Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Reklamy

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

Co KRRiTV rozumie z telewizji

Czytam sobie podrzucone przez znajomych linki i zamiast drapać się w głowę, wytrzeszczać nieładnie albo wznosić gromkie okrzyki,gdy widzę, że:

 
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła karę na TVN, bo jej zdaniem odcinek [„Rozmów w toku” – uzupełnienie naima] o „przypadkowym i szybkim seksie” zaprezentował „obraz współżycia seksualnego sprzeczny z moralnością i dobrem społecznym”. A program 4 października 2010 r. wyemitowano o godz. 15.55, a więc w czasie chronionym, w którym zabronione jest rozpowszechnianie audycji lub innych przekazów zagrażających rozwojowi małoletnich, w szczególności zawierających treści pornograficzne lub w sposób nieuzasadniony eksponujących przemoc.
 
 

uśmiecham się filozoficznie i z drobną satysfakcją.  Satysfakcję oczywiście czerpię stąd – czyli z własnej notki na temat notorycznego mylenia w sporach ideologicznych postulatów deskryptywnych i normatywnych. Jasne, wymaganie od polityków czy zawodowych ideologów udzielających się w mediach zachowania porządku myślenia i spójności pod względem logicznym jest skazane na porażkę, jednak po Sądzie Okręgowym i Apelacyjnym spodziewałabym się więcej w tym zakresie – a te właśnie Sądy utrzymały karę KRRiTv w mocy.

 
Kara dla TVN jest bowiem skutkiem tego właśnie niezrozumienia granicy między widzianym a postulowanym – KRRiTv oburzyła się niespójnością między reportażykami i wywiadami z promiskuitystycznymi kobietami i nastolatkami a wizją pobożnej i wstrzemięźliwej młodzieży, jaką postuluje MEN układając swoje trwożliwe pod względem informacyjnym programy edukacji seksualnej wychowania do życia w rodzinie. Zdaniem polityków (a z kogóż innego składa się KRRiTv?!) naród nasz jest skromny, moralny, patriotyczny i skłonny do rzeczy wielkich, grzechem się brzydzi, seks uprawia z konieczności a i to wyłącznie w ramach świętych związków – i wszelkie kontrprzykłady ujawnione w prime-time podlegają surowej reprymendzie z grzywną w bonusie. Dla ozdoby opakowujemy naganę w papier świąteczny z napisem „ochrona dzieci” i voila! – dostajemy surową karę za talk show.
 
Maleńki disclaimer – program Drzyzgi widziałam parę razy i z chęcią zalałabym go napalmem osobiście, ale z powodów jak następuje:
– za organizowanie wystawy osobliwości dla gawiedzi w prime-time, gdzie jako dziwowiska występują ludzie w dowolny sposób niekonwencjonalni, głupi, niedostosowani, ofiary i agresorzy, odmieńcy i szaleńcy, bez żadnego rozróżnienia, wszystko z podpisem i w ramce dla rozkoszy P.T. publiczności
– za reporterstwo Drzyzgi: wścibsko-dociekliwie-użalające się nad wywiadowanym, z obowiązkowym tonem pouczenia i wyższości i z narzucaniem tezy
– za psychologów w studio, których dobre rady najchętniej rozjeżdżałabym czołgiem – są miałkie, nieadekwatne i z kategorii „prawda leży pośrodku”
– za publiczność w studio, która na żywo ocenia wywleczone na środek sceny ofiary programu –
podsumowując, by się nie rozdrabniać: za to wszystko co sprawia, że granica między medium informacyjnym a cyrkiem dziwadeł z watą cukrową i z kiwającym się karłem na celowniku w strzelnicy zaciera się coraz bardziej.
 
