prawo zabijania kobiet

Był kiedyś taki mądrala na Twitterze, którego strasznie martwił spadek rozrodczości wśród Polek. Miał niedościgły pomysł, że zaradzi niżowi demokratycznemu zakazując całkiem wszelkiej antykoncepcji i wycofując ją ze sklepów. Naród twitteriański pośmiał się mocno z wariata – a niesłusznie, nie trzeba było! – okazuje się, że to najwyraźniej mózg najnowszej operacji tandemu o jednym mózgu: ePiSkopatu.

 

Tymczasem bowiem polscy biskupi – z pełnym zachwytu poparciem pani premier oraz jej szefa – postanowili w tym roku strzelić sobie kombo: zaprosić na imprezę z papieżem jakiś milion ludzi ze świata (polskie państwo stawia, karmi, nocuje i robi za ochronę, biskupi siadają w pierwszym rzędzie i nadstawiają pierścień) a w tym czasie pozabijać trochę kobiet. Jak imprezować, to z rozmachem, i żeby się skończyło rano na policji.

Mówię oczywiście o projekcie całkowitego zakazu aborcji i ta uwaga o zabijaniu kobiet wcale nie jest hiperbolą. Zginą nie tylko te, których ciąże – wg życzenia biskupów nieusuwalne – zagnieździły się poza macicą, obumierają albo są ze względu na stan matki zagrożeniem jej zdrowia. Zginą nie tylko te, które w desperacji podejmą próby usunięcia ciąży za wszelką cenę i w każdy sposób, dostępny ich wiedzy i zasobności: Zginą też te, które ciąża wykończy ekonomicznie: te, których nie chroni kodeks pracy, bo są wypchnięte na samozatrudnienie czy umowy śmieciowe, których ich pracodawca wcale nie musi przedłużać tylko dlatego, że pracownica nie ma sił dźwigać palet albo pracować na nocki, ale nadal bardzo potrzebuje pieniędzy. Zginą lub rozchorują się te, które przez nędzę wywołaną ciążą na bezrobociu nie będą w stanie o siebie zadbać. Zginą lub podupadną na zdrowiu te, których lekarze będą się bali badać i leczyć, bo komu się spieszy do paki na kilka lat:

Art. 157a §1 Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W tym również te zupełnie nieciężarne, bo skoro dzieckiem poczętym jest w świetle jest już zygota, każda kobieta z założenia jest traktowana podejrzanie, jako nosicielka ciąży będącej pod ochroną niwelującą jej prawa obywatelskie. I co z tego, że w projekcie istnieje §3 tego artykułu, mówiący, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
— ale kto będzie ryzykował tłumaczenie się w prokuraturze, że niebezpieczeństwo dla matki istniało i że było na tyle poważne, by podać biseptol albo antybiotyki. Kobieta między menarche a menopauzą dla pewności będzie leczona wyłącznie dobrym słowem, herbatką z sokiem malinowym oraz zaleceniami gorących modłów, oby nie było gorzej.
Do tego wesołego korowodu cmentarnego doliczmy sobie trupki płodów i noworodków z wadami wrodzonymi. Po pierwsze te, które urodzą się z wadą letalną i mimo najwznioślejszych bredni nie są w stanie przeżyć (na pana patrzę, panie Chazan). Po drugie te, które będą wymagać nieustającej opieki i  wsparcia zaawansowanej medycyny: Polski jak dotąd nie stać na skuteczne i efektywne rehabilitowanie już żyjących dzieci niepełnosprawnych. Dorzucenie do puli kolejnych nie poprawi sytuacji ani nowych, ani obecnych pacjentów: owszem, wydłuży kolejki do dostępu do świadczeń a niektórym definitywnie zamknie drogę do wyzdrowienia. Projektowi bowiem towarzyszy enigmatyczne zobowiązanie samorządów do otoczenia opieką rodzin z dziećmi, ale nie wspomina, skąd samorządy mają ukraść pieniądze na oddziały neonatologii, etaty patopołożnych i rehabilitantów.
Zupełnie na marginesie pozwolę sobie przypomnieć, że żeby odciąć nam wszystkie drogi ucieczki ministrant Radziwiłł wycofuje z wolnego dostępu EllaOne. „Pigułki po” znikają z aptek jako produkt dostępny bez recepty w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a jeśli ta monstrualna ustawa przejdzie – znikną na zawsze.
Jak już skończyliśmy z danse macabre, przejdźmy do frywolności. Otóż te, których ciąża ani próby pokątnej aborcji nie wykończą, urodzą te niechciane dzieci. Jeszcze raz: urodzą niechciane dzieci. Dzieci z gwałtów, dzieci z wpadek, dzieci z przypadku i z nieszczęścia, z pękniętej prezerwatywy, z zapomnianej pigułki, z zawodnego zabezpieczenia. Dzieci, których nie planowano, nie chciano, których próbowano uniknąć. Z którymi po urodzeniu coś trzeba będzie zrobić. Pobożni projektodawcy zakładają chyba, że dziecko urodzone trzyma w dziąsłach kupon totolotka, bo nie towarzyszą projektowi ustawy rozporządzenia o dodatkowych środkach na domy dziecka. Może nie wpadli na to, że ciąża niechciana po porodzie nie staje się nagle czystym szczęściem i sama się sobą nie zajmuje? A są kobiety, co ciąży boją się jak ognia, bo umieją liczyć i wiedzą, że z pensji minimalnej nie da się opłacić żłobka i jednocześnie utrzymać mieszkania czy choćby wynajętego pokoju czy stancji. Zmuszenie ich do urodzenia nie poprawi wyniku odejmowania, nie powiększy automatycznie wynajmowanych klitek ani nie wygeneruje darmowych żłobków, niań czy piastunek. Biskupi pchając ustawę nie mówią nic o tym, że oto masowo założą żłobki i przedszkola dla tych wszystkich nowych dzieci, zdrowych czy niepełnosprawnych. Ich jest dekret, władza i buta, strach i troska o utrzymanie się na powierzchni jest dla kobiet. Strach, widmo nędzy lub bezdomności.
Było już o tym, że ustawy w tym kształcie bać się musi każda kobieta w Polsce – bo nie ma jeszcze metody, która na bank udowodni, że kobieta w ciąży z „dzieckiem poczętym” rozumianym tak jak w świetle ustawy (czyli z dwugodzinną zygotą czy właśnie połączonymi gametami) nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie ciąża jest ciążą Schroedingera, jest albo nie jest, póki nie otworzysz pudełka macicy, nie dowiesz się na pewno. Z czego wynika, że obostrzenia w dostępie do badań, terapii mogącej potencjalny płód uszkodzić, a nawet w dostępie do potencjalnie szkodliwej dla hipotetycznej ciąży pracy! – dotyczą nas wszystkich, koleżanki, czytelniczki i towarzyszki w nieszczęściu. To skoro się już boimy, to teraz pora się zdziwić.
 Ja się pozwolę zadumać bowiem nad tym, jak sobie ten cały cyrk z torturowaniem połowy narodu światły ustawodawca wyobraża. (Pod spodem link do bardzo interesującej analizy prawniczej, tu pozwolę sobie tylko na uwagi zupełnego laika)
Otóż, poznęcajmy się nad tym nieszczęsnym artykułem 157a, który ustala kary za uśmiercenie lub uszkodzenie płodu – wybaczcie, ale pozostanę przy terminologii medycznej – oraz wyjątki zwalniające z odpowiedzialności karnej: nie bardzo wiem, jak sobie to nasze przenajświętsze grono wyobraża. Na każdym posterunku instalujemy biegłego ginekologa, czy wręcz przeciwnie, do każdego gabinetu lekarskiego przyjmującego kobiety wstawiamy policjanta? Bo skoro leki na grypę, zapalenie oskrzeli albo dokuczliwy ból stawów mogą być teratogenne dla płodu, to jak udokumentować ewentualne przestępstwo lub jego brak przy przepisywaniu pacjentce terapii? Nie mamy ani tylu biegłych położników, ani tylu policjantów, by obsadzić wszystkich lekarzy. Oraz wszystkie pracownie rtg (czy wolno prześwietlać kobietę-w-być-może-ciąży? a jeśli ma złamane żebro? Żebro się i tak zrośnie, a co jeśli płód się uszkodzi? Przed każdym rtg sikamy na pasek testu?). Oraz wszystkie siłownie. Bieżnie. Stajnie. Aerokluby i kluby spadochroniarskie. Kluby wspinaczkowe. Restauracje i bary z alkoholem. Kioski z papierosami. Traktowanie serio zapisu o kategorycznej ochronie płodu od momentu zapłodnienia oznaczałoby bowiem, że każda podejrzana o bycie w ciąży kobieta (dla skrócenia wywodu: każda kobieta przed siedemdziesiątką) będzie traktowana podejrzliwie przy każdej wykraczającej poza ostrożne oddychanie czynności. Rozmiar tej groteski jest nie do realizacji, jeśli traktować ją śmiertelnie serio – ale niech to nas nadmiernie nie odpręża. To, że nie będziemy robić testu ciążowego zamawiając w pizzerii wino nie oznacza, że możemy czuć się bezpiecznie u lekarza dowolnej specjalności. On też już się będzie teraz bał nas leczyć.
Nie podejmuję się szukania słów by określić, kim jest projektodawca zmuszający do rodzenia kobiety zgwałcone lub ciężko chore. Są osobne słowniki wulgaryzmów na tę okazję, myślę, że da się dla ePiSkopatu znaleźć coś gustownego.
Linki dla zainteresowanych:
Ceiling Sejm czyli analiza prawnicza projektu.
wcześniejsze notki dla tych, którzy się naprawdę jeszcze zastanawiają, czy to taki problem urodzić a potem oddać do adopcji:
EDYCJA: brakujące entery
Reklamy

