Ból istnienia w Polsce – wersja refundowana

Onkolodzy codziennie wzywali specjalistę od leczenia bólu. Przez tydzień nie udało się go sprowadzić – wspomina jedna z pacjentek

 

To nie jest reportaż z Rwandy, Konga ani polowego szpitala w środku dżungli. To jest opis funkcjonowania Centrum Onkologii w stolicy sporego państwa w Europie. To jest hańba.

W tym kraju nie ma zgody na eutanazję dla terminalnie chorych i cierpiących. Nie ma również od niedawna specjalistycznej opieki przeciwbólowej na najstraszniejszym oddziale – onkologii. Nie ma, bo „reorganizacja”, bo „oszczędności”, bo „cięcia”. Nieprawda: na onkologii nie ma profesjonalnego oddziału leczenia bólu, ponieważ nie ma tu, w tym kraju, cywilizacji. Jest metafizyka i opowiadanie głupot. Nie ma wystarczającej ilości anestezjologów na oddziałach szpitalnych, więc znieczulenie przy porodzie siłami natury nie jest ustawowo refundowane, lecz traktowane jak prywatna fanaberia. Kobiety zapożyczają się przed udaniem do szpitala, dogadują i płacą, a kolejnych ministrów stać na opowiadanie o naturalnym charakterze bólu porodowego. Oczywiście, zzo jest „absolutną ostatecznością” a projekt wprowadzający nieśmiało darmowe znieczulenia zakłada, że:

Każda rodząca będzie musiała być także poinformowana o tym, jakie metody łagodzenia bólu jej przysługują. Zanim sięgnie po ostateczne rozwiązanie – czyli znieczulenie zewnątrzoponowe – powinna wypróbować takie metody, jak skoki na piłce, korzystanie z drabinki lub krzesła porodowego, odpowiednie oddychanie, masaże relaksacyjne, akupunktura, okłady czy też środki opioidalne lub gaz rozweselający. Jeżeli te metody okażą się nieskuteczne, wtedy mogą zostać wprowadzone metody farmakologiczne.

Źródło

Co oczywiście oznacza, że kobieta dostanie propozycję zabawnych podskoków i gimnastyki, albo altmedowego nakłuwania skóry, albo wdychania gazu rozweselającego, który nie znieczula zupełnie, a dopiero, gdy dzielnie zniesie te wszystkie wygłupy, ktoś zawoła anestezjologa. Szyderstwo tego projektu jest obezwładniające i przypomina skecz o maszynie do robienia ping. Przy okazji, to zabawne, że ministerstwo chce wprowadzić na porodówki akupunkturę – procedurę niemedyczną o nieudowodnionej skuteczności (tzn o skuteczności takiej samej, jak losowe kłucie dowolnych miejsc na ciele pacjenta) oraz ją refundować. Oto właśnie szamani psioczący na medycynę w fartuchach wkroczą do szpitali wyciągać łapki po pieniądze za dziabanie rodzących igłami pełnymi starożytnej mocy, co z jakiegoś powodu wydaje się decydentom lepsze niż zapłacenie anestezjologom za dyżury na położnictwie.

 

Ale pomińmy kabaretowy aspekt leczenia bólu w Polsce, zapytajmy zupełnie serio, co w tym kontekście mają do powiedzenia nasi politycy.

Tajemnica ludzkiego cierpienia jest samym rdzeniem człowieczeństwa, wielkim tematem pokoleń filozofów, teologów i mistyków –

cytuję za Gazeta.pl . I ta wykrętna acz szczera odpowiedź doskonale pokazuje, gdzie leży źródło protekcjonalnego spoglądania na cierpienie rodzących, na męczarnie chorych onkologicznie, na horror agonii bez znieczuleń. Ból nie jest zjawiskiem z kategorii medycznej, ból jest kategorią metafizyczną. To pozwala zupełnie nie zajmować się finansowaniem leków, terapii czy rehabilitacji. To pozwala uciec od brzydkiego słowa „narkotyki” w rozmowie o leczeniu paliatywnym. To pozwala oddać się miłym rozważaniom w atmosferze naukowego skupienia, w cienistych murach państwowej uczelni:

Tablica-Osrodka-Badan-nad-Cierpieniem

Nie ma takiej potrzeby, by banalizować tajemnicę morfiną. Możemy zagłębić się w metafizyków i hagiografów, podziwiając ich hart ducha i wytrzymałość. A potem uznać te lektury za wskazówki w postępowaniu z chorymi. Ha, nie wierzycie, prawda? Ależ zupełnie serio można zaproponować chorym zamiast leków przeciwbólowych coś w rodzaju metafizyczno-religijnego punktu wymiany cierpień. Ta wesoła instytucja zachęca ludzi zmagających się z bólem i udręczeniem, by zamiast poszukiwać skutecznie sposobów uśmierzenia cierpienia, ofiarowywali je w intencji ogólnej.

(Jeśli ktoś to zrozumiał, będę wdzięczna za objaśnienia w komentarzach, mój mózg eksploduje za każdą próbą odczytania statutu i opisu funkcjonowania tego kółka.)

Tak, żyjemy w kraju, gdzie zupełnie serio zakłada się inicjatywę zachęcającą do masochistycznego poszukiwania sensu i rozkoszy w cierpieniu pod bełkotliwym terminem ofiarowywania, w ramach instytucji, która ma na sztandarach pomoc chorym i cierpiącym.

 

Przepraszam, mózg mi znów wybuchł, wrócę do państwa za chwilę.

Ta niepojmowalna koncepcja przekrada się jednak do dyskursu publicznego, skoro politycy zapytani, co sądzą o ewentualnej legalizacji eutanazji (pytanie z kategorii prawno-medycznej, zaznaczmy) odpowiadają, przywołajmy pyszny cytat ponownie:

Tajemnica ludzkiego cierpienia jest samym rdzeniem człowieczeństwa, wielkim tematem pokoleń filozofów, teologów i mistyków.

Owszem, kusząca jest teza, że polityk to osoba, która zazwyczaj nie rozumie, o co się ją pyta. To możliwe, ale ja twierdzę, że ci państwo powiedzieli to co naprawdę myślą, bo ta myśl unosi się trującym oparem nad całą Polską. To wszechogarniający kult martyrologii. Zachwyt klęskami, licytacja trupów, ekscytacja cierpieniem. Tu cierpienie jest dowodem na moralne zwycięstwo, dowodem racji w sporze, czymś niemal godnym zazdrości, wywyższającym moralnie i chwalonym. Cierpienie nie jest po to, by je łagodzić i uśmierzać, jest po to, by stanowiło natchnienie poetów. Z tej oczadziałej bzdurą, metafizyką i masochizmem (najlepszym możliwym, bo delegowanym: nasi główni etycy zachwycają się cierpieniem i bólem kogo innego i domagają się w tego bólu znoszeniu nadludzkiej dzielności) wyrastają decyzje oszczędzania na morfinie dla umierających, na anestezjologach dla rodzących, na opiece paliatywnej i profesjonalnym ośrodku leczenia bólu w centrum onkologii.

Możemy chorym przynieść za to wyrazy uznania, ulotkę ze Staszowa i święty obrazek ze stosownym patronem tortur. Możemy mieć nadzieję, że będą wystarczająco osłabieni chorobą, że nie dadzą nam w ryj.

Reklamy