Powołanie, pieniądze i pogarda: strajk pielęgniarek

Kolejny dzień strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka nie jest niczym na tyle nadzwyczajnym, żeby utrzymać się na czołówkach serwisów informacyjnych. Owszem, dostarcza niezłej zabawy archeologom, którzy ze słusznym ukontentowaniem wyciągają i zestawiają wypowiedzi pani-wówczas-jeszcze-nie-premier Beaty Szydło z obecnymi (i sprawiedliwie robią to samo Konstantemu Radziwiłłowi, który równie dramatycznie zmienił zapatrywania po przejściu z opozycji do władzy).

BS o wynagrodzeniachkonwencja

Otóż pani premier dostrzegała jeszcze rok – półtora roku temu, że system, w jakim pracują pielęgniarki, jest fatalny i że strajk przeciwko takiej organizacji pracy wydaje się głęboko uzasadniony (krytykowała również ówczesną premier Ewę Kopacz za uchylanie się przed bezpośrednim udziałem w negocjacjach). Przeprowadzka w Aleje Ujazdowskie zmieniła w życiu Beaty Szydło tak wiele, że obecnie te same postulaty strajkowe zbywa ona pogardliwym stwierdzeniem o roszczeniowych pielęgniarkach, którym tylko pieniądze w głowie.

(Zaznaczmy, że to i tak dużo łagodniejsze niż wypowiedzi Oberpremiera na temat poprzednich edycji strajku pielęgniarek:

nie z przestępcamiNo dobrze, żadna nowość, że politycy zmieniają stanowisko po tym, jak do stanowisk się sami dorwali, zwyczajna Dobra Zmiana, nothing to see here, move along. Apelowanie o spójność i konsekwencję w deklaracjach prawych i sprawiedliwych rządzących wydaje się zajęciem dla hobbystów.

Natomiast zajęciem dla nas wszystkich powinno być wsparcie postulatów pielęgniarek jak najszybciej, wbrew temu, jak szczują na ich rzekomą roszczeniowość i aspołeczną postawę pan minister zdrowia (któremu wydaje się, że wystarczy przeczekać problem, a sam się rozwiąże), rzecznik praw dziecka (którego powinno obchodzić, czy pielęgniarki pediatryczne są przygotowane do pełnienia obowiązków, mają warunki do pracy i są do niej zdolne). Napuszczanie na pielęgniarki jako na nieodpowiedzialne, egoistyczne i pozbawione etyki awanturnice, bo pozwoliły sobie wykroczyć poza standardowe i niewiele wnoszące dotąd negocjacje i apele medialne, nie odbywa się po raz pierwszy, co widać z cytatów powyżej. Może jednak odbywać się po raz ostatni – to nie dlatego, że nowy Dorn weźmie niesubordynowane pielęgniarki w kamasze.

Dlaczego strajk pielęgniarek budzi inne emocje niż każdy inny strajk pracowniczy? Dlaczego wydaje się, że moment, w którym odchodzą od swoich stanowisk pracy jest naruszeniem jakiegoś straszliwego tabu, złamaniem zasad (zważywszy, że jeszcze nie było w Polsce strajku pielęgniarek, który nie byłby przygotowany w sposób zapewniający pacjentom bezpieczeństwo i opiekę zastępczą)? Dlaczego odium spada na nie dużo dotkliwiej, niż na sprzedawczynie, kasjerki czy kierowców? Skąd przekonanie, że pielęgniarki różnią się od wszystkich innych pracowników tak mocno, że reguły dotyczące dozwolonych metod nacisku na pracodawcę ich nie dotyczą, i że siostry powinny pracować bez względu na okoliczności, bez względu na warunki i bez względu na pieniądze?

Na marginesie pragnę dostrzec, że narracja o wyjątkowej misji, z powodu której wszelki strajk łączący się z odejściem od warsztatu pracy jest aberracją, bluźnierstwem i złamaniem zasad społecznych zasługującym na szczególne potępienie pojawia się z podziwu godną konsekwencją prawie wyłącznie w odniesieniu do zawodów mocno sfeminizowanych: pielęgniarek i nauczycielek. To w ich przypadku niezgoda na pracę za grosze i w warunkach pozbawionych przyszłości jest bezczelnością, występkiem i obrazą praw boskich i ludzkich (na to też mam obrazek)nieładZakończywszy dygresję, popadnijmy na krótko w następną, czyli uwagi o tym, co było.

W jakimś stopniu etos zawodu pielęgniarki jest obciążony przez własne historyczne brzemię. Tak naprawdę dopiero od dziewiętnastego wieku pielęgniarstwo można uznać za pracę, przedtem była to funkcja sprawowana przez służebne zakony – funkcja opiekuńcza, troskliwa i wynikająca z chrześcijańskiego paradygmatu miłosierdzia czy też litowania się (przez wiele stuleci nie bardzo odróżniano w tej kwestii opiekę nad chorymi od opieki nad bezdomnymi czy biednymi – zakony zajmowały się tymi grupami ludzi mniej więcej podobnie, otaczając troską w zakresie wyżywienia, udzielania schronienia, pocieszenia, podstawowej higieny i oczywiście modlitw). Z przyczyn oczywistych zakonnicy czy zakonnice prowadzący zakłady opiekuńcze czy też świadczący w nich prace służebne nie byli osobno wynagradzani – ich wkład stanowił niejako emanację powołania, był częścią ślubów zakonnych, a nie pracą zarobkową. Zresztą do niemal połowy dziewiętnastego wieku w ogóle nie pojmowano pracy pielęgniarskiej tak, jak rozumiemy ją dzisiaj: jako części procesu terapeutycznego – raczej sprowadzano do działalności dozorującej (stąd też nazwa dozorczynie używana w stosunku do osób sprawujących tę funkcję) i ogólnie opiekuńczej. Anioły w kornetach miały emanować cierpliwością, łagodnością i macierzyńskim ciepłem plus dokonywać zabiegów wokół ran czy obsługi chorego. Nie oczekiwano żadnych szczególnych kwalifikacji zawodowych – na dowód czego niech posłuży fakt, że w miarę, gdy zapotrzebowanie na pielęgniarki w nowopowstających szpitalach rosło, rekrutowano po prostu ubogie kobiety, poddając je najwyżej kilkumiesięcznemu szkoleniu i wypuszczając do pracy pod nadzorem osób mających jakąkolwiek praktykę. Już od zarania profesjonalizacji pielęgniarstwa był to zawód sfeminizowany – głównie z powodu koncepcji, że naturalne dla kobiet jest cierpliwe opiekowanie się chorymi czy niepełnosprawnymi. Mężczyzn zatrudniano głównie na oddziałach psychiatrycznych, zapewne wychodząc z założenia, że chorym umysłowo troskliwość nie jest potrzebna, za to przyda się siła fizyczna do pacyfikowania i aplikowania stosownych leków. Interesujące swoją drogą, jak wiele z tych przekonań przetrwało do dziś w społecznym myśleniu o siostrach – które co prawda od ponad stulecia siostrami zakonnymi nie są, ale nadal mają mieć w sobie cechy żywych aniołów (w tym bezgraniczną cierpliwość i brak potrzeb cielesnych jak sen czy przyzwoite wyżywienie), istniejących by służyć. Jeśli do dziś propaguje się pogląd, że uniform pielęgniarski ma symbolizować pokorę, służebność i oddanie – w tym oddanie Bogu – to trudno oczekiwać, by łatwo do świadomości publicznej przebił się pogląd, że pielęgniarka to też człowiek i oczekuje za swoją pracę czegoś poza nagrodą z niebios. Ilość wymagań zawodowych i odpowiedzialności nałożonych na pielęgniarki nie zmienia niczego w oczekiwaniu społecznym, by godziły się one na dowolne warunki pracy w imię realizacji powołania. Mają one przeć pod prąd bez względu na okoliczności, obłożenie pracą, warunki, środki i własny dobrostan – wszelki protest traktowany jest jak oburzająca roszczeniowość i niezrozumienie wyjątkowości ich misji.

Korci tu zauważyć, że jeśli misja pielęgniarska jest tak wyjątkowa, to powinny być one traktowane przez pracodawcę (i społeczeństwo) również wyjątkowo: mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki pracy i wypoczynku oraz wynagrodzenie pozwalające zarówno godnie żyć jak i sensownie rozwijać się zawodowo.

Tu przykłady tej wyjątkowej troski o siostry pełniące swoją nadzwyczajną misję odpowiednio:

  • piętnaście lat na oddziale onkologicznym15 lat onko
  • na kardiochirurgii, w Centrum Zdrowia DzieckaCZD
  • piętnaście lat, oddział chirurgii:

15 lat stazuDoprawdy, Pani Premier, kiedy potępiająco mówi Pani, że pielęgniarkom w tym sporze chodzi tylko o pieniądze – Pani by nie chodziło? A powinno.

