Koza rabina, czyli polski kompromis

Polska to dowcip o kozie rabina, opowiadany w nieskończonej pętli.

Po ledwie półtora roku dostępności politycy wycofali z obiegu bezreceptowego preparat EllaOne, wracając do stanu, gdzie antykoncepcję awaryjną musi przepisać lekarz. Chyba, że ten lekarz to Konstanty książę pan Radziwiłł:

snippet-radziwill

Człowiek, jak widać z obrazka, wysokich standardów moralnych i wielkich oczekiwań wobec swoich pacjentek. Przy okazji, Minister Zdrowia w naszym wesołym zakładzie.

Zwięzła powtórka dla tych, którzy w zimie hibernują i przetrwali bez wiedzy, co się w mediach i internecie działo na temat tzw. pigułki po:

  • EllaOne, jak i kilka podobnych w działaniu leków, jest antykoncepcją awaryjną, stosowaną jak sama nazwa wskazuje, w sytuacjach kryzysowych – gdy zastosowane zwykłe środki prewencji ciąży zawiodły i istnieje ryzyko zapłodnienia. Jest również stosowana przez ofiary gwałtu, z przyczyn oczywistych.
  • Antykoncepcja awaryjna musi być zastosowana w ciągu najdalej 72 120 godzin (jeśli mowa o preparacie EllaOne – korekta na podstawie komentarza) po stosunku, przy czym jej skuteczność spada w czasie.
  • Antykoncepcja awaryjna nie jest środkiem wczesnoporonnym, wywołującym poronienie, ani „aborcyjnym”, wbrew temu, co mówią zaangażowani ideologicznie specjaliści od kobiecej fizjologii
  • EllaOne kosztuje około 150 zł, co w dość oczywisty sposób sprawia, że nie jest to lek łatwo dostępny i nadający się do nadużywania

Tu zaś informacje na temat faktycznego popytu na EllaOne, pochodzące z pierwszej ręki, od aptekarza który postanowił być głosem rozsądku w sporze – link do wpisu Jerzego Przystajki, farmaceuty.

W zasadzie trudno coś dodać do przytoczonych przez Jerzego Przystajkę obserwacji: EllaOne z założenia miała być lekiem luksusowym. Nie znam wielu osób, które mogłyby sobie pozwolić na zrobienie zapasów preparatu, czyli wydać wielokrotność tych 150 złotych po to, by nie musieć w razie pęknięcia prezerwatywy biec w nerwach do lekarza po receptę i sprawdzać, jak elastyczne jest jego sumienie. Nie ma co udawać, że poprzedni rząd wyjął spod rygoru recepturowego akurat tę tabletkę z innych przyczyn niż ustalona przez producenta cena – istnieją dużo tańsze preparaty o podobnym działaniu, ale ich nie objęło uwolnienie do OTC. „Udostępnienie” najdroższego leku miało być kompromisem zgodnym z najlepszą polską tradycją targów o prawa kobiet: malutkie ustępstwo nazywane wielkodusznym aktem moralnego permisywizmu i otwarciem bram piekieł. Obecnie bramy mają zostać zamknięte i podparte kołkiem, oczywiście w imię troski o zdrowie tych nieszczęśnic, które bez wydania kilkuset złotych na prywatną wizytę lekarską otrułyby się niechybnie ElląOne.