 
W tym przypadku jednak KRRiTv nie wrzeszczy na TVN za miałkość, głupotę i prostactwo rozrywki przebranej za talk-show na tematy społeczne, nie ruga ich za dziennikarstwo rodem z magla i czułostkową protekcjonalność Drzyzgi w stosunku do wiwisekcjonowanych osobliwości, lecz za to, że zobaczyli obraz współżycia seksualnego sprzeczny z moralnością i dobrem społecznym.
 
 
Oczywiście nie wiem, czemu Krajowa Rada nienawidzi polszczyzny i pisze o obrazie sprzecznym z dobrem społecznym, bo to jest w jakimś dziwnym języku i nic sensownego nie znaczy. Całe oskarżenie znaczy tyle: Rada obejrzała coś, co jej nie pasuje do wyobrażeń o moralności Polaków i za to nałożyła karę. (Hipoteza zero jest taka, że jakby Drzyzga owe dziewczyny pod koniec programu ustawiła do biczowania lub dała widowisku pointę w rodzaju: wszystkie nasze bohaterki są dziś samotne, smutne i wielokrotnie chore wenerycznie, to KRRiTv przyznałaby jej order za właściwe wzorce, ale oczywiście nie mamy jak tego przetestować.) Nie za jakieś straszliwe wykroczenia przeciwko obyczajności na ekranie, bo TVN to gadające głowy a nie peep-show; lecz za pokazanie Polek, które mają w nosie jak święta Rada wyobraża sobie wzorcowo ich życie seksualne, i to pokazanie w godzinach popołudniowych a nie w paśmie dla nietoperzy. Zgorszenie, jakie usiłuje KRRiTv ogłosić w imieniu maluczkich, to zgorszenie samej Rady Polkami, które mimo grzmiących ideologów i polityków, zawodowych moralizatorów i pouczaczy w dziedzinie katolickiej etyki seksualnej – uprawiają seks okazjonalny, jednorazowy, pozamałżeński i czysto rekreacyjny i potrafią o tym powiedzieć publicznie.
 
 
Nagana dla TVN jest w jakimś sensie naganą dla ludzi niespełniających tego właśnie normatywnego wzorca idealnego Polaka. Naganą dla tych, co mówią, że jest inaczej, niż w naszym imieniu mówią upiększacze rzeczywistości – że są w Polsce również ludzie, którzy ignorują katolicką naukę w zakresie erotyki, seksu i prokreacji. Że są ludzie, którzy nie wstydzą się odbiegania od tego wydumanego ideału, który usiłuje się na mocy dekretu wprowadzić. Sąd, utrzymujący w mocy grzywnę za gadanie o własnym życiu seksualnym w telewizji wprowadza niejako (gdybyśmy byli w USA z ich prawem precedensowym, wprowadziłby całkiem niemetaforycznie) taki dekret, że wolno mówić wyłącznie o jedynym akceptowanym sposobie funkcjonowania seksualnego. W ogóle, stawianie przez Sąd (za wnioskiem Rady) w jednym zdaniu czyjegoś życia seksualnego z dobrem społecznym wskazuje na głębokie pomieszanie pojęć.  Jeśli sądy w Polsce zaczynają oceniać swobodę seksualną prywatnych osób w kategoriach tak abstrakcyjnych jak dobro społeczne i moralność publiczna, trudno zachować wiarę w wolność osobistych wyborów i w wolność wypowiedzi. Prawem nadrzędnym staje się moralność świętoszków z KRRiTv. Oczywiście nazwana troską o małoletnich.
 
 
Zupełnie nie wiem, czemu w świetle tej historii, wkrótce po burzy wokół brytjskiego projektu cenzury internetowej, przypomniał mi się pewien stary obrazek.
 
how-would-you-like-this-wrapped

Pornopaniki część druga i ostatnia

Wydaje się, że referral blogaska jest już nie do odratowania, więc równie dobrze mogę kolejną notkę o pornografii (pozdrawiam ludzi, którzy trafili tu po wyszukiwaniu „siusiu w kościele” i „porność stosunku pracy”; nie wiem, czego szukaliście, mam nadzieję, że blog was nie rozczarował).