Zbiórka zabawek do trumny

Dzisiaj krótko i z porcją ciśnienia na granicy wylewu, w ramach post scriptum do niedawnej notki.

Narodowcy pikietują przed kościołami w parafiach posłów, którzy nie poparli zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Tydzień temu byli w Bilczy, gdzie mieszka Lucjan Pietrzczyk z PO. W niedzielę stali w Strawczynie, parafii posła PSL Marka Gosa. Mieli transparent z napisem: „Poseł Marek Gos głosował za prawem do zabijania chorych dzieci za twoje pieniądze”.
(…)

– Wszystko, co napisaliśmy, jest prawdą – twierdzi. Powołuje się przy tym na „religię katolicką, która zabrania aborcji”.

Zapytaliśmy, czy Ruch Narodowy będzie pomagał rodzicom wychowującym ciężko chore dzieci. – Tak, planujemy zbiórkę zabawek – odpowiedział Lewicki.

 Żródło.

Otóż siły narodowe z jednej strony stosują zawstydzanie i zastraszanie (to zawsze jakiś postęp, zwłaszcza gdy porównać pikiety z pobiciami np. w Białymstoku) osób publicznych działających niezgodnie z ich wyobrażeniem, z drugiej strony – wybierając takie miejsce na transparenty – wciągają w swój proceder największą siłę opinio- i prawotwórczą w Polsce, czyli kościół katolicki. Skuteczność tego może być niezła, bo o ile tym razem narodowcy zachowają czyste rączki, proboszcz i społeczność lokalna zrobi za nich mały towarzyski linczyk.
 
Pan Lewicki rączek sobie nie pobrudzi biciem, ale buzię sobie trochę popsuł kłamstwami. Pisząc na transparentach o dzieciach, ma na myśli zarodki i płody (szanowni państwo, tzw. późna aborcja w Polsce nie jest i nie była legalna, i w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie, więc to, o czym mówimy przy ustawie aborcyjnej, to w najlepszym razie płody), a pisząc <i>chore dzieci</i>, kreśli u odbiorcy w głowie obrazek nieszczęsnych, gorączkujących lub słabowitych istotek, którym strasznie współczujemy. Tymczasem ustawa zezwala na terminację ciąży przy wadach letalnych lub nieuleczalnych i ciężkich, takich jak poważne deformacje i upośledzenia, a nie katar. Więc pan Lewicki świadomie manipuluje na transparencie, pisząc o <i>chorych dzieciach</i>. Zdumiewająca subtelność i łagodność przekazu u frakcji, która bez oporów potrafi straszyć zdjęciami z zabiegów aborcyjnych (znów, najczęściej są to efektowne makabry z zabiegów dużo późniejszych niż te, na które zezwalają polskie przepisy), lecz tym razem powstrzymała się taktownie, i nie zilustrowała swojego transparentu.
A mogła dla ścisłości przekazu udekorować banner tym lub tym lub tym zdjęciem (uprzedzam, naprawdę lepiej nie klikać) – bo o takich chorych dzieciach decydowali posłowie, zezwalając łaskawie nie rodzić efektów ciąży nieodwracalnie uszkodzonej.
 
