Największy fandom świata

Sama to sobie zrobiłam, poszłam czytać stenogramy z debaty o in vitro w polskim cyrku polskim parlamencie. Odważni mogą sami kliknąć tutaj, acz zaleca się jako środek wspomagający aviomarin i tabletki na nadciśnienie.

Nie będę się znęcać wyciąganiem co straszniejszych czy bardziej groteskowych cytatów, bo to już zrobiła reportażowo Gazeta.pl – a w wersji rozszerzonej o komentarz merytoryczny i emocjonalny – Lemingarnia. Zwłaszcza Lemingarnię polecam, bo nie znam lepszego źródła popularyzującego rzetelną wiedzę na temat zjawiska i procedur in vitro. Wracając jednak do stenogramów, przebija z nich nie tylko nadzwyczajne stężenie niechęci do uregulowania prawnego metod wspomagania rozrodu, ale przede wszystkim – przerażająca ignorancja oraz lęk przed zaawansowanymi naukowymi technologiami. Co oczywiście nie tylko martwi (mówimy o przedstawicielach społeczeństwa, nieprawdaż, o delegatach narodu mających głos decydujący i stanowiących prawo w tym kraju), ale – łagodnie rzecz ujmując – co najmniej zadziwia.

Można sobie pozwolić na ironię jak senator Cimoszewicz (jeden z niewielu rozsądnych głosów w debacie), cytuję ze stenogramu:

Senator Włodzimierz Cimoszewicz:

Dziękuję serdecznie. W gruncie rzeczy nie uzyskałem odpowiedzi na żadne ze swoich pytań i dlatego chciałbym…(Senator Tadeusz Kopeć: Nie czuję się kompetentny, by… Przepraszam.) W związku z tym mam tylko jedno pytanie. Nie będę więcej zabierał głosu. Czy słusznie rozumuję, iż komisja podjęła decyzję i zajęła swoje stanowisko bez rozważenia medycznego aspektu całego tego zagadnienia, czyli kierując się innymi przesłankami niż medyczne? Dziękuję.

Jestem absolutnie przekonana, że Cimoszewicz ma rację, i że większość komisji debatowała nie o medycynie, a o różnych fantazmatach, jakie udało im się wyprodukować na samą myśl o zapłodnieniu pozaustrojowym. Podobne stężenie złej woli i niechęci do rzetelnej wiedzy można obserwować przy okazji innych debat na tematy nowych technologii czy praktycznego wdrożenia/uregulowania zastosowań osiągnięć naukowych lub technicznych (GMO, przeszczepy organów, ustalanie kryteriów śmierci czy granic resuscytacji, manipulacje genetyczne, klonowanie etc). Nie wydaje mi się, by samym tylko konserwatyzmem lub przywiązaniem do znanego status quo dało się wytłumaczyć takie opinie, jak poniżej (senatorzy Czudowska i Hodorowicz):

– My tą ustawą otwieramy piekielne wrota. Wrota nadużyć, których jeszcze nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

– Jest to metoda inżynieryjna, a nie medyczna, sprowadza człowieka do roli produktu i pozbawia go „atrybutu cudu natury”.

Nie są to zdania w jakikolwiek sposób sensowne. Nie są to nawet opinie merytoryczne, są to werbalizacje straszliwych lęków, jakie senatorowie w polskim parlamencie żywią wobec dokonań medycyny wykraczających poza zaplombowanie bolącego zęba. (Czy próchnica i ropień są swoją drogą obdarzone „atrybutem cudu natury”, jako całkowicie naturalne i samoistne? Czy ma ten tajemniczy atrybut stan zapalny wyrostka? A samoistne poronienie? A ciąża pozamaciczna? Tyle pytań bez odpowiedzi!)

