Przedrzeźnianie Powstania

Dziś o godzinie W w Warszawie rozpoczął się festyn z racami i przyśpiewkami i obfitością straganów z okolicznościowym badziewiem.

Rocznica wybuchu powstania, które obróciło pół miasta w perzynę i skończyło się rzezią ludności cywilnej – a w chwili wybuchu było aktem desperacji, brawury i przerostu gniewu nad chłodną kalkulacją szans na sukces – dotąd obchodzona na poważnie, jako okazja do refleksji, bolesnych wspomnień i oddania hołdu tym, którzy porwali się z niemal gołymi rękami na wojsko okupanta. Wycie syren miało oddać grozę i powagę chwili, a wstrzymanie się w milczeniu wszystkich przechodniów czy kierowców było tym minimalnym, symbolicznym gestem uczczenia pamięci tych, którym żadne słowa nie wystarczą ani nie wynagrodzą. Skromność i surowość tego rytuału oddawały dość dobrze uczucia tych wszystkich, którzy rzeź Warszawy pamiętali sami lub ze wspomnień swoich najbliższych. Sami powstańcy zaś wyżej od wszystkich odznaczeń państwowych nadawanych im z mniejszą czy większą szczodrością cenili sobie własne opaski na ramię, przechowywane od ..dziestu lat jak relikwie. Dobry zwyczaj się utarł, że nikt tego symbolu nie śmiał podchwytywać, kopiować ani odtwarzać – wydawało się dla wszystkich oczywiste, że powstańcze opaski są odznaczeniem niejako same w sobie i noszenie ich przez kogokolwiek poza bohaterami samego Powstania byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa.

W rzeczy samej, wydawało się.

W tym roku nastąpiła niebywała zmiana tonu. Opaski przywdziało paru tęgawych panów, szczycących się niepokornymi poglądami (wyrażanymi w doskonale sprzedających się tygodnikach, prezentowanymi w publicznej telewizji w prime-time, nagradzanymi tłustymi państwowymi synekurami, stanowiskami i nagrodami), przywdziało je nie na mundury, bo ich związki z mundurem skończyły się zapewne na oglądaniu (z należną dialektyczną pogardą) Czterech Pancernych; więc przywdziali te opaski na sportowe koszulki, tiszerty zgoła, i zgodnie z zasadą „konia kują, żaba łapę podstawia” wyprężyli klaty do obiektywu w pozie co to nie my, powstańcy, psiakrew, krew z krwi, bunt przeciw pluszowej opresji, duma i godność, godni następcy tych Kolumbów (nie przypuszczam, by choć połowa z nich z Kolumbami miała styczność), podziwiaj, narodzie, swoich synów.

Synami bym ich nazwała, acz nie od razu całego narodu.

Jeszcze sobie tekturową Virtuti Militari wytnijcie i przylepcie na plaster do kieszonek na komórki. Jak szaleć to szaleć, kto wam, generałowie twittera, zabroni? Przecież nie wyczucie proporcji, pokora czy wstyd. Przeszliście całego Counter Strike’a bez cheat code’ów, to prawie jakbyście wyszli kanałem ze Śródmieścia na Wolę, opaska wam się należy jak hamburger po siłowni, jak piwo po internetowym flejmie.

 

Niestety, to była tylko groteskowa i obelżywa część cepeliady w tym roku; niestety, mieliśmy też część przerażającą.

Otóż pod obchody podpięła się dzielna młodzież narodowa. Tak, ta sama młodzież, która zdaniem polskich sądów piwa zamawia starożytnym salutem rzymskim. Ta sama młodzież, która pręży patriotyczne muskuły wygrażając pięściami mniejszościom i obcokrajowcom, bez żenady pożyczając od hitlerowców narrację o podludziach niewartych życia, o chęci zagazowywania homoseksualistów, uchodźców, innowierców czy ludzi o innym kolorze skóry. Ta właśnie radosna młodzież narodowa odpaliła race i przyśpiewki o godzinie W – jest impreza, jest hałas. Koncepcja, że w zasadzie 1 sierpnia celebrujemy krwawy i tragiczny pogrzeb stolicy i że przystoi cisza i choćby chwila skupienia, nie przedarła się do tych łysych czaszek. Szum flag z celtyckimi krzyżami pewnie był za głośny.

