Człowiek drugiej kategorii

Pozwolę sobie przedłużyć nieco nastrój halloweenowy i spytać, czy moi czytelnicy pamiętają mrożący krew w żyłach krzyk blastocyst, który nie dawał spać w nocy Gowinowi? Od dzisiaj blastocysty w azocie będą krzyczeć nieco dłużej i przeciąglej, albowiem weszła właśnie w życie – z pominięciem przepisów przejściowych – nowa ustawa o leczeniu niepłodności.

Ustawa, która już trafiła dzięki skardze RPO do Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego trafiła? Zwięzły cytat ze strony stowarzyszenia Nasz Bocian:

W dniu 01 listopada 2015 roku w życie wchodzi Ustawa o leczeniu niepłodności. Odbiera ona dostęp do leczenia metodą in vitro i do inseminacji kobietom samotnym. To duży błąd społeczny i będziemy jako środowisko pacjenckie walczyć w przyszłości o nowelę, kobiety samotne też mogą być niepłodne i cierpieć z powodu endometriozy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Ministerstwo Zdrowia wyda Ośrodkom leczenia niepłodności dyspozycję, iż zarodki zdeponowane przez samotne kobiety przed wejściem w życie Ustawy, po 01 listopada 2015 roku mają być im – no cóż – odebrane przez Państwo i zostać zawieszone w próżni, ponieważ każdy zarodek musi mieć wskazanego przyszłego ojca.

Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie.

Źródło

Podkreślę wyraźniej: kobiety nie znajdujące się pod opieką mężczyzny nie mogą decydować o losie własnych komórek rozrodczych. Tylko kobiety żyjące w stałym pożyciu – małżeńskim lub konkubinacie – będą mieć prawo zaimplementowania własnych zarodków do własnej macicy. Co z zarodkami? Będą czekały cicho (nie z punktu -widzenia- słyszenia Gowina, jak wiemy), aż kobieta, która je zdeponowała, nie znajdzie sobie mężczyzny, który swoim autorytetem usynowi biedne zarodki i da im legalną możliwość rozwoju. Jeśli kobieta się nie uwinie w ciągu dwudziestu lat ze znalezieniem tego mężczyzny, zarodki przejdą na własność państwa i pójdą do adopcji do prawidłowych, heteroseksualnych par. Ach, żeby nie było niejasności – miejsce w pojemniku z azotem kosztuje, około tysiąca złotych rocznie – samotna kobieta musi płacić to postojowe za okres oczekiwania na wybawcę w spodniach lub na zmianę ustawy.

Nasz Bocian wystosował do Ministerstwa Zdrowia pismo w sprawie tej ustawy. Zapytał o status zarodków utworzonych i zdeponowanych nie tylko przed wejściem w życie, ale wręcz przed uchwaleniem nowego prawa. O możliwość zabrania zarodków. O uzasadnienie szykanowania kobiet nie pozostających w stałych związkach z mężczyznami.

Oto rzecze Ministerstwo Zdrowia (cytat za skanem pisma skierowanego do Naszego Bociana):

W trakcie prac nad ustawą – zarówno na etapie prac rządowych, konsultacji publicznych jak i prac parlamentarnych dyskutowano wiele kwestii wymagających rozstrzygnięć w  sytuacji konfliktu dobra jednostki – osoby dotkniętej niepłodnością i dobra przyszłego człowieka – dziecka, które urodzi się dzięki zastosowaniu procedury leczenia niepłodności metodą in vitro. W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci.

 

Mogę jeszcze raz wyciągnąć i podkreślić? W każdym przypadku rozstrzygano konflikty konkurujących ze sobą wartości na korzyść dobra przyszłych dzieci. Ministerstwo słyszy blastocysty, które mówią mu na ministerialne ucho, że pojemnik z azotem w klinice jest o wiele lepszy niż urodzenie się w rodzinie niepełnej. Wszelako, jak dalej pisze ministerstwo, jest od tej reguły jeden wyjątek – bycie dzieckiem wdowy. Wdowy zostały wyłączone spod tej zasady i mogą urodzić własne dziecko; kobiety, które po prostu się rozstały z partnerem lub nigdy go nie miały – nie spełniają warunków pełnej rodziny w rozumieniu ustawodawcy. Dlaczego wdowy są rodziną pełniejszą niż singielki lub kobiety w związkach homoseksualnych – nie umiem pojąć, ale też nie aspiruję do bycia ministrem zdrowia.

