Tango Kaja w czasie zarazy

Jest pandemia, polskie szpitale jak klocki domina wypadają z systemu opieki zdrowotnej z powodu kolejnych zarażeń i zachorowań personelu, rośnie liczba bezrobotnych, rośnie liczba firm, które padły lub padną w ciągu najbliższych tygodni, zatem nic pilnego się nie dzieje, możemy porozmawiać o zakazie aborcji.

To nie ja, to oni – wczoraj Sejm znów omawiał projekt kompletnego zakazu. Tak, znów projekt Kai Godek. Tak, do niej nie dociera, że Polki tego zakazu nie chcą i wychodzą na ulice (no, teraz nie mogą, ale to proszę pani Godek nie oznacza, że zmieniłyśmy zdanie). Protest przeniósł się do internetu, gdzie na falę wpisów z flagą Czarnego Protestu prolajferzy odpowiadali swoimi przemyśleniami o cudzych brzuchach i łatwości „urodzenia i oddania do adopcji”. Nie zauważyłam, by ktokolwiek jakoś się zagłębiał w temat, jak w trudnej sytuacji życiowej (proszę wyjrzeć za okno) przechodzić dziewięć miesięcy ciąży z ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej (proszę spojrzeć akapit wyżej, o placówkach ochrony zdrowia wyłączonych z obiegu z powodu zarażeń wśród pacjentów i personelu). O ile pandemia zapewne minie i wirus nie zostanie z nami na zawsze – a jeśli zostanie, to tak jak grypa: z opracowaną szczepionką i lekami znacząco łagodzącymi objawy – to skutki będziemy odczuwać jeszcze latami. Te rynkowe, gdzie zmniejszy się liczba miejsc pracy, punktów usługowych, produkcyjnych i handlowych, i te związane z ochroną zdrowia. Po takim kryzysie „niech jadą” lekarze i „tylko piją kawkę” pielęgniarki masowo odejdą z zawodu, choćby dlatego, że już teraz około 20-35% z nich jest w wieku emerytalnym i pracuje chyba wyłącznie dla etosu, tylko że za znacznie mniejszą stawkę niż ideowy marszałek Karczewski. Reszta wyciągnie wnioski z tego, jak ich bezpieczeństwo, warunki pracy i potrzeba zapewnienia narzędzi do walki z epidemią zostały potraktowane przez władzę i nie sądzę, byśmy jeszcze mieli cieszyć się luksusem umawiania wizyt specjalistycznych na terminy w ciągu jednego roku.

Wracając więc do obrad Sejmu i wałkowania projektu całkowitego zakazu aborcji, uchwalenie w tej chwili zakazu przerywania ciąży nie tylko na życzenie (czego w Polsce nie mamy od lat dziewięćdziesiątych, a co podczas nieuchronnego kryzysu byłoby ratunkiem dla wielu), ale również w przypadku zagrożenia życia i zdrowia kobiety lub znaczącego uszkodzenia płodu jest dodatkowo dotkliwe dla kobiet, które są zazwyczaj pierwszymi ofiarami kryzysów ekonomicznych. Oczywiście, zwolenników całkowitego zakazu aborcji zupełnie nie martwi życie istniejących rodzin tych kobiet, które być może są już matkami i kolejna ciąża obciążająca ich zdrowie w warunkach bezrobocia i okrojonego dostępu do lekarzy może skończyć się nie tylko bohaterskim zgonem ciężarnej, co chętnie wszak wynoszą na ołtarze, ale też powiększeniem grona sierot, które sobie raczej za dobrze nie poradzą bez matki.

Oczywiście o kwestiach ekonomicznych, o prawach kobiet i o tym, że ciąża to niekoniecznie stan błogosławiony, było już na tym blogu kilkanaście razy pisane i czytelniczka wie to wszystko i zna na pamięć. Żeby więc coś świeżego było, przejrzyjmy skromny wybór argumentów latających po sieci wśród gorliwych obrońców donaszania niechcianych ciąż (zebrane z różnych wątków):

Mamy oto pełną skalę – od protekcjonalnego kiwania paluszkiem przez jakiegoś księdza na posłankę na Sejm: nieważne kwestie merytoryczne, nieważne prawa kobiet, istotne, że się księdzu kobieta podoba i chce ją skarcić, że się odezwała nie w stylu księżowskich kazań, furda powaga urzędu posła na Sejm Rzeczypospolitej, ważne, że dziewczyna urodziwa, to można ją po ojcowsku pouczać,

piękna

mamy w innym wątku sugestię jakoby uroda protestującej była nie dość dorodna, by jej wysłuchać; tu z obrzydliwym podtekstem, że oto piszący ma prawo oceniać atrakcyjność kobiety i na tej podstawie wyrokować w sprawie jej praw reprodukcyjnych i możliwości zajścia w ciążę (ten motyw niestety był dużo popularniejszy i się powtarzał w odniesieniu do wielu protestujących pod własnym nazwiskiem lub zdjęciem),

brzydula

aż po nawet niczym niezamaskowany rasizm i postulat wyrugowania z kraju osoby o poglądach nienawistnych piszącemu. Tu pięknie pogarda wobec protestującej w sprawie praw rozrodczych łączy się z pogardą dla imigrantów, osób niebiałych i z kultywowaniem mitu o rzekomo upadłej Szwecji. Bingo na miarę naszych możliwości.