Oczywiście ja doskonale rozumiem, że widok sterylnego laboratorium, rzędów probówek i epruwetek, mikroskopów i szkiełek, a w tym wszystkim nadnaturalnie skupionego naukowca w białym fartuchu i okularach przelewającego coś z jednej dymiącej kolby do drugiej musi wieszczyć co najmniej wybuch, jeśli nie katastrofę na skalę miasta/globu. Czytaliśmy Frankensteina. Wyspę Doktora Moreau. Widzieliśmy setki filmów SF. Naukowiec obwieszczający, że oto zrewolucjonizuje nasz stan wiedzy, zwalczy nieszczęścia, rozwiąże problemy świata z definicji jest podejrzany, a lekarstwo zawsze okazuje się gorsze od choroby. Szczepionki mutują i powodują, że nasz bohater zielenieje i rośnie w oczach, od modyfikacji genetycznych ludzie robią się zabójcami o bardzo brzydkich źrenicach, a wirusy zabijają w nadzwyczaj malowniczy sposób. I tak dalej. Naukowcy hodują bestie dla rozkoszy obserwowania, jak świat spływa krwią, a zrekonstruowane dinozaury (każdego typu i rozmiaru!) bez wyjątku żywią się turystyną (szczególny gatunek ludziny). To jest absolutnie kanoniczne, i tak powinno wyglądać każde uczciwe SF; i jedyne, co dla nas, widzów, jest tu kwestią zaskoczenia to dylemat, jak autor/reżyser rozegra kanoniczny trop i ile zwrotów fabuły zaprezentuje po drodze do wielkiej katastrofy, która by się nie odbyła gdyby ktoś powstrzymał naukowców w porę.
Mam tak bardzo mieszane uczucia, kiedy widzę, że tylu parlamentarzystów współdzieli ze mną entuzjazm dla klasyki kina rozrywkowego i kanonu SF. Martwi mnie bowiem, że nie odróżniają oni literatury od życia (niech przemówi senatorka Alicja Zając):
Czy pan nie zwraca uwagi na to, jak ta nazwa „procedura in vitro”…Po prostu w samej nazwie jest eksperyment. To nie jest naturalne!
i z jednej strony hodując dorodny fetysz na naturalność (pozdrawiam fryzjera pani senator, świetny kolor! I całkiem niezły makijaż! O ile wiem, pani senatorka nie pracuje też na glinianych tabliczkach, tylko całkiem współczesnej elektronice biurowej), a z drugiej obnażając godne człowieka pierwotnego lęki przed ogniem rzeczami, których nie rozumie. To oczywiście nie powinno szokować aż tak w wykonaniu polityków, dla których najstraszliwszą grozą jest nazwanie jakiegoś działania „zabawą w pana Boga” i którzy uznają to automatycznie za argument przeciwko dowolnej działalności. Mary Shelley i Gustav Meyrink byliby zapewne autentycznie wzruszeni, jak trwale ukształtowali świadomość klasy rządzącej sporym krajem w Europie Środkowej i jak wysycili ją literackimi memami. Mnie jednak nieco smuci, że w czasach, gdy przyznawanie się do uwielbienia dla SF wciąż jest postrzegane jak niedojrzałość intelektualna i dowód pewnego zdziecinnienia umysłu i emocji, największy fandom powieści grozy i katastroficznych zamieszkał w sejmie – i w ramach dowodu oddania kanonom gatunku stanowi w Polsce prawo medyczne. Z dwojga złego wolałabym spotkać jednak senatorkę Zając na konwencie miłośników Frankensteina niż w komisji senackiej, w której udowadnia ona ponad wszelką wątpliwość, że całą wiedzę o nauce, eksperymencie i medycynie czerpała dotąd wyłącznie z klasyki horroru.

(Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aby nie naśmiewam się na wyrost, to polecam lekturę ustaw regulujących eksperymenty naukowe w Polsce. [linki dorzucę jutro] Nie naśmiewam się na wyrost.)

PS. Celowo nie poruszam drugiego, obecnego w debacie straszaka, którym ekscytowali się niemal do omdlenia dyskutanci – rodzenia się dzieci w związkach nieformalnych i relacjach homoseksualnych. Stężenie bredni i złej woli w tej kwestii przerosło moje zdolności dowcipkowania i wymagałoby wyjęcia szpadla zamiast szpilki. Może kiedy indziej.

Granat w stawie, kręgi na wodzie

Przez znajome internety przewala się lawina wpisów na temat byłego kolegi/znajomego/współpracownika, który okazał się być bardziej wannabe gwałcicielem i molestowaczem niż fajnym kumplem. Bomba wybuchła, tekst stał się viralem i krąży, ostrzegając kolejne grupy dziewczyn przed gościem, którego wszyscy dotąd znali z zupełnie innej, szanowanej strony. Jednocześnie coraz to zgłaszają się nowe ofiary faceta i mówią: „o rany, was też..?”.

To nie będzie tekst o tym mężczyźnie.

To będzie tekst o ludziach wokół. O falach reakcji wzbudzonej przez ujawnienie sprawy i wyraźne zajęcie stanowiska.

Ponieważ w ramach tej kampanii ostrzegawczo-informacyjnej po raz pierwszy dało się zobaczyć w działaniu hasło miej odwagę powiedzieć STOP, gdy przy tobie ktoś przekracza granice. Mnóstwo ludzi zareagowało i wysłało wyraźny sygnał, że molestowanie, prześladowanie, napastowanie jest nie w porządku i budzi ich sprzeciw. Wymagało to tym większej odwagi i samozaparcia, im dłużej znali się i lubili ze sprawcą. Przejście od pobłażliwego zmarszczenia nosa na nutę No ale on już taki jest do ponurej konstatacji o cholera, tyle lat kumplowałem/am się ze stalkerem i molestatorem nigdy nie jest łatwe. Chroniąc siebie i własny obraz jako osoby, która przecież nie zezwalałaby na przemoc w swoim otoczeniu – nie dopuszcza się myśli, że oto ten fajny ziom z pracy drastycznie przekroczył granice żarcików czy uwodzenia. On tak ma, taki jest rubaszny w obejściu, takie ma trochę krzywe poczucie humoru, ale to swój facet. Im dłużej to jest swój facet, tym dłużej ofiary molestowania czują się nieswojo z myślą, że miałyby zgłaszać protest albo głośno się poskarżyć na to, co je spotkało. I dlatego właśnie swój chłop miał wolną rękę przez wiele lat, a nikt nie widział sygnałów ostrzegawczych. A dlatego właśnie, że tak trudno od akceptowania wraz z wadami swojego chłopa dojść do radykalnego zrywam z tobą kontakt, bo skrzywdziłeś wiele kobiet; chciałam stąd podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w wielu miejscach: w informowanie, w przekazywanie dalej ostrzeżeń na temat własnego kumpla, w opiekę nad osobami skrzywdzonymi przez jego działanie. Wiem, że musiało być to dla nich traumatyczne, trudne i dotkliwe, i dziękuję, że uwierzyli prześladowanym dziewczynom zamiast chronić swoje dobre samopoczucie i utrzymywać się za wszelką cenę w przekonaniu, że przecież nie firmowaliby swoją przyjaźnią kogoś, kto krzywdzi. Ich odwaga w wyjściu z własnej strefy komfortu psychicznego pomogła nie tylko dotychczasowym ofiarom, ale też tym, które znalazły się w kręgu oddziaływań tego gościa i zostały w porę ostrzeżone. A także zupełnie innym, nieznanym wam dziewczynom i facetom, którzy mieli złe doświadczenia z innymi stalkerami i gwałcicielami: daliście osobom skrzywdzonym przez molestowanie poczucie, że jeśli odezwą się głośno, ktoś im jednak uwierzy. Nawet, jeśli napastnik jest znany i respektowany.