I powinno nam wszystkim. Przypomnijmy, że pielęgniarki już nie są bezskrzydłymi aniołami, co to nie jedzą, nie śpią, nie piją tylko troszczą się miłosiernie o biedne dzieciątka. Pielęgniarki, wykształcone kobiety po wieloletnich studiach, stażu i specjalizacji, obarczone są ciężką i niebywale odpowiedzialną pracą, która ma zupełnie bezpośrednie przełożenie na życie i zdrowie pacjentów. Zakładanie, że nie obchodzi nas, czy są odpowiednio do swojej pracy wynagradzane, gdyż misja i prestiż i powołanie zawodu są wszystkim jest rozpaczliwie głupie i krótkowzroczne z dwu powodów, jednego mszczącego się natychmiast, a drugiego w odroczeniu. Po pierwsze, pielęgniarka nie anioł i jeść i spłacić kredyt za mieszkanie musi. Jeśli pensji nie wystarczy – weźmie nadgodziny, dodatkowe zlecenia, ćwiartki etatu czy umowy na boku. Co oznacza, że oprócz ośmiu godzin podawania leków, wkłuwania się w żyły czy mięśnie, mierzenia temperatury czy podawania narzędzi w sali operacyjnej – będzie kolejne kilka godzin pilnować pacjentów czy biegać z zastrzykami do chorych na prywatne zlecenia. I następnego dnia rano będzie o tych kilka godzin mniej wypoczęta, mniej zdolna do skupienia, dokładności czy refleksu. Bardzo niebezpieczna technika udawania, że problemu nie ma. Drugi problem zaczyna nas już też doganiać: do tak niedofinansowanego i pozbawionego sensownych perspektyw (poza misją, prestiżem i powołaniem) zawodu przestaną przychodzić nowi pracownicy. Już teraz średnia wieku pielęgniarek oscyluje w granicach 45 lat. Nowe – jeśli przyjdą – rozejrzą się, popatrzą na pasek wypłaty, posłuchają pani premier czy innych polityków i sprawdzą, jak szybko uda im się nostryfikować dyplomy w cywilizacji zgniłego Zachodu, gdzie co prawda nikt do nich nie powie siostrzyczko, ale też i nie zdziwi się, że nie chcą zarabiać minimalnej krajowej. Ten odpływ sił już następuje i tak naprawdę pielęgniarki z CZD podnoszą to jako swój podstawowy postulat: że są obłożone pracą ponad możliwości bezpiecznego wykonywania obowiązków, ponieważ jest ich za mało, by zająć się odpowiednio wszystkimi pacjentami. Osiągnęliśmy bowiem już z grubsza standard z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na jedną pielęgniarkę przypadało 30 do 50 pacjentów – i z niebywałym zapamiętaniem pędzimy dalej. Ruganie pielęgniarek, że domagają się sensownej płacy za swoją pracę nie sprawi raczej, że zawstydzone w pokorze wrócą do łóżek chorych i więcej nie będą pyskować. Raczej zniechęcone dopakują walizki i wyjdą ze szpitali, a na oddziałach zostanie sam prestiż, misja i powołanie. Im nie trzeba płacić.

__________________________________________________________________

Polecane lektury (poza linkami w tekście):

Interesujący rys historyczny pielęgniarstwa (z którego m.in. zaczerpnęłam dane historyczne)

Wirtualne muzeum pielęgniarstwa

Tu o opiniach o strajku mądrze pisze Dryjańska

A tutaj Jacek Wesołowski.

 

Zdjęcia pasków wypłat pielęgniarek – twitter.com

 

 

Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać z czarnym psem

Margot napisała dosadnie i celnie i przypomniała mi, że ta notka leży w archiwum i że zabieram się do niej jak pies do jeża od miesięcy. No to chyba pora wziąć łopatę i odkopać zalegające w cieniu repozytorium tematy. Tak, będzie widać, że inspirował nas ten sam komiks i że do podobnych wniosków doprowadził. Tak, obie też czytałyśmy co poniektórych specjalistów medycyny ludowej i mądrości powszechnej pod wywiadem z Justyną Kowalczyk o jej zmaganiach z chorobą (ktoś na gazeta.pl i wyborcza.pl powinien im ustawić bota strzelającego notką Margot za każdym razem, gdy się mądrzą).

 

Tymczasem rok temu wielki, wspaniały, genialny Stephen Fry napisał.

Ten artykuł jest zasmucający na wielu poziomach. Kiedy facet taki jak Stephen Fry mówi, że jest mu tak źle, że próbował się zabić, i uratował go tylko nadaktywny producent filmu, nad którym wówczas pracowali, to atakuje myśl, że przed depresją nie ma ani dobrego schronu za workiem z forsą, ani za bezpieczeństwem socjalnym, ani za twórczym życiem, ani za popularnością i sławą. Można tylko podpierać się bliskimi, którzy często (zazwyczaj? Prawie zawsze?) nie zdają sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja, no bo przecież – są pieniądze, jest sukces, jest popularność, talent, propozycje etc.

W zasadzie ta notka w zamiarze adresowana jest właśnie do ludzi, którzy dowiedzieli się, że ich bliska osoba choruje na depresję. Chorzy już te wszystkie rzeczy wiedzą i tak, ich bliscy stoją z rozdziawionymi ustami i chcą zaraz coś powiedzieć, coś, co pomoże i coś co wykaże ich dobre chęci.

Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pierwsze, co chcecie powiedzieć, brzmi: „Weź się w garść”. Zamiast tego siądźcie gołym tyłkiem na jeżu albo zjedzcie trochę tłuczonego szkła, to będzie mniej szkodliwe. „Weź się w garść” to najczęstsza, najgorsza rada, jaką chory może usłyszeć. „Weź się w garść” znaczy w zasadzie – co? Opanuj się? Zgarnij nerwy? Przestań mieć depresję? Depresja, choroba organiczna polegająca na zaburzeniu gospodarki serotoniną i endorfiną w mózgu, nie bierze się z braku motywacji do utrzymania tej gospodarki w porządku. Czy facetowi w gipsie poradzilibyście równie dziarsko, by się wziął i zrósł, zamiast leżeć i się mazgaić? Czy komuś w trakcie dializy zaproponowalibyście, żeby wreszcie przestał mieć chorą nerkę? Dlaczego uważacie, że depresja jest taką chorobą, którą da się wyleczyć za pomocą samego zmotywowania? Gdyby to było takie proste, chory pewnie sam by wpadł na taki doskonały pomysł.

(Pomijam drobniejsze dramaty zaszyte w takiej znakomitej radzie, jak: bagatelizowanie choroby, protekcjonalne traktowanie chorego jak małego dziecka, oraz demonstrowanie, że się kompletnie nie rozumie, że depresja to coś, czego nie da się ogarnąć prostym „wzięciem się w garść”. Cokolwiek to miałoby znaczyć)

Również serdecznie zniechęcam do wymyślania naprędce złotych terapii w rodzaju: „nie martw się, pójdziemy na zakupy, kupimy ci buty/kurtkę/torebkę/motocykl/lody/dziwki, od razu ci przejdzie”, ponieważ, hm, to nie działa w ten sposób*. Owszem, zakupy zwykle wyzwalają mały strzał endorfinowy, ale, hm, u osób które wydzielanie endorfiny mają prawidłowe. U osób chorych niekoniecznie to zadziała zgodnie z planem. Osoba chora, która wyłącznie siedzi i się przygląda ścianom, być może zdobędzie się na wyjście z tobą. Ale z kompletną obojętnością przejdzie przez sklep z torebkami/lodami/dziwkami, bo jest jej wszystko jedno, czeka, aż twój entuzjazm się wypali, a ona będzie mogła znów siedzieć i patrzeć w ścianę. Jeśli proponujesz takie rzeczy, a one nie działają, możesz nadziać się na smutne własne reakcje – frustrację, gniew, rozczarowanie – bo czemu chory nie cieszy się jak powinien, czemu nie jest wdzięczny za twój wysiłek? Cóż, kot nie będzie ci wdzięczny za lekcje stepowania, najwyżej cię nie pogryzie. Ktoś chory po prostu postara się przeczekać twój pomysł i osunie się z powrotem w swoją dziurę w rzeczywistości.

Zachęcanie dobrymi przykładami. „Wujek Wiesiek też to miał, ale wziął się do ciężkiej pracy i mu przeszło”. Tu spojrzenie pełne zachęty i oczekiwania, że chory rach-ciach, wstanie, sięgnie po toporek i porąbie trzy sosny, po czym rozgrzany ruchem wykrzyknie – w rzeczy samej, drogi przyjacielu, jest mi znacząco lepiej, dziękuję. No więc nie. Owszem, zachęcanie do pewnych niezbędnych aktywności jest sensowne i pożądane, ale przy zaawansowanej chorobie dzień może w całości wypełnić plan składający się z podpunktów: otworzyć oczy – wstać – wysikać się w odpowiednim miejscu – napić się wody – trafić z powrotem do łóżka. Przy czym poszukiwanie wody może być wyczerpujące w sposób, który pochłonie kilka godzin rekonwalescencji na podłodze w kuchni.

