Po co komu uniwersytet?

Taki na przykład Uniwersytet Gdański jest strasznie fajny, ma ładny budynek, z bieżącą wodą, kanalizacją, ogrzewaniem i w środku mnóstwo sal, które w godzinach wolnych od studentów można sobie wynająć w dowolnym w zasadzie celu. Można na prezentację garnków, można na pokazy majtek, można na wykłady o tym, że chemioterapia nie leczy, tylko obniża przeżywalność pacjentom oraz wywołuje nowotwory. Generalnie da się w murach Uniwersytetu robić cokolwiek, co nie łamie zasad prawnych, jak mówi prorektor ds rozwoju i finansów UG. Macie zapewnienie z samej góry, że Uniwersytet nie ma żadnych wymagań merytorycznych czy jakościowych dotyczących swojej marki: możecie handlować odpustami, odprawiać rytuały czy tresować pchły, powaga uczelni nie jest zagrożona przez wykorzystanie jej wizerunku do legitymizowania pseudonaukowego hochsztaplera i jego publikacji.

Jerzy Zięba przykładem.

Mniej mnie w tej chwili martwi to, że UG strzelił sobie w stopę (państwo wybaczą tę anatomiczną metaforę, możemy ją pociągnąć dalej, mówiąc, że uniwersytet udzielający lokalu oszustom i naciągaczom staje się golemem na glinianych nogach, ale to nie konkurs poezji asocjacyjnej) tym posunięciem i uszkodził sobie prestiż. Jeśli rektorat uważa, że uczelnia musi się prostytuować, by pozyskać pieniądze na działalność podstawową – to jest to problem uczelni oraz właściwego ministerstwa, ja mogę oczywiście głęboko ubolewać nad nędzą zmuszającą wyższą uczelnię do kroków desperackich i dywagować, czy na pewno państwo polskie dobrze dysponuje swoim skromnym i zadłużonym nad miarę budżetem, jeśli inwestuje w budowę gargantuicznych obiektów kultu kosztem utrzymania placówek naukowych. Istotę problemu widzę jednak gdzie indziej – facet, który zupełnie serio opowiada takie rzeczy:

– ten gość dostaje nie oślą czapkę i skrzynkę po jabłkach, lecz katedrę w sali wykładowej państwowego uniwersytetu. Uniwersytetu, którego sensem istnienia jest nie drukowanie dyplomów, lecz pomnażanie nauki oraz jej rzetelne weryfikowanie, tak, by absolwenci opuszczający te w założeniu czcigodne mury dysponowali aktualną, rzetelną, sprawdzoną i opartą na faktach, badaniach i replikowalnych eksperymentach wiedzą. Wpuszczenie pana Zięby i jego wziętego z powietrza ciągu skojarzeń niepopartych żadnymi wartościowymi badaniami na teren placówki jak dotąd naukowej uderza nie tylko w wiarygodność uczelni, ale kosztem tejże – dodaje wiarygodności szarlatanowi. Podsumujmy bowiem, kto skorzysta za tydzień z sali wykładowej polskiego uniwersytetu, opowiadając różne rzeczy o leczeniu i profilaktyce: Jerzy Zięba nie jest lekarzem i nigdy nim nie był. Nie studiował medycyny, pielęgniarstwa ani położnictwa. Nie studiował farmacji ani stomatologii, ani nawet weterynarii. Nie jest biologiem, biotechologiem ani biochemikiem. Sam nazywa się naturoterapeutą i swoją wiedzę czerpie od sobie równych czarodziejów i wróżek, z uniwersytetu imienia YouTube oraz obserwacji własnych i lektur książek o zielarstwie i samoleczeniu. Te kwalifikacje dają mu czelność dezawuować EBM* i wygłaszać opinie tak kuriozalne jak przytoczone powyżej, oraz sugerować ludziom chorym porzucenie leczenia szpitalnego czy ambulatoryjnego na rzecz terapii witaminami przyjmowanymi na wiadra, picia słonej wody czy innych kuriozalnych pseudoterapii.

Oczywiście inżynier Zięba jest ostrożny i wyraźnie podkreśla „nie twierdzę, żeby nie stosować chemioterapii”, ale jednocześnie ostrzega: „jeśli ktoś został poddany chemioterapii czy radioterapii, to leczenie alternatywne jest dużo mniej skuteczne”. Wolałabym, by pacjenci nie słyszeli podobnych ostrzeżeń wcale, na pewno jednak aula uczelni wyższej jest jednym z najmniej do czegoś takiego odpowiednich miejsc.