ciapaci

Mamy też dorodny przykład wnioskowania nieliniowego, gdzie lesbijki nie są kobietami, prostytutki nie są kobietami, oraz jako przykład osób najbardziej skłonnych do stosowania aborcji autor podaje osoby nieuprawiające seksu hetero:lk

Ponieważ autorkę bloga przeglądanie wpisów szybko zemdliło po udokumentowaniu najbardziej osobliwych ripost, najczęstsze argumenty zostaną tylko streszczone bez zdjęć – życzenie, by protestująca sama się zabiła, sugerowanie, że terminacja zarodka = pyzate niemowlę w rzeźni, sugestia, że rozwiązaniem problemu niechcianych ciąż jest stuprocentowa abstynencja u kobiet, a z niechcianymi ciążami spotykają się wyłącznie rozwiązłe prostytutki. Nikt w przejrzanych przeze mnie kilkudziesięciu wątkach nie podjął tematu ciąży z płodem obciążonym chorobami i niepełosprawnościami. Pojawił się za to mój ulubiony argument, że jak ktoś nie chce dziecka (tu wstawić gwałtowne a dramatyczne żachnięcie się z oburzenia) to można oddać do adopcji, tyle osób chce mieć dzieci!

Ponieważ jestem leniwa, zrobiłam leniwy research. Sprawdziłam, ile jest placówek opiekuńczych (domów dziecka, rodzinnych domów dziecka, rodzin zastępczych, placówek opieki interwencyjnej) w kilku województwach: mazowieckim (124), śląskim (147), podkarpackim (57). Średnio zajmują się one co najmniej dziesięciorgiem dzieci (rodzinne zwykle mniej, 2-8, placówki państwowe lub samorządowe mają i ponad czterdzieścioro podopiecznych), przy czym na Podkarpaciu nie ma w ogóle placówek mniejszych niż na dziesięcioro podopiecznych. O ile praktyka pokazuje, że małe dzieci (do lat dwóch), zdrowe, pełnosprawne, z uregulowaną sytuacją prawną (całkowite zrzeczenie się praw przez rodzinę biologiczną) wychodzą do adopcji dość bezproblemowo, to cała reszta potrafi pozostać w systemie do pełnoletności. Oczywiście, im więcej dzieci z jednej rodziny trafia do systemu, tym trudniej im z niego wyjść – chęć adoptowania całej gromady zgłasza bardzo niedużo potencjalnych rodziców, a jeszcze mniej ma na to warunki. Każda niepełnosprawność, choroba, zaburzenie – choćby wynikłe z przebywania w systemie opieki – obniża rażąco szanse na wyadoptowanie. Bieżący kryzys pandemiczny pokazał, że placówki opiekuńcze wcale nie są objęte szczególnym zainteresowaniem państwa (zostały pominięte w przepisach dotyczących ograniczeń ruchu i zapobieganiu rozprzestrzeniania się wirusa), więc nikłe szanse na to, by przy zwiększeniu podaży niepełnosprawnych dzieci urodzonych w wyniku zakazu terminowania ciąż z płodem uszkodzonym nagle zyskały większą wydolność. Raczej zwiększy się śmiertelność w tych placówkach, które zostaną przeciążone zadaniami ponad ich budżet, przy jednoczesnym utrudnionym dostępie do lekarzy i sprzętu. System już teraz sobie nie radzi z istniejącą liczbą sierot społecznych, dzieci niechcianych lub odebranych dysfunkcyjnym rodzinom biologicznym, by w ogóle myśleć o dokładaniu mu dzieci trwale niepełnosprawnych, wymagających niebywale kosztownego leczenia, rehabilitowania i dodatkowych zabiegów opiekuńczych. System już teraz wymaga nie tylko dofinansowania, ale też przemyślanej reformy przepisów związanych z porządnym zdefiniowaniem dobra dziecka jako głównego przedmiotu zainteresowania, aktualizacji przepisów dotyczących adopcji międzynarodowych, zmiany przepisów dotyczących statusu sierot społecznych i dzieci pochodzących z interwencji oraz usprawnienia procedur nadzoru nad losami dzieci przemieszczanych między rodziną pochodzenia, ośrodkami i rodzinami zastępczymi. Potrzebne są miesiące pracy interdyscyplinarnych zespołów, by system stał się sensowny, wydolny i skuteczny; potrzebne są dodatkowe kadry w ośrodkach opiekuńczych, w instytucjach kontroli i kwalifikacji, potrzebne są rozsądne przepisy i potrzebne są środki na realizację tych zmian. Na pewno system nie potrzebuje dodatkowych dziesiątek dzieci, których potrzeby przerastają umiejętności i stan posiadania większości placówek opiekuńczych, wychowawczych czy rodzinnych.

