O takich, co ukradną przyszłość

Mam pewne obawy, że wypadek drogowy premier Szydło i towarzyszący mu radosny medialny chaos (znikająca podwójna ciągła, nieznana prędkość i oznakowanie kolumny, gorszy sort świadków wydarzenia, samobójcze, zamachowe seicento i cały ten slapstick pod tytułem Błaszczak mówi różne rzeczy) kompletnie przysłonią najnowszy pomysł polskiego rządu – pomysł, żeby ukraść nam przyszłość.

Oczywiście nie mówię tu o jakichś gagach rodem z SF, mówię o planach zamachu na oszczędności emerytalne. Pardon, to już zupełnie nieaktualne określenie, bo przecież wiceminister pracy, Marcin Zieleniecki powiedział właśnie:

Nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość

I zdębiałam, bo zdaje się, że na tym właśnie miała polegać koncepcja emerytur, ba, od czasu reformy z 1999 cały pomysł ubezpieczeń sprowadzał się do tego, że wysokość emerytury miała odpowiadać wysokości składek wpłaconych przez człowieka przez lata pracy (z dokładnością do różnych wyjątków, jak m. in. KRUS). Tymczasem, jak relacjonuje Dziennik Gazeta Prawna – rząd przeszedł od kreatywnej księgowości do liczenia pieniędzy i zrozumiał, że nie ma środków na świadczenia, i to nie ma jeszcze bardziej niż sądził – i teraz próbuje na cito znaleźć wyjście. Nie jestem ekonomistką, ale plot twist, w którym rząd na rympał oświadcza, że gdzieś tak jednej trzeciej obywateli emerytur nie wypłaci w ogóle, ani w części, ani w całości, ani w transzach po pięć złotych, wydaje mi się skokiem na przyszłość całego pokolenia ufnego w zasady solidaryzmu, odpowiedzialności i to, że wszystkie kolejne rządy trzymać się będą żelaznej zasady pacta sunt servanda. Ależ byliśmy naiwnymi łosiami.

Mogę się teraz unosić oburzeniem, że polityka nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi nie przystoi rządowi spod znaku, państwo wybaczą sarkazm, Prawa i Sprawiedliwości. Mogę się pienić, że projektowane zawłaszczenie składek osób o stażu krótszym niż właśnie wyjęty z rękawa piętnastoletni limit to jawny rozbój i bezczelne łatanie dziury w budżecie ZUS pieniędzmi suwerena; że to skazywanie całej gromady (przyszłych) starych ludzi na wegetację i żebry. Dużo jest oczywistych powodów do wzburzenia i wymachiwania pięściami, każdy z przyszłych i obecnych emerytów ma od razu gotową listę powodów, dla którego planowany skok na składki (obecnie czysto wirtualne, uwzględniając deficyt) jest skandaliczny i niemoralny.

