Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Reklamy

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

O zdobywcach, ladacznicach i innych mitach obowiązkowego „nie”

Co mówi kobieta do nachalnego mężczyzny?

– Nie, nie, proszę, nie.

Co ten nachalny mężczyzna słyszy?

– Nie, nie, proszę, nie przestawaj.

 

Na jednej ze społecznościówek facet, którego śledzę, bo robi przepiękne zdjęcia i niekiedy wrzuca fajne dywagacje zaczął wspominać, że całe jego życie erotyczne oparte było na schemacie, iż panie wygłaszały: ależ proszę pana, co pan robi przy gorliwym współudziale w ściąganiu odzieży. I że komu to przeszkadzało, pani zachowywała cześć, a pan się czuł zdobywcą. I że konwencja, w której kobieta zobligowana była do obrony swojej czci (mierzonej w zużyciu krocza) przez permanentne deklarowanie niechęci do seksu była dla tego świętego obrazu kobiety życzliwa i pozwalała jej zachować twarz.

 

No więc mam kłopot z obiema częściami tego wywodu. To znaczy mam świadomość, że konwencja i kultura przez lata nie pozwalała kobiecie być otwarcie inicjatorką seksu (por: ladacznica), kodyfikując nieformalne znaki (por: flirt towarzyski) przy bezwzględnym nakazie mówienia nie, proszę zabrać tę rękę. Kobieta miała odgrywać niewinną, niedoświadczoną i zdobywaną; mężczyzna miał mieć doświadczenie, kompetencje i głos decydujący – w tym również głos decydujący, czy to nie wygłaszane przez adorowaną kobietę jest formalne i do protokołu dyplomatycznego, czy na serio. Ten kanon towarzyski zapewnił nam, kobietom, poza wątpliwą korzyścią zachowania twarzy (serio? Twarz się miało wyłącznie, jeśli zachowywało się pozory osoby nie chcącej seksu? Naprawdę facetom to odpowiadało?), kompletną bezbronność. Ponieważ znikał pojęcie gwałtu na randce. Jeśli wszystkie kobiety muszą mówić nie, gdy adorator pcha się z łapami, to po czym rozpoznać te, które naprawdę nie chcą karesów i stosunku?

Tytułem dygresji – mam nawet na to ponury cytacik:

Jeśli dziewica została zaślubiona mężowi, a spotkał ją inny jakiś mężczyzna w mieście i spał z nią, oboje wyprowadzicie do bramy miasta i kamienować ich będziecie, aż umrą: młodą kobietę za to, że nie krzyczała będąc w mieście, a tego mężczyznę za to, że zadał gwałt żonie bliźniego.

 

To Deuteronomium sankcjonujące wprost tezę, że przyzwoita kobieta ma obowiązek zawsze protestować. Frapujące, że kanon poprawnych relacji między płciami wciąż nam określa świeżynka prosto z epoki brązu (nawet jeśli zgodnie odpuściliśmy sobie dosłowne kamienowanie rozpustnic i ladacznic, poprzestając na ostracyzmie i społecznej zgodzie na wyzwiska i blaming the victims).

Ze sprzeciwu wobec tej interpretacji, że nie z ust kobiety jest zarówno obligatoryjne jak i czysto konwencjonalne, wyrasta coraz silniejszy i oby powszechny ruch NIE ZNACZY NIE. Jestem całym sercem za jego postulatami i nie uważam, by uwolnienie słowa nie spod tradycyjnego zmrużenia oka odbierało wdzięk flirtowi czy uwodzeniu oraz wymagało przed każdorazowym zdjęciem odzieży notarialnego spisania umowy przed(gry)wstępnej. Bezwzględnie przyjęcie, że nie znaczy nie jest gwarancją bezpieczeństwa tysięcy kobiet, które mają prawo chcieć pójść na kawę, ale nie do łóżka; mają prawo chcieć się całować, ale nie robić fellatio; mają prawo chcieć się przytulać, ale nie zdejmować majtek. I tak dalej. (Czy muszę dodawać, że takie samo prawo powiedzenia nie, nie chcę ma mężczyzna i musi być ono tak samo respektowane? To na wszelki wypadek dodam, zanim przyjdzie ktoś z MRA i na mnie nakrzyczy.)

