Matki, feministki, alimenciary

Wiem, że to już zakrawa na masochizm, ale wracam do Szlendaka, z którego mądrości cieszyłam się kilka notek temu – gdy szanowny socjolog rozjeżdżał feministki źle odnoszące się do macierzyństwa:

– Choćby te wyrażone w pogardzie, z jaką traktowane są kobiety czerpiące przyjemność z poświęcania się dzieciom. Jedna z moich doktorantek bada kwestię kobiet, które określają się jako feministki, ale także postanowiły mieć dzieci i chcą czerpać przyjemność z macierzyństwa. Akademickie feministki traktują takie kobiety niczym zdrajczynie całego ruchu, bo one niby poddały się męskiej presji, zrezygnowały ze swoich ambicji, by urodzić dziecko. Niektóre odłamy feminizmu mają z macierzyństwem kłopot.

 

 Aha, tylko, że te wrogie macierzyństwu feministki nie istnieją:

Co ciekawe, nie-feministki, w szczególności te będące matkami, mają błędne poglądy na temat stereotypowej feministki, która w ich oglądzie jest osobą niezainteresowaną czasochłonnymi i pracochłonnymi praktykami przywiązania rodzicielskiego. Nie-feministki uznawały feministki za mniej zainteresowane przywiązaniem rodzicielskim, kiedy to w rzeczywistości feministkom było ono bliższe.

Liss i Erchull konkludują: „Nasze wyniki sugerują, że powszechnie występujący stereotyp mówiący, że feministki są przeciwne związkom romantycznym i rodzinnym jest nieprawdziwy. Nasze dane wskazują, że to w rzeczywistości feministkom są bliższe praktyki przywiązania rodzicielskiego*”.

 

Tak jakoś nieswojo mówić, ale czyżby doktorantka Szlendaka istniała tam, gdzie i inne źródła jego mądrości naukawych? Bo jakoś badania (fakt, że na niezbyt wstrząsająco licznej grupie, ale jak na badanie psychologiczne – znośnej) nie bardzo są skłonne zgadzać się doktorantką. Za to – o, jakie to zdumiewające! – zgadzają się ze stereotypem, jaki pokutuje na temat feministycznego macierzyństwa. Hm, hm. Smutne to okropnie, bo poza Schadenfreude ze złapania pana doktora z opadniętymi spodniami na wierutnym kłamstwie mam wrażenie, że z nauką uprawianą w ten sposób jak robi to Szlendak i jego magistranci/doktoranci – dobrze nie jest i raczej nie będzie.

 

A teraz znacznie mniej zabawna część notki. Prosiłabym o kliknięcie i przeczytanie tego  artykułu, świetnie napisanego przez Izę Desperak (ukłony dla Szproty, która propagowała). Naprawdę, poproszę o przeczytanie całości, bo tu będą tylko skromne komentarze do poważnej pracy Desperak, która przeanalizowała kolejne zmiany ustaw wokół Funduszu Alimentacyjnego.

Historia jest ponura, ale dobrze odzwierciedla zmiany, jakim podlegało nasze myślenie o słabszych członkach społeczeństwa na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat: od solidarnego zrzucania się na pomoc dla osób pozbawionych środków do życia do piętnowania i potępiania roszczeniowych nierobów. Widać tu doskonale, jak odchodzimy od myślenia o sobie jak o wspólnocie (ponowne podziękowania dla Szproty za mądre obserwacje) w kierunku wizji hordy i indywidualnej walki na zęby i pazury –  walki, w której słabsze osobniki mają sobie radzić same albo zginąć, bo ludzi sukcesu to nie musi obchodzić.