Prawie wszystko na ten temat już zostało w internecie napisane i powiedziane: również o skutkach ubocznych. Fałszywa troska o fatalne skutki zażywania leków bez recepty wylewa się zewsząd, acz dziwnym trafem nie dotyczy preparatów, które zdążyły już w Polsce zabić kilka osób a wiele innych pozbawić zdrowia i sprawności, preparatów dostępnych za trzy złote w każdym kiosku, markecie i stacji benzynowej; dotyczy natomiast trudnodostępnej, drogiej i wymagającej konsultacji z farmaceutą przy zakupie tabletki EllaOne. Tabletki, której efekty uboczne są dużo mniej dramatyczne, niż potencjalna lista powikłań przy jedzeniu paracetamolu czy pyralginy. Moraliści i moralistki lejące rzewne łzy nad spustoszeniem, jakie rzekomo miałaby tabletka po wywołać w organizmie nieszczęsnej nastolatki jakoś milczą na temat opcji alternatywnej: hormonalnej burzy trwającej przez  dziewięć miesięcy ciąży i trzy następne połogu i rekonwalescencji. Ten skutek uboczny niezastosowania antykoncepcji awaryjnej wydaje się im łatwiejszy do zaakceptowania, choć może się w przypadku młodocianego organizmu skończyć dużo gorzej. Stąd moja sugestia, by nie dawać się wybijać z rytmu przez biadolenie na temat skutków ubocznych: większość rzeczy dostępnych od ręki wszędzie wokół: aspiryn, paracetamolu, środków na kaszel czy przeczyszczających (o alkoholu i papierosach z państwową akcyzą nie wspomnę przez litość) jest dużo bardziej szkodliwa – a wiele tańsza i reklamowana we wszystkich możliwych mediach (z wyjątkiem alkoholu i papierosów). Jeśli mamy udawać, że spędza nam sen z powiek ryzyko przyjęcia leku bez konsultacji z lekarzem, powinniśmy umawiać się do internisty i neurologa po receptę na apap za każdym razem, gdy nęka nas kac czy ból stłuczonego mięśnia, panowie posłowie i panie posłanki moraliści od święconej macicy. Przegonienie nastolatki przez ginekologa (do którego formalnie nie może zapisać się bez zgody rodzica!) nie służy niczemu, poza stresem i kosztem. Jest też niezerowe ryzyko że w budżecie nie wystarczy już pieniędzy na tabletkę po uiszczeniu opłaty za konsultację, ale to raczej cel zamierzony tego przepisu niż przypadek.

Oczywiście, że wycofanie EllaOne jest aktem prawnym opartym na antyfeministycznym podejściu do prawa kobiet o decydowaniu o swojej rozrodczości, a nie wynikającym z założeń ochrony czyjegokolwiek zdrowia. Oczywiście, że w tle rezonuje nastawienie, że niechciana ciąża ma być karą za seks i że kobiety należy dyscyplinować strachem przed ciążą, aby nie były tak rozwiązłe jak mężczyźni (czy wiecie, że preparaty viagropodobne występują w wolnym dostępie aptecznym? Wiecie, bo w każdej stacji państwowej telewizorni lecą stosowne reklamy. Co ciekawe, oczywiście, bo lista szkodliwych skutków ubocznych viagry jest znowu dłuższa niż w przypadku antykoncepcji, a ryzyko przedawkowania większe). Oczywiście, że protest kobiet w tej sprawie jest głośny, zwłaszcza, że jak mówią ci, co czytali projekt nowej ustawy, do obiegu recepturowego mają wejść również globulki antykoncepcyjne. Polskie prawodawstwo zamierza zmienić kobiety w zwierzęta rozpłodowe, wierząc święcie, że ciąża to błogosławieństwo a środki antykoncepcyjne to perwersyjna apokalipsa, której doświadczyć mogą tylko te, które najpierw przegoni się przez czyściec kosztów i upokorzeń, taką ścieżkę zdrowia od klauzuli sumienia do rachunku na paragonie.

Protestujmy. Ale nie jak z kozą rabina, nie dajmy sobie wmówić, że restrykcje to kompromis. Żądajmy powrotu do aptek antykoncepcji awaryjnej na każdą kieszeń: środków bezpiecznych, atestowanych i dostępnych bez recepty i moralizacji Radziwiłła i jego ministrantów. Żądajmy edukacji seksualnej na światowym poziomie, dostępności bezpiecznych środków prewencyjnych i dostępności (również w wymiarze ekonomicznym!) ginekologa profesjonalisty, skupionego na zdrowiu i dobrostanie pacjentek, a nie sumieniu swoim i swojego spowiednika. Żądajmy tego wszystkiego, dla siebie, dla naszych matek, sióstr i córek – jeśli będziemy prosić tylko o powrót EllaOne, nie dostaniemy nic.

 

 

Reklamy