Tyle, że to jest za mało. Jeśli chcemy (a my, Naima, chcemy) żeby dziewczyny i kobiety nie bały się mówić nie kiedy czegoś nie chcą, oraz by mężczyźni owo nie respektowali (i vice versa, rzecz jasna), to należałoby znieść niedopowiedziane a podstawowe założenie tej konwencji flirtu, która legitymizowała gwałt na randce jako zdeterminowaną odpowiedź na kobiece NIE. Założenie, że kobieta zawsze mówi nie, ponieważ nie wypada jej powiedzieć TAK.

Chciałabym żyć w świecie, w którym dziewczynom i kobietom przysługuje prawo mówienia tak, kiedy mają ochotę na seks. Prawo do tak nieobciążonego wyzwiskami puszczalskiej, sama-się-prosiła-ofiary-gwałtu, dziwki etc. Prawo do świadomego i wolnego decydowania o swojej seksualności w sposób otwarty, ba – do inicjowania relacji w sposób, który nie będzie powszechnie potępiany i uznawany za pretekst do traktowania kobiety jako zasłużonej ofiary dowolnych przestępstw seksualnych („no przecież mówiła, że chce ze mną seksu, to czemu teraz narzeka na gwałt grupowy? Przecież mówiła, że lubi seks”) lub niegodnej szacunku. Ponieważ wydaje mi się to jedynym sensownym sposobem zamknięcia ust specjalistom od zdobywania opornych kobiet. Nie brzmi dużo wiarygodniej i bardziej stanowczo, kiedy wiadomo, że można powiedzieć tak, kiedy się chce. Nie ma wówczas wątpliwości, czy kobieta sprzeciwia się awansom z powodów konwencji i braku możliwości innego wyrażenia zainteresowania, czy dlatego, że faktycznie chce uniknąć niechcianego kontaktu. Co więcej, dziewczyna świadoma, że ma prawo mówić tak, kiedy tego chce, może o wiele bardziej stanowczo powiedzieć nie. Ponieważ nie nie może być jedyną ścieżką wyboru podczas randki. Ponieważ nie może być tak, że to osoba, która słyszy nie decyduje, co tak naprawdę usłyszała. Paradoksalnie – drodzy konserwatyści, obrońcy czci niewieściej i mitu kobiety wiecznej niewinnej dziewicy – możliwość mówienia tak bardziej nas chroni przed niepożądanymi zalotami nachalnych zdobywców niż przymus trzepotania rzęsami podczas szeptania ależ, co pan robi..! Wówczas bowiem napastnik, zwany przez was dżentelmenem starej daty, nie będzie mieć wykrętu, że nie było wyłącznie figurą stylistyczną ze staromodnego flirtu: będzie miał bowiem świadomość, że gdyby kobieta chciała jego awansów, po prostu by się na nie zgodziła. W świecie świadomej zgody czy inicjatywy erotycznej kobiet znika owa mętna „zgoda domniemana” mimo wzbraniań się i zaprzeczeń; a seks wbrew protestom nie jest już przejawem rycerskiej uporczywości, a staje się – również w oczach samego sprawcy – tym, czym był od początku: gwałtem. Co być może powstrzyma tych, co to się chcą dżentelmenami mienić, od zbyt konsekwentnego zdobywania.

 

Post scriptum:

Do tej notki powinien być gigantyczny appendix o mitach kulturowych, dychotomii madonny i dziwki, o fetyszu dziewictwa oraz być może dalsze trollerskie wstawki ze Starego Testamentu, które de facto sankcjonują tę konwencję, na którą różni obrońcy mitu zdobywania opornej kobiety się powołują. Ale nie będzie, bo nikt nie lub tl;dr oraz być może kiedyś powstanie tu subiektywna analiza różnych aspektów kulturowego podwójnego standardu w ocenie zachowań seksualnych ludzi z podziałem na podstawowe płcie – ale nie dzisiaj.