Historia zmian w Funduszu odzwierciedla to, jak zmieniło się myślenie ustawodawcy o samych alimentach. Fundusz pierwotnie wypłacał potrzebującym należne świadczenia nieściągalne w zwykłym trybie, zostawiając sobie późniejsze dochodzenie ich od dłużnika. Ustawodawca bowiem uważał wówczas, że potrzeby małoletnich są priorytetowe, a niewydolność bądź niefrasobliwość rodziców nie powinny powodować głodu lub niedostatku dzieci. Stąd Fundusz zakładał niejako za ojców należne dziecku pieniądze, a potem usiłował odzyskać je od ukrywających się rodziców z różną skutecznością. Zmiany w Funduszu brały się nie tylko z ogólnego debetu w budżecie państwa, ale i ze specyficznego przewartościowania podejścia do beneficjentów – uzależnienie wypłaty od sytuacji finansowej matki tam, gdzie dotąd decydowała zasądzona przez Sąd Rodzinny kwota alimentów była znamiennym objawem. „Państwo nie jest ojcem” – grzmiała Jolanta Banach, ale to zdradliwa teza, bo ojcem też nie jest samotna matka ani jej pracodawca, rodzina czy partner. Mówienie, że alimenty z Funduszu można przyciąć, gdy samotna matka przestaje żyć w nędzy dzięki znalezieniu lepszej pracy lub szczęśliwemu zamążpójściu, oznacza, że państwo (dotychczas będące pośrednikiem w wykonywaniu wyroku Sądu, przypomnijmy!) z góry zakłada, że to na samotnym rodzicu spoczywa ciężar utrzymania dziecka, a Fundusz będzie w ostateczności w minimalnym możliwym stopniu zapobiegać zgonom z głodu tych mniej zaradnych. Zamiast poprawić ściągalność należności od niewywiązujących się rodziców, ruszyła kampania oczerniająca roszczeniowe kobiety (a to nowość, prawda?) i wstrzymano wypłaty tym, które jakoś same utrzymują się na powierzchni.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że przecież to słuszne, że po co wypłacać z wychudzonego budżetu pieniądze tym, którzy sobie bez nich poradzili, przypomnę: alimenty to nie jałmużna ani darowizna – to zasądzone wyrokiem polskiego Sądu środki na utrzymanie dziecka. Fundusz wypłacał je w imieniu ojców niewypłacalnych (bezrobotnych, osadzonych w więzieniu etc) a potem od nich dochodził zwrotu kosztów. To nie były prezenty.

Komunikat płynący z tych zmian jest prosty: kobieto, radź sobie sama. Było nie zachodzić w ciążę z nieodpowiednim facetem, było nie rodzić dzieci. Zdumiewające, jak zbieżnie z polską ulicą, z Mikołejką, z forami internetowymi, mówi polski ustawodawca. Ten sam ustawodawca, który „szczególną opieką otacza małżeństwo, rodzinę i rodzicielstwo”, jak żartuje sobie Konstytucja. Ten sam ustawodawca, który surowo i pod sankcją więzienia zabrania aborcji z przyczyn społecznych i finansowych.

Kobiety w Polsce nie chcą rodzić dzieci, o czym trąbi co druga gazeta i praktycznie każdy portal internetowy. Kobiety w Polsce rodzą dzieci późno i niechętnie, przedkładając nad wczesne macierzyństwo dobrą (lub najlepszą dostępną w ich zasięgu) edukację i jakie – takie ustabilizowanie zawodowe (czyli stałą umowę o pracę, nie szalejmy z wyobrażeniami o mitycznej karierze). Robią to, bo zdają sobie sprawę, że od zajścia w ciążę staną się publicznym wrogiem numer jeden, nie znajdą zatrudnienia ani wsparcia, zostaną nazwane roszczeniowymi cwaniarami, a po urodzeniu będą musiały radzić sobie w dużej mierze same z wychowaniem dziecka, bo żłobki i przedszkola wyglądają na spotach wyborczych mniej efektownie niż stadiony. Kobiety w Polsce czytają prasę i są świadome, że jeśli ich wybór partnera i ojca dziecka okaże się niefortunny, zostaną same z obciążeniami wynikającymi z rodzicielstwa, a państwo będzie im pomagać dopiero, gdy znajdą się na granicy całkowitej nędzy.

Państwo samo nie chce, byśmy postrzegały je jako przyjazną i opiekuńczą wspólnotę. Państwo od nas żąda, ale nie podaje ręki, gdy staramy się sprostać jego żądaniom. Państwo oferuje nam frazesy o szczególnej opiece i trosce, ale obcina Fundusz Alimentacyjny i likwiduje żłobki. Państwo sponsoruje kampanie medialne i marsze prolajfersów, ale nie jest skłonne zauważyć, że dzieci narodzone w trudnych warunkach socjalnych potrzebują pieluch, kaszek i szczepionek bardziej, niż plakatów i kazań. Żądanie rozrodczości przy jednoczesnym wysłaniu samotnych rodziców do stygmatyzującej kolejki klientów opieki społecznej wydaje się drwiną. Zdziwienie niskim współczynnikiem dzietności w Polsce może pojawić się tylko u osób, które kompletnie nie potrafią widzieć więcej niż jednej statystyki naraz. Niestety, widzenie tunelowe nie sprawdza się przy planowaniu rodziny. Politykom od prorodzinności zaleca się szerszą perspektywę niż tylko walka z aborcją i feminizmem.

 

________________________________________________________________________

*[Dla tych, którzy dotąd omijali strony poświęcone rodzicielstwu i stylom wychowywania przyszłych pokoleń: tzw. „przywiązanie rodzicielskie” to styl wychowawczy oparty na podążaniu za dzieckiem, bardzo wymagający i zakładający, że to rodzic się dostosowuje do potrzeb dziecka, a nie na odwrót (mówimy tu o wychowaniu niemowląt a nie uleganiu terrorowi gimbazy!) – karmi na żądanie, nosi na rękach, koi, sypia z dzieckiem, długo karmi piersią etc.]

 

 

Reklamy