Wracając do argumentu, że porno jest złym źródłem informacji o seksualności człowieka, chciałam zalinkować pewną stronę. Bardzo, bardzo zachęcam do lektury – angielski jest prosty i są obrazki. To wyczerpujący zestaw wiadomości, które pozwalają niedoświadczonym widzom przejść pierwszy kontakt z porno ze świadomością, że nie przekłada się ono 1:1 na życie seksualne w prawdziwym świecie. Moim marzeniem jest, żeby ta strona została przetłumaczona na polski i dołączone do podręczników do edukacji seksualnej (zaraz po zaoraniu przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”, którego nazwa ma już taki ładunek jedynie słusznego ideolo, że ojej).

 

Teraz zaś do trzeciej strony dyskusji o pornografii: przemysł porno.

Szara, choć różowa strefa sprzyja nadużyciom. Biznes produkcji erotycznych potrafi wykorzystywać swoich pracowników, narażać ich zdrowie (w ilu filmach widzieliście, by aktorzy używali prezerwatyw?), wymuszać na nich udział w scenach, na które aktorzy nie mają ochoty lub są dla nich problematyczne. (O argumentacji o degradującym wizerunku człowieka w filmach pornograficznych napisał dużo lepiej niż ja The Guardian, i cytaty wraz z linkiem pod koniec notki) Kariera w filmach porno jest krótka, krótsza nawet niż w zwykłym przemyśle rozrywkowym, i raczej nie zostawia człowieka z pakietem emerytalnym – co dotyczy wszystkich nieformalnych relacji zatrudnienia, nie tylko tej branży! – i jest pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych. To oczywiście dotyczy rynku polskich produkcji, na świecie istnieją związki zawodowe pracowników seksualnych, umowy o pracę/dzieło i regularne badania pracownicze, zwłaszcza w kierunku STD.

Nie jest obojętne, czy produkcje z których jako widzowie mamy korzystać powstały w sposób etyczny i zgodny, i optymalne wydaje się, by przemysł porno również dorobił się oznaczeń fair-trade (mówię zupełnie serio), by publiczność włączając sobie filmy zgodne ze swoimi upodobaniami nie brała jednocześnie udziału w wyzysku aktorów bądź przemocy (systemowej, gospodarczej lub dosłownej). To bardzo dalekosiężny i trudny do zrealizowania postulat, ale chciałam zaznaczyć moje stanowisko w tej sprawie, i uniknąć zarzutu, że gdy głosuję przeciw zakazom to nie obchodzi mnie los osób pracujących w tej branży.

Alternatywą dla produkcji przemysłowej jest amateur porn – filmy kręcone przez ludzi, którzy sami mają ochotę upubliczniać własną nagość i/lub aktywność seksualną. To porno pozbawione większości wad (lub zalet, w zależności od punktu widzenia odbiorcy) obciążających branżę profesjonalną: ciała są prawdziwe, ze skazami, oznakami wieku, nie korygowane operacyjnie, fabuła jest mniej bajkowa i reakcje nie wyreżyserowane, a całość jest dużo bardziej realistyczna. W dodatku porno amatorskie nieskażone jest grzechem wyzysku i sutenerstwa, a widz ma pewność, że patrzy na materiały umieszczone za zgodą aktorów i dla ich satysfakcji bycia oglądanymi. Porno amatorskie jest najbliżej znaku fair-trade z obecnie dostępnych.
Zalegalizowanie branży porno w pełni i poddanie jej ogólnym regułom dotyczącym stosunków pracy nie byłoby takie złe, ale znów – nie widzę polityka, kto odważyłby się mówić o pracownikach pornobiznesu z takim samym szacunkiem jak o górnikach.
Ale to wybiega stanowczo za daleko od projektu Camerona i Biernackiego.