DGP powołuje przykłady ludzi, w których zmiana zasad wypłacania emerytur uderzy najsilniej i z największym prawdopodobieństwem – pracownicy firm, które nawalały z punktualnym i rzetelnym odprowadzaniem składek, ludzie o nieciągłym zatrudnieniu, osoby, które wiele chorowały i przez to nie mają skompletowanego wymaganego okresu składek, mimo pozostawania w stosunku zatrudnienia. Jest jednak grupa ludzi, których DGP nie wymienia, a która właśnie dostała tym projektem po pysku dość brutalnie: są to kobiety decydujące się zrealizować ideał poświęcenia kariery rodzinie. Kobiety, które ze względów emocjonalnych, ekonomicznych czy funkcjonalnych wycofały się z rynku pracy, by wcielić się w kapłanki domowego ogniska, a bez metafor: by niepłatnie zajmować się ciężką pracą domową na rzecz swoich mężów, rodziców, teściów i dzieci. Nie istnieją one w rejestrze bezrobotnych, bo odkładają decyzję o poszukiwaniu pracy na czas, gdy dzieci nie będą już potrzebować ich w trybie pełnoetatowym (lub gdy wymagający nieustannej opieki pielęgniarskiej starzy rodzice lub teściowie umrą). Te same matki, o których prasa liberalna z trwogą i pogardą pisała, że sprzedały się za 500 zł dofinansowania, bo rzuciły pracę (nie poświęcając ani chwili refleksji, co to za praca, która jest mniej warta niż 500 zł zasiłku), i w których imieniu martwiła się obłudnie wypchnięciem z rynku pracy, właśnie otrzymały sygnał, że odchowawszy ostatnie z dofinansowanych dzieci nie mają już całkiem po co wracać do roboty – bo i tak, choćby odpadły im od ciężkiej orki ręce, nie odłożą na swoje emerytury ani grosza. To w swojej ironii zarazem straszne i swoiście komiczne, że to właśnie  minister pracy tym jednym strzałem niweluje wysiłki wielu poprzednich rządów wymierzone w aktywizację zawodową kobiet. Wyrzekając jednocześnie w głos, że na jednego emeryta przypada coraz mniej osób wpłacających składki – ministerstwo pracy przygotowuje rzeczywistość, w której kobiety nie mają absolutnie najmniejszej motywacji, by do pracy zawodowej po latach pracy w domu wracać. Ze świadomością, że podjęcie pracy nie da im żadnego zabezpieczenia na starość – po co mają się o tę pracę starać? Mogą kombinować pokątnie, zatrudniać się na czarno i zajmować się z premedytacją oszukiwaniem fiskusa, wychodząc z założenia, że działają wyłącznie w ekonomicznej samoobronie przed państwem, które obiecało je okraść ze składek, jakie potencjalnie zebrałyby w tym okresie przed emeryturą.

Policzmy na głos: przy obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet, i przy wprowadzeniu limitu 15 pełnych lat składek, żadnej kobiecie nie opłaca się wracać na rynek pracy po ukończeniu 45 roku życia, ponieważ fizycznie nie zdoła na tę emeryturę odłożyć. Nawet jeśli pracowała przez te kilka lat wcześniej, nim przeszła w tryb opieki nad rodziną – nie zdąży. Nie ma takich supermanów, którzy przez piętnaście lat nie wezmą zwolnienia z powodu kataru czy złamania nogi – a te przerwy odliczą się od okresu wymaganego do minimalnej emerytury. Rynek pracy nie czeka na nie z otwartymi ramionami, więc też nie mają co marzyć o tym, że uda im się utrzymać ciągłość zatrudnienia.

Najmocniej to uderzy w matki dzieci niepełnosprawnych, które nie tyle same wybrały ścieżkę poświęcenia, co zostały przez los i państwo polskie postawione w tej sprawie pod ścianą. Nie mając tak naprawdę żadnego instytucjonalnego wsparcia, sensownej organizacji opieki i terapii, zajmując się pełnoetatowo pielęgnacją, koordynacją badań, zabiegów i rehabilitacji, przez prawie całe dorosłe życie są wyłącznie opiekunkami i matkami – ich szansa na przynajmniej spokojną emeryturę, choćby najniższą z powodu niewielkich składek pochodzących z pracy dorywczej, niepełnoetatowej czy podjętej gdzieś pomiędzy okresami wzmożonej pracy nad rehabilitacją członka rodziny – właśnie znikła. Nie przypuszczam, by pan minister to widział zza swojego biurka. Mam nadzieję, że zobaczy teraz.

 

Nie lubię dramatycznych zdań w rodzaju: „rząd nienawidzi kobiet”. Ale trudno od nich uciec, gdy jest się kobietą w Polsce. Gdy trzeba stać w deszczu pod czarną parasolką; gdy kolejne fundacje pomocy kobietom tracą dofinansowanie, bo nie są tak uniwersalne jak budowa świątyni; gdy prezydent (z wykształcenia prawnik!) bez najmniejszego zażenowania rekomenduje zignorowanie konwencji przeciwko przemocy – trudno wierzyć, że Polska jest dobrym i bezpiecznym miejscem do życia. Gdy natomiast słyszy, że nie ma po co wracać do pracy po latach poświęcania się rodzinie, bo to i tak będzie za mało, by dostać choćby minimalną emeryturę… Cóż, wydaje się, że następna rewolucja będzie rewolucją wściekłych, doprowadzonych do ostateczności kobiet, którym rząd zabiera wiele z życia, a teraz próbuje ukraść przyszłość.