Mieliśmy więc w tym roku festyniarzy, cepeliadę (to przytłaczające, ile straganów z gadżetami z motywem Powstania wyrosło w tym mieście. I jak wiele obiektów dało się tą symboliką uświetnić – kubeczki, smycze na klucz, podkładki. Doprawdy, stylowy pomysł, kto by nie chciał pić kawy z czegoś oznakowanego jak grób), uzurpatorów i młode naziolstwo radośnie a rytmicznie porykujące nad siwymi głowami ostatnich żyjących Powstańców. Było głośno, bluźnierczo i bez sensu. Było mi wstyd. Generalnie obchody upłynęły w moim odczuciu pod znakiem to add insult to injury, i mam wrażenie, że ktoś powinien za to Powstańców przeprosić.

Powstanie[Zdjęcie: Marcin Wziontek]

Najwyraźniej ostatni niesplugawiony i nieprzerobiony na narodową, cepeliowską kiełbasę z grilla symbol właśnie nam się zatracił, bo zbyt wiele osób i frakcji postanowiło naraz pożyczyć sobie jego blasku by podświetlić własne, niezbyt wybitne sprawki. Ledwie udało się odwołać kuriozalny pomysł, by do – w rzeczy samej wstrząsającego – apelu poległych dorzucić w promocji listę pasażerów samolotu do Katynia. Niestety, Powstańców jest zbyt mało, by utrzymali wszystkie fronty, choć obronili się przed inwazją polityki doraźnohistorycznej, nie udało się ich uchronić przed stadem przedrzeźniaczy i szyderców. Patriotyzm staniał, wystarczy głośno krzyczeć i kupić kawałek materiału. Na bicepsie niektórych to jednak jest tylko szmatka. Na odznaczenia trzeba zasłużyć, żeby coś znaczyły, nie wystarczy ich wyciąć z pudełka proszku do prania „Biała Siła”. Bardzo mi przykro i wstyd, że ostatni żyjący bohaterowie sierpnia 1944 muszą patrzeć na to, co z rocznicą ich zrywu przeciw okupantowi, z rocznicą terroru, rzezi i śmierci tysięcy wyprawia festyniarska banda wypasionych byczków z celtyckim krzyżem na flagach, i poparciem w sejmowych ławach. Wstyd.

 

 

Reklamy

Punkt pakowania walizek

Jak Ray Grant napisze notkę, to w zasadzie można tylko siąść i klaskać, bo ma chłopak rację (i dobre oko, najwyraźniej z daleka lepiej widać). Drugi, który dał mi dziś do myślenia, to cytowany zresztą przez Raya Slwstr z Pochodnych Kofeiny.

Obaj piszą o tym, co widać gołym okiem i słychać własnymi uszami – że Polacy są coraz powszechniej na wewnętrznej emigracji. Polacy wyemigrowani również geograficznie śledzą wieści z kraju i zacierają łapki, że nie są już częścią tego kotła; Polacy jeszcze lokalni dystansują się jak potrafią od polityki w wydaniu dostępnym medialnie. Podgrzewanie medialnego kotła z wybuchowymi newsami i dosypywanie trotylu już nie działa za bardzo na klikalność i oglądalność – naród podchwyci nośną frazę o anatomii i kupie kamieni i tyle. Wzburzają się i drążą zawodowi politycy, obywatele mają to gdzieś. Nie będę streszczać tego, co mądrzej i ładniej napisali panowie z cytowanych blogasków, dodam tylko swoje trzy grosze: Polacy mają coraz powszechniej w nosie swoje państwo, bo państwo sobie na to zasłużyło i bardzo o to zabiegało. Państwo starannie pokazuje obywatelom, że coraz szersze warstwy społeczne są przez to państwo niemile widziane.

Geje, lesbijki, osoby transpłciowe? Won. Nie wolno wam legalizować związków, nie wolno wam adoptować dzieci, podejrzane jest, gdy wybieracie zawody związane z opieką nad nieletnimi, nie wolno wam się żenić. Myślicie o emigracji do krajów, które nie będą was szykanować? Figę dostaniecie od urzędów, a nie zaświadczenie o wolnym stanie cywilnym. Nie chcemy was tutaj, nie zatrzymujemy, ale też zrobimy wszystko, by wam utrudnić szczęśliwe funkcjonowanie za granicą.