Cytowana powyżej doktor Paulina Łopatniuk – która w odróżnieniu od szarlatana Zięby medycynę studiowała i praktykuje, a nowotwory bada od lat w laboratorium, a nie w wyobraźni – wyraża się bardzo łagodnie jak na wagę problemu, który wytknęła. Facet, który żyje z oszukiwania chorych przewlekle ludzi i dezawuowania osiągnięć medycyny zyskał właśnie wiarygodność, której nawet pięć książek o leczeniu patrzeniem na księżyc w nowiu by mu nie zapewniło. Otóż obecnie – dzięki decyzji prorektora do spraw finansowych, profesora Szredera – polscy onkologowie będą mieli dużo większy kłopot z wyperswadowaniem swoim pacjentom alternatywnych metod leczenia. Ich pacjenci, od których nie można w końcu wymagać wykształcenia kierunkowego ani naukowych kompetencji, będą się od przyszłego tygodnia bowiem powoływać, że bzdury o leczeniu raka wodą i witaminami usłyszeli na uniwersytecie. I jest to koszt, którego nie zrekompensuje polskiej medycynie ani szkolnictwu wyższemu te kilka tysięcy zarobione na wynajęciu uniwersyteckich pomieszczeń znachorowi. Jest to strata, którą będzie bardzo trudno odrobić. To, że Uniwersytet Gdański nisko się ceni i swoją cnotę sprzedaje byle komu, to problem już teraz bardziej finansowy niż moralny. To, że Uniwersytet Gdański za te pieniądze drukuje właśnie szarlatanowi certyfikat wiarygodności naukowej, to problem dużo dramatyczniejszy – dla nauki i dla medycyny. A doraźnie – dla wszystkich skonfundowanych pacjentów, którzy mając często utrudniony dostęp do lekarzy, zwrócą się do oszusta działającego pod egidą uczelni. Nie jest to wszak nielegalne, jak nam wyjaśnił prorektor.
Dla postawienia kropki nad i – ofiarami fatalnej decyzji władz administracyjnych UG są nie tylko przyszli i obecni pacjenci oraz ewentualni słuchacze pana Zięby. Udzielenie katedry altmedowemu szamanowi uderza też w standardy publicznego dyskursu naukowego, w którym niestety również zadomowił się paskudny przesąd, jakoby prawda leżała pośrodku. Jeśli lekarze, biologowie, patologowie i badacze twierdzą, że przyczyny nowotworów są zróżnicowane, bo od genetycznych po środowiskowe, a inżynier naturoterapeuta opowiada, że przyczyną wszystkich chorób jak leci jest brak soli, cholesterolu i witaminy C, to nie oznacza to wcale, że racja jest gdzieś pomiędzy. Oznacza to, że rację ma ten, kto zrobił rzetelne badania, sprawdził je na dużej próbie, powtórzył i udostępnił wyniki, zapewniając przy tym rygor metodologiczny. Ktoś, kto swoje teorie wysnuł wyłącznie na podstawie rozmów z kilkoma chorymi, obserwacji swojego kanarka lub lektury świętych ksiąg nie ma troszkę racji, tylko nie ma jej wcale. Wpuszczanie go do auli, stawianie go między naukowcami i dawanie mu czasu antenowego – w imię źle pojętej zasady et altera pars audiatur – nie przyczynia się do wzbogacenia dyskursu naukowego ani nie naświetla problemu naukowego z nowej, niezbadanej strony. Wariat, krzyczący nawet jak najgłośniej, że od dziś π wynosi dwa, bo tak mu wynika z patrzenia na piramidy starożytnych nie sprawi, że w imię konsensusu naukowego przyjmiemy uprzejmie, że Pi wynosi coś pomiędzy 2,75 a 3. Ponieważ zdajemy sobie sprawę, że wówczas nie dałoby się zbudować nie tylko rakiety czy statku kosmicznego, ale zwykłej taczki. Żaden uniwersytet nie pozwoliłby mu za żadne pieniądze wygłaszać u siebie tak karkołomnych bzdur – nie tylko z obawy przed ośmieszeniem siebie, ale też z elementarnego szacunku dla matematyki. Niestety w przypadku nauk nieco bardziej skomplikowanych niż podstawy matematyki ta zdrowa zasada niedopuszczania do dyskursu naukowego oczywistych bajkopisarzy czy oszołomów zawodzi – i stąd w programach telewizyjnych o zdrowiu debatuje lekarz z różdżkarzem, o zdrowiu psychicznym psychiatra z wróżką i księdzem, o urządzaniu mieszkań producent mebli z maniakiem feng shui a na Uniwersytecie Gdańskim Zięba będzie prowadził wykłady.
To oczywiście nie jest nielegalne. Jest głupie, szkodliwe i zemści się na nas wszystkich, ale władze uniwersytetu nie widzą przeciwwskazań, póki Zięba płaci gotówką.
_______________________________________________________
*dla tych, którzy nie znają skrótu EBM – Evidence Based Medicine
Zamiast porządnych przypisów:
1) o tym, dlaczego nawet używający mądrych słów altmedowcy pozostają szarlatanami pisał kiedyś Bart, którego lektura może być przewodnikiem po tym, jak czytać różne publikacje na temat zupełnie rewolucyjnych metod leczenia
2) Sama kiedyś popełniłam notkę o tym, dlaczego ewangelia apostołów leczenia kocim moczem i starożytnymi mantrami przyswaja się lepiej niż rzetelne publikacje wyników badań.