Zaś odpowiedź w sprawie zaangażowania w pomoc matkom dzieci urodzonych zgodnie z prawicowym porno na mnożenie cierpienia i bólu wybiła mnie z butów tupetem i bezczelnością. Kto kliknął w straszne linki, może się zastanowić, jak pomoże zbiórka zabawek w przypadkach takich jak zobrazowane. Kto nie kliknął, może rozważać, jakie zabawki wręczać noworodkom umierającym w kilka godzin lub dni po porodzie, lub dzieciom pozostającym przez resztę życia bez specjalnego kontaktu z jakąkolwiek rzeczywistością.  I czy matki będą bardzo wdzięczne Lewickiemu za okazaną troskę i zrozumienie ich sytuacji.

Erystyka Michalika i korporacyjny PR

W pierwszej chwili odruchowo zrobiłam screen save, bo takie pyszne wiadomości potrafią znikać znienacka z serwisów. Ten jednak nie tylko nie znikł, ale rozpowszechnił się na różne portale i pokonał Atlantyk, robiąc polskiemu kościołowi katolickiemu międzynarodowy PR.

Mowa oczywiście o tym newsie:

prntscMichalik

Oczywiście, gdy szanowni purpuraci dostrzegli, że arcypasterz przekroczył nawet tak gumowe granice przyzwoitości, jakie zwyczajowo luźno się nakłada na zachowanie publiczne księży w Polsce, nastąpiła refutacja i mamrotanie o lapsusach. Proszę panów, lapsus jest, gdy ktoś powie w trakcie obrony dyplomu o godzinach spędzonych w labolatorium, a nie gdy wygłosi śmiałą tezę, że porzucone lub zrozpaczone dzieci same sobie winne, że takie apetyczne chodzą i wodzą na pokuszenie. W przypadku arcybiskupa to nie jest lapsus, to jest recydywa. Dwanaście lat temu Michalik pisał (podkreślmy, pisał, a nie udzielał wywiadu w przelocie przed rozpoczęciem konferencji) w liście pasterskim na temat oskarżeń o pedofilię proboszcza z Tylawy:

Cel oskarżenia był chyba inny niż dobro dziecka i religii, skoro [Lucyna Krawiecka, składająca doniesienie – przyp. naima] w rozmowie żadnych nazwisk nie zgodziła się podać, szermując ogólnymi zarzutami. W krótkim czasie pojawił się kolejny ambasador w/w kobiety, brat zakonny, dosyć dziwny, augustianin, z takimiż zarzutami, ale również nie zgodził się ujawnić nazwisk rzekomo pokrzywdzonych dzieci.

Następnie znów – nie w przelocie, ale w artykule własnoręcznie napisanym do katolickiego tygodnika:

 

Gazeta Wyborcza znalazła ostatnio nowy temat – molestowanie dzieci. O co w tym wszystkim chodzi? Czy tylko o słuszną obronę dziecka, czy także o to, aby poderwać zaufanie do Kościoła, instytucji dydaktyczno-wychowawczych, niszczyć autorytety, odgrodzić nauczycieli, księży od dzieci i od ludzi? O wspólników fałszywej propagandy nietrudno.

Nie ma co się łudzić, że przez dwanaście lat arcybiskup zmienił zdanie, najwyżej nauczył się, że nie należy tego zdania wygłaszać do mikrofonu (lub, co prawdopodobne, został na ten temat pouczony przez wściekłych kumpli, którzy zwołali aż konferencję w sprawie namnażających się przypadków przestępstw seksualnych w ich korporacji i wypowiedź Michalika im tylko utrudniła ładne opakowanie w słowa deklaracji, że będą się pochylać z troską). Ksiądz arcybiskup, tak samo jak jego koledzy z episkopatu, jest pracownikem dużej, międzynarodowej korporacji i wobec tej korporacji jest lojalny, li i jedynie. Gdy pojawiają się oskarżenia o pedofilię, w pierwszym odruchu korporacja zwiera szeregi, chowając w głębi, między sutannami, oskarżonego kolegę z pracy. Ofiarom poświęca się zdawkowe wyrazy współczucia i zwołuje się konferencje, ale opiekę, delegację w bezpieczne miejsce i przesurową karę rozmowy z przełożonym zostawia się dla sprawcy. Dla tych, którzy zechcą stwierdzić, że przesadzam – cytat o najświeższych, wczorajszych ustaleniach z konferencji polskich purpuratów:
 
 

„Jeżeli chodzi o samych biskupów i wyższych przełożonych zakonnych nie mamy takiego obowiązku prawnego, żeby osoby te musiały składać zawiadomienia w prokuraturze o swych podwładnych” – stwierdził bp Wojciech Polak, sekretarz generalny Episkopatu Polski podczas środowej konferencji prasowej, na której biskupi ogłosili nowe wytyczne wobec duchownych podejrzanych o przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Jego słowa powtórzył kardynał Stanisław Dziwisz. Obaj stwierdzili również, że to osoba poszkodowana powinna składać doniesienia na księży, bo gdyby to robili ich przełożeni, narażali by ofiary na niechciane cierpienie.

To cytat za „Polityką„. Panowie biskupi ustalili, że wiąże ich bardziej solidarność z kolegą z pracy niż przyzwoitość czy chęć ochrony pokrzywdzonego. Lojalność wobec korporacji została postawiona wyżej niż artykuł 204 kodeksu postępowania karnego, nakazujący zgłosić na policję lub do prokuratury każde przestępstwo, o którym się obywatel dowie. Oczywiście, kościół katolicki jest eksterytorialny, za taki się od zawsze uważa (co nigdy nie przeszkadzało mu wyciągać obu rąk z workiem na dotacje, dofinansowania i ulgi podatkowe z państwowego budżetu). Jest również zarozumiały i butny, bo potrafi w oficjalnym dokumencie napisać, że będzie chronić w miarę możliwości przed sankcjami karnymi i cywilnymi swoich przestępców, i czyni to w atmosferze podniosłej i w przekonaniu, że ofiary tych księży docenią, że poświęcono im całą konferencję. Michalik mówiący o dziecięcych ofiarach deprawujących swoich oprawców wpisuje się tylko w narrację chronienia korporacji za wszelką cenę, nawet kosztem pogwałcenia sensu, logiki, przyzwoitości i ideałów, jakie korporacja dawno temu ogłosiła jak swoje motto.