Przekonywanie. „Jak możesz mieć depresję, zobacz, jaki jest piękny dzień”. Tak, jakby to miało jakikolwiek związek. Wariant drugi „jak możesz mieć depresję, przecież masz wszystko, masz gdzie mieszkać, masz co jeść, masz wspaniałych przyjaciół (O POPATRZ NA MNIE JAK ŚMIESZ MIEĆ DEPRESJĘ GDY JESTEM TWOIM PRZYJACIELEM JAK MOŻESZ MI TO ROBIĆ) i taką dobrą sytuację, tylu ludzi na świecie nie ma nawet połowy tego co ty i nie ma depresji!”. Czyli – wytłumacz się, dlaczego zachorowałeś, skoro moim osobistym przyczynometrem wykazuję niezbicie, że nie masz sensownych i dających się zaakceptować powodów.

Jak to powiedział sam Fry:

That’s the point, there is no “why?” That’s not the right question. There is no reason. If there was reason for it, you could reason someone out of it.

Jak twoje neurotransmitery śmią szwankować, gdy za oknem słońce a ja siedzę i uważam, że z tak rewelacyjnym przyjacielem jak ja nie masz prawa zachorować na smutek, abnegację i niechęć do wszystkiego.

Co można zatem bezpiecznie powiedzieć, by ani nie wykazać się arogancją, ani brakiem elementarnego zrozumienia?

W zależności od stanu chorego, można spytać, w jakim zakresie można mu pomóc. Czy chodzi o pomoc w znalezieniu dobrego lekarza i dotarcia do niego? (To są dwie trudne sprawy, depresja silnie wiąże się z prokrastynacją i abulią, poważnie chory popada w niemal katatoniczny bezwład i wówczas wymaga wsparcia również w takiej sprawie, jak dotarcie na umówioną wizytę lekarską) Czy trzeba pomóc mu w bieżącym życiu? W wyniesieniu śmieci, umyciu się, zrobieniu jedzenia? Czy trzeba mu pomóc wykupić leki? Zadzwonić do pracy/uczelni i pomóc wytłumaczyć nieobecności, załatwić sprawy formalne, by mógł zająć się zdrowieniem podczas gdy życie wokół nie będzie mu się zawalać systematycznie? Czy przejrzeć z nim rachunki za mieszkanie/prąd/telefony i upewnić się, że są opłacone i nie grozi choremu odcięcie od mediów albo komornik?

To są żmudne, irytujące zadania w towarzystwie kogoś, kto będzie snuł się i jęczał albo tępo gapił w ciebie lub w ścianę obok. To są przykre obowiązki związane z pielęgnacją pozornie fizycznie zdrowego człowieka, który zalega cały dzień w łóżku i nie odbiera telefonów, bo mu się nie chce. Bardzo dużo empatii i zdolności wyjścia poza swoje własne doznania wymaga zrozumienie, że to depresyjne „nie chce mi się” nie jest gówniarską fanaberią, a diagnozą: nie mam woli, potrzeby ani chęci. Leżę, bo grawitacja tak działa. Jakby działała inaczej, wisiałbym na haczyku lub stał na głowie, cokolwiek wymagałoby najmniej energii. Jestem zorganizowaną formą entropii i czekam na rozkład, ignoruję formy energii wokół, czekam aż przestaną. Nie podejmuję prób samobójczych, bo wymagałoby to wstania i zrobienia czegoś, a na taki wysiłek mnie nie stać.

(Lekka dygresja: Tu czai się pułapka. Osoba wychodząca z depresji, wydobywająca się z najgorszego dołka, czyli taka, wobec której nasze starania wreszcie WRESZCIE odniosły jakiś skutek, może popełnić samobójstwo. Lub chociaż spróbować. Bo, paradoksalnie, wreszcie może. Na dnie depresji nie jest najgorszy smutek czy rozpacz, bo są to jednak jakieś formy energii emocjonalnej, jakieś uczucia. Na dnie depresji jest odcięcie emocjonalne. Totalna zmartwiałość. Bezwład i bierność. Gdy chory wychodzi z tego stanu i wracają mu zarówno minimalne siły jak i uczucia, dociera do niego smutek, rozpacz, desperacja, przygnębienie, wyrzuty sumienia, lęki etc. I wreszcie, dzięki lekom i terapii, ma siły, by cokolwiek z nimi zrobić. A że czujność otoczenia jest uśpiona pierwszą od dawna poprawą, próbuje sobie poradzić ze swoim stanem w sposób radykalny i trudny do zrozumienia – kończąc wszystko. Bo poprawa jest powolna i towarzyszy jej wysiłek i cierpienie, a otoczenie – nawet jeśli dotąd wykazywało troskę i anielską cierpliwość – zaczyna poganiać, mieć oczekiwania, stawiać wymogi. I trochę trudno się dziwić – holowanie przez wiele miesięcy osoby chorej, branie na siebie całego ciężaru codzienności, amortyzowanie bezwładu chorego i solowa praca organizacyjna wykańczają; i nawet najbliższa osoba czuje się tym wyczerpana i wypatruje końca swojej jednoosobowej zmiany jak zbawienia. Łatwo i chętnie jej uwierzyć, że oto już nie musi pilnować, karmić, nosić i wyręczać, bo jest lepiej i można trochę odpuścić z czujnością. Niestety, praktyka pokazuje, że to bardzo ryzykowny moment na ulgę i spuszczenie chorego z oka. Wychodzenie z depresji to miesiące lub lata starań i potwornie żmudny wysiłek, by ustać w miejscu na osypującym się gruncie. Chęć przyspieszenia tego procesu, chęć pójścia na skróty wydaje się naturalna i zrozumiała, i trudno winić kogokolwiek, kto ma dość. Tyle tylko, że poluzowanie czujności tuż po pierwszej zauważonej reakcji na leki może się źle skończyć.)

To nie jest notka zmierzająca do jakiejś celnej, literacko zaskakującej czy błyskotliwej pointy; depresja w żaden sposób nie jest błyskotliwa. To jest notka edukacyjno-postulująca, jedna z wielu krążących po sieci w ostatnich miesiącach. Notka edukująca (mam nadzieję) wszystkich, dla których dotąd depresja była tematem odległym, czysto medialnym lub wątpliwym; notka postulująca pewną dawkę empatii i zrozumienia dla chorych na coś, co nie ma objawów tak łatwo widocznych jak przy otwartym złamaniu piszczeli i nie dających się wytłumaczyć osobie z zewnątrz. Jeśli macie w otoczeniu chorego na depresję, nie radźcie mu, żeby się pozbierał, ogarnął czy stanął na nogach i przestał piszczeć. Nie musicie go zrozumieć, raczej to się wam nie uda, jeśli sami nie macie za sobą epizodu depresji. Wystarczy, jeśli nie będziecie tłumaczyć choremu/chorej, że wcale nic mu nie jest, bo tak wynika z waszych doświadczeń.

Jeśli mimo komiksu, notki Fry’a, tego wpisu – nadal ktoś z was uważa, że bliskiemu zmagającymu się z depresją najlepiej zrobi potrząśnięcie i energiczne żądanie wzięcia się w garść, to hmm, Margot napisała, co może z tymi postulatami.

 

Edycja: literówka.

____________________________________________________________________

* Uwaga również na złote rady z kategorii medycyny ludowej na depresję. W przypadku choroby o ciężkim przebiegu same ziółka i wysypianie się nie wniosą za wiele, a mogą przynieść to samo zło, co inne rodzaje leczenia pozornego: zaniedbanie i zapuszczenie choroby. Leczenie samym placebo w przypadku depresji powoduje nie tylko brak poprawy, powoduje również dodatkową frustrację brakiem efektów, utrzymywaniem się złego stanu, oraz zupełnie realne sypanie się różnych dziedzin życia chorego, który nie zdrowiejąc po prostu nie nadąża za załatwianiem swoich spraw. Leczenie technikami ziołowo-naturalnymi może być stosowane, gdy chory jest w stosunkowo dobrym stanie ogólnym, depresja ma lekki przebieg a na leczenie ma się dużo czasu – co powinien zawsze oszacować lekarz, a nie pełny najlepszych intencji sąsiad czy kuzynka.

O zdobywcach, ladacznicach i innych mitach obowiązkowego „nie”

Co mówi kobieta do nachalnego mężczyzny?

– Nie, nie, proszę, nie.

Co ten nachalny mężczyzna słyszy?

– Nie, nie, proszę, nie przestawaj.