Druga rzecz w związku z tą sprawą to oczywiście reakcje w sieci. Jako że tekst ostrzeżenia pojawił się w wielu miejscach, na społecznościówkach i komunikatorach, nieuniknione były petardy komentarzy.

Jeśli ktokolwiek z komentujących całą akcję z niedowierzaniem czyta również tego bloga, chciałabym wypunktować, co następuje:

  • za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom. Zastanówcie się, czy właśnie to chcieliście wyrazić.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że macie za mało dowodów, że uwierzycie, dopiero gdy jakaś wasza dobra, długoletnia znajoma potwierdzi wam, że ona też była molestowana tak, jak to opisują inne – odbieracie wiarygodność dziewczynom, które i tak są w dramatycznie dotkliwej sytuacji. Co więcej, żądacie zdania szczegółowego raportu z traumatycznego doświadczenia nie mając do tego najmniejszych praw. Takie wymagania stawiają ofiarę w klinczu: albo ponownie przeżyje swój dramat referując detale wydarzenia, o którym woli nie pamiętać, albo zarzuci się jej kłamstwo lub pieniactwo. Dajecie jasny przekaz: osobom skrzywdzonym przez napastnika seksualnego się nie wierzy, ich doświadczenia są negowane a wiarygodność podważana. Ciekawość szczegółów nie usprawiedliwia szantażowania ofiar w celu wydobycia z nich niechcianych wspomnień. Internetowy komcionauta może poczytać sobie Fakt, jak jest żądny sensacji.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że uwierzylibyście, gdyby do internetowych wpisów dołączyć kwity z przekazania sprawy na policję czy prokuraturę – podważacie wiarygodność ofiar oraz uzurpujecie sobie prawo do decydowania, jak mają swoją sprawę prowadzić. W tej konkretnej i w każdej innej sprawie to osoba skrzywdzona decyduje, czy chce swój przypadek zgłaszać i w jakiej formie.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że pokrzywdzone powinny były zrobić to czy tamto – wbijacie je we wtórną traumę. Sytuacje molestowania mają to do siebie, że nie da się na nie przygotować i zareagować optymalnie. Sprawca zastrasza, zawstydza, wpędza w poczucie winy, wmawia sama tego chciałaś, nikt ci nie uwierzy. Wymądrzanie się anonimowo po fakcie, że gdyby pokrzywdzone zrobiły coś tam, to sprawy potoczyłyby się inaczej tylko utrwala stres i traumę. Pouczając zza klawiatury ofiarę molestowania nie pomagacie ani jej, ani nikomu innemu, tylko poprawiacie sobie nastrój złudzeniem, że was to nie spotka, bo jesteście tacy przewidujący/ce.

To nie jest pierwsza sytuacja, gdy ktoś znany, szanowany, ze środowiskowym prestiżem i autorytetem przekracza granice. Nie jest też ostatnia, niestety, są inni i będą następni. Jest to pierwsza taka akcja, w której widzę, jak środowisko umie się przełamać i przyznać, że nie widziało przez lata złych rzeczy, również dlatego, że nie chciało widzieć. Dzięki tej akcji ostrzegawczej łowisko wreszcie się skurczyło nie tylko dla tego jednego seksualnego napastnika. W świat poszedł sygnał, że molestowanie nie jest dobrze widziane nawet, jeśli uprawia je jeden ze swoich. Jeśli choć paru stalkerów i macaczy w tej chwili poczuło się mniej pewnie i zawahało się, czy ktoś nie patrzy im z dezaprobatą na ręce, to akcja odniosła już sukces.

Nie wystarczy komentować w internetach pod artykułami o gwałtach gdzieś daleko w świecie. Skomentowanie zachowania własnego znajomego, który pcha się z łapami do koleżanki wymaga więcej odwagi. Dziękuję wszystkim, którzy ją mieli. Dzięki wam zrobiło się bezpieczniej.

Edycja: justowanie i literówka.

Wybierz ulubione skutki uboczne, nim Podkarpacie wybierze za ciebie

Wszyscy mają Mambę, mam i ja. Wróć, to nie o tych słodyczach.

Wszyscy piszą o pigułkach dzień po, nawet podkarpaccy radni – więc i ja się dorzucę.

W apelu radni napisali m.in., że tabletki typu „dzień po” nie powinny być rozpowszechniane i sprzedawane w Polsce, gdyż zawierają liczne substancje działające szkodliwie na organizm człowieka.

To wzruszające, że radni przejęli się tym, jak szkodliwie EllaOne może wpłynąć na organizm człowieka. Chciałabym im podrzucić pod rozwagę, co jeszcze bardzo potrafi człowiekowi bardzo zaszkodzić [tu wstaw dowolnie długą listę leków dostępnych w kioskach, z paracetamolem na czele; w tym różne preparaty lekopodobne, obficie reklamowane w mediach, coca-cola, sól kuchenna i temperatury rzędu 20 stopni poniżej zera, wszystko dostępne w Polsce bez recepty].