 
 
Wracając do cytatu z początki notki: rdzeń prawdy w podłej wypowiedzi arcybiskupa jest taki, że dzieci, które przeżywają kryzys emocjonalny związany ze swoją sytuacją rodzinną często w desperacji poszukują więzi, zaufania i wsparcia wśród niespokrewnionych dorosłych. Cała reszta, z obrzydliwą insynuacją pogrążania niewinnych kapłanów w otchłań lepkiego, pardon, lgnącego pożądania, jest wzięta z narracji klasycznej dla kultury gwałtu. Dodatkowe punkty Michalik zebrał (na co czujnie zwróciła uwagę Szprota) za finezyjny kop w rozwodników – przerzucenie w niedźwiedzim salcie całej winy za gwałt i molestowanie nieletnich na rodziców, którzy się rozwodzą, jest erystycznym Everestem. Rozwodzący się rodzice spędzają bezsenne noce na rozważaniach, jak oszczędzić dzieciom cierpienia, szoku i krzywdy związanych z rozpadem rodziny, jak przeprowadzić je względnie bezkolizyjnie przez meandry procesu, przeprowadzek lub zmiany rutyny, jak utwierdzić je w tym, że nawet osobno mieszkający rodzice nie przestali swoich dzieci kochać – i łup, do wszystkich swoich trosk, lęków, zmartwień i problemów otrzymują od Michalika jeszcze zgrabnie opakowany szantażyk, że jak się rozwiodą, to wydadzą swoje strapione potomstwo na łup księży, których byle smutny ośmiolatek może bez trudności uwieść. Gratulacje, księże Michaliku, dawno – jakiś tydzień chyba? – jak kościół katolicki nie kopał rozwodników, słusznie ksiądz przypomina, gdzie ich miejsce.
 
 
W niektórych miejscach sieci pojawiają się głosy, że co prawda polski oddział korporacji bardzo samowolny i rozpasany, ale nowy szef centrali jest bardzo obiecujący i rokuje nadzieje na wielkie zmiany. Uwierzyłabym, gdyby nie reakcja Watykanu na skandal na Dominikanie (skądinąd, znów z rodakami) – papież nie zażądał od swoich podwładnych natychmiastowego oddania się w ręce władz, nie zarządził czystki wewnętrznej i akcji insytucjonalnego wsparcia dla ofiar polskich księży (uwiedzionych przez ministrantów,  jakby to uściślił Michalik), papież odwołał biskupa i proboszcza do centrali celem złożenia wyjaśnień. Szanowni państwo, gdyby jakiekolwiek światowe korpo tak zrobiło – zamiast swojego pracownika (oskarżonego o wielokrotne gwałty i molestowania dzieci!) wykopać z branży prosto w objęcia policji, w bramie zabierając firmowe wizytówki – zwinęło go pospiesznie do centrali spółki w celu wewnętrznego wyjaśniania sprawy i rozważenia konsekwencji – to korpo zostałoby w dwa dni rozjechane przez media i wszystkich polityków na miazgę, a akcjonariusze deptaliby się w kolejkach do zbycia akcji. Tymczasem ton ogólny jest taki, że car dobry, ale bojarzy źli. Nie wydaje mi się, ta instytucja zbyt długo hodowała w sobie pewność moralnej racji i wyższości nad wszystkimi wokół, by uznać, że nawet w ewidentnych przypadkach wraz ze swoimi pracownikami podlega jurysdykcji cywilnej. Stulecia życia ponad prawem skutkują tym, że łagodność w obejściu i demokratyczne gesty nowego szefa mylą się publiczości z reformą całej korporacji. Nie liczyłabym na to, na pewno nie tak długo, jak ksiądz Gil z Dominikany jest nieuchwytny dla policji, choć udziela obfitych wywiadów w telewizji – a jego przełożeni pomagają mu nie trafić do aresztu mimo listu gończego Interpolu.
O reformie postulowanej, hipotetycznej i tym, co się dzieje, bardzo spokojnie i wyważenie pisze Andsol. Gdybyż ktoś jego notki zaproponował Michalikowi et consortes przed wygłaszaniem różnych tez.
 
 
Ponieważ jednak wątpliwe, by korporacyjni działacze i dyrektorzy pionów czytali publikacje z zupełnie innych branż niż wewnętrzne biuletyny firmowe, pozwolę sobie podsunąć im pomysł na lekturę, z którą niewątpliwie choćby u zarania kariery się zetknęli. Następnym razem, gdy ktoś ich publicznie zapyta o procesy i wyroki w sprawie wykorzystywania nieletnich przez funkcjonariuszy korporacji, zamiast brnąć w insynuacje, usprawiedliwienia, wyparcie i poszukiwanie wewnętrznych okólników na wypadek kontaktu z rzeczywistością, niech sobie wykalibrują optykę i ustawią hierarchię ważności. W zasadzie sporo mają zapisane w statucie założycielskim, szkoda, że nie traktują go serio.
 
 
 
 

Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.

Paserzy z kurii

Dziś krótko, bo nie ma sensu rozwlekle jadem tryskać; rzecz jest w istocie smutna, choć w smutku tak groteskowa, że na dwa półuśmiechy wystarczy.

Otóż, w pięknym mieście Częstochowie jak w soczewce skupia się istota Polski. Jest sobie miasto, ma władze, ma też jakąś obywatelską fundację, która lubi sztukę i organizuje na przykład wystawy. Co istotne, wystawy darmowe dla zwiedzających, bo na otwartym terenie, pod chmurką w centrum miasta – ustawili sztalugi, na sztalugach reprodukcje obrazków znanych dotąd z internetu. Trochę zabawy, trochę dowcipu, trochę mazania po klasycznych obrazach (zawsze to jakaś forma edukacji w dziedzinie sztuki, powiedzmy).