O feministycznym podejściu, a raczej – feministycznych podejściach –  do pornografii nie czuję się na siłach pisać, bo to temat potwornie obszerny. Najbliżej mi do podejścia sex-positive, choć rozumiem wagę argumentów przeciwnej strony.

 

Zamiast pointy pozwolę sobie zalinkować doskonały, długi ale bardzo trafny artykuł o pornopanice (znów po angielsku). Na zachętę cytacik:

As a customer I can think of at least five major problems with the scheme: I’d like to be able to view porn without having to sign up to a register of porn users; I don’t really believe that it’s the state’s job to decide which sexual practices are moral or immoral; internet filters inevitably block other sites too; and I don’t want to pay the higher charges that would be needed to pay for any decent filtering. I’m not willing to sacrifice this for a system that would take the average teen about ten seconds to circumvent, especially when simple solutions for parents – FamilyShield for example – already exist.

 

Jeden akapit, a tyle trafnych pytań do pana Camerona.

Oraz, skoro mowa o pogromcach moralnych pornografii mówiących o poniżającym wizerunku kobiet w produkcjach erotycznych, do nich też są pytania:

Are all degrading depictions of women a problem, or just the ones where they’re naked? Are kids more damaged by women who appear as little more than sex objects in porn films, or by the obsession newspapers and magazines have with bullying celebrities over minute changes in their weight? Is sex the only problem, or should we be equally concerned about violence, or newspapers gratuitously publishing pictures of dead bodies?

 

Bardzo polecam cały artykuł, zwłaszcza osobom skłonnym rozwiązywać własne dylematy etyczno-erotyczne za pomocą aplikowania całemu społeczeństwu klapek na oczy filtrów na cały internet.

 

Porno bardzo złe, czyli co czyha w sieci na Camerona

Droga czytelniczko, drogi czytelniku, czy wiesz, co jest straszne? Okropnie straszne, takie, że należy wszelkimi siłami chronić przed tym naszą młodzież?
 

– Niszczy niewinność i dzieciństwo naszych dzieci. Jako polityk i ojciec czuję, że nadszedł czas, by działać – mówił brytyjski premier.

(…) 
– Pomyślimy o przeniesieniu podobnych regulacji na grunt polski. Ochrona młodych ludzi powinna być naszym priorytetem – mówi Marek Biernacki.
 
 
Ochrona dzieci przed niszczącym wpływem współczesności to szalenie nośny temat i w ogóle, tylko degenrat zaprotestuje, żeby dzieci nie chronić. Wywołanie moralnej paniki – Omójbożedzieciwidząporno! Zaraz wszyscy umrzemy! – doskonale przygotowuje atmosferę pod zamierzone restrykcje i blokady.
No więc niech będzie, że jestem zdegenerowana i mam zamiar oprotestować te koncepcje.
 
Od razu zastrzegam, że nie będę argumentować tu z równi pochyłej, że dziś zabiorą nam gołe dupy w internecie, a jutro nie pozwolą oglądać nieodpowiednich materiałów przeciwko rządowi, bo zabranie porno to pierwszy krok do przymusowej indoktrynacji jedynie słuszną treścią. Argument z równi pochyłej jest głupi, bo zwalcza to, co jest teraz tym, co być może się zdarzy, jeżeli to co teraz oraz szesnaście zmiennych o których nie wiadomo, czy nastąpią; więc nie ma co w ogóle go wyciągać: ani teraz, ani w innych okolicznościach.
 