E: literówka.

Pornopaniki część druga i ostatnia

Wydaje się, że referral blogaska jest już nie do odratowania, więc równie dobrze mogę kolejną notkę o pornografii (pozdrawiam ludzi, którzy trafili tu po wyszukiwaniu „siusiu w kościele” i „porność stosunku pracy”; nie wiem, czego szukaliście, mam nadzieję, że blog was nie rozczarował).

Wracając do argumentu, że porno jest złym źródłem informacji o seksualności człowieka, chciałam zalinkować pewną stronę. Bardzo, bardzo zachęcam do lektury – angielski jest prosty i są obrazki. To wyczerpujący zestaw wiadomości, które pozwalają niedoświadczonym widzom przejść pierwszy kontakt z porno ze świadomością, że nie przekłada się ono 1:1 na życie seksualne w prawdziwym świecie. Moim marzeniem jest, żeby ta strona została przetłumaczona na polski i dołączone do podręczników do edukacji seksualnej (zaraz po zaoraniu przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”, którego nazwa ma już taki ładunek jedynie słusznego ideolo, że ojej).

 

Teraz zaś do trzeciej strony dyskusji o pornografii: przemysł porno.

Szara, choć różowa strefa sprzyja nadużyciom. Biznes produkcji erotycznych potrafi wykorzystywać swoich pracowników, narażać ich zdrowie (w ilu filmach widzieliście, by aktorzy używali prezerwatyw?), wymuszać na nich udział w scenach, na które aktorzy nie mają ochoty lub są dla nich problematyczne. (O argumentacji o degradującym wizerunku człowieka w filmach pornograficznych napisał dużo lepiej niż ja The Guardian, i cytaty wraz z linkiem pod koniec notki) Kariera w filmach porno jest krótka, krótsza nawet niż w zwykłym przemyśle rozrywkowym, i raczej nie zostawia człowieka z pakietem emerytalnym – co dotyczy wszystkich nieformalnych relacji zatrudnienia, nie tylko tej branży! – i jest pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń socjalnych. To oczywiście dotyczy rynku polskich produkcji, na świecie istnieją związki zawodowe pracowników seksualnych, umowy o pracę/dzieło i regularne badania pracownicze, zwłaszcza w kierunku STD.

Nie jest obojętne, czy produkcje z których jako widzowie mamy korzystać powstały w sposób etyczny i zgodny, i optymalne wydaje się, by przemysł porno również dorobił się oznaczeń fair-trade (mówię zupełnie serio), by publiczność włączając sobie filmy zgodne ze swoimi upodobaniami nie brała jednocześnie udziału w wyzysku aktorów bądź przemocy (systemowej, gospodarczej lub dosłownej). To bardzo dalekosiężny i trudny do zrealizowania postulat, ale chciałam zaznaczyć moje stanowisko w tej sprawie, i uniknąć zarzutu, że gdy głosuję przeciw zakazom to nie obchodzi mnie los osób pracujących w tej branży.

Alternatywą dla produkcji przemysłowej jest amateur porn – filmy kręcone przez ludzi, którzy sami mają ochotę upubliczniać własną nagość i/lub aktywność seksualną. To porno pozbawione większości wad (lub zalet, w zależności od punktu widzenia odbiorcy) obciążających branżę profesjonalną: ciała są prawdziwe, ze skazami, oznakami wieku, nie korygowane operacyjnie, fabuła jest mniej bajkowa i reakcje nie wyreżyserowane, a całość jest dużo bardziej realistyczna. W dodatku porno amatorskie nieskażone jest grzechem wyzysku i sutenerstwa, a widz ma pewność, że patrzy na materiały umieszczone za zgodą aktorów i dla ich satysfakcji bycia oglądanymi. Porno amatorskie jest najbliżej znaku fair-trade z obecnie dostępnych.
Zalegalizowanie branży porno w pełni i poddanie jej ogólnym regułom dotyczącym stosunków pracy nie byłoby takie złe, ale znów – nie widzę polityka, kto odważyłby się mówić o pracownikach pornobiznesu z takim samym szacunkiem jak o górnikach.
Ale to wybiega stanowczo za daleko od projektu Camerona i Biernackiego.