ART.eria to festiwal sztuk wizualnych odbywający się po raz trzeci w Częstochowie i dotowany przez władze miasta. Organizuje go fundacja Kulturoholizm stworzona przez młodych plastyków i animatorów kultury. Przez kilka dni w centrum Częstochowy odbywały się happeningi, wystawy, prowokacje artystyczne. Jedną z atrakcji była plenerowa wystawa prac artysty występującego pod pseudonimem „Sztuczne Fiołki”. Do tej pory jego memy znane były tylko z internetu, teraz ich wydruki komputerowe umieszczono na specjalnych stojakach wzdłuż częstochowskiej alei Najświętszej Maryi Panny.Do dzieł klasycznego malarstwa autor dokleja komiksowe dymki komentujące rzeczywistość. Spośród kilkunastu prac cztery dotyczyły religii. Wizerunek Chrystusa z bizantyjskiej mozaiki uzupełniono napisem: „Proszę mnie łaskawie nie mieszać ani w swój fallocentryczny Honor, ani w swoją Ojczyznę”. Obraz Jacopa Pontormo przedstawiający grupę kobiet z czasów rzymskich okraszony był dialogiem: „- Mario, Polacy obwołali cię swoją królową! – Kto? – No właśnie miałam nadzieję, że chociaż ty to wiesz! – Trzeba sprawdzić w Wikipedii”. Obrazy Caravaggia i Gustave’a Caillebotte’a przetworzone zostały w kpiące memy.

– Te prace zniknęły pierwszej nocy festiwalowej, z 7 na 8 września – mówi Tomasz Kosiński, jeden z organizatorów ART.erii i współtwórca fundacji Kulturoholizm. – Sądziliśmy, że to wybryk chuligański.

Oto gdy giną znienacka wystawione obrazy, podejrzewa się chuligaństwo, lumpów, łobuzów czy prymitywów, którzy ze sztuki rozumieją wyłącznie wartość opałową drewna do odzyskania ze sztalug. O, jakże niesłusznie oczerniono częstochowski margines, jak niesprawiedliwie rzucono podejrzenia i kalumnie na złomiarzy, dresiarzy i lokalny element! Złodziejem okazał się biskup, i nie jest to metafora. Tak po prostu:

 

Rzecznika kurii ks. Piotra Zaborskiego zapytaliśmy, dlaczego kuria bez zgody organizatorów usunęła te obrazy z miejskiej przestrzeni. – Do kurii zaczęły docierały głosy częstochowian: telefonicznie i bezpośrednio, że niektóre z „dzieł” eksponowanych na planszach w alei urażają ich uczucia religijne – poinformował. – Cztery obrazy zostały więc zdjęte i złożone w portierni.

Kuria słyszy głosy (zaznaczmy, że poza rzecznikiem kurii nikt tych głosów przedtem nie słyszał, do władz miasta nikt nie skarżył się na obrazę uczuć), więc idzie i podpier…, przepraszam, ściąga z ulicy obrazy, które do kurii bynajmniej nie należą, i chowa sobie w cieciówce. Tłumaczyć się nie tłumaczy, nikogo nie informuje, że coś wzięła, że przechowuje, że odda kuratorowi wystawy albo fundacji. Po prostu – nie podoba się, to zabieram. To oczywiście nowatorska modyfikacja dotychczasowego schematu kradzieży, w ramach którego dotąd zaborowi podlegało mienie podobające się złodziejowi, ale być może biskup wraz z rzecznikiem ustalają nowe trendy. Proponuję, by na taki precedens powoływać się w mniej artystycznych przypadkach – jak widać linia: słyszałem że jest ładne/nieładne więc wziąłem i postawiłem sobie w piwnicy, o ile wygłoszona odpowiednio pewnym siebie tonem wystarcza jako wyjaśnienie, czemu u rozmówcy stoi cudza własność. Jak z artykułu wynika, rzecz zasługuje wyłącznie na prasowego michałka, nie na doniesienie w sprawie kradzieży lub dewastacji dzieła sztuki.

 
 
Wnioski są z tego dwa, nieświeże i nieodkrywcze:
1) biskupowi w Polsce wolno kraść, i wolno bezczelnie o tym mówić, jeszcze wręcz z pretensją, że obiekty kradzieży w ogóle ktoś śmiał eksponować, zamiast awansem przekazać do kurialnej piwnicy.
2) nikogo kradzież w wykonaniu kurii nie dziwi na tyle, by się oburzyć. Na policję idzie się z doniesieniem o kradzieży, gdy posądza się półświatek i szemrane towarzystwo, w przypadku biskupa wystarczy oświadczenie, że sobie wziął.
 
Wniosek trzeci, zupełnie osobistej natury:
3) w związku z zupełnie ostentacyjnie wystawionym w witrynie Marksa i Spencera płaszczem zimowym, oraz w związku z głosem wewnętrznym, który na widok tego płaszcza wielokrotnie do mnie dociera z dużą sugestywnością, chcę zostać biskupem. Lub, w ostateczności, kurią.

Prześladowanie pustą ścianą

To jest najlepszy lead do artykułu na wyborcza.pl od niepamiętnych czasów i zasługuje na Złotego Monty Pythona. Albo na nagrodę imienia Mrożka, trudno mi się zdecydować:

 

Obrazę uczuć religijnych oraz dyskryminowanie policjantów katolików zarzucają komendantowi Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą oraz politycy PiS.
To zdanie, w którym sprawą komendanta policji zajmuje się Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą sprawia wrażenie, jakby uciekło z jednoaktówki Jarry’ego. Przecież to piękne, komitet –  i to nie byle jaki, ogólnopolski! – od spraw sekt, zajmuje się niebywałym wykroczeniem komendanta, który w swoim gabinecie i w sekretariacie komendy zdjął ze ściany krzyże. Wyczuwacie potencjał grozy? Straszne rzeczy się stały, i tylko szyderca nie dostrzega powagi sytuacji. Na szczęście poseł na Sejm ocenia rzecz przenikliwie:

Jeszcze dalej w krucjacie przeciwko komendantowi idzie agent Tomek – poseł PiS Tomasz Kaczmarek. Portal Niezalezna.pl informuje, że o zachowaniu komendanta wobec podwładnych poinformował m.in. Sienkiewicza, prokuratora Seremeta, rzeczniczkę praw obywatelskich Irenę Lipowicz, pełnomocniczkę rządu ds. równego traktowania Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz oraz Państwową Inspekcję Pracy. W liście do Seremeta zarzuca komendantowi obrazę uczuć religijnych podległych mu policjantów. Oczekuje ścigania i ukarania Szwalbego. W piśmie do Lipowicz mówi o dyskryminowaniu policjantów ze względu na wiarę.

Bardziej gorliwi i wszechstronni w składaniu skarg byli tylko podwładni komendanta, bo sprytnie poskarżyli się bezpośrednio do biskupa.
Co samo w sobie zasługuje co najmniej na wyróżnienie. Ponieważ, proszę państwa, jeśli w Polsce służba mundurowa ma problemy, to odwołuje się od razu do władzy najwyższej, trafnie rozpoznając, że jedyną grupą zawodową, której nikt nie podskoczy jest tu episkopat.