(Jakby ktoś chciał wspomnieć o adopcji via tzw. okna życia, to koleżanka Lemingarnia już dość skutecznie rozjechała ten pomysł, nie muszę po niej przepisywać.)

Procedowanie zakazu aborcji dla przypadków płodów uszkodzonych i obciążonych poważnymi wadami w sytuacji zapaści systemu ochrony zdrowia, z której to zapaści nie podniesiemy się przez lata jest nie tylko zbrodnią wobec tych kobiet, których dotknie bezpośrednio przymus donoszenia uszkodzonej ciąży i urodzenia dziecka okaleczonego i dysfunkcyjnego. Jest to zbrodnia również wobec tych dzieci, które obecnie znajdują się w ośrodkach opiekuńczych, i dla których zabraknie środków po dorzuceniu do systemu opiekuńczo-przedadopcyjnego nowych, wyjątkowo ten system obciążających dzieci o szczególnych wymaganiach. Trzeba być Chazanem, by uznawać za sukces w sensie medycznym, moralnym bądź prawnym pojawienie się na świecie istoty skazanej na krótkie, obciążone nieprzerwanym cierpieniem i pozbawione nadziei na poprawę życie. Trzeba być polskim Sejmem, by procedować takie projekty w trakcie pandemii, gdy obecnym już na świecie obywatelom trudno dostać się do szpitali, do specjalistów czy do sprzętu ochrony dróg oddechowych chociażby, nie mówiąc o tym, ilu z tych obywateli balansuje właśnie na progu bezrobocia i niemożności utrzymania już istniejących rodzin z ich zwykłymi wymaganiami.

O procedowanym równolegle projekcie zakazu edukacji seksualnej się nie wypowiem, bo rozpisywanie się o projekcie celowego utrzymywania w ignorancji, ciemnocie i przesądach wydaje mi się marnowaniem amunicji. O poprzednim podejściu pisałam raz, o obecnym mam do powiedzenia tyle, że mam nadzieję, że jego absolutny bezsens i głupotę dostrzeże i odrzuci nawet obecnie decydujące czcigodne grono posłów na Sejm.

 

POST SCRIPTUM: Aczkolwiek wątpię, by na ten półmartwy blogasek trafiła czytelniczka tego nieświadoma, dodam dla porządku: autorka występując przeciwko obecnemu tzw. kompromisowi aborcyjnemu oraz wszelkim próbom jego zaostrzenia nie postuluje i nigdy nie postulowała przymusu aborcyjnego w żadnym przypadku. Upraszczając: jeśli przychodzisz tu polemizując, że twój zestaw wartości wymaga od ciebie donoszenia każdej ciąży i wychowywania z uczuciem i dbałością każdego urodzonego dziecka, autorka będzie ci życzyć samych sukcesów na tej trudnej drodze, żądając jednocześnie, by wszystkie pozostałe mogły decydować za siebie w razie wątpliwości, i by ich wybór był również uszanowany.

 

 

 

Tajne zdrowie seksualne

Sejm poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Obecny, odchodzący skład rzutem na taśmę puścił dwie rzeczy, którymi najwyraźniej chce się zapisać w pamięci i historii – obywatelski projekt „Stop pedofilii” i uchwałę o potępieniu nienawiści antykatolickiej.

Poznęcać chcę się tylko nad pierwszym, drugi jest tak absurdalny, że nie wymaga specjalnego słowotoku.

Treść ustawy procedowanej przez Sejm. Dla tych, którzy nie lubią czytać długiego tekstu, będą zrzuty ekranu.

stop pedofilii

I to wszystko, cała ustawa.

