Kill-porn po polsku

Jest taki typ filmów, nazywa się kill-porn. Prawie każda produkcja Tarantino to kill-porn, dużo przemocy, dużo dosłowności, dużo krwi, obrażeń, zgonów, drgających trupów, agonii, znów krwi i fizyczności. Dotkliwe doznanie, dla jednych – po prostu ekscytacja zastępczo przeżywaną (bo via ekran) przemocą, dla innych – uzasadnione artystycznie odwzorowanie ludzkiej natury w działaniu, czy jeszcze inaczej racjonalizowany – przez estetyczne katharsis – dreszczyk emocji. Oczywiście, mówimy sobie jako widzowie, że to wszystko film, celuloid (no dobrze, zapis cyfrowy), farba, sztuczna krew, siniaki z palety charakteryzatora i wybuchy z CGI, to wszystko nieprawda, udawanie, aktorstwo, reżyseria, nie musimy współprzeżywać z aktorami, to nie są prawdziwi ludzie, to są ohydnie bogaci faceci i bogate facetki, którzy za symulowanie swojej śmierci w szesnastu dublach przed kamerą odjadą z planu filmowego kabrioletem. Możemy oddać się bez wyrzutów sumienia przyjemności patrzenia na pornograficzne zbliżenia ciosów i ran, bo to wszystko na niby, tylko zrobione tak dokładnie, żebyśmy emocjonalnie uwierzyli i się ekscytowali widowiskiem. Taki gatunek.

A tak to wygląda zaimportowane do Polski.

I oczywiście, można usiąść w leżaczkach, zjeść kiełbasę z grilla, popić piwem i popatrzeć, jak płonie makieta chałupy, na telebimach są kosy, widły i strzały, a lektor z offu podaje statystyki trafień. Osobna gromada lektorów w prasie i urzędach podaje kolejne uzasadnienia, dla których to wcale nie jest pornografia o zabijaniu: to mianowicie jest rekonstrukcja historyczna, to jest element polityki międzynarodowej, to jest oddawanie hołdu ofiarom rzezi. Różne padają uzasadnienia, bardzo szczytne, historyczne, moralne, pouczające, dla przyjemności popatrzenia na płonącą chałupę i ludzi uciekających z małymi dziećmi z pogromu. Władze gminy nie wahają się ucieszyć, że dzięki spektaklowi zarobią na turystach i gapiach. Mały biznes zaciera łapki, bo widzowie przecież nie na głodnego oglądali zabijanie i tortury, można było pohandlować kiełbasą i piwem, hamburgerami i watą cukrową, żeby publiczność nie czuła przykrego dyskomfortu w kiszkach popatrując na rekonstrukcję przebijania Wołyniaków widłami.

Coś, czego Tarantino nie miał (choć jego budżet na Django przewyższył zapewne roczny budżet całego Podkarpacia) a co miało Radymno: widzów, którzy byli naocznymi świadkami oryginalnych wydarzeń. Kill-porn gdzie strachem i bólem odtwarzanymi przez najętych aktorów może się upajać człowiek, który kilkadziesiąt lat wcześniej patrzył, jak zabijano mu bliskich i drżał, by bandyta nie dostrzegł i jego – to istotnie nowa jakość w tym gatunku i przełamanie kolejnych barier cywilizacji „nie wypada”. Jeśli obrońcy moralności tak strasznie pomstują na kino przemocy i stawiają tezę o szkodliwości filmów banalizujących zło przez jego opatrzenie się i estetyzację, to co powiedzą o podkarpackiej inscenizacji wydarzeń, których świadkowie żyją i byli obecni? Czy rozmyślne fundowanie traumy z odtworzenia najgorszego horroru ich życia jest wartością estetyczną, moralną czy historyczną? Jaki jest zysk z pokazania im na żywych aktorach, jak ginęli ich rodzice, rodzeństwo i sąsiedzi? Jak zmienia pozycję międzynarodową Polski odświeżanie krwawych wspomnień u kilku staruszków? Czy czują się uczczeni płonącą wśrod stoisk z frytkami makietą rodzinnej chałupy?

Jeśli już ktoś lubi gatunek kill-porn, to nie widzę, czemu nie miałby pójść do kina i zaznać przyjemności z patrzenia na doskonale zrobiony film. Nie widzę jednak powodów, dla którego miałby nazywać te produkcje historycznymi rekonstrukcjami w hołdzie bohaterom, lub ekscytować się, że dzięki litrom sztucznej krwi pozycja Ameryki na arenie międzynarodowej zyskuje na godności i autonomii. Jeśli lubisz patrzeć, to patrz, nie musisz w tym celu nazywać ulubionego gatunku pornografii kontrowersyjną rekonstrukcją dla uczczenia uczestników historycznych wydarzeń. Chyba, że jest w tej przyjemności patrzenia i rekonstruowania coś, czego się wstydzisz, i wolisz mu nadać jakieś ukrywające twoją przyjemność voyeurysty imię.

Reklamy