Kampanie stabilizacyjne i marketingowe

Dzisiaj na szacunek nie zasługuje się czynami, nie zasługuje się na ten szacunek dobrym życiem czy życzliwością, lecz kampanią marketingową za pieniądze Ministerstwa Obrony Narodowej.

Link do artykułu z Wyborczej.

Grupa chłopaków, którzy pojechali na wojnę i mieli na niej pecha dziwi się, że rodacy im nie biją brawa. Bo w USA to bili brawo i się zachwycali, a w Polsce jakoś nie chcą.

To ja może wytłumaczę zdziwionym chłopcom, czemu nikt ich nie oklaskuje.

W polskich szkołach kult oręża realizuje się przez indoktrynację, że oto Polacy walczyli zawsze wyłącznie w wojnach obronnych, poświęcając życie za Ojczyznę. Owszem, wojny napastliwe wiedliśmy również, ale to było dawno temu i usprawiedliwione pomnażaniem ziem dla Korony lub zapobieganiem ich podziałowi. Zasadniczo polski żołnierz bronił, a nie atakował, rzucał się z otwieraczem do konserw na niemieckie tanki i wylewał krew wiadrami a heroicznie, i dlatego wszystkie nasze święta państwowo-wojskowe są tak rozpaczliwie smutne, poważne i dęte. (Disklajmer dla nieuważnie czytających: ja nie streszczam tu historii polskich sił zbrojnych, ja streszczam szkolne nauczanie historii i patriotyzmu) Polski weteran, czy to postać literacka z Or-Ota, czy realny bohater z Westerplatte unosi się w nimbie heroizmu, dziejowej tragedii i poświęcenia.

Do tego statusu aspirują chłopaki z wojska zawodowego. Chłopaki, które wyjazd na misję w Afganistanie czy w Iraku dostały w propozycji, a nie nakazie. Faceci, którzy wybrali karierę w zawodowym wojsku, i którzy z jakichś powodów – finansowych, awanturniczych, ideologicznych zdecydowali się pojechać na misje pacyfikacyjne do egzotycznych krajów. Nie z przymusu, tylko do pracy. I tam mieli różne brzydkie wypadki, bo lokalsi nie byli zachwyceni wizytą chłopaków w mundurach i z bronią, i prowadzili dyskusję z gośćmi za pomocą min przeciwczołgowych, granatów i innej broni (którą być może nawet wcześniej kupili w Polsce, wspomagając nasz przemysł zbrojeniowy). Teraz ci żołnierze płaczą na plakatach, że nikt ich urwanym kończynom w milczeniu nie salutuje tak, jak salutowano westerplattczykom.

I jest mi bardzo smutno, że nie widzą różnicy.

Żeby nie było – jest mi ich szkoda, jak jest mi szkoda każdego, kto uległ poważnemu wypadkowi w pracy, kto został okaleczony i niepełnosprawny. Uważam, że jak psu zupa, tak im się należy ustępowanie miejsc w autobusach czy pomoc przy poruszaniu, jeśli sami sobie nie radzą – bo są niepełnosprawni a nasze miasta są dla nich wrogie i nieprzystosowane. Ale nie odczuwam potrzeby, by zachwycać się nimi i ich czcić z tego powodu, że ulegli wypadkowi na misji. Misja stabilizacyjna to ładna marketingowa nazwa na wycieczkę z bronią do dalekiego kraju, w którym ma się pilnować tego, co większe mocarstwa ustaliły w sprawach polityki; wycieczka, w ramach której dostaje się broń ostrą i pozwolenie na korzystanie z niej wobec lokalnych mieszkańców. W polskich sądach toczyły się już sprawy o ostrzelanie wiosek pełnych cywilów przez naszych misjonarzy. To między innymi z tego powodu trudno szanować faceta, który wziął udział w takiej wojnie wyjazdowej, nawet jak mu przy okazji urwało kawałek ciała. Można współczuć ran i cierpienia, ale trudno je gloryfikować.

Leszek Stępień: – Społeczeństwo może być przeciwne obecności polskich wojsk na zagranicznych misjach, ale to nie powinno przenosić się na weteranów. Za to, że działamy w imieniu Polski, z naszywką z polskimi barwami na ramieniu, należy nam się szacunek.

Otóż nie, proszę pana. Sama naszywka budziła szacunek, gdy była noszona przez obrońców, powstańców czy innych uczestników wojen sprawiedliwych, o których nas uczono. Wychowano nas w kulcie ofiar, w kulcie powstańców-straceńców, w kulcie tych, którzy wyciągali broń w ostatecznej potrzebie, a nie jechali postrzelać za granicę. To już jest inna wojna, i jeśli chłopaki oczekują honorów, o jakich czytali w podstawówce u Orzeszkowej, to pomyliły im się strony. Mit polskiego żołnierza jako jednostki patologicznie honorowej, niewinnej i szlachetnej upadł po pierwszym bombardowaniu cywilnej wioski, po ostrzale szkoły czy wesela. Amerykanie może mają na to wywalone, bo oni celebrują wszystkie wojny na wyjeździe, poza Pearl Harbour nie trafił im się mecz w strzelanego u siebie – stąd mogą oklaskiwać sojusznika, który wziął na siebie kulę czy minę przeznaczoną dla amerykańskiego żołnierza. W Polsce dopiero musimy się nauczyć, że nasza narodowa martyrologia mitologiczna jest od czasu wyjazdowych misji sojusznicznych nieaktualna. Gdy się nauczymy, może i ktoś będzie podziwiać dzielnych kombatantów pacyfikacji afgańskich wiosek. Na razie będą zbierać gorzkie żniwo pretensji, fochów i pogardy: to społeczeństwo z przykrością żegna dobre samopoczucie, że nigdy na nikogo nie najeżdżaliśmy, a polski żołnierz walczył tylko w obronie ojczyzny.

Na razie chłopaki zapłacili za kampanię w mediach. Ciekawe, czy pomoże.

Reklamy