W dodatku interpretacja tej ustawy jest co najmniej dziwna. Uznanie bowiem arbitralnie, że dla potencjalnego dziecka – potencjalnego, gdyż jak wiemy, nie każdy zaimplementowany zarodek rozwija się w płód i nie każdy dotrwa do szczęśliwego porodu – lepszym jest niebyt niż funkcjonowanie w niedoskonałej według optyki ministerialnej rodzinie wydaje się sprzeczne z całym dotychczasowym ideolo wtłaczanym nam przez prolajferskich polityków (będących wszakże współautorami tej ustawy!). Dotychczasowa narracja biegła bowiem tropem świętości i cudowności życia, które samo w sobie stanowi tak niebywałą wartość, że furda wszelkie przeszkody medyczne, zdrowotne, socjalne czy emocjonalne, dziecko raz poczęte narodzić się musi, czy w rodzinie z ośmiorgiem już głodujących dzieci, czy u kobiety chorej, czy u nieletniej. Gdyż rzeczą straszną jest ciążę usunąć, straszniejszą – powiadali nam politycy – niż urodzenie niechcianego dziecka w nędzy, w chorobie, w samotności. Zdumiewające, jak odmiennie brzmi stanowisko w sprawie dzieci desperacko chcianych: okazuje się, że dla tych dzieci lepiej żeby się nie urodziły, niż jakby miały mieć tylko matkę.

Porównując więc stanowisko ustawodawcy wobec dwu potencjalnych samotnych matek – tej z in vitro i tej z in vivo, widzimy skrajnie rozbieżne zalecenia: dla matki z zapłodnienia naturalnego nie ma w zasadzie ścieżki ucieczki od macierzyństwa, nawet jeśli byłoby to macierzyństwo niechciane, samotne, być może ekonomicznie balansujące na granicy przetrwania lub obciążające ją zdrowotnie. Matka z zapłodnienia in vitro natomiast musi spełnić pewne wyśrubowane warunki, żeby państwo w ogóle zgodziło się, by jej własne komórki rozrodcze zostały jej zaimplementowane, musi opowiadać się różnym urzędnikom ze swojego statusu cywilnego, donosić zaświadczenia o posiadaniu na stałe mężczyzny w obejściu – by tylko mieć dostęp do własnego zarodka. Ta nierówność w traktowaniu ciąż, wręcz dyskryminacja szczególnej kategorii kobiet wydaje się mocno niekonstytucyjna i sprzeczna z zapisami ustawy, która szczególną troską otacza rodzinę i rodzicielstwo. Najwyraźniej zdaniem ustawodawcy rodzicielstwo bywa też lepszej lub gorszej kategorii. Matka in vitro jest tylko w połowie tak dobra jak matka zapłodniona naturalnie – więc potrzebuje mężczyzny ze stałego związku, by zgodnie z interpretacją przepisów sprostać roli rodzicielskiej. Zapłodniona naturalnie nastolatka czy bezrobotna matka dzieci niepełnosprawnych – oto przykłady matek pełnowartościowych, które według ustawodawcy są w stanie zapewnić przyszłemu dziecku optymalne warunki, i nawet gdyby chciały, z tego rodzicielskiego przywileju nie mogą się legalnie wykręcić.

 

Ustawa regulująca funkcjonowanie in vitro była w Polsce potrzebna niewątpliwie. Niestety, to co powstało, jest potworkiem. Wygląda bowiem, że poszczególne zapisy ustawy służą głównie do sankcjonowania jedynie słusznego modelu rodziny, nawet za cenę zaszantażowania setek kobiet, które zdeponowały swoje zarodki przed wejściem w życie prawa.