Innowiercy i ateiści? Macie szanować lokalne tradycje religijne, czcić krzyże w każdym urzędzie i respektować religijny charakter większości instytucji – pokropienia wszelkich nowych budynków, inauguracje i obchody z obowiązkowym biskupem, państwowe pogrzeby katolickiego obrządku, msze na otwarcie i zamknięcie roku w szkole, lecz jeśli chcecie własnych celebracji, ryzykujecie oskarżenia o obrazę uczuć lub zgorszenie (vide kuriozalny felieton Mellera czy dowolnie wybrane reakcje tłumów na propozycje budowy meczetu w Polsce).

Matki małych dzieci, decydujące się na trud samotnego macierzyństwa? Kombinujcie same, jak związać koniec z końcem, bo gminy likwidują gdzie mogą żłobki, przedszkola i świetlice, zostawiając wam swobodę wyboru między prywatną nianią lub prywatnym „klubem malucha” założonym przez przedsiębiorczego biznesmena omijającego radosną nazwą wszelkie wymogi sanitarno-techniczne odnośnie żłobków czy przedszkoli. Fundusz alimentacyjny zlikwidowano już lata temu.

Rodzice z więcej niż jednym dzieckiem? Dostaniecie laurkę za rozrodczość, pochwałę z ambony, ulgę podatkową za dwójkę dzieci i kartę zniżkową do muzeów, jeśli jest was sześcioro lub więcej – ale na miejsca w żłobkach i przedszkolach macie jeszcze mniej szans niż samotne matki. Nie liczcie też na elektroniczny podręcznik, dzięki któremu dziecko nie będzie się uginać pod plecakiem. Ani na to, że najmłodsze odziedziczy książki po starszych, jak to wy robiliście w podstawówce za komuny – obecnie co roku musicie wydać dwie pensje na podręczniki jednorazowego użytku. Nie liczcie też za bardzo na zajęcia dodatkowe w szkołach, problemy z nauką rozwiązuje prywatny korepetytor, nie nauczyciele. Czy już mówiłam o świetlicach? A o likwidacji etatów szkolnych pielęgniarek/higienistek/dentystów?

Obywatele o niebiałym kolorze skóry? Podpalanie wam drzwi, pobicia to problem szóstej kategorii, prześladowania całych grup to wyraz zdrowego instynktu narodowego. Od pogromu kieleckiego minęło tyle lat, że nie ma co wracać i mieć głupich skojarzeń. Marsze narodowców, saluty „pięć piw” to folklor w kraju, w którym dymiły kominy Auschwitz, a swastyka to hinduski symbol szczęścia, więc jeśli czujecie się nękani i prześladowani okrzykami „Żydzi/Cyganie/Murzyni do gazu” to jesteście niesłusznie nadwrażliwi i na wasze urojenia zbudowane na pobiciu nastolatka przez dorosłych nikt nie będzie jakoś nadgorliwie reagował, bo w Polsce nie ma problemu z rasizmem, jest problem z niechcianymi imigrantami, jak nam się tłumaczy.

Ludzie starzy, chorzy, emeryci, renciści? O dostęp do świadczeń wypracowanych przez całe życie możecie walczyć, licząc że wystarczy wam sił. Państwowych domów opieki społecznej dla osób niesamodzielnych jest tak mało, że na miejsce czeka się latami. Prywatne oferują łóżko i niewiele ponadto, poza sporadycznymi skandalami w mediach na temat bestialstwa wobec bezbronnych pacjentów. Szpitale mają drakońską politykę odnośnie wydzielania leków łagodzących ból, więc nawet terminalnie chorzy zdanie są na paracetamol i zaciskanie zębów.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych i chorych przewlekle? Radźcie sobie jak chcecie. Zasiłki opiekuńcze dostaniecie tylko gdy troszczycie się o swoje dziecko i zrezygnujecie z jakiejkolwiek formy zarobku – a z zasiłku stać was będzie albo na czynsz, albo na jedzenie. Jeśli jesteście obłąkani i rzucacie pracę, by pilnować własnego niepełnosprawnego rodzica – jedzcie tynk i szczaw, gdyż nic się wam nie należy, a to, że nie daliście rady umieścić go w jedynej w waszej miejscowości placówce opiekuńczej, to przecież tylko wasz problem.