 

Na jednej ze społecznościówek facet, którego śledzę, bo robi przepiękne zdjęcia i niekiedy wrzuca fajne dywagacje zaczął wspominać, że całe jego życie erotyczne oparte było na schemacie, iż panie wygłaszały: ależ proszę pana, co pan robi przy gorliwym współudziale w ściąganiu odzieży. I że komu to przeszkadzało, pani zachowywała cześć, a pan się czuł zdobywcą. I że konwencja, w której kobieta zobligowana była do obrony swojej czci (mierzonej w zużyciu krocza) przez permanentne deklarowanie niechęci do seksu była dla tego świętego obrazu kobiety życzliwa i pozwalała jej zachować twarz.

 

No więc mam kłopot z obiema częściami tego wywodu. To znaczy mam świadomość, że konwencja i kultura przez lata nie pozwalała kobiecie być otwarcie inicjatorką seksu (por: ladacznica), kodyfikując nieformalne znaki (por: flirt towarzyski) przy bezwzględnym nakazie mówienia nie, proszę zabrać tę rękę. Kobieta miała odgrywać niewinną, niedoświadczoną i zdobywaną; mężczyzna miał mieć doświadczenie, kompetencje i głos decydujący – w tym również głos decydujący, czy to nie wygłaszane przez adorowaną kobietę jest formalne i do protokołu dyplomatycznego, czy na serio. Ten kanon towarzyski zapewnił nam, kobietom, poza wątpliwą korzyścią zachowania twarzy (serio? Twarz się miało wyłącznie, jeśli zachowywało się pozory osoby nie chcącej seksu? Naprawdę facetom to odpowiadało?), kompletną bezbronność. Ponieważ znikał pojęcie gwałtu na randce. Jeśli wszystkie kobiety muszą mówić nie, gdy adorator pcha się z łapami, to po czym rozpoznać te, które naprawdę nie chcą karesów i stosunku?

Tytułem dygresji – mam nawet na to ponury cytacik:

Jeśli dziewica została zaślubiona mężowi, a spotkał ją inny jakiś mężczyzna w mieście i spał z nią, oboje wyprowadzicie do bramy miasta i kamienować ich będziecie, aż umrą: młodą kobietę za to, że nie krzyczała będąc w mieście, a tego mężczyznę za to, że zadał gwałt żonie bliźniego.

 

To Deuteronomium sankcjonujące wprost tezę, że przyzwoita kobieta ma obowiązek zawsze protestować. Frapujące, że kanon poprawnych relacji między płciami wciąż nam określa świeżynka prosto z epoki brązu (nawet jeśli zgodnie odpuściliśmy sobie dosłowne kamienowanie rozpustnic i ladacznic, poprzestając na ostracyzmie i społecznej zgodzie na wyzwiska i blaming the victims).

Ze sprzeciwu wobec tej interpretacji, że nie z ust kobiety jest zarówno obligatoryjne jak i czysto konwencjonalne, wyrasta coraz silniejszy i oby powszechny ruch NIE ZNACZY NIE. Jestem całym sercem za jego postulatami i nie uważam, by uwolnienie słowa nie spod tradycyjnego zmrużenia oka odbierało wdzięk flirtowi czy uwodzeniu oraz wymagało przed każdorazowym zdjęciem odzieży notarialnego spisania umowy przed(gry)wstępnej. Bezwzględnie przyjęcie, że nie znaczy nie jest gwarancją bezpieczeństwa tysięcy kobiet, które mają prawo chcieć pójść na kawę, ale nie do łóżka; mają prawo chcieć się całować, ale nie robić fellatio; mają prawo chcieć się przytulać, ale nie zdejmować majtek. I tak dalej. (Czy muszę dodawać, że takie samo prawo powiedzenia nie, nie chcę ma mężczyzna i musi być ono tak samo respektowane? To na wszelki wypadek dodam, zanim przyjdzie ktoś z MRA i na mnie nakrzyczy.)

Tyle, że to jest za mało. Jeśli chcemy (a my, Naima, chcemy) żeby dziewczyny i kobiety nie bały się mówić nie kiedy czegoś nie chcą, oraz by mężczyźni owo nie respektowali (i vice versa, rzecz jasna), to należałoby znieść niedopowiedziane a podstawowe założenie tej konwencji flirtu, która legitymizowała gwałt na randce jako zdeterminowaną odpowiedź na kobiece NIE. Założenie, że kobieta zawsze mówi nie, ponieważ nie wypada jej powiedzieć TAK.

Chciałabym żyć w świecie, w którym dziewczynom i kobietom przysługuje prawo mówienia tak, kiedy mają ochotę na seks. Prawo do tak nieobciążonego wyzwiskami puszczalskiej, sama-się-prosiła-ofiary-gwałtu, dziwki etc. Prawo do świadomego i wolnego decydowania o swojej seksualności w sposób otwarty, ba – do inicjowania relacji w sposób, który nie będzie powszechnie potępiany i uznawany za pretekst do traktowania kobiety jako zasłużonej ofiary dowolnych przestępstw seksualnych („no przecież mówiła, że chce ze mną seksu, to czemu teraz narzeka na gwałt grupowy? Przecież mówiła, że lubi seks”) lub niegodnej szacunku. Ponieważ wydaje mi się to jedynym sensownym sposobem zamknięcia ust specjalistom od zdobywania opornych kobiet. Nie brzmi dużo wiarygodniej i bardziej stanowczo, kiedy wiadomo, że można powiedzieć tak, kiedy się chce. Nie ma wówczas wątpliwości, czy kobieta sprzeciwia się awansom z powodów konwencji i braku możliwości innego wyrażenia zainteresowania, czy dlatego, że faktycznie chce uniknąć niechcianego kontaktu. Co więcej, dziewczyna świadoma, że ma prawo mówić tak, kiedy tego chce, może o wiele bardziej stanowczo powiedzieć nie. Ponieważ nie nie może być jedyną ścieżką wyboru podczas randki. Ponieważ nie może być tak, że to osoba, która słyszy nie decyduje, co tak naprawdę usłyszała. Paradoksalnie – drodzy konserwatyści, obrońcy czci niewieściej i mitu kobiety wiecznej niewinnej dziewicy – możliwość mówienia tak bardziej nas chroni przed niepożądanymi zalotami nachalnych zdobywców niż przymus trzepotania rzęsami podczas szeptania ależ, co pan robi..! Wówczas bowiem napastnik, zwany przez was dżentelmenem starej daty, nie będzie mieć wykrętu, że nie było wyłącznie figurą stylistyczną ze staromodnego flirtu: będzie miał bowiem świadomość, że gdyby kobieta chciała jego awansów, po prostu by się na nie zgodziła. W świecie świadomej zgody czy inicjatywy erotycznej kobiet znika owa mętna „zgoda domniemana” mimo wzbraniań się i zaprzeczeń; a seks wbrew protestom nie jest już przejawem rycerskiej uporczywości, a staje się – również w oczach samego sprawcy – tym, czym był od początku: gwałtem. Co być może powstrzyma tych, co to się chcą dżentelmenami mienić, od zbyt konsekwentnego zdobywania.

 

Post scriptum:

Do tej notki powinien być gigantyczny appendix o mitach kulturowych, dychotomii madonny i dziwki, o fetyszu dziewictwa oraz być może dalsze trollerskie wstawki ze Starego Testamentu, które de facto sankcjonują tę konwencję, na którą różni obrońcy mitu zdobywania opornej kobiety się powołują. Ale nie będzie, bo nikt nie lub tl;dr oraz być może kiedyś powstanie tu subiektywna analiza różnych aspektów kulturowego podwójnego standardu w ocenie zachowań seksualnych ludzi z podziałem na podstawowe płcie – ale nie dzisiaj.

E: literówka.

Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.

Porno bardzo złe, czyli co czyha w sieci na Camerona

Droga czytelniczko, drogi czytelniku, czy wiesz, co jest straszne? Okropnie straszne, takie, że należy wszelkimi siłami chronić przed tym naszą młodzież?
 

– Niszczy niewinność i dzieciństwo naszych dzieci. Jako polityk i ojciec czuję, że nadszedł czas, by działać – mówił brytyjski premier.

(…) 
– Pomyślimy o przeniesieniu podobnych regulacji na grunt polski. Ochrona młodych ludzi powinna być naszym priorytetem – mówi Marek Biernacki.
 
 
Ochrona dzieci przed niszczącym wpływem współczesności to szalenie nośny temat i w ogóle, tylko degenrat zaprotestuje, żeby dzieci nie chronić. Wywołanie moralnej paniki – Omójbożedzieciwidząporno! Zaraz wszyscy umrzemy! – doskonale przygotowuje atmosferę pod zamierzone restrykcje i blokady.
No więc niech będzie, że jestem zdegenerowana i mam zamiar oprotestować te koncepcje.
 
Od razu zastrzegam, że nie będę argumentować tu z równi pochyłej, że dziś zabiorą nam gołe dupy w internecie, a jutro nie pozwolą oglądać nieodpowiednich materiałów przeciwko rządowi, bo zabranie porno to pierwszy krok do przymusowej indoktrynacji jedynie słuszną treścią. Argument z równi pochyłej jest głupi, bo zwalcza to, co jest teraz tym, co być może się zdarzy, jeżeli to co teraz oraz szesnaście zmiennych o których nie wiadomo, czy nastąpią; więc nie ma co w ogóle go wyciągać: ani teraz, ani w innych okolicznościach.
 