O feministycznym podejściu, a raczej – feministycznych podejściach –  do pornografii nie czuję się na siłach pisać, bo to temat potwornie obszerny. Najbliżej mi do podejścia sex-positive, choć rozumiem wagę argumentów przeciwnej strony.

 

Zamiast pointy pozwolę sobie zalinkować doskonały, długi ale bardzo trafny artykuł o pornopanice (znów po angielsku). Na zachętę cytacik:

As a customer I can think of at least five major problems with the scheme: I’d like to be able to view porn without having to sign up to a register of porn users; I don’t really believe that it’s the state’s job to decide which sexual practices are moral or immoral; internet filters inevitably block other sites too; and I don’t want to pay the higher charges that would be needed to pay for any decent filtering. I’m not willing to sacrifice this for a system that would take the average teen about ten seconds to circumvent, especially when simple solutions for parents – FamilyShield for example – already exist.

 

Jeden akapit, a tyle trafnych pytań do pana Camerona.

Oraz, skoro mowa o pogromcach moralnych pornografii mówiących o poniżającym wizerunku kobiet w produkcjach erotycznych, do nich też są pytania:

Are all degrading depictions of women a problem, or just the ones where they’re naked? Are kids more damaged by women who appear as little more than sex objects in porn films, or by the obsession newspapers and magazines have with bullying celebrities over minute changes in their weight? Is sex the only problem, or should we be equally concerned about violence, or newspapers gratuitously publishing pictures of dead bodies?

 

Bardzo polecam cały artykuł, zwłaszcza osobom skłonnym rozwiązywać własne dylematy etyczno-erotyczne za pomocą aplikowania całemu społeczeństwu klapek na oczy filtrów na cały internet.

 

Porno bardzo złe, czyli co czyha w sieci na Camerona

Droga czytelniczko, drogi czytelniku, czy wiesz, co jest straszne? Okropnie straszne, takie, że należy wszelkimi siłami chronić przed tym naszą młodzież?
 

– Niszczy niewinność i dzieciństwo naszych dzieci. Jako polityk i ojciec czuję, że nadszedł czas, by działać – mówił brytyjski premier.

(…) 
– Pomyślimy o przeniesieniu podobnych regulacji na grunt polski. Ochrona młodych ludzi powinna być naszym priorytetem – mówi Marek Biernacki.
 
 
Ochrona dzieci przed niszczącym wpływem współczesności to szalenie nośny temat i w ogóle, tylko degenrat zaprotestuje, żeby dzieci nie chronić. Wywołanie moralnej paniki – Omójbożedzieciwidząporno! Zaraz wszyscy umrzemy! – doskonale przygotowuje atmosferę pod zamierzone restrykcje i blokady.
No więc niech będzie, że jestem zdegenerowana i mam zamiar oprotestować te koncepcje.
 
Od razu zastrzegam, że nie będę argumentować tu z równi pochyłej, że dziś zabiorą nam gołe dupy w internecie, a jutro nie pozwolą oglądać nieodpowiednich materiałów przeciwko rządowi, bo zabranie porno to pierwszy krok do przymusowej indoktrynacji jedynie słuszną treścią. Argument z równi pochyłej jest głupi, bo zwalcza to, co jest teraz tym, co być może się zdarzy, jeżeli to co teraz oraz szesnaście zmiennych o których nie wiadomo, czy nastąpią; więc nie ma co w ogóle go wyciągać: ani teraz, ani w innych okolicznościach.
 
