Kultura gwałtu czyli komu wolno się upić

Pół internetu i prawie całe USA wrze, bo miły biały chłopiec się upił, zaciągnął za śmietnik pijaną dziewczynę z imprezy, wykorzystał ją seksualnie, a teraz poniesie konsekwencje (chyba że sąd go polubi).

 

(Gdyby ktoś był przez ostatnie dni w dżungli odcięty od prasy i internetu, podaję link do relacji samej ofiary. Uwaga, tekst dość długi oraz zawiera dużo triggerów.)

 

Nie chcę tu się zamadto rozwodzić nad samym Brockiem Turnerem – ocena jego działań jest chyba jednoznaczna, nie sądzę, by ktokolwiek z czytelników nie zgadzał się, że z chłopaka po pijanemu wyszło niebezpieczne bydlę – i że na trzeźwo spanikował nie tyle przed ohydą własnego postępku, co przed grożącymi mu konsekwencjami. Co jest obrzydliwe w najwyższym stopniu. Brock Turner jest tu dorodną egzemplifikacją zjawiska toczącego współczesny świat:cała rozprawa, proces, sposób przesłuchań, linia obrony, kuriozalny wyrok; plus to, co się wokół sprawy dzieje, skupia jak w soczewce obraz tego, co zwykło się nazywać kulturą gwałtu. Dla tych, którzy nie spotkali się z tym terminem wcześniej, pozwolę sobie uprościć, że jest to zestaw norm kulturowych, przekonań, stereotypów i funkcjonujących społecznych reguł, które sprawiają, że w przypadku przemocy seksualnej nie ma czegoś takiego, jak domniemanie niewinności ofiary – spora część przesłuchania i procesu skupia się bowiem na wykazaniu współwiny ofiary przemocy, jej prowokowania sprawcy, niedochowania jakichś procedur bezpieczeństwa, nieprzestrzegania reguł dotyczących stroju, sposobu ruszania się etc. Sprawca dostaje szczególne przyzwolenie na agresję seksualną, jako sposób „podrywu” czy „flirtu”, i istotą staje się nie tyle wykazanie, że przekroczył granicę bezpieczeństwa czy komfortu ofiary – co wykazanie, że ofiara uczyniła wszystko co w swojej mocy, by jednoznacznie tej przemocy zapobiec (spoiler alert: nigdy, bo w kulturze gwałtu nigdy nie jest się wystarczająco przewidującą, wystarczająco chronioną, wystarczająco bezpieczną). Kultura gwałtu sprawia, że policje świata wydają instrukcje do kobiet o treści: nie noś krótkich spódnic, bo gwałciciel uzna, że może – bez względu na statystyki, które nie potwierdzają tego przesądu w żaden sposób. Kultura gwałtu pozwala wygłaszać publicznie politykom brednie, że jakoby kobietę się zawsze troszkę gwałci, bo jak ona mówi „nie”, to ma na myśli „tak” – i prasa to drukuje, a dziennikarz prowadzący wywiad nie wyrzuca polityka ze studia.

 

Kultura gwałtu to kultura przyzwalająca na gwałt, rozmydlająca jego znaczenie. Wychowany w tej kulturze złoty chłopiec być może naprawdę nie rozumie, że problemem stawiającym go przed sądem nie jest to, że się nawalił alkoholem, lecz to, że brutalnie zaatakował i wykorzystał drugiego człowieka. Adwokat złotego chłopca może być zawodowym cynikiem, ale zatrudniająca go rodzina nie miała problemu, gdy przeczołgał w sądzie ofiarę napaści, postawił ją w krzyżowym ogniu pytań i wręcz oskarżył, że sama jest sobie winna, że została spenetrowana patykami na asfalcie za śmietnikiem. Wszystkie argumenty i pytania były użyte, by wykazać winę ofiary. Alkoholowe zamroczenie okazało się być bardzo niesymetryczne: zwalniało z odpowiedzialności i moralnej oceny działania sprawcę, zarazem obciążając dziewczynę, która była tak pijana, że nie mogła protestować, gdy sprawca wlókł ją za śmietnik i penetrował jej nieprzytomne ciało. Kultura gwałtu sprawia, że dziewczynę rozliczano w sali sądowej ze spożycia alkoholu, które przyczyniło się do jej upodlenia, krzywdy, cierpienia i zagrożenia życia. Sprawca wykorzystywał fakt, że była pijana przeciwko niej, adwokat insynuował że jej się podobało – mówimy o byciu penetrowaną patykami i szyszkami i patykami na asfalcie za śmietnikiem! – a sędzia tego wszystkiego słuchał i zamiast wywalić to towarzystwo za obrazę sądu, uznał, że wystarczającą karą dla Brocka Turnera będzie kilka miesięcy więzienia. (I to jest moim skromnym zdaniem obraza sądu: kilka miesięcy za gwałt. Prawie tak dobrze, jak w polskich sądach, gdzie za gwałt zbiorowy jest wyrok w zawieszeniu.)