Ja mam zamiar protestować i uściślać w konkretnych punktach, bo jak przystało na heroldów poważnej moralnej paniki, Cameron i Biernacki są bardzo ogólnikowi.
Po pierwsze, o jakich dzieciach mówimy? Jakie dzieci są narażone na niszczący widok gołego biustu, pośladków i penetracji? Jak młode istoty straciły swą niewinność dziecięcą? Sześciolatki? Ośmiolatki?
Szanowni panowie, jeśli sześcioletnie-ośmioletnie dzieci mają nieograniczony i nienadzorowany dostęp do sieci w wieku lat sześciu, to znaczy, że tak naprawdę mają dużo poważniejszy problem niż to, że z pop-upu dostaną w twarz gołym człowiekiem. To bowiem znaczy, że ich rodzice/opiekunowie są kompletnie bez wyobraźni oraz mają w nosie, co ich dziecko robi. Świadomy rodzic limituje dostęp do internetu, nadzoruje ruchy dziecka w sieci i udostępnia tylko narzędzia i/lub strony, w których filtr odsieje treści wykraczające poza układanki, planszówki czy naukę literek albo filmiki o zwierzątkach. Po prostu.
Aaaa, mówicie o nastolatkach może? Bo ten Cameron plótł o niewinności i dzieciństwie, to mnie nieco zmyliło. No więc, szanowni puryści, nastolatki dojrzewają. Co więcej, dojrzewają coraz prędzej, to się nazywa akceleracja. Nastolatkom nie trzeba ostrożnie dawkować informacji o tym, że istnieją płcie, seks, pożądanie i fizjologia, ponieważ, o zgrozo, nastolatki mają płeć, seksualność i fizjologię (średni wiek menarche Polek to niecałe 13 lat, panowie politycy). Nastolatki aktywnie poszukują wiedzy o swoim ciele, o ciele płci przeciwnej, o tym co się z nimi dzieje i co można więcej zrobić, poza tym, co już sami i same odkryli na własną rękę (jeśli mogę się tak dosłownie wyrazić). Opowiadanie o tym, że dzieci i nastolatki są istotami z natury niewinnymi erotycznie, pozbawionymi ciał poniżej pępka i nieznającymi uczucia pożądania jest nonsensem i dowodem przerażającej u polityka ignorancji.
Zgoda, że pornografia, zwłaszcza w wersji hard/BDSM/fetysz, nie powinna być pierwszym źródłem informacji o realizacji potrzeb seksualnych przez nasz gatunek. Ekspozycja na takie materiały może z pewnością skonfundować niedoświadczonego (niedoświadczonego, nie aseksualnego!) i nieprzygotowanego widza. Na szczęście we współczesnej Europie dzieci zdobywają najpierw rzetelne, sprawdzone i wiarygodne informacje na temat fizjologii, budowy ciała i seksualności od kompetentnych wykładowców w ramach szkolnych lekcji wychowania seksualnego, i tak przygotowane są w stanie zrozumieć różnice między realnością a bajką jaką jest pornografia.
Tak, to było bardzo zabawne, a teraz możemy się naprawdę wkurzyć. Ponieważ pomysł na zakaz pornografii ma to samo źródło co wstręt i niechęć do wprowadzenia rzetelnej edukacji seksualnej, tj – pruderię, hipokryzję, dewocję i uległość wobec episkopatu wśród naszych polityków. Nie chodzi w tej wypowiedzi Biernackiego o troskę o dzieci (gdyby rzeczywiście tak drżał o ochronę przed deprawacją niewinnych duszyczek, w te pędy gnałby wyprzedzająco wspierać edukatorów seksualnych, wydawanie rzetelnych podręczników i organizowanie lekcji w szkołach zgodnie z zapisami ustawy zresztą), chodzi o pokazanie swojego zdania zgodnego z kursem biskupów, którzy uważają się za jedynie właściwych do prowadzenia szkoleń z seksualności – w ramach katechez.
Nie chciałabym, żeby czytelniczka i czytelnik odebrali to w ten sposób, że traktuję wymiennie edukację seksualną i porno w sieci. Nie. Mówię, że panika wokół obu bierze się ze wspólnego mianownika: wstydu, skrępowania i przeświadczenia, że seks jest rzeczą wstrętną i brudną.
(Ponownie zastrzegam – tak, w sieci mnóstwo jest obrazów dokumentujących brudną i odrażającą stronę seksu, materiałów poświęconych skrajnym parafiliom i przemocy. Chciałabym jednak, by nie stanowiły one jedynego reprezentanta gatunku w tej rozmowie i byśmy nie udawali, że dyskusja dotyczy alternatywy extreme gonzo lub zero pornografii w ogóle. Owszem, przychylam się do koncepcji ograniczania i utrudnienia dostępu do hardporn, w takim zakresie, by wyeliminować ryzyko natrafienia przypadkowo i wbrew woli widza na treści brutalne i dalece wykraczające poza tzw. mainstream, ale bez żadnego sekowania softpornu i erotyki. Co więcej, jak trafnie zwróciła uwagę Szprota, w sieci  można znaleźć różne straszności traumatyzujące mimo braku gołej wulwy – filmy z sekcji zwłok, sceny z egzekucji, przepisy na domową produkcję bomby czy narkotyków. To nie są powody, by wysadzać całość sieci, albo wycinać ją po kawałku. W kwestii zaś ochrony małoletnich – tak, strony z pornografią zawierającą treści powstałe z udziałem dzieci należy w rzeczy samej ścigać, ze szczególnym naciskiem na wyszukiwanie autorów tej produkcji ORAZ udzielania pomocy ich ofiarom.) Stąd mój sprzeciw, bo wysyłanie komunikatu do młodzieży, że seks jest rzeczą okropną, nikt nie chce o nim mówić, nie należy go oglądać, nie wolno uprawiać – taki komunikat jest głupi, potencjalnie szkodliwy i ośmieszający. Mój postulat jest taki, byśmy – my dorośli, my szkoły, my społeczeństwo, umieli przekonać młode osoby o budzącej się seksualności, że jest ona źródłem radości i satysfakcji, ale nierozumnie traktowana i bezrefleksyjnie wykorzystywana może stać się źródłem poważnych kłopotów. W tym mieści się nie tylko przestroga przed niechcianą ciążą czy chorobami, lecz również ostrzeżenie przed ekspozycją na treści brutalne i przekraczające wrażliwość odbiorcy. Ale w tym również mieści się informacja o tym, że nie wszyscy ludzie mają taką samą wrażliwość, i że granicą akceptacji zachowań jest krzywda drugiej osoby, a seks (w tym również ekspozycja na bodźce seksualne, np. wizualne) powinien odbywać się wyłącznie za świadomą zgodą drugiej osoby i w zakresie, który jest przez tę drugą osobę dopuszczany. W tym również mieści się trudny do przełknięcia komunikat, że dziwne i egzotyczne dla wielu osób parafilie bądź fetysze nie są złe same z siebie, a odmienna od naszej własnej wrażliwość seksualna nie jest zła/grzeszna/potępiona tylko z powodu swojej inności; że złe one się stają dopiero wtedy, gdy krzywdzą kogoś, gdy ich realizacja opiera się na przemocy, wykorzystaniu przewagi, krzywdzie i cierpieniu.
To jest bardzo trudny temat, dużo trudniejszy do przepracowania i do objaśnienia niż proste ‚zakażmy porno w internecie’. Zakaz, realny czy tylko postulowany na potrzeby zyskania biskupiej aprobaty, jest działaniem pozornym i zamiast. Polityk, który ośmieliłby się przyznać, że dzieci i nastolatki mają swoją seksualność, której nie należy negować i znikać w dyskursie, lecz którą należy uszanować i wspierać rozsądną, dostosowaną do wieku odbiorcy edukacją, zostałby natychmiast rozniesiony na kropidłach i krucyfiksach. Więc zapewne poprzestaniemy na deklaracjach o ohydzie pornografii oraz o niewinności dziecięcej.
 
