umiejętność współpracy z innymi, a przy tym zdolność konstruowania instytucji społecznych od zera, który niestety miał dwie fundamentalne wady: odżegnywał się od stawania na czele czegokolwiek oraz został przez większość z nas zbagatelizowany i niedoceniony.