 

To nie jest tylko tak, że Polacy nagle się wyalienowali i zaczęli mieć swoją ojczyznę w nosie. Oni mają przesyt Ojczyzny – zwłaszcza tej przez wielkie, rozjęczane OJ – w parlamencie, w urzędach, szkołach, uniwersytetach; w gazetach, telewizorach, kościołach i innych środkach masowego przekazu. Jednocześnie od osób reprezentujących państwo słyszą, że są przypadkowym społeczeństwem, które nie ma prawa głosu we własnej sprawie. To nie jest tak, że Polska stała się znienacka dla własnych mieszkańców krajem niechcianym. To Polska ustami polityków, wójtów, sołtysów, prezydentów i posłów, księży i dyrektorów państwowych instytucji mówi od ponad dwudziestu lat, że nie chce milionów swoich obywateli – tych słabych i schorowanych, tych nieheteroseksualnych, tych niebiałych, tych niekatolickich, tych nieletnich lub tych, którzy nie wykręcili się od opieki nad rodziną. Tych wszystkich ludzi państwo polskie traktuje z niechęcią i zniechęca ich jak umie – może faktycznie licząc na to, że wreszcie wszyscy wyjadą i przestaną sobą plugawić idealny obrazek schludnych, zamożnych, heteroseksualnych i pobożnych genetycznych patriotów i dziedziców Piasta zaludniających wyobraźnię władz.

Tylko co to będzie za kraj, te osiemdziesiąt – góra sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy zostaną? Radom?

O nieposłuszeństwie obywatelskim

Kilka notek temu, przy okazji rozmawiania o partyzanckim biznesie adopcyjnym Krzysztofa Orszagha, wypłynęła w komentarzach kwestia nieposłuszeństwa obywatelskiego. Nie bez powodu wypłynęła, bo Orszagh w jednej z rozlicznych wypowiedzi prasowych tak właśnie nazywał swoje matactwa.

(Smutek portalozy, jaka ogarnęła wszystkie media: mimo, że burza wokół adopcji na lewo organizowanych przez bardzo znanego prawnika przewaliła się przez wszystkie newsiarnie, trudno teraz powiedzieć, byśmy czegokolwiek rzetelnego dowiedzieli się o tym, co dalej. Zwłaszcza, co dalej z dziećmi, których sytuację prawną trzeba odmotać i wyplątać je z panakrzysiowego kombinowania. No, ale nie tym razem będę rwać szaty nad dziennikarstwem gazetowym i sieciowym.)

Przyznam, że zaczęło mnie mocno męczyć, dlaczego uważam Orszaghowe zaszeregowanie swoich kombinacji do nieposłuszeństwa obywatelskiego za wyjątkowo paskudne hucpiarstwo i bezczelność. Pewne rzeczy wie się podskórnie, ale żeby je nazwać, trzeba czasu – czasu niezbędnego, by z pamięci wypłynęły rzeczy przeczytane wcześniej i kształtujące pojęcia i oceny obecnie tak oczywiste i fundamentalne.

I właśnie kilka dni temu wypłynęło z pamięci przemówienie, które wypaliło mi w neuronach nieodwracalnie rozumienie „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Przemówienie Nelsona Mandeli przed sądem, który mógł go skazać na śmierć za działania w ANC i udział w akcjach sabotażowych Włóczni Narodu (zbrojnego ramienia Afrykańskiego Kongresu Narodowego)

I have already mentioned that I was one of the persons who helped to form Umkhonto. I, and the others who started the organisation, did so for two reasons. Firstly, we believed that as a result of Government policy, violence by the African people had become inevitable, and that unless responsible leadership was given to canalise and control the feelings of our people, there would be outbreaks of terrorism which would produce an intensity of bitterness and hostility between the various races of the country which is not produced even by war.