Otóż człowiekowi, czcigodni radni, szkodzi ciąża.

Ciąża może spowodować: rozstępy, plamy skórne, problemy z cerą/włosami/paznokciami, mdłości, biegunki, wymioty, omdlenia, zatrucie ciążowe, ciążową cukrzycę, problemy z nerkami, problemy ze wzrokiem (zwłaszcza u osób już mających wady wzroku, może je lawinowo pogorszyć), hemoroidy, nietrzymanie moczu, żylaki, niewydolność wątroby, poważne problemy z kręgosłupem, pęknięcie krocza, pęknięcie macicy, śmierć.

Oczywiście, te horrory nie są obowiązkowe dla każdej ciąży, ryzyko wszelako istnieje. (Patrz ulotka: oh wait, jaka ulotka, ciąża jest dobrem naturalnym i nie wymaga żadnych szkoleń, a zdaniem tych samych radnych – szkolenia z powstawania i zapobiegania ciąży są wręcz niewskazane dla ewentualnych użytkowniczek.) Części problemów i powikłań dałoby się uniknąć, oczywiście, jakby wszystkie ciąże były planowane, prowadzone przez lekarzy od zarania, a już na etapie planowania – otoczone troską medyczną, dietetyczną, profilaktyczną etc. Tylko że – co nie powinno zaskakiwać ani radnych, ani farmaceutów – pigułka po nie dotyczy ciąż chcianych i planowanych. Dotyczy ciąż z zaskoczenia, z przypadku, z gwałtu lub z zapomnienia się, dotyczy ciąż-katastrof, dotyczy ciąż-dramatów, do których kobieta nie jest przygotowana, których nie chce i/lub nie może donosić.

Ci wszyscy, którzy troskliwie trwożą się o nieszczęścia grożące niefrasobliwym konsumentkom tabletek awaryjnych, zapominają chyba, że alternatywą mogą być całkiem grube powikłania związane z tych tabletek nieprzyjęciem. A może nie zapominają, może po prostu mają je w nosie. Odpowiedzialność moralna dotyczy tylko tego, żeby spanikowana potencjalnie ciężarna za łatwo nie odetchnęła po niechcianym/chcianym-ale-niezabezpieczonym/chcianym-ale-prezerwatywa-pękła stosunku. Odpowiedzialność moralna radnych nie jest tak dalekosiężna, by dostrzec kobiety tracące umowy śmieciowe w efekcie niechcianej ciąży; fikcja „naturalne=dobre” nie pozwala im dostrzec, że szkodliwe skutki ciąży mogą być równie rujnujące dla zdrowia – jeśli nie większe! – co skutki przyjęcia tabletki.

Nalegałabym jednak, by wszystkim kobietom w Polsce nie utrudniano podjęcia świadomej, celowej, poinformowanej decyzji na temat wybranych przez nie ryzyk ubocznych. Będą wiedziały, których niebezpieczeństw boją się bardziej, a które są dla nich akceptowalne.

Jakby kto jeszcze nie wiedział, po co komu antykoncepcja awaryjna, to odsyłam do Szproty. Wyczerpująco i na temat, w tym debunk mitu o frywolnych nastolatkach żrących tabletki dla lansu i mody. Przy okazji chciałabym zaprosić czytelników i czytelniczki do głosowania na Szprotę w konkursie na blog roku.

Etycy i esteci

W mediach wezbrała powszechna  wyrozumiałość i wystąpiła z brzegów. Specjaliści w różnym wieku na wyprzódki lecą tłumaczyć, że co prawda Polański zrobił brzydko, ale z różnych powodów nie powinniśmy być Katonami i mówić mu przykrości.

Bieżąca ścieżka obrony wiedzie nieco mniej obrzydliwą trasą niż parę lat temu, kiedy to kolega po fachu rechotał, że nie można przecież zgwałcić prostytutki (Zanussi, wstań) a koleżanka (Stalińska, o tobie mowa) mu basowała, uprawiając victim blaming aż świstało. Engelking co prawda ma wstrząsającą refleksję, że skoro ofiara nie była dziewicą, to co to za gwałt. Tu oczywiście miałabym pytanie, czy jakby kto upił/ućpał dorosłego i – jak sądzę – niedziewiczego Engelkinga i odbył z nim stosunek analny wbrew woli, to pan pisarz nadal byłby taki pewny, że to nie gwałt i nie ma o czym mówić; no, ale nie jestem z zawodu etyczką, więc nie będę sugerować tak wyuzdanych eksperymentów myślowych.

Wracając do naszych tytanów i tytanic wyrozumiałości. Do tkliwego wybaczania skłaniają ich trzy okoliczności:

  • wyjątkowy dorobek artystyczny Polańskiego
  • publiczna deklaracja ofiary gwałtu, że przebacza sprawcy
  • upływ czasu, wskazujący na przedawnienie

Pierwszy argument jest tak kompletnie od czapy, że aż nie wiem, jak może przechodzić przez usta i klawiaturę zawodowcom (Środa ma kwity na bycie etyczką, ba, powołuje się na nie w swoim kuriozalnym felietonie). Twórczość Polańskiego ma się nijak do jego postępku, bo nie twórczością gwałcił trzynastolatkę w swoim jacuzzi. Jeśli Środa przedkłada wyżej filmy Polańskiego nad służbowe kreacje czy wyczyny oratorskie Wesołowskiego, to oczywiście kwestia jej wrażeń estetycznych, ale wywodzenie z tego skutków prawnych czy moralnych w kwestii zupełnie niezwiązanej z uprawianą przez obu panów sztuką czy pracą jest totalnym nadużyciem. Pol Pot nie byłby ani odrobinę mniejszym zbrodniarzem, gdyby przy rzeziach Kambodży grał wirtuozersko na flecie. Literacka wartość pamiętników czy biegłość zawodowa prawniczych publikacji nie rzutuje na opinię o pozostałych dokonaniach Hansa Franka. I tak dalej, bo dojechaliśmy do Godwina.