Gdyby ktoś na marginesie się zastanawiał, jak kodeks karny rozumie pojęcie małoletni, to już wyjaśniam: tak jak kodeks cywilny. Czyli – małoletni to osoba poniżej 18 roku życia, która nie zawarła związku małżeńskiego.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli skupimy się na dosłownym rozumieniu zapisu ustawy, z §3 na trzy lata idzie siedzieć niejaki Shakespeare, który publicznie zachwycał się karesami małoletniej Capulettówny oraz nieletniego Montecchio. Jeśli uznać, że tekst dramatu jest za mało masowy, to trudno, facet nam się wymknie spod karzącej ręki sprawiedliwości, ale taki Zeffirelli, który to nakręcił (uwaga, propaguję środek masowego przekazu, w kinach też bywało), nie dość, że filmując romans nieletnich, to jeszcze zatrudniając aktorów poniżej 18 roku życia – Olivia Hussey miała około 15 lat w chwili powstania ekranizacji. No nie wyłga się facet. Dystrybutor, który chciałby teraz takie straszności wyświetlać w kinach, też na trzy lata utraci kontakt z własnym domem. O Nabokovie nawet nie zacznę, panie prokuratorze, sam pan wie, co robić. Kto dalej? Puccini, naturalnie, jego Suzuki w Madame Butterfly pełnoletnia nie była (a ślub zawarła jeno fikcyjny, więc nie upełnoletniła się w rozumieniu polskiego prawodawcy). Do więzienia! Ale nie bądźmy tacy, cudze wsadzamy, swojego nie znamy – biografowie św. Jadwigi, która co prawda za mąż poszła, ale w wieku lat 12. Fredro, stary zbereźnik, recydywista, nawet nie ma co się wahać. Że nie czepiam się żywych? No cóż, Tomek Tryzna, Antoni Libera… Panowie, pakujcie szczoteczki, nie ujdzie wam na sucho takie zachwycanie się efektami dojrzewania młodzieży.

A teraz nieco mniej frywolnie, dwie sprawy, które z ustawy się wyłaniają. Ponury §4 penalizuje przy rygorystycznej a szerokiej interpretacji wszelką edukację o fizjologii i zdrowiu seksualnym. Nie da się prowadzić zgodnych ze współczesnym stanem nauki lekcji o dojrzewaniu, hormonach, ciele i jego reakcjach nie popadając w konflikt z zapisami ustawy. Jak wyjaśniać uczniom pobudzenie i napięcie seksualne, jak powiedzieć, że masturbacja jest naturalną reakcją i sposobem rozładowania tego napięcia, że jest zdrowa, fizjologiczna i bezpieczna, nie popadając w konflikt z zapisem o „propagowaniu innej czynności seksualnej” – nie mam pojęcia. Zapewne o to chodziło autorom, by taka nieaprobowana przez bigotów treść nie mogła dotrzeć w ogóle do niewinnych główek dziecięcych. Ubija to co prawda program edukacji o zdrowiu seksualnym oparty o standardy przyjęte na świecie, ale, uwaga, niespodzianka – taki jest plan. Voilá, oto wyimki z uzasadnienia projektu ustawy:

uzasadn1

Drugi akapit wprost nas informuje, że zło leży w wiedzy zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia. Prosimy nie regulować odbiorników, WHO zdaniem autorów ustawy to straszliwi deprawatorzy.

Cytowany rzekomy program dla grup wiekowych to oczywiste przeinaczenie, kłamstwo i bzdura. Żaden program nie przewiduje uczenia technik masturbacyjnych, a zwłaszcza nie kieruje takiej wiedzy do przedszkolaków, to jakieś mroczne fantazje autorów dokumentu. Nikt z edukatorów działających wg standardu WHO nie oczekuje raportów z samogwałtu od dzieci, natomiast owszem, ma świadomość, że zjawisko masturbacji dziecięcej istnieje i jest przez medycynę i psychologię rozpoznane. Owszem, program przewiduje uświadamianie rodzicom, że takie zachowania dziecięce mogą się pojawić, i że nie są powodem do paniki – ale w jaki sposób autorzy uzasadnienia do projektu zrobili z tego tak efektowną woltę, pojąć nie jestem w stanie. I tak dalej, każdy kolejny akapit, przeinaczenia i przekłamania.

uzasadn2

Tu już zieje grozą. Lista zajęć podejrzanych dla autorów projektu to warsztaty, hm, z wszystkiego związanego z ochroną zdrowia i edukacją na temat własnego ciała. W jaki sposób prowadzić lekcje biologii nie zahaczając o tematy zakazane pozostaje enigmą. To, że autorzy jednocześnie próbują podważyć wartość edukacji antyprzemocowej, równościowej i przeciwdziałającej przemocy pod pozorem ochrony niewinności dziecięcej, jest wręcz odrażającym nadużyciem. Edukacja antyhomofobiczna od dawna była solą w oku wielu organizacji konserwatywnych, które czuły się poszkodowane w swojej wolności prześladowania i pogardzania, natomiast jak dotąd nie podejmowały aż tak bezczelnych prób zamknięcia ust ludziom powołującym się na rzetelne badania naukowe i wiedzę medyczną.

Mamy o tym całkiem niemłody obrazek, dwudziestoletni.

how-would-you-like-this-wrapped

Jest tak naprawdę jeszcze jeden wątek, nieszyderczy, wokół tego szkodliwego projektu. Ta zmiana w kodeksie karnym idzie za myślą, że jedynym prawidłowym źródłem edukacji seksualnej winna być rodzina, a wszelka edukacja ze strony profesjonalistów ode złego jest i sieje zamęt a demoralizację. O seksie mają uczyć rodzice i basta.