Secondly, we felt that without sabotage there would be no way open to the African people to succeed in their struggle against the principle of white supremacy. All lawful modes of expressing opposition to this principle had been closed by legislation, and we were placed in a position in which we had either to accept a permanent state of inferiority, or to defy the Government. We chose to defy the Government. We first broke the law in a way which avoided any recourse to violence; when this form was legislated against, and when the Government resorted to a show of force to crush opposition to its policies, only then did we decide to answer violence with violence.

But the violence which we chose to adopt was not terrorism. We who formed Umkhonto were all members of the African National Congress, and had behind us the ANC tradition of non-violence and negotiation as a means of solving political disputes.

I dalej, cytując Chiefa Luthuli, gdy mówi o początkach ANC i swojego w nim uczestnictwa:

Who will deny that thirty years of my life have been spent knocking in vain, patiently, moderately, and modestly at a closed and barred door? What have been the fruits of moderation? The past thirty years have seen the greatest number of laws restricting our rights and progress, until today we have reached a stage where we have almost no rights at all.

O nieprzestrzeganiu przepisów stanu wojennego:

In 1960 there was the shooting at Sharpeville, which resulted in the proclamation of a State of Emergency and the declaration of the ANC as an unlawful organisation. My colleagues and I, after careful consideration, decided that we would not obey this decree. The African people were not part of the Government and did not make the laws by which they were governed. We believed in the words of the Universal Declaration of Human Rights, that “the will of the people shall be the basis of authority of the Government”, and for us to accept the banning was equivalent to accepting the silencing of the African people for all time. The ANC refused to dissolve, but instead went underground. We believed it was our duty to preserve this organisation which had been built up with almost fifty years of unremitting toil. I have no doubt that no self-respecting white political organisation would disband itself if declared illegal by a government in which it had no say.

Gdy mówi o stworzeniu Włóczni Narodu i jej działaniu radykalnym:

At the beginning of June 1961, after a long and anxious assessment of the South African situation, I, and some colleagues, came to the conclusion that as violence in this country was inevitable, it would be unrealistic and wrong for African leaders to continue preaching peace and non-violence at a time when the Government met our peaceful demands with force.

This conclusion, My Lord, was not easily arrived at. It was when all, only when all else had failed, when all channels of peaceful protest had been barred to us, that the decision was made to embark on violent forms of struggle, and to form Umkhonto we Sizwe. We did so not because we desired such a course, but solely because the Government had left us with no other choice. In the Manifesto of Umkhonto published on the 16th of December 61, which is Exhibit AD, we said’, I quote:

„The time comes in the life of any nation when there remain only two choices – submit or fight. That time has now come to South Africa. We shall not submit and we have no choice but to hit back by all means in our power in defence of our people, our future, and our freedom”

Warto pamiętać, że akcje Umkhonto we Sizwe polegały na aktach sabotażu przemysłowego i gospodarczego a nie przemocy skierowanej wobec ludzi.

Gdy Mandela podsumowywał przed sądem swój udział w Kongresie i w Umkhonto we Sizwe, nie omijał ani nie pomniejszał swojej działalności, ale wytoczył też potężne działa – opisał, jak apartheid konserwował nędzę, choroby, brak edukacji, bezrobocie i bezradność 70% mieszkańców RPA. Przyznawał się do przemów, do autorstwa pamfletów i do szkoleń militarnych. Nie podawał innych nazwisk poza tymi, które już były od dawna jawne. Zeznawał na własny temat – a gdy kończył przemowę, wiedząc, jaki może być wyrok, otwarcie powiedział:

During my lifetime I have dedicated my life to this struggle of the African people. I have fought against white domination, and I have fought against black domination. I have cherished the ideal of a democratic and free society in which all persons will live together in harmony and with equal opportunities. It is an ideal for which I hope to live for and to see realised. But, My Lord, if it needs be, it is an ideal for which I am prepared to die.

Mandela nie został skazany na śmierć w tym procesie, lecz na pięć lat więzienia, które wkrótce zamieniono mu na dożywocie. Odmówił wyjścia na zwolnienie warunkowe.