Co do kuriozalnego stwierdzenia, iż:

O „przypadku Polańskiego” nie mam jednoznacznej opinii. Jako osoba prywatna i lubiąca jego filmy uważam, że trzeba dać mu spokój; jako osoba szanująca prawo jestem za ekstradycją; jako etyk uznaję, że przebaczenie ofiary wymazuje winę sprawcy. Reszta powinna być sprawą jego własnego sumienia.

(Środa dixit), nie jest ono w niczym lepsze od salomonowego prawdopośrodkizmu Engelkinga:
Czy jest z tej matni jakiekolwiek uczciwe wyjście? Jest uczciwsze od innych, czyli umycie rąk. Umycie rąk, które oznacza stwierdzenie: jest źle, że Roman Polański nie trafił do więzienia za swój czyn, ale tak naprawdę, to ten czyn niewiele mnie obchodzi – także dlatego, że nie jestem i nie zamierzam być jego sędzią, a uznaję Polańskiego za jednego z najważniejszych reżyserów, więc wygodniej mi nie osądzać. Gorzej – czytaj: mniej wygodnie – by było, gdyby Roman Polański do więzienia za swój czyn trafił. Dlatego lepiej nie optować za ślepym, mechanicznym działaniem wymiaru sprawiedliwości – i zamieść sprawę pod dywan, zdając sobie sprawę z własnej klęski. Jest to najlepsze ze wszystkich złych rozwiązań.
Otóż, Samantha Geimer może przebaczać wyłącznie w swoim imieniu. To nad nią znęcał się trzydzieści lat temu Polański, to ją przesłuchiwali – według najlepszych technik oskarżania ofiary – amerykańscy policjanci i prawnicy, to z jej przeżyć wiele gazet zrobiło sobie materiał na pierwsze strony i to o jej prowadzeniu po trzydziestu latach tak swobodnie rozprawia felietonista polskiego portalu. Geimer ma prawo mieć dość cyrku wokół siebie, ma prawo chcieć lub nie chcieć procesu i dojrzeć do wybaczenia sprawcy lub po prostu odpuścić. Środa ochoczo podpinająca się pod tę deklarację przebaczenia jest dla mnie powodem do zażenowania. Etyczne wymazanie winy może tu następować w odczuciu Geimer, natomiast ci, których tyłek nie ucierpiał, niech się tak rączo nie podwieszają ze swoim rozgrzeszaniem i anulowaniem winy. Zwłaszcza, że deklaracje o wybaczeniu mogą płynąć z różnych pobudek, również z zamęczenia ofiary przez różnych medialnych ekspertów od oceny jej działań i głębi jej krzywd.
Byłoby nieźle, jakby chyża w darowaniu win Środa pomyślała, że jej felieton może czyta nie tylko Roman Polański, ale też dzieciaki gwałcone przez inne sławy, światowe czy lokalne. Myślę, że nie cieszyłyby się z takiego rozgrzeszania sprawców.
Argument z przedawnienia jest tak naprawdę najmocniejszy.
Od razu zastrzegam się, że nie będę nawet udawać, że znam przepisy prawa karnego obowiązującego w stanie Kalifornia – zwłaszcza te sprzed trzydziestu siedmiu lat. Jeśli ktoś z komentatorów zna, poproszę o skomentowanie.
Natomiast wiem, że w wielu systemach legalnych wszczęcie postępowania przerywa bieg przedawnienia, co mogłoby znaczyć, że w sensie prawnym nie ma co mówić o przeterminowaniu się sprawy. Sprawę wszczęto, Polański po prostu uciekł, wystraszony perspektywą znacznie surowszej kary niż ta, którą się spodziewał dogadać z prokuratorem jego prawnik. Stąd też USA mimo upływu czasu wciąż żąda ekstradycji, a Polański stąd też woli osobiście nie jeździć na gale oskarowe.
Czy zbrodnia przedawnia się w sensie moralnym? Nie wiem. Na pewno dzisiejszy Polański to zupełnie inna osoba niż trzydzieści lat temu, co wnoszę nie tyle z jakiejś tajemnej wiedzy na temat jego nawrócenia, co z tego, że nikt nie jest odporny na upływ trzech dekad. Czy to jest powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że „było minęło”? Nie mam takiej pewności. Nie znaczy to, że mam pewność, że posadzenie osiemdziesięciolatka w sprawie przestępstw popełnionych przez czterdziestolatka jest jedynym rozwiązaniem. Mam pewność, że bardzo źle się stało, że czterdziestoparoletni facet przed tym sądem nie stanął i nie przyjął na klatę konsekwencji. Być może proces nie byłby uczciwy, być może kara byłaby dużo cięższa niż spodziewana. Być może posadzenie celebryty, ba – wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy! – do więzienia za gwałt na nieletniej spowodowałoby większe zmiany w powszechnej świadomości i wcześniejsze wyjście na jaw innych dramatów wykorzystywania dzieci. Jeśli Środzie i Engelkingowi wolno rozpaczać, że siedzący za kratkami artysta nie nakręciłby tylu arcydzieł, mnie wolno fantazjować, że proces i więzienie dla Polańskiego dałyby wyraźny sygnał (nie tylko medialny) o niezgodzie na pedofilskie gwałty, wykorzystywanie nieletnich i tuszowanie przestępstw w przypadku, gdy sprawcami są znane osobistości.
Nie będzie efektownej pointy, nie mam zamiaru robić za Maxa Kolonko i mówić, jak jest i jak ma być. Chciałabym tylko, żeby sławne etyczki nie były tak rącze w biciu się w nieswoje piersi i wybaczaniu nieswoich krzywd tylko dlatego, że lubią fajne filmy. Bo etyka i estetyka powinny się różnić czymś więcej, niż jedną sylabą.
A na zakończenie mała zagadka – czy autorem zalinkowanej polemiki z profesorą Środą jest:
a) zawodowy etyk
b) przyzwoity felietonista
c) internetowy brukowiec zajmujący się na co dzień kwestią bielizny noszonej przez gwiazdki i gwiazdeczki?
Odpowiedzi prosimy nie nadsyłać, bo wstyd.