I z tą ideą założycielską zgodzić się nie sposób.

Primo: większość rodziców nie jest do tego merytorycznie przygotowana. Sam fakt posiadania organów rozrodczych nie zapewnia wiedzy o ich działaniu, problemach i zjawiskach wokół nich istniejących. (To samo dotyczy też trzustki, jak ktoś wątpi, to proszę, kto z czytelników potrafi bez sprawdzania w encyklopedii czy internecie powiedzieć, co dokładnie robi trzustka i na co wpływa? A mają wszyscy.) Edukacja powinna przedstawiać nie tylko podstawy morfologii i fizjologii, ale informować o cyklu, o objawach zaburzeń, o zakażeniach, infekcjach, profilaktyce i leczeniu – oraz o związku z płodnością. Powinna zawierać dane o podstawowych badaniach profilaktycznych (cytologii, mammografii, badaniu prostaty i jąder, w tym – o samobadaniu!) oraz odmitologizować te badania. Powinna przekazywać wiedzę o tym, jak często chodzić do lekarza, co może niepokoić na różnych etapach życia między menarche a menopauzą (i odpowiednio między dojrzewaniem a andropauzą) a co jest objawem naturalnym i fizjologicznym. Powinna też rozbrajać szkodliwe mity z mediów i filmów, w których chociażby wszystkie kobiety są idealnie bezwłose poniżej rzęs, co w naturze jako zjawisko nie występuje. Takiej kombinacji wiedzy specjalistycznej rodzice bez przygotowania medycznego po prostu nie mają, i opcja skorzystania z wiedzy fachowca, który przy tym nie speszy się rozmawiając o penisach i pochwach, jest super wartościowa.

Secundo: do zdrowia seksualnego należy też poza medycyną cała dziedzina interakcji międzyludzkich wokół seksu, czyli edukacja na temat konsentu. Według badań, Polacy bardzo mało między sobą o seksie rozmawiają, w większości nie wymieniają informacji o swoim zdrowiu seksualnym z nowymi partnerami, nie ustalają swoich granic, preferencji ani oczekiwań – wszystko załatwiane jest między domniemaniem a niedopowiedzeniem. Nie jest to dobra baza do uczenia młodych ludzi, jak udzielać świadomej zgody, jak o nią prosić bez nacisku, jak ustalać granice swojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Asertywności, bezpieczeństwa i szacunku dla swojego i partnera ciała i psychiki nie są w stanie nauczyć ludzie, którzy sami o to nie zadbali i nie doświadczyli takiej formy dbania. Nie ma sensu, by kolejne pokolenie miotało się między „dowodem miłości”, „obowiązkiem małżeńskim” a „jak suka nie da to pies nie weźmie”. Stać nas na więcej wiedzy niż przeterminowanych stereotypów.

Tertio: bzdurą jest utożsamienie edukacji na jakiś temat z modelowaniem. Od uczenia się o ptakach ludzie nie zaczynają latać, od wiedzy o tym, że istnieją inne orientacje niż heteroseksualna (i inne identyfikacje płciowe niż cisgender) ludzie nie zmieniają swojej tożsamości. Edukacja pozwalająca młodym ludziom rozpoznać zjawiska wokół siebie jako występujące w pewnym odsetku populacji, naturalne i zdemitologizowane nie tylko zdejmie odium z mniejszości, ale też pozwoli uczniom nieheteroseksualnym lepiej odnaleźć się w środowisku, gdy będzie ono mniej antagonistycznie nastawione. Co jeszcze ważniejsze, edukacja na temat zdrowia seksualnego osób nieheteroseksualnych prowadzona przez profesjonalistów w szkole może być jedynym źródłem sensownej wiedzy dla uczniów LGBT. Nie wszyscy rodzice są do tego przygotowani, by rozmawiać z dziećmi o seksie, do rozmów o seksie nieheteroseksualnym tym bardziej. A uczniowie LGBT w tej szkole i tak są, i mają pod górkę. Nie można im jeszcze bardziej utrudniać funkcjonowania.

Quatro, i to już będzie koniec tej wesołej analizy – koncepcja, że rodzice załatwią kwestię tzw. staroświecko uświadamiania jest bardzo fajna, ale ma pewien mankament wbudowany w fundament: nie wszystkie dzieci w Polsce mają tych rodziców. Lokatorzy domów dziecka w świetle tej wizji uświadomienia zaznać nie mogą, bo każdy z wychowawców, który „działając w związku z zajmowanym stanowiskiem lub wykonywanym zawodem” próbowałby takich wykładów się podjąć, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Nie sądzę, by chciał ryzykować, niech się dzieciaki dowiedzą wszystkiego z filmów porno. A my się ucieszymy, że tak ochroniliśmy maluchy przed grozą deprawacji.