Ja mam zamiar protestować i uściślać w konkretnych punktach, bo jak przystało na heroldów poważnej moralnej paniki, Cameron i Biernacki są bardzo ogólnikowi.
Po pierwsze, o jakich dzieciach mówimy? Jakie dzieci są narażone na niszczący widok gołego biustu, pośladków i penetracji? Jak młode istoty straciły swą niewinność dziecięcą? Sześciolatki? Ośmiolatki?
Szanowni panowie, jeśli sześcioletnie-ośmioletnie dzieci mają nieograniczony i nienadzorowany dostęp do sieci w wieku lat sześciu, to znaczy, że tak naprawdę mają dużo poważniejszy problem niż to, że z pop-upu dostaną w twarz gołym człowiekiem. To bowiem znaczy, że ich rodzice/opiekunowie są kompletnie bez wyobraźni oraz mają w nosie, co ich dziecko robi. Świadomy rodzic limituje dostęp do internetu, nadzoruje ruchy dziecka w sieci i udostępnia tylko narzędzia i/lub strony, w których filtr odsieje treści wykraczające poza układanki, planszówki czy naukę literek albo filmiki o zwierzątkach. Po prostu.
Aaaa, mówicie o nastolatkach może? Bo ten Cameron plótł o niewinności i dzieciństwie, to mnie nieco zmyliło. No więc, szanowni puryści, nastolatki dojrzewają. Co więcej, dojrzewają coraz prędzej, to się nazywa akceleracja. Nastolatkom nie trzeba ostrożnie dawkować informacji o tym, że istnieją płcie, seks, pożądanie i fizjologia, ponieważ, o zgrozo, nastolatki mają płeć, seksualność i fizjologię (średni wiek menarche Polek to niecałe 13 lat, panowie politycy). Nastolatki aktywnie poszukują wiedzy o swoim ciele, o ciele płci przeciwnej, o tym co się z nimi dzieje i co można więcej zrobić, poza tym, co już sami i same odkryli na własną rękę (jeśli mogę się tak dosłownie wyrazić). Opowiadanie o tym, że dzieci i nastolatki są istotami z natury niewinnymi erotycznie, pozbawionymi ciał poniżej pępka i nieznającymi uczucia pożądania jest nonsensem i dowodem przerażającej u polityka ignorancji.
Zgoda, że pornografia, zwłaszcza w wersji hard/BDSM/fetysz, nie powinna być pierwszym źródłem informacji o realizacji potrzeb seksualnych przez nasz gatunek. Ekspozycja na takie materiały może z pewnością skonfundować niedoświadczonego (niedoświadczonego, nie aseksualnego!) i nieprzygotowanego widza. Na szczęście we współczesnej Europie dzieci zdobywają najpierw rzetelne, sprawdzone i wiarygodne informacje na temat fizjologii, budowy ciała i seksualności od kompetentnych wykładowców w ramach szkolnych lekcji wychowania seksualnego, i tak przygotowane są w stanie zrozumieć różnice między realnością a bajką jaką jest pornografia.
Tak, to było bardzo zabawne, a teraz możemy się naprawdę wkurzyć. Ponieważ pomysł na zakaz pornografii ma to samo źródło co wstręt i niechęć do wprowadzenia rzetelnej edukacji seksualnej, tj – pruderię, hipokryzję, dewocję i uległość wobec episkopatu wśród naszych polityków. Nie chodzi w tej wypowiedzi Biernackiego o troskę o dzieci (gdyby rzeczywiście tak drżał o ochronę przed deprawacją niewinnych duszyczek, w te pędy gnałby wyprzedzająco wspierać edukatorów seksualnych, wydawanie rzetelnych podręczników i organizowanie lekcji w szkołach zgodnie z zapisami ustawy zresztą), chodzi o pokazanie swojego zdania zgodnego z kursem biskupów, którzy uważają się za jedynie właściwych do prowadzenia szkoleń z seksualności – w ramach katechez.
Nie chciałabym, żeby czytelniczka i czytelnik odebrali to w ten sposób, że traktuję wymiennie edukację seksualną i porno w sieci. Nie. Mówię, że panika wokół obu bierze się ze wspólnego mianownika: wstydu, skrępowania i przeświadczenia, że seks jest rzeczą wstrętną i brudną.
(Ponownie zastrzegam – tak, w sieci mnóstwo jest obrazów dokumentujących brudną i odrażającą stronę seksu, materiałów poświęconych skrajnym parafiliom i przemocy. Chciałabym jednak, by nie stanowiły one jedynego reprezentanta gatunku w tej rozmowie i byśmy nie udawali, że dyskusja dotyczy alternatywy extreme gonzo lub zero pornografii w ogóle. Owszem, przychylam się do koncepcji ograniczania i utrudnienia dostępu do hardporn, w takim zakresie, by wyeliminować ryzyko natrafienia przypadkowo i wbrew woli widza na treści brutalne i dalece wykraczające poza tzw. mainstream, ale bez żadnego sekowania softpornu i erotyki. Co więcej, jak trafnie zwróciła uwagę Szprota, w sieci  można znaleźć różne straszności traumatyzujące mimo braku gołej wulwy – filmy z sekcji zwłok, sceny z egzekucji, przepisy na domową produkcję bomby czy narkotyków. To nie są powody, by wysadzać całość sieci, albo wycinać ją po kawałku. W kwestii zaś ochrony małoletnich – tak, strony z pornografią zawierającą treści powstałe z udziałem dzieci należy w rzeczy samej ścigać, ze szczególnym naciskiem na wyszukiwanie autorów tej produkcji ORAZ udzielania pomocy ich ofiarom.) Stąd mój sprzeciw, bo wysyłanie komunikatu do młodzieży, że seks jest rzeczą okropną, nikt nie chce o nim mówić, nie należy go oglądać, nie wolno uprawiać – taki komunikat jest głupi, potencjalnie szkodliwy i ośmieszający. Mój postulat jest taki, byśmy – my dorośli, my szkoły, my społeczeństwo, umieli przekonać młode osoby o budzącej się seksualności, że jest ona źródłem radości i satysfakcji, ale nierozumnie traktowana i bezrefleksyjnie wykorzystywana może stać się źródłem poważnych kłopotów. W tym mieści się nie tylko przestroga przed niechcianą ciążą czy chorobami, lecz również ostrzeżenie przed ekspozycją na treści brutalne i przekraczające wrażliwość odbiorcy. Ale w tym również mieści się informacja o tym, że nie wszyscy ludzie mają taką samą wrażliwość, i że granicą akceptacji zachowań jest krzywda drugiej osoby, a seks (w tym również ekspozycja na bodźce seksualne, np. wizualne) powinien odbywać się wyłącznie za świadomą zgodą drugiej osoby i w zakresie, który jest przez tę drugą osobę dopuszczany. W tym również mieści się trudny do przełknięcia komunikat, że dziwne i egzotyczne dla wielu osób parafilie bądź fetysze nie są złe same z siebie, a odmienna od naszej własnej wrażliwość seksualna nie jest zła/grzeszna/potępiona tylko z powodu swojej inności; że złe one się stają dopiero wtedy, gdy krzywdzą kogoś, gdy ich realizacja opiera się na przemocy, wykorzystaniu przewagi, krzywdzie i cierpieniu.
To jest bardzo trudny temat, dużo trudniejszy do przepracowania i do objaśnienia niż proste ‚zakażmy porno w internecie’. Zakaz, realny czy tylko postulowany na potrzeby zyskania biskupiej aprobaty, jest działaniem pozornym i zamiast. Polityk, który ośmieliłby się przyznać, że dzieci i nastolatki mają swoją seksualność, której nie należy negować i znikać w dyskursie, lecz którą należy uszanować i wspierać rozsądną, dostosowaną do wieku odbiorcy edukacją, zostałby natychmiast rozniesiony na kropidłach i krucyfiksach. Więc zapewne poprzestaniemy na deklaracjach o ohydzie pornografii oraz o niewinności dziecięcej.
 