 

Nie zazdroszczę teraz przełożonym komendanta Szwalbego. Szwalbego dałoby się wybronić, gdyby sypiał ze swoją podwładną i rozplotkowywał sekrety służbowe na prawo i lewo – wystarczyłoby przenieść go na emeryturę z wysoką odprawą i usunąć ze świecznika. Niestety, komendant wygłupił się, traktując poważnie koncepcję świeckiego państwa i uznając, że w urzędzie powinno być widać od progu neutralność światopoglądową – a zawodowi katolicy natychmiast rozpoznali w tym zamach na ich uczucia religijne. W sytuacji, gdy wywołano upiory dyskryminacji i prześladowania katolików i obrazy uczuć religijnych nikt przy zdrowych zmysłach nie stanie w roli adwokata faceta, który już został obwołany Kaligulą i Neronem w jednym. Nie wydaje się, by ktokolwiek w Komendzie Wojewódzkiej czy Głównej, czy też w ministerstwie odważył się zasugerować, by Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami (proszę wybaczyć, ale ta nazwa mnie odrobinę upaja) spadł z byka i pomieszał proporcje, myląc usunięcie z państwowej placówki znaku towarowego jednej religii z represjami wobec jej wyznawców.

Gdyby to miała być notka bardzo serio, ale za to krótka, składałaby się tak naprawdę z dwu linków – jednego do artykułu z Wyborczej i tego drugiego. Dla tych, którzy w szkole unikali języka angielskiego, pozwolę sobie spolszczyć czwarte pytanie –

4. Moja wolność religijna jest zagrożona, ponieważ:

A) Nie mam prawa prywatnie się modlić.

B) Nie wolno mi zmuszać innych, by publicznie modlili się modlitwami mojego wyznania.

I krótkie rozwiązanie do testu:

Jeśli odpowiedziałeś B na któreś z pytań, nie tylko nie doszło do zamachu na twoją wolność religijną, lecz wręcz jest poważna obawa, że to ty represjonujesz religijne wolności innych.

 

Oczywiście, nie ma co się łudzić, że coś, co wymyśliło sobie tak doskonale pompatyczną nazwę, jak (no naprawdę, nie mogę się powstrzymać) Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami zrozumie subtelną granicę pomiędzy utrzymaniem wizerunku świeckiego państwa w placówkach takich, jak urzędy czy posterunki a prześladowaniem i represjami na tle religijnym. W kraju, gdzie każda miejscowość powyżej sześciu chałup ma aleję, uliczkę lub placyk imienia Właściwego Papieża, gdzie krzyże, kaplice i trzydziestometrowe betonowe Jezusy wyrastają szybciej niż szpitale i przedszkola koncepcja, że jakieś miejsce nie zostanie oznakowane krzyżem na stałe na znak zawłaszczenia przez jedynie słuszną frakcję religijną – ta koncepcja po prostu nie ma szans się przyjąć. Przywykliśmy, że każdą nową szkołę, targowisko czy szpital otwiera zgrabny tandem: biskup i jego kropidło, że wszelkie uroczystości związane ze świętami państwowymi zaczynają się mszą w pełnej obsadzie rządu i prezydenta, a mszę tę transmituje sumiennie telewizja państwowa, przywykliśmy, że przestrzeń publiczna ma co krok znaki handlowe kościoła, przybijane czy przykręcane ukradkiem, ale nieusuwalne i przytwierdzone na stałe. Przywykliśmy, że na obraz masztów telefonii MOC SYMBOLICZNĄ nad Polską utrzymują setki tysięcy kościołów, bazylik, kapliczek, figur, obrazów, krzyży i krzyżyków, wszechobecnych oznak tego, że to jest państwo wyznaniowe. Próba uwolnienia posterunku od tego powszechnego obrandowania katolickim logo spotkała się z taką reakcją, jakby przynajmniej pluton chrześcijan trafił do Koloseum na imprezę z lwami. Co wiele mówi zarówno o mocy tej siatki symbolicznej jak i o sile uczuć religijnych, które drżą, kurczą się i upadają, gdy nie widzą swojego znaczka przez osiem godzin naprzeciw własnego biurka w pracy. Prześladowanie religijne policjantów, którzy idąc na pielgrzymkę muszą wziąć urlop (ale mają zapewnione przez swoją firmę autokary na powrót do domu) łamie mi doprawdy serce.

 

Rozważałam dziś, co mi przypomina to niemal histeryczne oznakowywanie krzyżami obiektów o różnym, choć zawsze świeckim, przeznaczeniu. Niestety, skojarzenie nie jest przyjemne – dwudziestolecie międzywojenne i nagonka antysemicka, która ewoluowała od haseł o popieraniu polskiego handlu do dewastowania żydowskich sklepików. Wówczas masowo wieszano krzyże w piekarniach i sklepikach z kapustą w wielce pobożnej intencji zaznaczenia, że to sklep chrześcijański, co najpierw miało przynieść wygraną na wojnie propagandowej ONR i Falangi, a później – chroniło przed aktywistami pogromów. Miało to wówczas równie wiele wspólnego z praktykami religijnymi co obecne instalowanie krzyża gdzie tylko się da, per fas et nefas, byle zaznaczyć katolickość terenu i przynależność do prawidłowej frakcji. Zważywszy intensywność i kierunek reakcji na zdjęcie jednego z setek tysięcy krzyży, w tej kampanii nie chodzi wcale o jakieś uczucia chrześcijańskie, na pewno nie w tym kontekście, w jakim chrześcijanie lubią o nich opowiadać. Chodziło o podkreślenie bycie naszymi, odpowiednimi, po właściwej stronie. Komendant wyłamał się z niepisanej umowy i zadeklarował, że urzędy państwowe nie stoją po żadnej stronie, co jest oczywistym naruszeniem reguł rozgrywania wpływów.