Ta pouczająca historia daje bardzo dobry przykład, czym jest nieposłuszeństwo obywatelskie – aktem desperacji w najważniejszych sprawach, otwartym działaniem przeciw niesprawiedliwemu prawu, przeprowadzonym po wyczerpaniu całej dostępnej ścieżki działań legalnych i pokojowych. Nieposłuszeństwo obywatelskie świadomie liczy się z konsekwencjami łamania prawa i z karą; i bez wykrętów i zaprzeczeń poddaje się jej – dowodząc tym samym, że nieposłuszeństwo nie jest wybrykiem ani występkiem, a świadomą demonstracją obnażającą słabość lub niesprawiedliwość prawa.

Orszagh stawiający się w tym samym szeregu co Mandela wydaje się mi w tym kontekście podwójnie wstrętny, zarówno przez swoje krętactwa, przez miałkość własnych uzasadnień i przez finansowy dział w przedsięwzięciu, i nie zamierzam dużo więcej jego sylwetki tu wywlekać.

Chcę podsumować zjawisko nieposłuszeństwa obywatelskiego, w wymiarze, jaki nadał mu Mandela i inni wojownicy wielkich spraw. Niepokoi mnie bowiem, gdy tej frazy używa się w przypadkach drobnych niedogodności i traktuje jako wykręt lub nobilitację dla własnego lenistwa bądź krętactw. Nazywanie nieposłuszeństwem obywatelskim aktów wandalizmu, warcholstwa, pieniactwa lub arogancji, klasyfikowanie tak odmowy płacenia podatków (i nie mówimy tu o podatku wojennym, ale o akcyzie na paliwo lub alkohol) – z jednej strony świadczy sromotnie o bucerii i prymitywiźmie takich aktywistów, a z drugiej – jest rodzajem policzka wymierzonego zarówno Gandhiemu, Nelsonowi Mandeli jak i samej idei. Zostawmy właściwą miarę dla tego aktu, a niesprzątanie po psie w ramach wyrażania opinii o burmistrzu swojego miasta nazwijmy jakoś spokojniej, na przykład – prostactwem i brakiem higieny.

A jeśli mowa o wykorzystywaniu wielkich słów dla rzeczy zupełnie z nimi niezwiązanych, to dla odważnych i ciekawych z niepewnością wklejam link do bardzo osobliwego zjawiska, którego nie podejmuję się zrozumieć.

Patriotyzm balkonowy

image

To zdjęcie oddaje idealnie esencję polskiego patriotyzmu. Śmieci upchnięte na balkonie, szary z brudu mop i zatknięta nad tym dumnie flaga. W tle, w roli obowiązkowej nostalgii za Starymi, Dobrymi Czasami, wypłowiałe landszafty i obrazki przedwojennej Warszawy.
Oto dlaczego nie bardzo jestem dobrą klientką wielkich przemówień i orędzi. Premier i prezydent będą powiewać flagami, dzwonić orderami, szczękać zardzewiałym orężem, a ja będę widzieć mopa, śmietnik, brak ścieżek rowerowych, miejsc w przedszkolach i żłobkach, brak świetlic, domów kultury czy basenów, brak bezpłatnych zajęć rehabilitacyjnych dla dzieci niepełnosprawnych, brak terminów u lekarzy. Brak pomysłu wśród władz i brak życzliwości wśród współobywateli. Za to pod dostatkiem triumfów, klęsk, powstań i moralnych zwycięstw.
Nie kupuję tej narracji, że przegrana wojenna usprawiedliwia brudne uszy i balkony. W rok po wojnie – być może. Nie w siedemdziesiąt lat. Nie kupuję przypowieści o moralnej konieczności podejmowania działań szkodliwych i wyniszczających w imię idei. Nie będę rodzić małych powstańców, żeby można było mieć kolejne rocznice do machania flagą, panie Terlikowski. Nie będę rozlewać krwi dla symboli, idei i koncepcji, droga prawico. Mogę posprzątać swój balkon. Gdy będę mieć psa, posprzątam też jego kupę. Ale do tego nie potrzebuję flagi.

Piszę to wszystko z Centrum Krwiodawstwa na Saskiej, gdzie za chwilę oddam krew. Oddam, nie przeleję. Nie będzie jej w podręcznikach historii, nie będzie się nią ekscytować żadna prawica, nikt jej nie uczci tablicą ani mszą. I dobrze. Wystarczy, że będzie z niej pożytek. Pomników mamy już nadwyżkę.