Tu również prosi się o dodatkowe zastrzeżenie w związku z zamarkowanym przeze mnie istotnym wątkiem bajkowości pornografii. W przypadku kompletnego braku rzetelnej informacji na temat anatomii i fizjologii seksu adepci i adeptki akademii redtube dowiadują się zdumiewających rzeczy na przykład na temat rozmiarów piersi i penisów, które stoją w gigantycznej sprzeczności z ich osobistym doświadczeniem. Dowiadują się również, że penetracja może nastąpić w minutę po zakończeniu drinka a kobieca fizjologia pozwala na satysfakcjonujący seks bez żadnej gry wstępnej. Kolejne lekcje dostarczają wiedzy o akrobatycznych zdolnościach wszystkich seksualnie aktywnych osób oraz o domyślnej gotowości do współżycia u każdego mężczyzny i każdej kobiety. Jest to oczywiście nonsens i dorośli mają tego świadomość, zakładając umowność konwencji i jej bajkowy charakter. (Nie kwestionują tego, bo to trochę tak, jakby kwestionować Star Trek z powodu nierealistycznej prędkości osiąganej przez Enterprise) Ale jeśli przyjmiemy, że są ludzie, dla których internetowe i filmowe porno z braku innych źródeł – rozumnych i odpowiedzialnych rodziców, sensownego programu szkolnego, z braku nauczycieli przedmiotu i mądrych podręczników – staje się pierwszym i podstawowym źródłem informacji o ludzkiej erotyce, to wówczas możemy mówić o poważnym problemie społecznym. Tyle tylko, że jeśli przeraża nas horror edukowania seksualnie młodzieży kinem pornograficznym, zróbmy wreszcie rzetelną edukację w szkołach, by młodzież mogła oddawać się fantazjom przy oglądaniu, ale wiedziała też, że są to fantazje, a rzeczywistość odbiega od produkcji wygrzebanych w sieci. Wnioskowanie idące za zakazywaniem porno, by źle nas nie wychowywało ma ten sam sens, co zakazywanie Star Treka i Gwiezdnych Wojen, żeby dzieci nie uczyły się głupot o fizyce i poruszaniu się ciał w próżni. Bo panie, fizyki w szkole mieli mało i słabo, to przez te filmy myślą, że w próżni laser świszcze i świeci, skąd oni tych głupot nabrali.
 