Oczywiście, można zażartować, że w Polsce prawo ustala się w zgodzie z zasadą każdemu, na czym mu najmniej zależy. Oczywiście, można pesymistycznie się zastrzec, że dobrze, że ustawodawca nie wkracza w intymność Polek również w ich prywatnych sypialniach, ograniczając się do klinik. Można też cynicznie powiedzieć, że tu jest Polska i wykupić sobie bilet lotniczy gdzieś dalej. Można też powiedzieć, że się czepiam, i że są kraje gdzie kobieta bez mężczyzny w ogóle nie ma żadnych praw, majątkowych, obywatelskich, zdrowotnych, reprodukcyjnych, oh wait. Można też powiedzieć, że jak się komu nowa ustawa nie podoba, to niech leci do kliniki z termosem i wyjeżdża do kraju, w którym prawo pozwala mieć dzieci bez zaświadczenia o przynależeniu do mężczyzny na stałe.

Tylko, że Polka nie może własnego zarodka wywieźć sama z kliniki. Ustawa dała niepłodnym Polkom szacha, biorąc ich zarodki za zakładników.

Drodzy ustawodawcy, wasz przekaz jest dość jasny – niedobrze jest być w Polsce kobietą. I niedobrze mi, mnie, kobiecie w Polsce, że wkładacie w to coraz to nowe wysiłki.

Reklamy

Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Opozycje i sensacje

Dziś będzie krótko i nudno. Będą też brzydkie wyrazy, takie jak Gowin, błędy logiczne, erystyka i pieprzenie w mediach (i nie chodzi niestety o ekscytujące filmiki w płatnych serwisach).

No to lecimy, najpierw odhaczamy pozycję pierwszą:

Miliony młodych kobiet w Polsce dzisiaj boją się urodzić dziecko, bo wiedzą, że albo stracą pracę, albo będą miały kłopot z powrotem na rynek pracy. To jest zadanie dla polityków, a nie jakieś pseudoproblemy w rodzaju legalizacji paramałżeństw homoseksualnych.

Powiedział Jarosław Gowin, minister sprawiedliwości, polityk Platformy Obywatelskiej.

Co my tu mamy? Mamy otóż dorodny przykład tzw. fałszywej opozycji, czyli przeciwstawienie istotnego problemu (rynek pracy wrogi kobietom w wieku rozrodczym) problemowi rzekomo błahemu (legalizacja związków LGBT), którego to błahego problemu rozwiązywanie ma rzekomo utrudniać lub uniemożliwiać rozwiązanie problemu prawdziwego. Chwila namysłu pozwoli jednak uważnemu czytelnikowi klepnąć się w czoło ze zdumieniem i wykrzyknąć: – hola, hola, panie ministrze, a co ma piernik do wiatraka? W jaki sposób legalizacja małżeństw jednopłciowych rzutuje na postawy pracodawców wobec kobiety w ciąży? Jak zmienia dostępność żłobków, lekarzy pediatrów, jak wpływa na nadgodziny dla młodych matek lub gorliwość ojców w braniu zwolnień lekarskich na chore dziecko, by matka nie kumulowała nieobecności w swojej pracy?

Mamy tu do czynienia z kolejną inkarnacją starożytnej maksymy divide et impera, obecnie w wersji: poszczujmy na siebie dwie grupy mające we współczesnej Polsce przegwizdane (dodatkowe punkty dla tych, którzy zauważą, że obie te grupy mają prawo mieć grube pretensje wobec PO, która w kampanii wyborczej obiecywała różne rzeczy zarówno w sprawie sytuacji kobiet jak i kwestii praw osób LGBT). Chwila, w której obie grupy rzucą się na siebie zamiast na polityków mających w nosie realizację własnych obietnic wyborczych, będzie doskonałym powodem do wzniesienia kieliszka szampana przez radę starszych w każdej partii mającej na sztandarach jakieś hasła o społeczeństwie, obywatelach etc ozdobniki. Ponieważ pan minister nie dość, że kobiety faktycznie zatroskane o swoje życie zawodowe po urodzeniu dziecka szpetnie napuszcza na gejów i lesbijki dobijających się o prawa do funkcjonowania w związkach, nie dość, że obrzydliwie wartościuje dramaty społeczne (matki są ważne, potrzebne i godne naszej uwagi, geje i lesbijki to margines wymyślający problemy i ogólnie, mitomani i wariaci); to przede wszystkim w ogóle nie deklaruje, że się czymkolwiek zamierza zająć – ani jako on sam, ani jako członek rządu i partii u steru władz. Po prostu tak sobie, dla podtrzymania rozmowy rzucił granatem w kompostownik i z kieliszkiem wina mszalnego będzie kontemplować efekty w otoczeniu.