 
Edycja: literówki i popsute linki.
 

 

Dlaczego na mnie działa

Ojciec Założyciel napisał dawno temu, dlaczego dowody anegdotyczne (por: case studies) w nauce i medycynie mają przyzerową wartość i nie powinny być wykorzystywane jako argumenty w sporze naukowym i formalnym. Peer review, metabadania, statystyki, podwójnie ślepa próba – to argumenty, którymi powinniśmy ważyć skuteczność danej metody leczniczej, danej hipotezy naukowej etc. Mimo że o sposobie dowodzenia w nauce co nieco się dowiadujemy i w szkole, i później, dowód anegdotyczny (na przykład moja koleżanka zjada codziennie preparat X i jej pomaga, przestała chorować, X to panaceum! A mój znajomy po szczepieniu ochrypł i miał kilkudniową migrenę, szczepionki to trucizna! lub podobne) ma się znakomicie i służy w reklamach, w dyskusjach prywatnych i publicznych niezwyciężony.

Dlaczego to „na mnie działa” wciąż działa?

Ponieważ jesteśmy programowani od dziecka, by działało.

(Jakbym chciała ponabijać się z psycho-ewo, zaczęłabym, że od sawanny, gdy praprzodek wymachując nad ogniskiem kością mamuta wykrzykiwał, że od zatańczenia wokół źródła nabrał mocy do polowań – ale nie psujmy żartami wywodu.)

Myślenia od szczegółu do ogółu uczymy się od kołyski, gdy słuchając baśni poznajemy reguły społeczne i zasady działania – uogólniając to, co spotyka bohaterów. Uczymy się na czytankach o potrzebie bycia grzecznym, o sensie mycia rąk i odrabiania lekcji. Cała literatura dydaktyczna to case studies – od upiornego Jachowicza przez Konopnicką po zgoła niewinne bajki o zwierzętach pióra Grabowskiego. W ogóle nasze mózgi są instruowane od zarania, by w historiach jednostek szukać głębszych znaczeń, ogólnych reguł i odbicia Historii. Czy to bajki, czy „przykłady z życia” w podręcznikach, czy biblijne przypowieści, uczeni jesteśmy analogiami i alegoriami. Historia Jasia ma nas pouczać o uniwersalnej zasadzie działania Wszechświata względem wszystkich Janów (lub względem wszystkich przeziębionych, nieodpowiadających na <i>dzień dobry</i> lub oszukujących w karty – w zależności od tego, którą anegdotkę właśnie studiujemy). Szkoła zupełnie otwarcie traktuje anegdoty na zasadzie pars pro toto i żąda od ucznia, by „Opisać losy emigracji na podstawie listów Mickiewicza do ojczyzny”, kompletnie nie oczekując, by uczeń zdroworozsądkowo zaoponował, że Mickiewicz to szlachta i inteligencja podróżująca względnie luksusowo, otoczona służbą i wielbicielami, a gros emigracji podróżowało czwartą klasą lub pod pokładem, żebrząc i wykonując najpodlejsze prace, i losy tych ludzi są nieporównywalne w żaden sposób.

(Pewnie się narażę, ale cała edukacja religijna to zbiór anegdot uzasadniających takie lub inne zachowania. Nowotestamentowe przypowieści to w ogóle mistrzostwo świata – anegdoty, których egzegeza potrafi się różnić mocno między różnymi szkołami i wyznaniami, ale które mają mieć status dowodu ontologicznego w zakresie etyki/teologii/moralności etc. I poważne traktowanie ich interpretacji jest warunkiem sine qua non religijności, która, hm, jest częścią składową życia społecznego w Polsce. To bardzo silnie kształtuje sposób myślenia i przyswajania.)