 

Brock Turner wygrał wszystko. Jest młody, śliczny, biały, studiuje na prestiżowym uniwersytecie (nikt go za taką błahostkę jak gwałt na pijanej przecież nie wywali), uprawia z sukcesami sport (tu akurat federacja sportowa uznała, że nie życzy sobie by ją reprezentował, ukłony, USA Swimming!) i rodzice go kochają. Tu listy w jego obronie, które do sądu wysłali matka i ojciec gwałciciela. O ile rozumiem, że miłość rodzica nie zanika, gdy dziecko okazuje się potworem, i że uczucie wobec własnego potomka sprawia, że chciałoby się oszczędzić mu cierpień i niedogodności za wszelką cenę, o tyle uważam, że państwo Turnerowie przekroczyli granicę melodramatu i pozwolili sobie na zupełnie niedopuszczalne rzeczy, byle tylko wybronić syna przed konsekwencjami. W chwili, gdy ojciec gwałciciela szlocha, że

dwadzieścia lat jego życia nie powinno zostać przekreślone przez dwadzieścia minut akcji

jest albo bardzo, bardzo cyniczny, albo bardzo podły. Albo po prostu wychował się w kulturze gwałtu i naprawdę uważa, że te dwadzieścia minut, które sprawiły, że ofiara przeszła przez szpital, potem przez koszmar stresów wokół swojego zdrowia, potem przez paraliżujący stres związany z traumą, następnie przez całkowicie upokarzającą procedurę policyjną i sądową (ponownie odsyłam do pierwszego linku z jej listem), utraciła zdolność do pracy i musiała się przeprowadzić – otóż że te dwadzieścia minut nie powinny jakoś poważne rzutować na przyszłą karierę sprawcy, który przez ten czas, gdy ofiara traciła całe swoje dotychczasowe życie – chodził na studia, ale bez radości, i nie smakowały mu steki. Doprawdy, życie ukarało go zbyt srogo!

 

Ale znowu, co wolno kochającemu ojcu, nie powinno uchodzić sądowi. Argument z wielkiego przygnębienia pięknego syna, który nie ma apetytu, bo się boi aresztu i zrujnowania przyszłej kariery nie powinien przekonywać sędziego, że oto należy pogłaskać biednego zestresowanego gwałciciela i zasądzić mu kwartał za kratkami. To, że Brock był dzieckiem sukcesu nie powinno sprawiać, że wymiar sprawiedliwości uzna go za niewinnego. Ofiara robiła w swoim życiu wiele rzeczy, które pijacki gwałt zniszczył bezpowrotnie – jednak nikt nie potraktowałby serio listu do sądu w jej sprawie, listu opisującego jej braka entuzjazmu wobec steków. W przypadku Turnera brak apetytu i otrzymane w przeszłości dobre stopnie okazały się być ważkim argumentem – dlaczego wykańczający stres skutkujący utratą pracy, wyprowadzka, zaburzenia snu i łaknienia u ofiary nie stają się argumentem równie ważkim? Dlaczego w postępowaniu sądowym ofiara dała się zgwałcić a sprawca bezmyślnie się upił? Dlaczego ofiarę rozlicza się z tego, że nie była w stanie protestować, a sprawcy nie zadaje się pytania, czemu penetrował jakimś brudnym badylem kogoś, kto był zbyt nieprzytomny, by się sprzeciwić?

 

Na korzyść Brocka Turnera zagrało jego dotychczasowe, dobre i wygodne życie. Jego kariera i pochodzenie. Gdyby był czarny, a nie biały, sąd raczej nie okazywałby takiej wyrozumiałości ani pobłażliwości. Gdyby nie był ucieleśnieniem sukcesu, nie dostałby w promocji tego żenująco niskiego wyroku. Brock Turner może jęczeć i płakać w mediach, że pijaństwo jednej nocy zrujnowało mu reputację, ale dopóki kultura gwałtu w Stanach i na świecie ma się dobrze, na niczym poza ewentualnym uszczerbkiem na karierze chłopak nie ucierpi. Jego ofiara straciła dużo więcej, ale do tego ten złoty młodzieniec się nie odniesie w żadnym ze swoich płaczliwych oświadczeń – w kulturze gwałtu to jego cierpienie ma wyjść na pierwszy plan, to jego strata jest tu pierwszorzędna. Ofiara, cóż, mogła się nie upijać, prawda?

 

Jest w tym wszystkim jasny punkt, na szczęście. Skandaliczny wyrok, groteskowe postępowanie przygotowawcze i cała medialna szopka pod wezwaniem „ratujmy bogatego, białego, ślicznego chłopca przed konsekwencjami jego własnego przestępstwa” były zbyt ostentacyjne nawet jak na amerykańskie standardy i spowodowały reakcję polityków wyższego szczebla. Joe Biden zachował się przyzwoicie i napisał list otwarty w sprawie tego procesu. Zauważył wreszcie, że kultura i tradycja ustawiają kobiety na przegranej pozycji, w kontekście zapobiegania przemocy seksualnej. Jest nadzieja, że kultura wsparcia gwałcicieli powoli odejdzie w przeszłość. Pytanie, kto powie o tym polskim policjantom i sędziom?

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.