Obserwacja, że polityka sprawowana w mediach a nie w sejmie czy gabinetach rządu zmienia się w turniej ersytycznych popisów nie jest ani świeża ani odkrywcza. Telewizornie polują nie na pracowitych posłów, lecz na złotoustych (Niesiołowski, Cymański, Palikot, nieboszczyk Lepper, niekiedy Miller – to nazwiska obiecujące, że w trzydziestosekundowym cytacie będzie mięso, obelga, żart lub idiotyzm, który obleci kilka stacji i gazet, podniesie cytowalność i klikalność przy zerowym wysiłku redakcji, bo to ani komentarza merytorycznego nie wymaga, ani danych). To, że politycy dotąd trzymający się swojej specjalności obecnie wychodzą przed szereg mikrofonów, by wygłosić swoją tombakową myśl, zawdzięczamy temu, czemu i inne majtki Dody na jedynkach gazet i serwisów. Śmieszyć może, że taki poważny we własnym mniemaniu Gowin też w to wpada z pluskiem: wygłasza seryjne głupoty i cieszy się, że album z wycinkami prasowymi z dnia na dzień grubszy.

Obawiam się, że z tego właśnie powodu pan minister teraz strasznie głupio się tłumaczy przed premierem, że wcale nie naplótł idiotyzmów, tylko mu dziennikarze przekręcili i wyrwali z kontekstu. Opowiedział skandaliczne rzeczy bez pokrycia, oskarżył Niemców o eksperymenty na homunculusach, wymyślił nieistniejący handel zarodkami i inne nośne medialnie bajędy a teraz udaje, że nie on i w ogóle to media są brzydkie i się czepiają. Trudno jest, panie ministrze, udawać lorda z monoklem, gdy się najpierw popisywało bon motami wątpliwej świeżości i wstrząsało ogłaszaniem zbrodni widzianych oczyma duszy. Albo gorączka na widok mikrofonu, ekscytacja i sensacja, albo powaga urzędu, jedno z dwojga. Albo szczucie ludzi na siebie, ogłaszanie ex cathedra kto jest w Polsce ważny i godny zajęcia się jego dramatami, a kto pajac i niewart uwagi pseudoproblem – albo bycie ministrem sprawiedliwości. To słowo coś znaczy, panie ministrze, i niech pan nie mówi, że je wyrwałam z kontekstu.

(Edycja tekstu – wyłapana przez Nameste frojdówka, dziękuję za zwrócenie uwagi)

Najlepsza kampania marketingowa naszych czasów

O ostatnio opublikowanej twórczości polskiego Episkopatu pisała już gniewnie Szprota, ogólnie – Pochodne Kofeiny i bardzo celnie i bezwzględnie dla wszystkich kłamstw w dokumencie –  Lemingarnia. Trudno dodać coś ponad to zestawienie uwag, memorandum zostało już dokładnie zanalizowane pod kątem, ekhm, łagodnie mówiąc, mijania się z faktami, szczególnie pojętej miłości bliźniego jak i nowoczesności myśli zawartej w postulatach. Nie będę się więc znęcać nad konkretami z tego akurat dokumentu, pozwolę sobie natomiast na pewne uwagi ogólne.