Dziewczyny, nie pijcie z Ziemkiewiczem

Na Twittera zaglądam raz na wiele dni, zajrzałam dziś i mnie pokarało natychmiast. Kilka osób podlinkowało, powstały też zrzuty ekranowe na wszelki wypadek:

tłity

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, piszący te słowa to polski pisarz, autor powieści fantastycznych, publicysta, felietonista m.in. Rzeczpospolitej, były rzecznik partii politycznej (UPR).

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie jesteśmy, pod tymi tweetnięciami pojawiło się mnóstwo głosów poparcia, poklepywania po plecach i swojskiego rechociku („hehe, jak można zgwałcić prostytutkę pijaną, hehe”). I to powszechne zrozumienie dla wpisu Ziemkiewicza mnie przeraża.

 

Prawica (szeroko rozumiana, możemy sobie na potrzeby notki pozwolić na określenie „cywilizacja życia w najlepszym wydaniu”) nie odróżnia gwałtu od seksu. Gwałt to taki seks, ale. Szczególny rodzaj. Niekonwencjonalny. Może trochę bardziej brutalny. Bo kobiety mają zasadniczo mówić „nie”, żeby mężczyzna był zdobywcą. Gwałt prawdziwy, to jest to, co robi zamaskowany oprych z nożem, obowiązkowo w ciemnej alejce, obowiązkowo z użyciem broni i siły fizycznej. To jest ten gwałt, który Cywilizacja Życia w Najlepszym Wydaniu uważa za dramat, krzywdę i zbrodnię. Zerżnięcie pijanej i niezdolnej do wyrażenia oporu dziewczyny czy kobiety to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna ma za sobą jako jedną z tych prawdziwych męskich przygód, które wspomina się z rozrzewnieniem.

 

Zauważcie, co pisze pan dziennikarz, publicysta, literat, pleno titulo Ziemkiewicz: „któż nie wykorzystał pijanej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Pan dziennikarz uważa wykorzystywanie pijanych i niezdolnych do oporu kobiet za powszechne i zrozumiałe, może niezbyt chwalebne, ale naturalne. Gromada fanów basuje mu pod tymi wpisami, znaczy – pan dziennikarz ma rację. I to jest przerażające.

 

Niezrozumienie tego, że pierwszy tweet jest pochwałą gwałtu na oszołomionych i ogłuszonych chemicznie ofiarach widać z całą ohydą w drugim. Ziemkiewicz (publicysta, literat, laureat kilku nagród etc) nie widzi różnicy między stosunkiem seksualnym z niesatysfakcjonującą estetycznie partnerką a wykorzystaniem fizycznym osoby niezdolnej do stawienia oporu. Cywilizacja Życia (etc) przemawia złotymi ustami pana Rafała: pijane kobiety się wykorzystuje, nie dość atrakcyjne się poniża i sugeruje, że seks z nimi był wynikiem spisku lub podstępu. Bardzo rycerska postawa, doprawdy, szacunek do kobiet wręcz tryska z tych wypowiedzi.

 

Mogłabym ironizować długo, ale tak naprawdę wpisy Ziemkiewicza mnie martwią i przerażają. Martwią, bo facet zgarniający swojego czasu mnóstwo nagród, niewątpliwie inteligentny i wymowny mówi, że gwałt na pijanej to rzecz powszechna, zwykła i należąca do doświadczeń niemal wszystkich mężczyzn. Przerażają, bo tłum ludzi popiera te tweety – czy wprost, czy rechocikiem, czy polubieniami. Przerażają, bo tłum kibiców potwierdza, że Ziemkiewicz ma rację. Kobieta pijana, oszołomiona, niezdolna do oporu to cel do zaliczenia, nie człowiek czy partner, nie ktoś, kogo pyta się o zdanie w sprawie użycia jego ciała. To tyle, jeśli chodzi o mit szczególnego szacunku wobec kobiet, jaki żywi rzekomo prawica. To tyle, jeśli chodzi o wynikające z konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet straszne zagrożenie dla rodziny i szczególnej pozycji kobiet ( (C) by Jarosław Gowin) w polskiej kulturze. to tyle jeśli chodzi o fetysz rycerza i dżentelmena.

 

Dziewczyny, nie pijcie z prawicowcami. Szczególnie Ciechana. Oni nie pytają o zgodę.

 

PS. Niezawodne Pochodne Kofeiny napisały wcześniej i zwięźlej.