Ja mam zamiar protestować i uściślać w konkretnych punktach, bo jak przystało na heroldów poważnej moralnej paniki, Cameron i Biernacki są bardzo ogólnikowi.
Po pierwsze, o jakich dzieciach mówimy? Jakie dzieci są narażone na niszczący widok gołego biustu, pośladków i penetracji? Jak młode istoty straciły swą niewinność dziecięcą? Sześciolatki? Ośmiolatki?
Szanowni panowie, jeśli sześcioletnie-ośmioletnie dzieci mają nieograniczony i nienadzorowany dostęp do sieci w wieku lat sześciu, to znaczy, że tak naprawdę mają dużo poważniejszy problem niż to, że z pop-upu dostaną w twarz gołym człowiekiem. To bowiem znaczy, że ich rodzice/opiekunowie są kompletnie bez wyobraźni oraz mają w nosie, co ich dziecko robi. Świadomy rodzic limituje dostęp do internetu, nadzoruje ruchy dziecka w sieci i udostępnia tylko narzędzia i/lub strony, w których filtr odsieje treści wykraczające poza układanki, planszówki czy naukę literek albo filmiki o zwierzątkach. Po prostu.
Aaaa, mówicie o nastolatkach może? Bo ten Cameron plótł o niewinności i dzieciństwie, to mnie nieco zmyliło. No więc, szanowni puryści, nastolatki dojrzewają. Co więcej, dojrzewają coraz prędzej, to się nazywa akceleracja. Nastolatkom nie trzeba ostrożnie dawkować informacji o tym, że istnieją płcie, seks, pożądanie i fizjologia, ponieważ, o zgrozo, nastolatki mają płeć, seksualność i fizjologię (średni wiek menarche Polek to niecałe 13 lat, panowie politycy). Nastolatki aktywnie poszukują wiedzy o swoim ciele, o ciele płci przeciwnej, o tym co się z nimi dzieje i co można więcej zrobić, poza tym, co już sami i same odkryli na własną rękę (jeśli mogę się tak dosłownie wyrazić). Opowiadanie o tym, że dzieci i nastolatki są istotami z natury niewinnymi erotycznie, pozbawionymi ciał poniżej pępka i nieznającymi uczucia pożądania jest nonsensem i dowodem przerażającej u polityka ignorancji.
Zgoda, że pornografia, zwłaszcza w wersji hard/BDSM/fetysz, nie powinna być pierwszym źródłem informacji o realizacji potrzeb seksualnych przez nasz gatunek. Ekspozycja na takie materiały może z pewnością skonfundować niedoświadczonego (niedoświadczonego, nie aseksualnego!) i nieprzygotowanego widza. Na szczęście we współczesnej Europie dzieci zdobywają najpierw rzetelne, sprawdzone i wiarygodne informacje na temat fizjologii, budowy ciała i seksualności od kompetentnych wykładowców w ramach szkolnych lekcji wychowania seksualnego, i tak przygotowane są w stanie zrozumieć różnice między realnością a bajką jaką jest pornografia.
Tak, to było bardzo zabawne, a teraz możemy się naprawdę wkurzyć. Ponieważ pomysł na zakaz pornografii ma to samo źródło co wstręt i niechęć do wprowadzenia rzetelnej edukacji seksualnej, tj – pruderię, hipokryzję, dewocję i uległość wobec episkopatu wśród naszych polityków. Nie chodzi w tej wypowiedzi Biernackiego o troskę o dzieci (gdyby rzeczywiście tak drżał o ochronę przed deprawacją niewinnych duszyczek, w te pędy gnałby wyprzedzająco wspierać edukatorów seksualnych, wydawanie rzetelnych podręczników i organizowanie lekcji w szkołach zgodnie z zapisami ustawy zresztą), chodzi o pokazanie swojego zdania zgodnego z kursem biskupów, którzy uważają się za jedynie właściwych do prowadzenia szkoleń z seksualności – w ramach katechez.
Nie chciałabym, żeby czytelniczka i czytelnik odebrali to w ten sposób, że traktuję wymiennie edukację seksualną i porno w sieci. Nie. Mówię, że panika wokół obu bierze się ze wspólnego mianownika: wstydu, skrępowania i przeświadczenia, że seks jest rzeczą wstrętną i brudną.
(Ponownie zastrzegam – tak, w sieci mnóstwo jest obrazów dokumentujących brudną i odrażającą stronę seksu, materiałów poświęconych skrajnym parafiliom i przemocy. Chciałabym jednak, by nie stanowiły one jedynego reprezentanta gatunku w tej rozmowie i byśmy nie udawali, że dyskusja dotyczy alternatywy extreme gonzo lub zero pornografii w ogóle. Owszem, przychylam się do koncepcji ograniczania i utrudnienia dostępu do hardporn, w takim zakresie, by wyeliminować ryzyko natrafienia przypadkowo i wbrew woli widza na treści brutalne i dalece wykraczające poza tzw. mainstream, ale bez żadnego sekowania softpornu i erotyki. Co więcej, jak trafnie zwróciła uwagę Szprota, w sieci  można znaleźć różne straszności traumatyzujące mimo braku gołej wulwy – filmy z sekcji zwłok, sceny z egzekucji, przepisy na domową produkcję bomby czy narkotyków. To nie są powody, by wysadzać całość sieci, albo wycinać ją po kawałku. W kwestii zaś ochrony małoletnich – tak, strony z pornografią zawierającą treści powstałe z udziałem dzieci należy w rzeczy samej ścigać, ze szczególnym naciskiem na wyszukiwanie autorów tej produkcji ORAZ udzielania pomocy ich ofiarom.) Stąd mój sprzeciw, bo wysyłanie komunikatu do młodzieży, że seks jest rzeczą okropną, nikt nie chce o nim mówić, nie należy go oglądać, nie wolno uprawiać – taki komunikat jest głupi, potencjalnie szkodliwy i ośmieszający. Mój postulat jest taki, byśmy – my dorośli, my szkoły, my społeczeństwo, umieli przekonać młode osoby o budzącej się seksualności, że jest ona źródłem radości i satysfakcji, ale nierozumnie traktowana i bezrefleksyjnie wykorzystywana może stać się źródłem poważnych kłopotów. W tym mieści się nie tylko przestroga przed niechcianą ciążą czy chorobami, lecz również ostrzeżenie przed ekspozycją na treści brutalne i przekraczające wrażliwość odbiorcy. Ale w tym również mieści się informacja o tym, że nie wszyscy ludzie mają taką samą wrażliwość, i że granicą akceptacji zachowań jest krzywda drugiej osoby, a seks (w tym również ekspozycja na bodźce seksualne, np. wizualne) powinien odbywać się wyłącznie za świadomą zgodą drugiej osoby i w zakresie, który jest przez tę drugą osobę dopuszczany. W tym również mieści się trudny do przełknięcia komunikat, że dziwne i egzotyczne dla wielu osób parafilie bądź fetysze nie są złe same z siebie, a odmienna od naszej własnej wrażliwość seksualna nie jest zła/grzeszna/potępiona tylko z powodu swojej inności; że złe one się stają dopiero wtedy, gdy krzywdzą kogoś, gdy ich realizacja opiera się na przemocy, wykorzystaniu przewagi, krzywdzie i cierpieniu.
To jest bardzo trudny temat, dużo trudniejszy do przepracowania i do objaśnienia niż proste ‚zakażmy porno w internecie’. Zakaz, realny czy tylko postulowany na potrzeby zyskania biskupiej aprobaty, jest działaniem pozornym i zamiast. Polityk, który ośmieliłby się przyznać, że dzieci i nastolatki mają swoją seksualność, której nie należy negować i znikać w dyskursie, lecz którą należy uszanować i wspierać rozsądną, dostosowaną do wieku odbiorcy edukacją, zostałby natychmiast rozniesiony na kropidłach i krucyfiksach. Więc zapewne poprzestaniemy na deklaracjach o ohydzie pornografii oraz o niewinności dziecięcej.
 