Problem jest jeszcze bardziej zawikłany, że chcąc poznać epokę i realia, musimy polegać na anegdocie. Na pamiętniku, kwicie od szewca, spisie posagu, pojedynczym artefakcie archeologicznym, na znalezisku/wykopalisku budujemy teorię i wyobrażenia, niekiedy ledwo uzgadniając to z wiedzą zastaną wcześniej (czyli z innych anegdot). Odtwarzamy z pojedynczej historii obraz ogólny, empatyzując z bohaterami opowieści i kreujemy sobie podziały świata, gdzie ci dobrzy to współplemieńcy naszych protagonistów a ich przeciwnicy to w sposób oczywisty złe charaktery (postmodernizm czytamy później a czasami wcale lub niechętnie). Z losów bohaterów lektur wyciągamy wnioski (lub wyciąga nam je nauczyciel w zgodzie z kluczem), z wielkich powieści uczymy się współczucia i rozumienia rzeczy, które spotykają ludzi w konsekwencji ich czynów.

Po czym idziemy do współczesnych gazet i internetu, czytać reportaże, blogi, zwierzenia i testimoniale reklamowe, gdzie czają się mające nas przekonać do konkretnego produktu rzewne historyjki. Trafiamy między ludzi, których pytamy o rady w kwestiach życiowych i w kwestiach banalnych – czy możemy zaufać atrakcyjnemu znajomemu, który coś kręci? czym wywabić z jedwabnej bluzki plamy po kawie z mlekiem? jak nauczyć kota, żeby nie drapał sofy? – i z ich opowieści generalizujemy sobie wiedzę, że jedwab zapewne jest już do wyrzucenia, sofa też (chyba, że na kota zadziała spryskiwacz) a znajomy to pewnie szuja, bo znajomy znajomych tak samo się uroczo jąkał, też był z Białowieży i okazało się, że jest bigamistą.

Nie jesteśmy przygotowani, by prosić o dowód i kwity, gdy słyszymy, że wszystkie A są takie a takie, bo A mojej ciotki właśnie takie było. Dowody anegdotyczne, przykłady z życia i analogie wpychane nam do głów od dziecka wykonały robotę: przykład z historyjki z morałem jest źródłem wiedzy o świecie. O ile kwestię prania jedwabiu czy wymiany rozdrapanego do gąbki obicia mebli możemy od biedy powierzyć pojedynczemu doświadczeniu znajomych (lub znajomych krewnego naszej znajomej, która nas zapewnia, że to właśnie zadziałało), przykładanie tej samej metody do akceptowania lub dezawuowania twierdzeń naukowych grozi poważnym błędem. Niestety, szkoła, rodzina czy inne źródła odpowiedzialne za kształtowanie procesów poznawczych rzadko (lub prawie nigdy) wpajają regułę, że pożądany w wypracowaniach z języka polskiego sposób wnioskowania o Istocie Rzeczy z jednego wiersza lub powieści nie jest ani naukowy ani mądry życiowo na dłuższą metę, i zachowując cały respekt dla literatury – należy umieć oceniać wartość teorii naukowych, prezentowanych wynalazków lub metod leczenia na podstawie twardych, zmasowanych badań i statystyk, a nie pojedynczych, często niezweryfikowanych oświadczeń wdzięcznych użytkowników.

Na anegdocie, dobrze napisanej historii, na opowieści pozbawionej zbędnych z literackiego punktu widzenia liczb i wykresów opiera się sukces uzdrowicieli i zbawiaczy, sukces szemranych terapii i badań Tajemniczymi Maszynami. Na dobrej narracji cudotwórcy opiera się jego sława i renoma, a wyjaśnienia skuteczności mętnymi analogiami, metaforami ze świata przyrody lub życia codziennego odwołują się nie do racjonalnego uzasadnienia, lecz tylko je pozorują. Mylenie poezji z debatą naukową prowadzi nas do dnia, w którym Jane Burgermeister ma równe prawa w dyskusji z Jerzym Vetulanim, bo jej narracja jest bardziej przejmująca i obfituje w znacznie dramatyczniejsze zwroty akcji, a nas nauczono, że rację ma pokrzywdzony i płaczący, a czucie i wiara więcej mówią do nas, niż mędra szkiełko i oko. Dopóki wkuwamy Jachowicza wraz z romantykami, tak długo rośnie nasza podatność na komiwojażerów od żywej wody, cudownej maści i uzdrawiających piramid, które przecież pomogły tylu osobom (historyjki w załączonej ulotce). Dopóki nie zaczniemy uczyć na poważnie, czym jest ślepa próba, prawdopodobieństwo, rzetelność i wiarygodność testu, dopóki nie będziemy wymagać, by uczeń ze zrozumieniem czytał opis badania leków/testów urządzenia, a z uczuciem – poezję; nie na odwrót, dowody anegdotyczne zawojują dyskurs, nie tylko w sprawach społecznych.

 

EDYCJA: literówki i niegramoty dostrzeżone przez czujnego Rusty’ego.