EDYTOWANE, CZYLI POST SCRIPTUM

Jako że ranek mądrzejszy od wieczora, dziś dopiero zobaczyłam jeszcze jedną wesołą interpretację tej ustawy. (Jeśli któryś z czytających to prawników ma uwagi, to pokornie proszę wygłaszać)

Otóż mamy w prawie zapis tzw. wieku zgody, i wynosi on lat 15. Czyli osoba w wieku lat 15+ może uprawiać seks, a co więcej, uprawianie seksu z osobą 15+ jest legalne. Osoba lat 16 zatem idzie do lekarza i pyta o możliwości stosowania specyfików profilaktycznych właściwych dla wieku i ciała tejże osoby – czy może brać środki hormonalne, czy lepiej prezerwatywy? Czy z budową anatomiczną jest wszystko dobrze i czy nie ma ryzyka infekcji, etc itd, inteligentne pytania młodej osoby, która nie chce podejmować współżycia na rympał i spontanicznie. Czy lekarz, „działając w ramach zajmowanego stanowiska i wykonywanego zawodu” może osobie będącej pacjentem zalecać raczej seks bez penetracji, petting czy też inne „inne czynności seksualne” jako alternatywę wczesnej inicjacji, czy też w obawie przed prowokacją i prokuratorem za drzwiami raczej powinien nabrać wody w usta i wywalić za drzwi pacjenta bez żadnych porad? Czy wypisanie tabletek antykoncepcyjnych jest w świetle tego artykułu mniej szkodliwe niż rozmowa o innych niż stosunek formach aktywności seksualnej? Oraz co to za idiotyzm, że młody człowiek ma prawo seks uprawiać, ale nie może się dowiadywać o związanych z seksem konsekwencjach zdrowotnych i fizjologicznych?

Smutek rzeczy pięknych

Po przejściu całej trasy świetnej, radosnej warszawskiej Parady w Miasteczku Równości znalazłam to stoisko:

My, rodziceZdjęcie za: queer.pl

To był jedyny moment w trakcie tego kolorowego święta wzajemnej akceptacji, otwartości i zrozumienia, w którym stanęły mi łzy w oczach.

Czego nie była w stanie zrobić ponura kontrdemonstracja puszczająca z głośników monotonnie fałszywe i odrażające kłamstwa na temat osób LGBT jako rzekomo zwyrodnialców, deprawatorów i pedofilów; czego nie dał rady zrobić podkarpacki sejmik uchwalający straszliwe ustawy norymberskie; czego nie potrafił dokonać Episkopat na zmianę wypierający się zbrodni własnych księży i szkalujący ludzi nieheteroseksualnych; czego nie sprawiły wiadra pomyj przepłukiwane codziennie przez polski internet – do zduszonego płaczu doprowadziła mnie grupka pań w średnim wieku, stojąca z tabliczkami „Chodź, mama przytuli”.

Pomyślałam o tych wszystkich ludziach, dla których jest to jedyna szansa na bycie przytulonym przez rodzica, bo ich własne rodziny pochodzenia wolą posłuchać homofobicznych przewodników duchowych niż własnego serca i własnego dziecka. Pomyślałam o tym, że w 2019 roku w środku Europy nadal potrzeba takich surogatek dla ludzi, którzy stracili własne matki i ojców przez bigoterię, hipokryzję i homofobię, dla ludzi, którzy przez swoją tożsamość zostali wyrzuceni z rodzin pochodzenia. Fakt, iż ten piękny, bezinteresowny gest, ta oferta wsparcia, zrozumienia i akceptacji, tego wszystkiego, co jest istotą bliskich więzi rodzinnych – że to jest w ogóle tak strasznie, boleśnie potrzebne ludziom – to najsmutniejszy dowód, jak potworne zniszczenie w głowach i sercach sieje nienawistna propaganda poniżająca i odczłowieczająca osoby LGBT.

Chciałam podziękować wszystkim ludziom ze Stowarzyszenia My Rodzice za to, że są, i za to, co oferowali wczoraj na Paradzie, i co robią przez cały rok, mozolną pracą odwracając krok po kroczku skutki homofobicznych kampanii. Dziękuję, że ratują życie tym wszystkim, którzy utracili własne rodziny przy okazji coming outu. Dziękuję, że przywracają wiarę w ludzi. Dziękuję w imieniu tych wszystkich, którzy wczoraj do was przyszli, by poczuć to, co homofobia, oszczerstwa i nienawiść wymierzone w Innego im odebrały.

Dziękuję, jesteście najpiękniejszym, co widziałam podczas całego wczorajszego święta.

 

Ile waży wiara na wadze moralnej?