Tu również prosi się o dodatkowe zastrzeżenie w związku z zamarkowanym przeze mnie istotnym wątkiem bajkowości pornografii. W przypadku kompletnego braku rzetelnej informacji na temat anatomii i fizjologii seksu adepci i adeptki akademii redtube dowiadują się zdumiewających rzeczy na przykład na temat rozmiarów piersi i penisów, które stoją w gigantycznej sprzeczności z ich osobistym doświadczeniem. Dowiadują się również, że penetracja może nastąpić w minutę po zakończeniu drinka a kobieca fizjologia pozwala na satysfakcjonujący seks bez żadnej gry wstępnej. Kolejne lekcje dostarczają wiedzy o akrobatycznych zdolnościach wszystkich seksualnie aktywnych osób oraz o domyślnej gotowości do współżycia u każdego mężczyzny i każdej kobiety. Jest to oczywiście nonsens i dorośli mają tego świadomość, zakładając umowność konwencji i jej bajkowy charakter. (Nie kwestionują tego, bo to trochę tak, jakby kwestionować Star Trek z powodu nierealistycznej prędkości osiąganej przez Enterprise) Ale jeśli przyjmiemy, że są ludzie, dla których internetowe i filmowe porno z braku innych źródeł – rozumnych i odpowiedzialnych rodziców, sensownego programu szkolnego, z braku nauczycieli przedmiotu i mądrych podręczników – staje się pierwszym i podstawowym źródłem informacji o ludzkiej erotyce, to wówczas możemy mówić o poważnym problemie społecznym. Tyle tylko, że jeśli przeraża nas horror edukowania seksualnie młodzieży kinem pornograficznym, zróbmy wreszcie rzetelną edukację w szkołach, by młodzież mogła oddawać się fantazjom przy oglądaniu, ale wiedziała też, że są to fantazje, a rzeczywistość odbiega od produkcji wygrzebanych w sieci. Wnioskowanie idące za zakazywaniem porno, by źle nas nie wychowywało ma ten sam sens, co zakazywanie Star Treka i Gwiezdnych Wojen, żeby dzieci nie uczyły się głupot o fizyce i poruszaniu się ciał w próżni. Bo panie, fizyki w szkole mieli mało i słabo, to przez te filmy myślą, że w próżni laser świszcze i świeci, skąd oni tych głupot nabrali.
 