Jeszcze wolno uczyć o seksie

Ustawa o penalizacji edukacji seksualnej wygrała w głosowaniu na blogu i upadła w sejmowym. Nie ma co zacierać rączek i wiwatować nad zwycięstwem rozsądku nad histerią, bo przewaga odrzucających projekt była niezbyt imponująca, niecałe sto głosów. 169 osób uważało, że za informowanie dzieci, skąd się wzięły na świecie, należy wsadzać na dwa lata. Nazywało się to w projekcie „propagowaniem zachowań seksualnych pod pozorem edukacji” – co jest definicją tak mętną i wieloznaczną, żeby prokurator miał ręce zupełnie nieskrępowane przy zaganianiu edukatorów i edukatorek Pontonu w karny dwuszereg. A nie oszukujmy się, że chodziło o cokolwiek innego, niż danie po łapach pozarządowym organizacjom szerzącym inny od katechetycznego model wiedzy o ludzkiej seksualności.

Są dwa powody do bardzo oszczędnego cieszenia się z tego, że projekt głupiej, szkodliwej dla młodzieży, szkół, rodziców i w zasadzie całego społeczeństwa ustawy padł w pierwszym czytaniu.

Po pierwsze, obawiam się, że projekt wróci. Wyhodowany na moralnej panice wokół pedofilii, podlany gęsto sosem dezinformacji, błędów, celowych kłamstw i zmyśleń popełnianych (być może) w dobrej wierze zaangażował zbyt wiele osób i zbyt mocno rozkręcił działania wielu organizacji, z kościołem katolickim włącznie, by teraz z piskiem opon zahamować i oddalić się w celu cichej kontemplacji.Pamiętam, gdy za ostatniego lodowca podczas debaty nad wprowadzeniem penalizacji aborcji najpierw wydawało się oczywiste, że projekt niezgodny ze zdrowym rozsądkiem, z powszechną praktyką i z wynikami referendów nie ma szans przejść przez żadne głosowanie w Sejmie. Tymczasem doszliśmy do najbardziej restrykcyjnego w Europie prawa antyaborcyjnego (równie co Polki przegrane są jeszcze Irlandki i Maltanki). Obym była w błędzie prorokując, że prawo zostanie ujednolicone w tę właśnie stronę: by nie tylko nie dało się niechcianej ciąży usunąć, ale też nie szło się za młodu poza parafialnym kursem przedślubnym dowiedzieć, jak w tę ciążę (nie) zajść.

Podobne obawy bardzo celnie formułuje Trzyczęściowy Garnitur, gorąco rekomenduję lekturę. Również tego wcześniejszego wpisu Garnituru, na temat źródeł, z których Fundacja Pro czerpie wiedzę… ekhm, informacje… no, tezy zamieszczane w swoich rozpaczliwych odezwach i siejących grozę materiałach. (Jeśli ktoś nie chce klikać, to upraszczając streszczę: wyciągnęła je z ideologicznych pamfletów amerykańskiej prawicy. Przy czym wkład własny Fundacji w interpretację materiałów źródłowych jest tak zaangażowany, że nawet Regnerus, specjalizujący się w dowodzeniu szkodliwości homoseksualizmu, odciął się od nich z zażenowaniem.) Trzyczęściowy Garnitur w ogóle mądrze zauważa, że cała akcja wymierzona w edukację seksualną nie tylko utrudni młodym ludziom dostęp do rzetelnej informacji o ich własnych ciałach, o antykoncepcji, seksie czy przerywaniu ciąży, ale przede wszystkim w szczególny sposób dotknie młodzież LGBT – odcinając ją od komunikatów nt. seksualności pozbawionych potępiającego, wrogiego czy zideologizowanego nastawienia. Tu kolejna asocjacja (tak, jestem w tym wieku, że mi się wszystko kojarzy) – świat się oburzał, gdy niedawno rosyjska Duma uchwaliła prawo penalizujące „propagandę homoseksualną” – też w kontekście troski o dobro małoletnich, a jakże! – w praktyce zaś sankcjonujące przemoc wobec osób LGBT. Media i celebryci protestowali, padały głosy, że w ramach wyrazu oburzenia należałoby Rosji odebrać Olimpiadę lub chociażby zbojkotować zawody. Jak wiemy, nic z tego nie nastąpiło, a obecnie temat praktycznie nie istnieje, chyba że w kontekście zaszlachtowania przez nieznanych sprawców (policja rosyjska pierwotnie sugerowała samobójstwo przez poderżnięcie sobie gardła) Jekateriny Khomenko. Wokół polskiego podejścia do ustawy zakazującej „propagandy zachowań seksualnych” wrzawy nie słychać, co może dowodzić po pierwsze, że nasi politycy odrobili lekcję z rosyjskiego i zostawili w nagłówkach mniej oburzające i ostentacyjne zwroty, a po drugie – że jeśli projekt wróci i zostanie przepchnięty przez głosowania, to nikomu się poza Polską nie będzie chciało nawet wzruszyć ramionami.

I to jest właśnie drugi powód mojego zmartwienia. Skandaliczna ustawa, zmierzająca zarówno do zamknięcia wszystkich organizacji pozakościelnych zajmujących się wychowaniem seksualnym nieletnich, pomocą, edukacją, informowaniem, ba – prowadzeniem infolinii lub telefonów zaufania dla małoletnich ofiar przemocy seksualnej lub osób obawiających się o własne zdrowie w związku z podejmowanymi zachowaniami erotycznymi! – nie wzbudziła jakiegoś szerszego odzewu. Media miały większą politykę do omawiania, zarówno te polskie jak i światowe. Próba generalna chwilowo zakończona klapą, ale obawiam się, że będą wznowienia, bo jak widać, nikogo powstrzymanie tego spektaklu za bardzo nie obchodzi.