Tu również prosi się o dodatkowe zastrzeżenie w związku z zamarkowanym przeze mnie istotnym wątkiem bajkowości pornografii. W przypadku kompletnego braku rzetelnej informacji na temat anatomii i fizjologii seksu adepci i adeptki akademii redtube dowiadują się zdumiewających rzeczy na przykład na temat rozmiarów piersi i penisów, które stoją w gigantycznej sprzeczności z ich osobistym doświadczeniem. Dowiadują się również, że penetracja może nastąpić w minutę po zakończeniu drinka a kobieca fizjologia pozwala na satysfakcjonujący seks bez żadnej gry wstępnej. Kolejne lekcje dostarczają wiedzy o akrobatycznych zdolnościach wszystkich seksualnie aktywnych osób oraz o domyślnej gotowości do współżycia u każdego mężczyzny i każdej kobiety. Jest to oczywiście nonsens i dorośli mają tego świadomość, zakładając umowność konwencji i jej bajkowy charakter. (Nie kwestionują tego, bo to trochę tak, jakby kwestionować Star Trek z powodu nierealistycznej prędkości osiąganej przez Enterprise) Ale jeśli przyjmiemy, że są ludzie, dla których internetowe i filmowe porno z braku innych źródeł – rozumnych i odpowiedzialnych rodziców, sensownego programu szkolnego, z braku nauczycieli przedmiotu i mądrych podręczników – staje się pierwszym i podstawowym źródłem informacji o ludzkiej erotyce, to wówczas możemy mówić o poważnym problemie społecznym. Tyle tylko, że jeśli przeraża nas horror edukowania seksualnie młodzieży kinem pornograficznym, zróbmy wreszcie rzetelną edukację w szkołach, by młodzież mogła oddawać się fantazjom przy oglądaniu, ale wiedziała też, że są to fantazje, a rzeczywistość odbiega od produkcji wygrzebanych w sieci. Wnioskowanie idące za zakazywaniem porno, by źle nas nie wychowywało ma ten sam sens, co zakazywanie Star Treka i Gwiezdnych Wojen, żeby dzieci nie uczyły się głupot o fizyce i poruszaniu się ciał w próżni. Bo panie, fizyki w szkole mieli mało i słabo, to przez te filmy myślą, że w próżni laser świszcze i świeci, skąd oni tych głupot nabrali.
 
Druga rzecz, o jaką chciałam zapytać, to jak technicznie sobie to wyobrażają nasi prawodawcy, i czy postulowany przez Camerona tryb: domyślne odcięcie od porno wszystkich, dostęp tylko za imienną pisemną prośbą nie narusza aby zasady, że państwo nie wtrąca się zainteresowania erotyczne obywateli oraz nie zbiera o nich informacji tzw. wrażliwych? Agregowanie przez dostawców internetu baz danych klientów, którzy pod nazwiskiem występują o dostęp do treści określanych przez polityków jako plugawe, niszczące niewinność i wymagających reglamentacji (nie, serio, panie Cameron, co pan oglądał? Jakie filmy pana tak przestraszyły?) wydaje mi się dość śmiałym ruchem przeciw wolnościom obywatelskim, prywatności i poufności upodobań. Znów, by nikt mi nie zarzucił nadmiaru naiwności – w świetle draki wokół PRISM, NSA i Snowdena tylko najgłupsi i najbardziej prostoduszni (oraz użytkownicy TOR) mogą ufać, że stosowne agencje rządowe nie dowiedzą się wszystkiego o ich poczynaniach w sieci, z dokładnością do milisekund i pojedynczych bajtów transferu. Nie chodzi o to, że rządy i agencje rządów nas śledzą, chodzi o to, że w projekcie Camerona to my mamy przynieść kwity na własne działania i pod nazwiskiem złożyć oświadczenie, że robimy rzeczy, które politycy uważają za wstydliwe i brzydkie. A to nie ma nic wspólnego z niewinnością i dziećmi.
 
Jest też trzecia strona tego medalu: przemysł pornograficzny i jego specyfika. I to będzie temat następnej notki. 

Jak może wyglądać bieda?

Co wolno biednym? Czy dzieci korzystające z dofinansowanych przez szkołę lub gminę darmowych obiadów mogą pójść na pizzę? Czy student otrzymujący stypendium socjalne może chodzić w oryginalnych, niebazarowych Adidasach lub Nike’ach? Czy rodzina korzystająca z zasiłków i pomocy społecznej może mieć telewizor HD?

 

To nie są pytania o stan prawny ani praktykę stosowaną przy rozpatrywaniu wniosków w MOPSach i sekretariatach urzędów. To są pytania o można w znaczeniu: wypada czy też jest w porządku. To nie są pytania tak naprawdę o samych biednych czy ich możliwości wyboru, ale o to, co mamy w głowach my, czyli ci, którzy jeszcze(?) o sobie w kategorii biedni nie myślimy. To są pytania o to, jakie mamy oczekiwania i czego się spodziewamy po biednych.

Tu pojawia się pierwsza uwaga na marginesie, a raczej prośba, by czytelnik sobie w głowie poobracał przez moment tę koncepcję, że my bogaci (mam nadzieję, że nie potrzebuję wikłać wywodu w dodatkowe wyjaśnienia, że my bogaci nie oznacza tu jakiejś cezury majątkowej ani nie muszę wyjasniać, że wiem, że większość czytelników raczej dojeżdża do wypłaty na oparach; i że my bogaci to retoryczna, najzwięźlejsza opozycja do biednych, czyli klientów systemu pomocy społecznej, zasiłków etc) czegoś oczekujemy od biednych. Chociaż zasadniczo kierunek oczekiwań jest taki, że to biedni oczekują wsparcia, pomocy czy środków do życia od reszty społeczeństwa, to owo społeczeństwo w mniej czy bardziej uświadomiony i sformalizowany (np. zapisami kwot dochodów w ustawach o pomocy społecznej) sposób od owych biednych czegoś oczekuje. Tu rozstrząsaniu podlega ten niepisany zestaw oczekiwań, jakie społeczeństwo, czy też my bogaci ma wobec potencjalnych biorców świadczeń.

Tu kolejne zastrzeżenie: nie będzie linków ani kwitów. Nie mam żadnych twardych danych, bazuję na czystej anegdocie, na setkach rozmów słyszanych lub czytanych na forach internetowych, na tzw. powszechnych przekonaniach, na które chyba jeszcze polska socjologia nie zrobiła badań.

 

Ad rem wreszcie – oczekiwania wobec biednych są zasadniczo takie, że mają być biedni. To nie jest aż taka straszna tautologia – biedni mają nie tylko mieć wykazywalny na kwitach marny stan dochodów, oni mają wyglądać na biednych, żeby nie wywoływać dyskomfortu w otoczeniu, żeby nie powodować dysonansów poznawczych. Stąd te pytania w pierwszym akapicie, pytania o dopuszczalną (nieformalnie, rzecz jasna) granicę luksusu, na jaką mogą sobie pozwolić ludzie biedni. Obraz jaki społeczeństwo nosi w głowie jest, niestety, ukształtowany przez epokę balów charytatywnych i dobroczynności składającej się z parafialnych kiermaszów na rzecz ubogich; jest literackim, malowniczym archetypem godnego litości biedaka w podartych, acz schludnych ubraniach, w pokorze stającego na progu jasnego dworku jasnych państwa. Wystarczająca ilość pokory i dostatecznie malownicza nędza jego odzieży porusza zbiorowe serduszko jaśniepaństwa i sprawia, że jaśniepaństwo moralnie uzasadnia wydatki na cele społeczne i zapomogi. Ten mechanizm aprobaty stosownego kostiumu żebraka z epoki jasnych dworków, went i kwest na ubogich niestety przeniósł się (o, dzięki ci, literaturo, jaką nas nakarmiono w szkołach, za te archetypy) we współczesność, i obecnie społeczeństwo rzekomo bezklasowe czujnie lustruje ubrania, obuwie, akcesoria i wygląd osób ustawiających się do kas MOPSów, gmin, urzędów i dziekanatów. Społeczeństwo gromko oburza się, gdy po pomoc wyciąga się ręka z pomalowanymi pięknie paznokciami, albo proszą usta ozdobione czerwoną szminką. Od ubogich oczekujemy, by dostosowali się do roli petenta w sposób, w jaki o byciu petentem fantazjujemy, i skłonni jesteśmy oburzać się i karać (na przykład – odcięciem od środków pomocy społecznej) za wszelkie przejawy życia nie w nędzy. W ten oto szczególny sposób społeczeństwo uważa, że w zamian za świadczenia i zasiłki kupiło sobie na własność ludzi biednych, i ma prawo przejąć kontrolę (w wymiarze moralnym) nad ich wydatkami. W jakiejś pokracznej formie jest to zarówno odwzorowanie niewolniczego piętna jak i średniowiecznej kastowości, wyznaczanej m.in. zastrzeżeniem niektórych kolorów wyłącznie dla arystokracji. Koncepcja wizualnego indentyfikowania biedy, oznakowywania i piętnowania nie jest nowa i niestety, trzyma się świetnie. Biednemu dziś wolno kupić tani chleb i pasztetówkę, ale nie bilety do kina, nie pizzę i nie piwo. Biednemu nie wolno obnosić się (to pyszne słowo w tym kontekście) z jakimikolwiek oznakami dobrobytu, nie wolno mu poza to bycie biednym wyjść nawet w tej sferze symbolicznej, w której zawiera się kupienie sobie jakiejś nierozsądnie drogiej szminki czy butów.

