Krzycz na bitego, żeby nie płakał

Kto powinien ustalać, ile dyskryminacji, cierpienia i krzywdy to za dużo, a ile jeszcze można znieść cierpliwie, czekając na lepsze czasy i klimat odpowiedniejszy do zmian?

Na pewno nie osoba dyskryminowana, powiedział pan premier Tusk, który uważa, że lepiej od osób LGBT umie sformułować postulaty w sprawie równouprawnienia.

Najgorsze co mogłoby się stać to przygotowanie takiej ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uzna za niezgodną z konstytucją. To mogłoby zamrozić temat związków partnerskich na dekady. Bo dziś nie widzę szans, że w ciągu 10-15 lat w Sejmie znajdzie się większość dla radykalnych rozwiązań tej sprawy. Ja chciałbym żyć w kraju, gdzie wszelkie odmienności cieszą się szacunkiem wyrażonym w przepisach prawa, ale muszę być odpowiedzialny za skutki prawne i społeczne. Do efektów dojdziemy drogą ewolucji, choć może nie będą to efekty przez wszystkich tutaj pożądane – mówił Tusk
Tłumacząc z pokrętnej mowy na bezpośredni przekaz: mniejszości, siad na dupie, dostaniecie tyle wolności i tyle praw, ile wam jesteśmy skłonni dać, i nie próbujcie żądać więcej, niż nam się wydaje. Bo to nie jest tak, że osoby LGBT jakieś prawa mają, bo są ludźmi – politycy, czyli biali, heteroseksualni mężczyźni praworządnego wyznania rzymskokatolickiego są dysponentami tych praw, i będą je wydzielać po uważaniu, a niesfornych i roszczeniowych skarcą lejąc po łapach i strasząc, że na lata odbiorą im wszelkie nadzieje.
To powiedział pan premier Tusk, i przynajmniej szczerze powiedział, co myśli. Bo cóż innego znaczyło to szantażowanie Trybunałem Konstytucyjnym? Jeśli premier rządu, szef partii mającej sejm, senat, prezydenta i większość władz lokalnych i samorządowych nie umie zrobić skutecznej kampanii poparcia dla nowej ustawy, i to ustawy, która w przeciwieństwie do paru innych, przepchniętych przez sejm (np ustawy podwyższającej VAT), nie odbiera nikomu pieniędzy ani praw, za to pewnej grupie przyznaje prawa, którymi większość cieszy się od dawna i ma je za wręcz przyrodzone. To nie jest gra o sumie zerowej, gdy komuś trzeba część praw zabrać, by przydzielić osobom LGBT możliwość dziedziczenia, opieki nad partnerem/partnerką, otrzymania informacji o stanie zdrowia czy wzięcia wolnego na zajęcie się chorym/chorą. To kwestia zmiany zapisu i wyrównania dotychczasowej dyskryminacji, a za tym – złagodzenia wielu indywidualnych dramatów i krzywd. Ale dla pana premiera to są radykalne żądania. Pan premier uważa, że to on wie lepiej, ile jeszcze osoby dyskryminowane mogą wytrzymać, i będą musiały wytrzymać, póki on nie uzna, że już wystarczy. Pan premier sam wie lepiej, o ile osoby LGBT mogą go prosić, żeby się on i cała klasa polityczna nie obraziły. To nie jest rozmowa obywatela z obywatelami, to jest rozmowa właściciela z podwładnymi. Nie jest to specyfika samego Tuska, to dyskurs całej prawicowej klasy politycznej i publicystycznej, która swoje przywileje społecznie traktuje jak przyrodzone prawa, a prawa mniejszości – jak fanaberyjne i wyuzdane roszczenia.
 
Premier był łaskaw wiedzieć lepiej również w sprawie aborcji. Tu znów było śmieszno i straszno, zupełnie jak w dowcipie „a mógł zabić”. Nie wierzycie?
 

Tusk powtórzył swoje wcześniejsze zapewnienia, że nie będzie dążył do liberalizacji ustawy aborcyjnej. – Ale na zaostrzenie tych regulacji też się nie zgodziłem. Jestem zwolennikiem status quo – zaznaczał, a publiczność odpowiedziała buczeniem.

Czyli – nie miejcie złudzeń, że pozwolę wam decydować o waszych ciałach samodzielnie, że pozwolę wam decydować, czy dacie radę donosić ciążę, urodzić i znieść wszystkie trudy później. Niech wam się nie wydaje, że poza wąziutkim zakresem absolutnie ostatecznych dramatów (z którego to zakresu w praktyce i tak nie możecie za bardzo skorzystać) państwo oddali od was przymus donoszenia każdej niechcianej ciąży. Cieszcie się, że nie odebraliśmy wam nawet tego ogryzka wolności, jaki zapisany jest w ustawach (których i tak nie przestrzegamy).  Bądźcie grzeczne i nie proście nachalnie, bo pójdziecie spać bez kolacji. Tak mówił premier do kobiet, tak mówi do obywatelek i obywateli.

 
Ja rozumiem, że politykę się robi brzydko, i że partia, której spadają sondaże będzie chciała iść zgodnie z sondażami, nawet jeśli po trupach. Smutne – że zawsze są to trupy mniejszości i osób dyskryminowanych. Smutne, że prawie zawsze są to trupy kobiet. Najsmutniejsze, gdy politycy idący po trupach pokrzykują groźnie, by trupy umierały ciszej i mniej protestowały, gdy się po nich depcze. 
Reklamy