Ponieważ śledzę wątek od jakiegoś czasu, zauważyłam w mediach wstępny ostrzał artyleryjski (pojedynczymi księżmi) przed wydaniem przez Episkopat opus magnum w sprawach bioetycznych. W roli harcownika dzielnie i z samozaparciem występował niejaki Longchamps de Bérier, zapowiadający dość otwartym tekstem tezy przyszłego oficjalnego stanowiska. Co prawda, nie bez pewnych, ekhm, nieścisłości i niedomówień, ale czego mielibyśmy oczekiwać od profesora praw obojga? O, przepraszam. No, ale wracając do naszego odważnego moralnie w sprawie czyichś praw i bezkompromisowego w poświęcaniu cudzego szczęścia księdza – zdołał wkurzyć wiele osób, w tym ludzi, których dzieci urodziły się dzięki in vitro. W Wyborczej pojawiły się listy, na które ksiądz bardzo po księdzowemu odpisał:

Dla Pana i innych osób, które w jakikolwiek sposób uczestniczyły w in vitro, Kościół ma Dobrą Nowinę. Jeśli osoby te odczuwają niepokój sumienia i są gotowe spełnić warunki sakramentu pojednania, Kościół czeka z przebaczeniem. Nie ma Pan racji, kiedy pisze, że musi trzymać dzieci z daleka od Kościoła katolickiego. Zarówno Pan, jak i Pańskie dzieci, mają swoje miejsce w Kościele katolickim. Co więcej, bez Was to miejsce pozostaje puste.

Co, przekładając z katolickiego na polski ogólny, znaczy: przeproście, a my wam wybaczymy. Być może. Po spełnieniu naszych warunków. Uważacie że to tupet? Poczekajcie na uwagi całej organizacji, której formalny dokument harce Longchampsa zapowiadały. Otóż, gdy okazało się, że bezduszne i aroganckie wypowiedzi pana księdza to nie pojedynczy wyskok pozbawionego empatii i wyobraźni faceta w kiecce, ale całkiem oficjalne stanowisko kościoła katolickiego,

Chrześcijanin musi troszczyć się o prawdę. Dlatego jego zadaniem jest też demaskowanie kłamstw, wśród których szczególnie wiele szkody czynią sugestie, jakoby zapłodnienie pozaustrojowe było leczeniem niepłodności. Ono niczego nie leczy – niepłodni takimi pozostają, a „wyprodukowanie” dziecka powierzają obcym.

Skomentowane jeszcze dla pewności literacko i subtelnie przez biskupa Pieronka:

Dzisiaj [par korzystających z in vitro] niewiele. Jutro takich osób może być całe mnóstwo. Jeżeli otworzy się furtkę, to stanie się ona bramą. I to bardzo szybko. Rozwój metod zapłodnienia pozaustrojowego może doprowadzić do tego, że w przyszłości będziemy zamawiać sobie dzieci obdarzone określonymi cechami. Rodzice będą wybierać płeć, kolor oczu, włosów, wzrost, geny geniusza lub zbrodniarza. Będą jak twórcy Frankensteina. Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? To makabryczna perspektywa, ale ona istnieje.,

odezwała się bezpośrednio zainteresowana, czyli kobieta urodzona dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu. Powiedziała, że sobie nie życzy takiego traktowania, że jest oburzona i że totalnie nie chce mieć nic wspólnego z tak obrzydliwą i wrogą jej instytucją, nazywającą żywą osobę produktem technologii, a współczesną wiedzę medyczną o reprodukcji – kłamstwami.

Komuś bardzo młodemu, kto żyłby w Polsce od niedawna i od niedawna obcował ze szczególnie przez kościół katolicki rozumianą koncepcją empatii, mogłoby się przez moment wydawać, że taka deklaracja jak powyżej cytowana zawstydzi nieco biskupów i sprowokuje ich do jakichś tłumaczeń lub przeprosin (no, może nie wszystkich biskupów, ale tych mających pewną klasę). Odpowiedź w rzeczy samej nadeszła, ale taka, jakiej spodziewaliśmy się my, żyjący pod panowaniem kościoła wystarczająco długo. No dobrze, aż takiej odpowiedzi się nie spodziewałam.

Abp Hoser ocenił, że dzieci poczęte metodą in vitro, kiedy dorosną, będą stawiały pytania co do swojego przeżycia „tego niezwykle niebezpiecznego etapu”, jakim była ich „selekcja do życia, zresztą kosztem innych”.
W opublikowanym kilka miesięcy temu wywiadzie dla KAI abp Hoser zwracał uwagę, że dziecko poczęte metodą in vitro poczyna się w warunkach fizjologicznie bardzo trudnych. „Jeżeli urodzi się zdrowe – co daj Boże – to trzeba mu zapewnić jak najlepsze warunki wychowania i jednocześnie otoczyć dodatkową opieką tak, aby gdy dowie się o okolicznościach swojego poczęcia, nie przeżywało traumy, resentymentów, tylko zaakceptowało zaistniały stan rzeczy, pogodziło się z losem, na który nie miało żadnego wpływu” – mówił abp Hoser.