 

Oczywiście, sama historia Szwalbego zapewne jest dużo prostsza. Komendant prawdopodobnie już wcześniej wykonał jakieś posunięcia niepasujące do zastanego na posterunku porządku. Zgaduję, że były one na tyle niepodważalne formalnie, że podwładni po prostu wzięli na przeczekanie, czekając na coś, co będą mogli oprotestować bez ryzyka dyscyplinarnych konsekwencji. No i przy pierwszej decyzji nielimitowanej kodeksem czy regulaminem ruszyli szeroko, od posłów, ministrów po biskupa, krzycząc rozpaczliwie, że ich dręczą za wiarę. Groteskowość tej reakcji wydaje się wskazywać na pretensje głębsze niż zdjęcie jednej dekoracji znad futryny, a eskalowanie tego do prześladowania religijnego można by zbyć wzruszeniem ramion. Można by, gdyby nie lawinowa a błyskawiczna odpowiedź środowisk, które zawodowo zajmują się pielęgnacją urazów uczuć religijnych. Te grupy nie mają pojęcia o komendancie Szwalbem ani o wewnętrznych rozgrywkach wśród mundurowych, one reagują na naruszanie monopolu w zakresie symbolicznego zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez kościół, co werbalizują jako prześladowanie katolików. Szwalbe jest tylko pretekstem do podsycenia intensywności roszczeń i oskarżeń w imieniu represjonowanej większości, jak sami się przedstawiają. Co oczywiście nie oznacza, że Szwalbemu odpuszczą. Krzyż wróci, choćby w teczce nowego komendanta, ponieważ w Polsce wolność religijna oznacza, że nie wolno zostawić ani jednej ściany, która nie jest ich. Spokojnie, odzyskają ten przyczółek, żebyśmy nawet na chwilę nie zapomnieli, że mieszkamy w ich państwie i mamy pełną wolność być katolikami, czy nimi chcemy być, czy nie, i bez względu na to, czy jesteśmy w swoim domu, w kościele czy w państwowym urzędzie. A zwłaszcza w państwowym urzędzie.

 

Ochrona życia nie dla żywych

Jestem za ochroną życia. Najsilniej, gdy czytam takie newsy:

Ojczyma aresztowano, na razie pod zarzutem utrzymywania nielegalnych stosunków płciowych z nieletnią [obecnie jedenastoletnią – przyp. Naima]. W Chile prawo zezwala na współżycie po ukończeniu przez dziewczynkę 14 lat oraz pod warunkiem, że jest dobrowolne. A Pamela Echaura broni jak lwica nie własnej córki, ale męża – zeznała, że wiedziała o tym, co się w domu dzieje, ale że córka zgadzała się na stosunki z ojczymem. – Mojego partnera spotyka wielka niesprawiedliwość – stwierdziła.

Albo takie:

Beatriz ma 22 lata, od miesiąca leży w szpitalu pod opieką lekarzy. Jest chora na lupus, poważne osłabienie odporności, oraz ostrą niewydolność nerek. Oddycha ciężko i prawie nic nie je. Lekarze stwierdzili, że jej 26-tygodniowy płód nie ma sporej części mózgu (anencefalia) i w razie doprowadzenia do rozwiązania, nie przeżyje. Dziewczyna oraz opiekujący się nią lekarze zgłosili wniosek o zezwolenie na przerwanie ciąży z powodu zagrożenia życia matki oraz beznadziejnego stanu płodu.Sąd najwyższy pozostał nieugięty. – Prawo matki nie ma pierwszeństwa przed prawem istoty nienarodzonej – orzekł sąd. – W konstytucji istnieje absolutny zakaz aborcji, bo ustawa chroni życie od poczęcia.

Tymczasem – w przeciwieństwie do tego, jak zawłaszczono w dyskursie publicznym termin życie do zygoty, blastocysty lub zarodka – bardzo szanuję życie ludzi, którzy przyszli na świat jakiś czas temu i borykają się z jego trudami. Szanuję i chcę ochrony życia dziecka urodzonego, jedenastoletniego, które musi radzić sobie z przemocą, wykorzystaniem i zdradą przez najbliższych, a obecnie zmaga się z ciążą, na którą jest bezwzględnie nieprzygotowane. Jedenaście lat! To jest dziecko, dziecko, które powinno się uczyć, bawić, zaprzyjaźniać z innymi dziećmi, rosnąć i rozwijać, a nie – żywić płód kosztem własnego kośćca i mięśni, deformować miednicę i kręgosłup, być może doznać nieodwracalnych szkód wywołanych przedczesnymi obciążeniami.

To jest dziecko, którego prawo nie ochroniło przed gwałtem, przed wykorzystaniem, przed cierpieniem i bólem, a teraz – nie ochroni przed cierpieniem ciąży, ryzykiem utraty zdrowia lub życia. To jest to życie, które nie podlega ochronie prawnej. To jest życie dziewczynek i kobiet.

Jeśli dwudziestodwuletnia kobieta ma donosić (w jej przypadku doleżeć) ciążę z płodem anencefalicznym, niezdolnym do przeżycia, nawet kosztem jej własnego zgonu, to o jakiej ochronie życia mówi Sąd Najwyższy Salwadoru? Czy kobieta w ciąży nie jest już żywa? Czy jej życie nie podlega trosce i dbałości, czy staje się wyłącznie białkowym opakowaniem płodu, niezbędną przechowalnią, żywym inkubatorem, ale ubezwłasnowolnionym i pozbawionym podstawowych praw człowieka?

Przerażają mnie ludzie, których wzrusza plemnik ocierający się o komórkę jajową, którzy ronią łzy nad dzielącymi się pospiesznie komórkami i empatyzują z narastającą tkanką, ale zupełnie bezwzględni i pozbawieni współczucia są, kiedy mówią o żyjących i czujących kobietach. Ludzie, którzy mają ocean rzewności i czułości dla zarodka, ale jedenastolatka w ciąży zagrażającej jej zyciu nie powoduje najmniejszego skurczu w ich wrażliwych na dzieciątka serduszkach. Tania empatia i darmowe bohaterstwo, ot co przemawia przez obrońców życia nie broniących dzieci już urodzonych. Ciekawe, czy matki, siostry, żony i córki tych prawych i godnych ludzi mają świadomość, że dla swoich najbliższych są tylko podrzędną formą istnienia białka, narzędziem kultu płodów; niezbędnym, by obiekt ich uwielbienia powstał i przetrwał, ale samoistnie pozbawionym jakichkolwiek przywilejów i praw.