Czy duchowość rozumiana jako podzielanie jakiegoś zorganizowanego zespołu przekonań na temat (uogólnijmy) zjawisk ponadnaturalnych oraz celu istnienia istot myślących jest wartością samą w sobie? Czy aktywna przynależność do organizacji zajmującej się zgłębianiem i propagowaniem takich przekonań jest dobra czy zła? Na ile uważamy ją za cenną po prostu, a na ile – w miarę osobistych sympatii czy też współudziału w podobnych, jeśli nie tych samych strukturach? Czy głęboka duchowość i intensywna wiara, zgodna z dogmatami jakiejś oficjalnej doktryny, jest okolicznością łagodzącą w przypadku, gdy obdarzona tąż duchowością osoba popełnia czyny, które uznajemy za naganne? A co, jeśli te czyny popełniane są ze względu na owe przekonania i stanowią rezultat interpretacji przez daną organizację konkretnych kanonów wiary? Czy wówczas nasza ocena czynów pozostaje bez zmian? Czy zastosujemy łagodniejsze kryteria, czy wręcz surowsze dla postępków obiektywnie złych czy szkodliwych, gdy są wynikiem przemyśleń opartych na wieloletniej tradycji metafizycznej? A jeśli tradycja jest wielowiekowa? Jeśli jest nam znana od zawsze, nawet jeśli nie w pełni się z nią identyfikujemy, ale pośrednio zostaliśmy przez nią ukształtowani? A jeśli jest to zupełnie nieznany nam zespół przekonań, o którym mamy dość wyrywkową i powierzchowną wiedzę, pochodzącą raczej z trzeciej ręki i nie wspartą całym bagażem znajomej kultury i cywilizacji?

Czy tradycja wyrobu amuletów z części ciała albinosów w Tanzanii budzi w nas zrozumienie i akceptację? (Amulety sporządzone z ich włosów, krwi, kawałków kończyn etc uchodzą za magiczne, przynoszące dobrobyt i szczęście, pomnażające majątek. Niestety, nie wszyscy chętni na takie artefakty są skłonni poczekać, aż albinos sam z siebie umrze i udostępni składniki, stąd też powstają osady schroniska na terenie Tanzanii i krajów ościennych, służące ochronie osób dotkniętych tą mutacją) Czy nasz stosunek wobec tanzańskich amuletów bardzo się różni od tego, co myślimy o naszych europejskich amuletach wytwarzanych z ciał wisielców (a także, bardziej ekonomicznie, ze sznura, na którym powieszono człowieka)? A co sądzimy o relikwiach pierwszego stopnia? A co o sercu Chopina, wyjętym z ciała i zamurowanym w ścianie Kościoła Świętego Krzyża, aby choć sercem powrócił do Ojczyzny?

Te fascynujące rozważania mają pewne konkretne podłoże – wracającą jak weksel dyskusję o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego i niezmordowaną Kaję Godek. Kaja Godek umie widowiskowo cierpieć, czując się jak abortowany płód (metafora o tyle malownicza, co nieco biologicznie nietrafiona, ale po wykłady z medycyny i biologii odsyłam do fachowców – Patologów z klatki i slwstr.net, gdy tylko postanowi znowu być w sieci), gdy jest wywoływana do tablicy w związku ze swoją działalnością. Notabene strajk rodziców ON w Sejmie bardzo Kai Godek zaszkodził – zdemaskował doszczętnie jej rzekomą troskę o życie dzieci niepełnosprawnych. Podczas całego protestu pani G. zapadła się pod ziemię, choć byłby to wymarzony moment dla szczerej promocji jej przekonań i wykazanie czynem, że troska o byt i przetrwanie niepełnosprawnych nie dotyczy jedynie okresu, w którym i tak nie czują oni żadnego dyskomfortu ani cierpienia, czy to fizycznie, intelektualnie czy społecznie. Ponieważ jednak główna aktywistka od obrony osób z niepełnosprawnością (sama tak się mianowała, wszczynając po wielokroć kampanie medialne i społeczne oraz zbierając podpisy w sprawie zaostrzenia i tak już drastycznej ustawy antyaborcyjnej) prawdziwymi, żywymi i faktycznie doświadczonymi przez niedostatek i ból niepełnosprawnymi nie była skłonna przez cały czas trwania protestu się zainteresować; można chyba spokojnie założyć, że wymiar jej prolajferskiej działalności jest czysto ideologiczny, a nie mający związek z konkretnymi praktycznymi zjawiskami czy osobami. Co zatem kieruje ludźmi skłonnymi utrudnić kobietom decydowanie o ich własnym życiu, chętnymi za wszelką cenę zmusić je do rodzenia nawet nieodwracalnie uszkodzonych płodów? Z nieobecności w trakcie protestów w Sejmie można wnosić, że nie jest to troska o jakość życia niepełnosprawnych, czy w ogólności jakiekolwiek zainteresowanie ich życiem. Pozostaje zatem doktryna ideologiczna, oderwana od konkretu, abstrakcyjna idea. Przekonanie o tym, że pozostawienie kobietom wyboru w kwestii rozrodczości, pozwolenie na autonomię w decydowaniu o liczbie dzieci jest jakoś immanentnie złe, a hipotetyczne i potencjalne życie nienarodzone ma według tej doktryny wartość nieporównanie wyższą niż życie aktualne, istniejące i wypowiadające się we własnej sprawie jednoznacznie. Nie umiem nie zadać ponownie pytania: czy takie stanowisko może wydawać się mniej bezwzględne i okrutne wobec kobiet, jeśli wywodzi się z ideologii i wiary, a nie z czystej mściwości i chęci przeczołgania oponentek po żwirze i żyletkach? Czy wiara sama w sobie jest wartością pozytywną i mającą moc usprawiedliwiania wywiedzionych z niej czynów?