Oto bowiem lekko mi brakło powietrza od operacji, którą kościół wykonał. Kościół bowiem nie tylko słowem nie przeprosił za wrogie, aroganckie wymądrzanie się nad cudzymi jajnikami i jądrami, nie wycofał się z nazywania produktami dzieci urodzonych metodą niekonwencjonalną.
Kościół, w osobie swojego funkcjonariusza, Hosera, wykonał bowiem salto i ogłosił istnienie dotąd nieznanej powszechnie traumy złego urodzenia, traumy, którą mają zdaniem miłosiernej i dobrej instytucji przechodzić dzieci urodzone ze sztucznego zapłodnienia. Skąd? Czemu? Bo episkopat tak mówi.
Episkopat mówi, kościół obiecuje wybaczyć, choć wymaga surowo, by najpierw winni zgięli kolana i karki i odpokutowali, a wówczas dana im zostanie nadzieja na odkupienie przewin. Przewin, które jeszcze tydzień temu nie istniały, tak jak lęki ludzi urodzonych dzięki IVF, które to lęki też nie były znane szerzej przed odkryciem ich przez Hosera.
Tu objawia się szczery geniusz kościoła, przed którym szczerze chylę głowę. Wszystkie Wyższe Szkoły Marketingu i Curlingu powinny naprawdę przestudiować tę historię i wcielić ją jako case do swojego programu nauczania. Mamy do czynienia z doskonałym przypadkiem tworzenia potrzeby tuż przed wprowadzeniem na rynek produktu, który ją zaspokoi. Żadna reklama dezodorantów czy golarek do nóg nie może się równać z tą operacją. Furda, że tu rzecz dotyczy rynku poniekąd niematerialnego – kościół w ramach tej doskonałej kampanii reklamowej wparł w świadomość ludzi, że dzieci z in vitro są gorsze, podle urodzone, wyprodukowane a nie stworzone z aktu miłości, że wstydzić się będą swojego poczęcia, swojej historii i rodziny obciążonej grzechem i traumą laboratorium. Zrobił to kościół wbrew danym naukowym, wbrew opiniom środowiska medycznego czy stowarzyszenia rodziców Nasz Bocian, wbrew sporej części społeczeństwa, ba, wbrew samym ludziom urodzonym z IVF. I co? I natychmiast, idąc za ciosem, obiecał im ukojenie lęków, ukołysanie w dobrotliwych objęciach, ugłaskanie z grzechu wymyślonego naprędce w dokumencie sprzed tygodnia. Cudowna rzecz – obietnica uleczenia traumy, którą się samemu zaindukowało.
Śmiem twierdzić, że kościół katolicki wcale nie boryka się z problemem współczesności tak, jak zwykle się to definiuje. Kościół bardzo dobrze odrobił lekcje z XX wieku, zwłaszcza z agresywnych kampanii reklamowych. Wykorzystał wieloletnie doświadczenie w poniewieraniu dzieci urodzonych w sposób uznany przez siebie za niewłaściwy* i wystartował z własną akcją, która może zakasować większość billboardowych masówek gigantów medialnych. Marketingowcy, do parafii, uczyć się od najlepszych!
*Mam tu na myśli zapomniany już nieco obyczaj nadawania przy chrzcie (wbrew woli rodzica) dzieciom pozamałżeńskim imion dziwacznych lub ośmieszających, często w towarzystwie nazwisk lub przydomków ujawniających hańbę złego pochodzenia. Oczywiście, kościół nie odżegnywał się od chrzczenia dzieci nieślubnych, zaznaczał tylko wyraźnie swoje stanowisko w sprawie sposobu poczęcia i dbał, by dzieci nie pozbyły się tego piętna przez całe życie. Piękny przykład tradycji, która po lekkim odświeżeniu wraca w pełnej mocy urzędu!