Druga rzecz, o jaką chciałam zapytać, to jak technicznie sobie to wyobrażają nasi prawodawcy, i czy postulowany przez Camerona tryb: domyślne odcięcie od porno wszystkich, dostęp tylko za imienną pisemną prośbą nie narusza aby zasady, że państwo nie wtrąca się zainteresowania erotyczne obywateli oraz nie zbiera o nich informacji tzw. wrażliwych? Agregowanie przez dostawców internetu baz danych klientów, którzy pod nazwiskiem występują o dostęp do treści określanych przez polityków jako plugawe, niszczące niewinność i wymagających reglamentacji (nie, serio, panie Cameron, co pan oglądał? Jakie filmy pana tak przestraszyły?) wydaje mi się dość śmiałym ruchem przeciw wolnościom obywatelskim, prywatności i poufności upodobań. Znów, by nikt mi nie zarzucił nadmiaru naiwności – w świetle draki wokół PRISM, NSA i Snowdena tylko najgłupsi i najbardziej prostoduszni (oraz użytkownicy TOR) mogą ufać, że stosowne agencje rządowe nie dowiedzą się wszystkiego o ich poczynaniach w sieci, z dokładnością do milisekund i pojedynczych bajtów transferu. Nie chodzi o to, że rządy i agencje rządów nas śledzą, chodzi o to, że w projekcie Camerona to my mamy przynieść kwity na własne działania i pod nazwiskiem złożyć oświadczenie, że robimy rzeczy, które politycy uważają za wstydliwe i brzydkie. A to nie ma nic wspólnego z niewinnością i dziećmi.
 
Jest też trzecia strona tego medalu: przemysł pornograficzny i jego specyfika. I to będzie temat następnej notki.