To mogą być akademickie dyskusje, zdumione nieludzkimi przepisami w odległych dzikich krajach, ale raj pełny pozbawionych prawa do ochrony życia i zdrowia kobiet i dziewczynek chcą nam wprowadzić nasi lokalni władcy i wannabe władcy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tej biednej dziewczynki, o której życie i zdrowie  nie upomina się prawo jej ojczyzny, a miłosierne religie każą jej umrzeć lub cierpieć w imię własnych upodobań do rosnącej tkanki (ta tkanka, kiedy chodzi samodzielnie, mówi i prosi o pomoc, nie jest już interesująca ani wzruszająca). Jej ciąża nie wzięła się z powietrza, nie zstąpiła w słupie światła i dymu. Jej ciąża wzięła się z wieloletniego, konsenwentnego i niczym niezakłóconego gwałcenia. Ojczym zaczął wykorzystywać seksualnie dziewięcioletnią dziewczynkę, i nikt się nie wtrącał – bo rodzina jest święta, bo mir domowy, bo co komu do tego, jak kto wychowuje swoje dzieci. Znamy to? Znamy. Ci sami specjaliści, którzy ze świętym ogniem w oczach mówią o ochronie płodów, zabraniają obcym (aka – służbom państwowym, urzędnikom, wychowawcom) wtrącać się w sprawy rodziny, a wszelkie ustawy mające poprawić sytuację tych bezbronnych, którzy już się urodzili – traktują jak zamach na tradycję, rodzinę i wolność. Rodzina jedenastoletniej Chilijki korzystała z tej ochrony w szczególny sposób – chroniąc prawo gwałciciela do krzywdzenia dziecka tak, jak chce i jak długo chce. Dopiero ciąża spowodowała, że ktoś ośmielił się donieść – ale nadal, matka dziecka wolała je zdradzić i oskarżyć o gorliwe i chętne współżycie z ojczymem, byle tylko zachować wszelkie wolności i przywileje sprawcy. To dziecko ma pecha, bo się urodziło, a rząd oraz prawo Chile, międzynarodowa prawica i kościół nie są już zainteresowane jego obroną. To dziecko ma pecha, bo jego rodzina okazała się bezwzględna, okrutna i zdradziła zaufanie dziewczynki po wielekroć, a prawo, rząd, kościół ani żadna inna władza nie upomniały się o nią.

Za każdym razem, gdy czytam, że Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej to zamach na niezawisłość i wolność rodziny, zastanawiam się, które rodziny tak boją się zapobiegania przemocy, i którym wolnościom rodziny zagraża zakaz bicia, poniżania i gwałcenia kobiet i dzieci. Ja bardzo bym chciała, by życie – i to w Chile, i to w Polsce, było pod ochroną. To życie, które się urodziło, i to które ideologom wydaje się najlepsze do poświęcenia w imię ich wyobrażeń. To również moje życie.

 

(Edycja: przecinki)

Taki duży, taki mały

Na marginesie poprzedniej notki błysnęła mi przelotnie myśl, że kościół rzymskokatolicki w Polsce zachowuje się jak Alicja po zjedzeniu wiadomego ciasteczka. W zależności od rozmówcy rozdyma się on do gigantycznych rozmiarów lub kurczy niemal do zniknięcia. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika taka zależność: kościół jest wielki, gdy rozmawia z państwem i rości – wówczas za jego plecami stoją legiony, 95% katolików, którzy muszą: mieć religie w szkołach, kapelanów w szpitalach i wojsku, wydziały teologiczne refundowane z budżetu i świątynie co skrzyżowanie, a kapłani tego niezmierzonego ludu powinni korzystać z wszelkich możliwych udogodnień prawnych i fiskalnych w sprawowaniu swojej niezbędnej krajowi posługi. Z drugiej strony do własnych wyznawców kościół kieruje komunikat wręcz odwrotny: że oto jest instytucją w oblężeniu, prześladowaną, wypychaną z życia publicznego, nieżyczliwie komentowaną i zepchniętą do narożnika. Arcymistrzem komenderowania batalionami stłoczonymi na atakowanej permanentnie reducie jest oczywiście Rydzyk, który non stop mówi o prześladowaniu i niszczeniu przez przeważające siły wroga, a mówi to wszystko przezwłasne radio i telewizję, jeszcze niedawno komunikował przez firmową telefonię komórkową, ma swoją uczelnię i na zlotach gromadzi tysiące wyznawców (którzy powtarzają za nim, że są ostatnim, wątłym bastionem w zalanym bezbożnictwem świecie).

Oczywiście, motywy takiej rozbieżnej komunikacji są jasne. Władza administracyjna w demokratycznym kraju skłonna się ugiąć przed instytucją legitymującą się poparciem milionów i w imieniu milionów żądającą świadczeń i udogodnień. Vox populi, vox ecclesiae. Z drugiej strony zwarte szeregi łatwiej utrzymać w dyscyplinie, gdy będą one przekonane, że tuż za witrażem czyha wróg, a imię jego legion. Stąd na kazaniach proboszczowie i biskupi zwracają się do wiernych jak do garstki ocaleńców z potopu laickiego barbarzyństwa.

Można się zastanawiać, czy dla księży taka schizofreniczna sytuacja nie jest mentalnie szkodliwa i czy ciągłe przerzucanie się między manią wielkości a paranoją prześladowczą nie owocuje pewnymi nieodwracalnymi problemami poznawczymi. Stała jest bowiem w komunikacie kościoła wyłącznie roszczeniowość, zmieniają się tylko uzasadnienia. Budżet państwa zamykającego nierentowne szkoły i szpitale musi się dorzucić do budowania Świątyni Opatrzności Bożej, gigantycznego, betonowego kloca, ponieważ CAŁY NARÓD żąda i potrzebuje. Krzyża w urzędzie zawieszonego ot, tak zdjąć nie można, bo PRZEŚLADOWANIE KATOLIKÓW.

Gdyby przyjąć przez moment zupełnie poważnie te komunikaty wydawane przez kościół i próbować je uzgodnić, wyszłoby, że w Polsce katolików najmocniej prześladuje wroga im większość, którą zarazem stanowią katolicy. Dopiero, gdy większość narodu przestanie gnębić samą siebie, biskupi wyjdą z tego zaklętego koła sprzeczności.

Oczywiście, jest też znacznie prostsze rozwiązanie, to jest: nie brać wypowiedzi hierarchów serio ani zbyt mocno ich pod względem spójności nie rozważać. Przypuszczać można, że i oni w jakiejś mierze na takie bezrefleksyjne traktowanie liczą, wnioskując po egzaltacji i emfazie, z którą głoszą prześladowania stawiając przy tym świebodzińskiego kolosa.