Mnie obchodzi, bo po wejściu ustawy w życie mogę już dostać wyrok za co najmniej dwie notki, dostępne przecież powszechnie dla nieletnich umiejących czytać. Wiedzieliście, że zadajecie się z potencjalną przestępczynią? Ufff, jeszcze tym razem mi się udało.

 

 

PS czyli dodatkowe repozytorium linków:

O projekcie ustawy i jego odwrotnym do oficjalnie zamierzonego skutku jak zwykle bardzo mądrze napisały Pochodne Kofeiny. I jeszcze tutaj. Bardzo polecam. Dodatkowo, jakby kto chciał opinię samych edukatorów o projekcie.

 

 

 

 

 

To żyje, chociaż się nie rusza

Chciałam powiedzieć, że blog nie umarł, on tylko tak dziwnie pachnie.

 

Ponieważ motywowanie się wewnętrzne do napisania czegokolwiek idzie mi od półtora miesiąca tak jak widać, czyli wcale, postanowiłam uciec się do podstępu (bądź wykazać lenistwem lub przerzucaniem odpowiedzialności, kwestia interpretacji). Otóż jest niepowtarzalna szansa, by zmotywować mnie do roboty – jak już coś publicznie obiecam, to dotrzymuję słowa.

Ponieważ w repozytorium doskonałych pomysłów gniją już od stanowczo zbyt długiego czasu różne tematy (to stąd ten zapach), a ja nie mogę się zebrać, żeby je jakoś dokończyć/spisać/zrealizować, podrzucam Szanownej Publiczności pod rozwagę, co w zasadzie chciałaby przeczytać (i czy w ogóle).

 

„Ustawa o bestiach” to ten produkt moralnej paniki na wypuszczenie Trynkiewicza z więzienia, inaczej ustawa o psychuszkach vel odsiadkach po odsiadce. – wyjaśniam, jakby kogoś szczęśliwie to coś ominęło.

Jakby komuś żaden temat nie leżał, a jednak chciałaby/chciałby jakiś produkt prozą, to można zamawiać via komentarze. Może „chyci”.

To zapraszam do klikania. Przepraszam za gimnazjalną formę i atenszynhoryzm, zasadniczo po prostu usiłuję się wygrzebać z bloku i niniejszym proszę nieśmiało o pomoc motywacyjno-dyscyplinującą.

Czy jesteś zwolenniczką operacji?

Jedną z fałszywych opozycji, jakie pojawiają się przy okazji omawiania przypadku fanatyka Chazana, jest pytanie do potępiających zmuszanie kobiet do donoszenia każdej ciąży: to znaczy że jesteś zwolenniczką/zwolennikiem aborcji?

Pytanie jest rozpaczliwie głupie, jak się zastanowić nad jego znaczeniem. Co to znaczy, być zwolennikiem aborcji? Jakby to brzmiało, jakby podstawić inne zabiegi medyczne:

– Czy jesteś zwolennikiem usuwania zębów?

– Czy jesteś zwolennikiem wycinania wyrostka?

– Czy jesteś zwolennikiem wymrażania/wypalania nadżerek?

 

Zdrową odpowiedzią na tak zadane pytania byłoby wytrzeszczenie oczu i zastrzeżenie, że to mocno zależy od pacjenta, któremu ma się coś robić, oraz od jego stanu zdrowia – czy ma chore zęby, nierokujące sukcesów w leczeniu, czy ma wyrostek w stanie zapalnym, czy chce go usuwać prewencyjnie, czy ma nadżerki i czy wolał(a)by ich nie mieć. Nikt normalny nie chodzi z ewangelią, że wszystkie wyrostki powinny podlegać resekcji, a zęby mądrości podlegają karczowaniu na mocy objawienia. Nikt nie głosi potrzeby wycinania wszystkim znamion ze skóry ani wybielania zębów pod nadzorem prokuratora.

 

Nie pytajcie mnie więc przy następnej okazji, czy jestem zwolenniczką aborcji, bo to nieuczciwe i niemądre zagranie erystyczne. Nie jestem. Jestem zwolenniczką tego, by każda kobieta mogła sama zdecydować o swoim ciele i zdrowiu w sposób, który będzie dla niej najlepszy. I żeby w tej decyzji mogła liczyć na kompetentnego i profesjonalnego lekarza, który będzie zwolennikiem ochrony zdrowia swoich pacjentek. Przeraża mnie zarówno wizja świata, w którym istnieje przymus hodowania nadżerek/zgniłych zębów/brodawek na skórze dopóki nie odpadną samoistnie lub zabiją nosiciela – tak samo jak świat, w którym ustawowo zmuszano by ludzi do niechcianych zabiegów na ich ciele.

 

(Osoby gotowe spieszyć z moralnym potępieniem, że zarodek w macicy to nie ropień na zębie ani nadżerka pragnę zapewnić, że mają pełną swobodę antropomorfizowania swojej zygoty, ale upraszam je o nierozciąganie swoich wyobrażeń na inne macice oraz nieprzyjmowanie swoich fantazji za uniwersalne i wiążące dla wszystkich na świecie.)

 

Notkę o Chazanie napisała bardzo pięknie Szprota, więc ja nie muszę.