Tu się bardzo brutalnie ujawnia też jeszcze jedna nieprzyjemna cecha połączonych sił formalnego systemu kwalifikacji biedy ze społecznym obrazem biedy-dającej-się-zaakceptować. Mianowicie, z tej biedy nie da się wyjść. Tzw. system oferuje głodowe zasiłki i wsparcie pod warunkiem absurdalnie zaniżonych dochodów – i grozi odcięciem tej pomocy za każdorazowe przekroczenie limitu, nawet, gdy przekroczenie wynika jedynie z otrzymania nawet jednorazowych świadczeń czy zapomóg z innego źródła. Opinia społeczna odmawia swojej akceptacji, gdy biedny przestaje być nędzarzem i zamiast pasujących do wierszyka o sierotce Marysi łachmanów zaczyna nosić dobrze wyglądającą odzież. Biedni złapani są w pułapkę – bo jeśli walczą o utrzymanie się na powierzchni i niepopadnięcie w łachmany, grzyb na ścianach i ostentacyjne niedobory w uzębieniu, to z punktu widzenia systemu jak i tego systemu mocodawców, czyli społeczeństwa – przestają na wsparcie zasługiwać.

A człowiek jest tak skonstruowany, że nie lubi myśleć i czuć się biedny. (Pomijam tu konstrukty będące pochodną „Kazania na Górze”, czyli nawoływanie do ubóstwa w zamian za szeroki wachlarz nagród w alternatywnej rzeczwistości, bo w dyskusji o pomocy społecznej są one po prostu nieuczciwe.) Obserwacje wszystkich kultur pokazują, że Maslow nie do końca ma rację – po zaspokojeniu potrzeb czysto biologicznych, przetrwaniowych, ludzie będą skłonni wydać pozostałe środki na będące w ich zasięgu (lub minimalnie powyżej tego zasięgu) znamiona luksusu. Stąd biedni wydają pieniądze na telewizory, smartfony czy odtwarzacze, bo są to rzeczy, na które łatwo uzyskają kredyt i które pozwalają jednocześnie utwierdzić się w poczuciu, że nie jest aż tak źle. Tu swoisty paradoks – dużo łatwiej uzyskać od ręki kredyt na dobra luksusowe w rodzaju płaskiego telewizora czy playstation niż na kurs księgowości czy obsługi maszyn. Łatwiej jest o kredyt konsumpcyjny niż pożyczkę na inwestycję zmierzającą do rzeczywistej poprawy statusu materialnego. łatwiej, nie tylko w sensie fizycznej dostępności, uzyskać drobne sumy na drobne przyjemności, niż potężne kwoty, jakich wymagałaby radykalna zmiana swojej pozycji, np – wypłacenie się z długów, zakup narzędzi pracy czy zrobienie profesjonalnych kursów zawodowych (przy okazji sporów o jakość kształcenia w Polsce i odsetku bezrobotnych wśród absolwentów potrzeba wykosztowywania się na czesne staje się podwójnie kwestionowalna). Kiedy mówię zaś o narzędziach nie fantazjuję o zakupie młotka czy szewskiego kopyta, ale o cenach legalnego oprogramowania – absolwent dofinansowanego przez gminę czy urząd pracy kursu grafiki komputerowej z pewnością nie kupi sobie legalnej kopii Quarka czy Photoshopa, żeby zaryzykować prowadzenie działalności gospodarczej lub szukać zleceń i umów na wykonanie ulotek. Poza paradoksem zaś jest, że bieda współistnieje z bezrobociem, a bezrobocie utrwalone, zakonserwowane pomocą społeczną otrzymywaną tylko za udokumentowaną nędzę tak naprawdę dysponuje tylko jednym dobrem: wolnym czasem. I ten czas bieda usiłuje sobie zająć czymś, a najtańszym sposobem zajęcia się jest bierne oglądanie czy to telewizji, czy zdjęć kotków w internecie. Od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdy znamieniem biedy były niepopłacone rachunki wszędzie poza wypożyczalnią kaset wideo, do dzisiaj, gdy rzetelne płatności dotyczą przede wszystkim faktur za prąd i internet, postęp dokonał się wyłącznie w kategorii technicznej.

Wracając do obrazu biednych i granic naszej, tj. społeczeństwa akceptacji dla fanaberii biedoty. Ten okropny obrazek pokornego łachmaniarza, jaki utrwalił się w opinii publicznej, ta koncepcja, że „prawdziwa bieda to jest wtedy, gdy nie ma co jeść” uderza nie tylko w samych klientów opieki społecznej, uderza ze straszną siłą w prekariat, który norm przepisanych dla usankcjonowanej biedy nie spełnia, a żyć próbuje wiążąc końce na okrętkę. Prekariat zostaje zniknięty z dyskursu, jako niewystarczająco biedny, by zasługiwał na pomoc, a zarazem zbyt dobrze sobie radzący, by zasługiwał na współczucie. Osunięcie się w nędzę zostaje potraktowane (poza jakimiś bajkowo medialnymi bankructwami możnych i pięknych) z niejaką satysfakcją, bo osąd opinii publicznej głosi, że upadek w biedę jest efektem nieporadności nędzarza i/lub jego rozrzutności. Mit oszczędnego biedaka, który z determinacją i pracowitością sam, własnymi rękami zdobywa szczyty i odnosi sukcesy nie aplikuje się do rzeczywistości, w której obecnie funkcjonujemy, rzeczywistości, w której żądamy od biednych, by dla naszego poznawczego i estetycznego komfortu byli wizerunkowo spójni i przychodząc po obiady/bony/wyprawki szkolne nie nosili markowych butów ani smartfona. Co szczególnie osobliwe, sami jesteśmy skłonni natychmiast sobie wybaczyć lub zracjonalizować wzięcie na raty niepotrzebnego w istocie elektronicznego gadżetu, którego nie moglibyśmy kupić od ręki, i który w zasadzie służy nam wyłącznie do przyjemności. Ale przyjemność jest przywilejem Większości Społeczeństwa, a nie – biednych. Oni czerpać mają z limitowanej puli drobnych przyjemnostek, widocznie rozłącznych z naszymi oznakami statusu.

 

To niepisane oczekiwanie, to oburzenie, gdy ktoś zidentyfikowany jako biedny wyłamuje się z archetypicznego wizerunku, jaki chcielibyśmy hołubić dość brzydko świadczy o zarówno naszym przywiązaniu do kastowości przejawiającej się we wszystkich sferach życia – jak i o leżącej głęboko u podstaw tego żądania koncepcji, że biedni są ludźmi gatunkowo innymi niż my, pozostający nad kreską, i że ich potrzeby i chęci nie zasługują na realizację bez uprzedniego nihil obstat wyrażonego przez Większość Społeczeństwa. (Nie zamierzam tu popadać w psychoanalizę i zgadywać, czy takie stygmatyzowanie ma dystansować biedę i spychać ją poza realność osobistych i własnych doznań stygmatyzującego, czy jest zwykłą bucerią bez głębszych korzeni.) Protekcjonalizm łączy się lepko z systemem kwalifikowania do uzyskania świadczeń pomocowych i generuje chętkę wielkopańskiego pokaż, że zasługujesz, bym dał ci zasiłek. Wychowani na nowelkach o dziewiętnastowiecznej nędzy skłonni jesteśmy wciąż traktować świadczenia pomocowe jak jałmużnę, wypłacaną z naszej łaski nieudacznikom. Stąd tylko krok do neoliberalnego nawoływania do zamknięcia kasy i pozostawienia pomocy społecznej chętnym, bo – nie każdy ma chęć dawać pieniądz żebrakom (choć to takie przyjemne, poczuć się dobroczyńcą za swoje).

Obawiam się, że w Polsce postbalcerowiczowskiej, przeoranej Lewiatanem i Mordasewiczem trudno będzie przepchnąć wspólnotowy sposób rozumienia pomocy społecznej i odczepić się od wizerunku pokornego nędzarza. Odejście od protekcjonalizmu jałmużny na rzecz podmiotowości wychodzącej z empatii wobec ludzi takich samych jak my jest tym trudniejsze, im mocniej zakorzeniły się w nas wyobrażenia i fantazje na temat bycia dobrą panią.

Nie będzie morału ani daleko idących wniosków. Pozostaje wciąż otwarte pytanie z pierwszego akapitu.