Druga rzecz, o jaką chciałam zapytać, to jak technicznie sobie to wyobrażają nasi prawodawcy, i czy postulowany przez Camerona tryb: domyślne odcięcie od porno wszystkich, dostęp tylko za imienną pisemną prośbą nie narusza aby zasady, że państwo nie wtrąca się zainteresowania erotyczne obywateli oraz nie zbiera o nich informacji tzw. wrażliwych? Agregowanie przez dostawców internetu baz danych klientów, którzy pod nazwiskiem występują o dostęp do treści określanych przez polityków jako plugawe, niszczące niewinność i wymagających reglamentacji (nie, serio, panie Cameron, co pan oglądał? Jakie filmy pana tak przestraszyły?) wydaje mi się dość śmiałym ruchem przeciw wolnościom obywatelskim, prywatności i poufności upodobań. Znów, by nikt mi nie zarzucił nadmiaru naiwności – w świetle draki wokół PRISM, NSA i Snowdena tylko najgłupsi i najbardziej prostoduszni (oraz użytkownicy TOR) mogą ufać, że stosowne agencje rządowe nie dowiedzą się wszystkiego o ich poczynaniach w sieci, z dokładnością do milisekund i pojedynczych bajtów transferu. Nie chodzi o to, że rządy i agencje rządów nas śledzą, chodzi o to, że w projekcie Camerona to my mamy przynieść kwity na własne działania i pod nazwiskiem złożyć oświadczenie, że robimy rzeczy, które politycy uważają za wstydliwe i brzydkie. A to nie ma nic wspólnego z niewinnością i dziećmi.
 
Jest też trzecia strona tego medalu: przemysł pornograficzny i jego specyfika. I to będzie temat następnej notki.