(Tu uprasza się czytelników o niecytowanie mi passusów z Biblii, na przykład tych o zbawieniu z uczynków przez wiarę i owocach drzewa dobrego i złego – nie dlatego, że uważam je za niewygodne w tej dyskusji, ale dlatego, że primo nie dyskutujemy na razie o żadnej konkretnej wierze czy religii, a secundo, na pewnym poziomie nie uprawiamy dowodzenia kołowego i nie walidujemy teorii cytatami z niej samej)

Przyjęło się uważać spójność i koherentność za cenne i godne pochwały, konsekwencję wobec własnych deklaracji za godną podziwu i tak dalej. Pytanie, czy spójność i wierność ideologii jest dobra w oderwaniu od tego, jak postrzegamy samą ideologię? (Gdyby nie niechęć do Godwina, byłby to znakomity moment na pytanie pomocnicze, czy nawrócony nazista jest dużo moralnie gorszy od tego, który po wojnie zwiał do Argentyny i tam organizował szeregi Hitlerjugend od podstaw, czule pieszcząc przed snem swój mundur i fotografię Führera, ponieważ nigdy nie zdradził ideałów młodości.) Czy argument, że pewne czyny zostały popełnione w ramach spójności światopoglądu i realizowania wyznawanej ideologii ma moc większą czy słabszą niż twierdzenie, że czyn popełniono na rozkaz i niechętnie?

Czy ideologia, która jest przywoływana jako argument dla czynów, które bez niej uznalibyśmy za jednoznacznie złe – pozostaje nieskażona odium tych czynów? Czy zawsze możemy powoływać się na klauzulę socjalizm tak, wypaczenia nie! w jej nieskończonych odmianach? (Tu na marginesie dodam, by nie podstawiać sobie dla łatwizny akurat pani Godek ze swoją antykobiecą krucjatą i chrześcijaństwa, gdyż, zabawna historia, kościołów chrześcijańskich jest dużo i wiele z nich ma w sprawie aborcji stanowisko zdumiewająco liberalne na tle naszych głównych ekspertów, co by pokazywało, że być może wybór ścieżki interpretacyjnej idzie nie po drodze natchnienia a spójności z własnymi uprzednimi sądami moralnymi danego wyznawcy – ale nie odważę się tej hipotezy ad hoc teraz poważnie rozgrzebywać) Czy wreszcie można uczciwie uznawać przynależność do struktur organizacji ideologicznych za akt wiary i lojalności wobec idei tylko, w oderwaniu od tego, czym zajmują się te organizacje i czy oceniamy je dobrze czy źle? Czy sam fakt wstąpienia w szeregi w porywie natchnienia czy powołania jest czynem romantycznym, tragicznym czy haniebnym, czy to zależy od munduru?

 

W tekście nie ma celowo pytań o konkretne organizacje ani ideologie, by każdy mógł poćwiczyć wyobraźnię na przykładach zupełnie abstrakcyjnych, lub podstawił sobie znane przykłady wiar czy stowarzyszeń, zarówno cenionych jak i znienawidzonych. Gdyż dość zabawnie zmienia to perspektywę i trudniej nieco o sformułowanie reguły uniwersalnej w kwestii tego, czy wiara jako taka jest niezbędnie potrzebna. dobra i zbawienna dla naszego kręgosłupa moralnego.

 

Tym, którzy nie mieli żadnych wątpliwości przez cały ten tekst, pozwolę sobie zadedykować cytat z mojego ulubionego świętego:

Kiedy ograniczamy się do potępienia moralnego, łatwo ulegamy złudzeniu, że jesteśmy ubezpieczeni od moralnego obłędu. Bo przecież racje moralne są po naszej stronie. Problem w tym, że w poczuciu oczywistości moralnej żyją wszystkie zaangażowane w konflikt grupy.

spokojnie, proszę nie regulować odbiorników, żaden kościół na Ziemi nie kanonizował Kuronia i nie zanosi się na to w dającej się przewidzieć przyszłości. I dobrze. Będę mieć prywatnego świętego od ludzkiej przyzwoitości. Oraz od brania na siebie konsekwencji własnych decyzji, nawet jeśli to oznacza odkręcanie własnych osiągnięć.