Taki duży, taki mały

Na marginesie poprzedniej notki błysnęła mi przelotnie myśl, że kościół rzymskokatolicki w Polsce zachowuje się jak Alicja po zjedzeniu wiadomego ciasteczka. W zależności od rozmówcy rozdyma się on do gigantycznych rozmiarów lub kurczy niemal do zniknięcia. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika taka zależność: kościół jest wielki, gdy rozmawia z państwem i rości – wówczas za jego plecami stoją legiony, 95% katolików, którzy muszą: mieć religie w szkołach, kapelanów w szpitalach i wojsku, wydziały teologiczne refundowane z budżetu i świątynie co skrzyżowanie, a kapłani tego niezmierzonego ludu powinni korzystać z wszelkich możliwych udogodnień prawnych i fiskalnych w sprawowaniu swojej niezbędnej krajowi posługi. Z drugiej strony do własnych wyznawców kościół kieruje komunikat wręcz odwrotny: że oto jest instytucją w oblężeniu, prześladowaną, wypychaną z życia publicznego, nieżyczliwie komentowaną i zepchniętą do narożnika. Arcymistrzem komenderowania batalionami stłoczonymi na atakowanej permanentnie reducie jest oczywiście Rydzyk, który non stop mówi o prześladowaniu i niszczeniu przez przeważające siły wroga, a mówi to wszystko przezwłasne radio i telewizję, jeszcze niedawno komunikował przez firmową telefonię komórkową, ma swoją uczelnię i na zlotach gromadzi tysiące wyznawców (którzy powtarzają za nim, że są ostatnim, wątłym bastionem w zalanym bezbożnictwem świecie).

Oczywiście, motywy takiej rozbieżnej komunikacji są jasne. Władza administracyjna w demokratycznym kraju skłonna się ugiąć przed instytucją legitymującą się poparciem milionów i w imieniu milionów żądającą świadczeń i udogodnień. Vox populi, vox ecclesiae. Z drugiej strony zwarte szeregi łatwiej utrzymać w dyscyplinie, gdy będą one przekonane, że tuż za witrażem czyha wróg, a imię jego legion. Stąd na kazaniach proboszczowie i biskupi zwracają się do wiernych jak do garstki ocaleńców z potopu laickiego barbarzyństwa.

Można się zastanawiać, czy dla księży taka schizofreniczna sytuacja nie jest mentalnie szkodliwa i czy ciągłe przerzucanie się między manią wielkości a paranoją prześladowczą nie owocuje pewnymi nieodwracalnymi problemami poznawczymi. Stała jest bowiem w komunikacie kościoła wyłącznie roszczeniowość, zmieniają się tylko uzasadnienia. Budżet państwa zamykającego nierentowne szkoły i szpitale musi się dorzucić do budowania Świątyni Opatrzności Bożej, gigantycznego, betonowego kloca, ponieważ CAŁY NARÓD żąda i potrzebuje. Krzyża w urzędzie zawieszonego ot, tak zdjąć nie można, bo PRZEŚLADOWANIE KATOLIKÓW.

Gdyby przyjąć przez moment zupełnie poważnie te komunikaty wydawane przez kościół i próbować je uzgodnić, wyszłoby, że w Polsce katolików najmocniej prześladuje wroga im większość, którą zarazem stanowią katolicy. Dopiero, gdy większość narodu przestanie gnębić samą siebie, biskupi wyjdą z tego zaklętego koła sprzeczności.

Oczywiście, jest też znacznie prostsze rozwiązanie, to jest: nie brać wypowiedzi hierarchów serio ani zbyt mocno ich pod względem spójności nie rozważać. Przypuszczać można, że i oni w jakiejś mierze na takie bezrefleksyjne traktowanie liczą, wnioskując po egzaltacji i emfazie, z którą głoszą prześladowania stawiając przy tym świebodzińskiego kolosa.

Kampanie stabilizacyjne i marketingowe

Dzisiaj na szacunek nie zasługuje się czynami, nie zasługuje się na ten szacunek dobrym życiem czy życzliwością, lecz kampanią marketingową za pieniądze Ministerstwa Obrony Narodowej.

Link do artykułu z Wyborczej.

Grupa chłopaków, którzy pojechali na wojnę i mieli na niej pecha dziwi się, że rodacy im nie biją brawa. Bo w USA to bili brawo i się zachwycali, a w Polsce jakoś nie chcą.

To ja może wytłumaczę zdziwionym chłopcom, czemu nikt ich nie oklaskuje.

W polskich szkołach kult oręża realizuje się przez indoktrynację, że oto Polacy walczyli zawsze wyłącznie w wojnach obronnych, poświęcając życie za Ojczyznę. Owszem, wojny napastliwe wiedliśmy również, ale to było dawno temu i usprawiedliwione pomnażaniem ziem dla Korony lub zapobieganiem ich podziałowi. Zasadniczo polski żołnierz bronił, a nie atakował, rzucał się z otwieraczem do konserw na niemieckie tanki i wylewał krew wiadrami a heroicznie, i dlatego wszystkie nasze święta państwowo-wojskowe są tak rozpaczliwie smutne, poważne i dęte. (Disklajmer dla nieuważnie czytających: ja nie streszczam tu historii polskich sił zbrojnych, ja streszczam szkolne nauczanie historii i patriotyzmu) Polski weteran, czy to postać literacka z Or-Ota, czy realny bohater z Westerplatte unosi się w nimbie heroizmu, dziejowej tragedii i poświęcenia.

Do tego statusu aspirują chłopaki z wojska zawodowego. Chłopaki, które wyjazd na misję w Afganistanie czy w Iraku dostały w propozycji, a nie nakazie. Faceci, którzy wybrali karierę w zawodowym wojsku, i którzy z jakichś powodów – finansowych, awanturniczych, ideologicznych zdecydowali się pojechać na misje pacyfikacyjne do egzotycznych krajów. Nie z przymusu, tylko do pracy. I tam mieli różne brzydkie wypadki, bo lokalsi nie byli zachwyceni wizytą chłopaków w mundurach i z bronią, i prowadzili dyskusję z gośćmi za pomocą min przeciwczołgowych, granatów i innej broni (którą być może nawet wcześniej kupili w Polsce, wspomagając nasz przemysł zbrojeniowy). Teraz ci żołnierze płaczą na plakatach, że nikt ich urwanym kończynom w milczeniu nie salutuje tak, jak salutowano westerplattczykom.

I jest mi bardzo smutno, że nie widzą różnicy.

Żeby nie było – jest mi ich szkoda, jak jest mi szkoda każdego, kto uległ poważnemu wypadkowi w pracy, kto został okaleczony i niepełnosprawny. Uważam, że jak psu zupa, tak im się należy ustępowanie miejsc w autobusach czy pomoc przy poruszaniu, jeśli sami sobie nie radzą – bo są niepełnosprawni a nasze miasta są dla nich wrogie i nieprzystosowane. Ale nie odczuwam potrzeby, by zachwycać się nimi i ich czcić z tego powodu, że ulegli wypadkowi na misji. Misja stabilizacyjna to ładna marketingowa nazwa na wycieczkę z bronią do dalekiego kraju, w którym ma się pilnować tego, co większe mocarstwa ustaliły w sprawach polityki; wycieczka, w ramach której dostaje się broń ostrą i pozwolenie na korzystanie z niej wobec lokalnych mieszkańców. W polskich sądach toczyły się już sprawy o ostrzelanie wiosek pełnych cywilów przez naszych misjonarzy. To między innymi z tego powodu trudno szanować faceta, który wziął udział w takiej wojnie wyjazdowej, nawet jak mu przy okazji urwało kawałek ciała. Można współczuć ran i cierpienia, ale trudno je gloryfikować.

Leszek Stępień: – Społeczeństwo może być przeciwne obecności polskich wojsk na zagranicznych misjach, ale to nie powinno przenosić się na weteranów. Za to, że działamy w imieniu Polski, z naszywką z polskimi barwami na ramieniu, należy nam się szacunek.

Otóż nie, proszę pana. Sama naszywka budziła szacunek, gdy była noszona przez obrońców, powstańców czy innych uczestników wojen sprawiedliwych, o których nas uczono. Wychowano nas w kulcie ofiar, w kulcie powstańców-straceńców, w kulcie tych, którzy wyciągali broń w ostatecznej potrzebie, a nie jechali postrzelać za granicę. To już jest inna wojna, i jeśli chłopaki oczekują honorów, o jakich czytali w podstawówce u Orzeszkowej, to pomyliły im się strony. Mit polskiego żołnierza jako jednostki patologicznie honorowej, niewinnej i szlachetnej upadł po pierwszym bombardowaniu cywilnej wioski, po ostrzale szkoły czy wesela. Amerykanie może mają na to wywalone, bo oni celebrują wszystkie wojny na wyjeździe, poza Pearl Harbour nie trafił im się mecz w strzelanego u siebie – stąd mogą oklaskiwać sojusznika, który wziął na siebie kulę czy minę przeznaczoną dla amerykańskiego żołnierza. W Polsce dopiero musimy się nauczyć, że nasza narodowa martyrologia mitologiczna jest od czasu wyjazdowych misji sojusznicznych nieaktualna. Gdy się nauczymy, może i ktoś będzie podziwiać dzielnych kombatantów pacyfikacji afgańskich wiosek. Na razie będą zbierać gorzkie żniwo pretensji, fochów i pogardy: to społeczeństwo z przykrością żegna dobre samopoczucie, że nigdy na nikogo nie najeżdżaliśmy, a polski żołnierz walczył tylko w obronie ojczyzny.

Na razie chłopaki zapłacili za kampanię w mediach. Ciekawe, czy pomoże.