Granat w stawie, kręgi na wodzie

Przez znajome internety przewala się lawina wpisów na temat byłego kolegi/znajomego/współpracownika, który okazał się być bardziej wannabe gwałcicielem i molestowaczem niż fajnym kumplem. Bomba wybuchła, tekst stał się viralem i krąży, ostrzegając kolejne grupy dziewczyn przed gościem, którego wszyscy dotąd znali z zupełnie innej, szanowanej strony. Jednocześnie coraz to zgłaszają się nowe ofiary faceta i mówią: „o rany, was też..?”.

To nie będzie tekst o tym mężczyźnie.

To będzie tekst o ludziach wokół. O falach reakcji wzbudzonej przez ujawnienie sprawy i wyraźne zajęcie stanowiska.

Ponieważ w ramach tej kampanii ostrzegawczo-informacyjnej po raz pierwszy dało się zobaczyć w działaniu hasło miej odwagę powiedzieć STOP, gdy przy tobie ktoś przekracza granice. Mnóstwo ludzi zareagowało i wysłało wyraźny sygnał, że molestowanie, prześladowanie, napastowanie jest nie w porządku i budzi ich sprzeciw. Wymagało to tym większej odwagi i samozaparcia, im dłużej znali się i lubili ze sprawcą. Przejście od pobłażliwego zmarszczenia nosa na nutę No ale on już taki jest do ponurej konstatacji o cholera, tyle lat kumplowałem/am się ze stalkerem i molestatorem nigdy nie jest łatwe. Chroniąc siebie i własny obraz jako osoby, która przecież nie zezwalałaby na przemoc w swoim otoczeniu – nie dopuszcza się myśli, że oto ten fajny ziom z pracy drastycznie przekroczył granice żarcików czy uwodzenia. On tak ma, taki jest rubaszny w obejściu, takie ma trochę krzywe poczucie humoru, ale to swój facet. Im dłużej to jest swój facet, tym dłużej ofiary molestowania czują się nieswojo z myślą, że miałyby zgłaszać protest albo głośno się poskarżyć na to, co je spotkało. I dlatego właśnie swój chłop miał wolną rękę przez wiele lat, a nikt nie widział sygnałów ostrzegawczych. A dlatego właśnie, że tak trudno od akceptowania wraz z wadami swojego chłopa dojść do radykalnego zrywam z tobą kontakt, bo skrzywdziłeś wiele kobiet; chciałam stąd podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w wielu miejscach: w informowanie, w przekazywanie dalej ostrzeżeń na temat własnego kumpla, w opiekę nad osobami skrzywdzonymi przez jego działanie. Wiem, że musiało być to dla nich traumatyczne, trudne i dotkliwe, i dziękuję, że uwierzyli prześladowanym dziewczynom zamiast chronić swoje dobre samopoczucie i utrzymywać się za wszelką cenę w przekonaniu, że przecież nie firmowaliby swoją przyjaźnią kogoś, kto krzywdzi. Ich odwaga w wyjściu z własnej strefy komfortu psychicznego pomogła nie tylko dotychczasowym ofiarom, ale też tym, które znalazły się w kręgu oddziaływań tego gościa i zostały w porę ostrzeżone. A także zupełnie innym, nieznanym wam dziewczynom i facetom, którzy mieli złe doświadczenia z innymi stalkerami i gwałcicielami: daliście osobom skrzywdzonym przez molestowanie poczucie, że jeśli odezwą się głośno, ktoś im jednak uwierzy. Nawet, jeśli napastnik jest znany i respektowany.

Druga rzecz w związku z tą sprawą to oczywiście reakcje w sieci. Jako że tekst ostrzeżenia pojawił się w wielu miejscach, na społecznościówkach i komunikatorach, nieuniknione były petardy komentarzy.

Jeśli ktokolwiek z komentujących całą akcję z niedowierzaniem czyta również tego bloga, chciałabym wypunktować, co następuje:

  • za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom. Zastanówcie się, czy właśnie to chcieliście wyrazić.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że macie za mało dowodów, że uwierzycie, dopiero gdy jakaś wasza dobra, długoletnia znajoma potwierdzi wam, że ona też była molestowana tak, jak to opisują inne – odbieracie wiarygodność dziewczynom, które i tak są w dramatycznie dotkliwej sytuacji. Co więcej, żądacie zdania szczegółowego raportu z traumatycznego doświadczenia nie mając do tego najmniejszych praw. Takie wymagania stawiają ofiarę w klinczu: albo ponownie przeżyje swój dramat referując detale wydarzenia, o którym woli nie pamiętać, albo zarzuci się jej kłamstwo lub pieniactwo. Dajecie jasny przekaz: osobom skrzywdzonym przez napastnika seksualnego się nie wierzy, ich doświadczenia są negowane a wiarygodność podważana. Ciekawość szczegółów nie usprawiedliwia szantażowania ofiar w celu wydobycia z nich niechcianych wspomnień. Internetowy komcionauta może poczytać sobie Fakt, jak jest żądny sensacji.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że uwierzylibyście, gdyby do internetowych wpisów dołączyć kwity z przekazania sprawy na policję czy prokuraturę – podważacie wiarygodność ofiar oraz uzurpujecie sobie prawo do decydowania, jak mają swoją sprawę prowadzić. W tej konkretnej i w każdej innej sprawie to osoba skrzywdzona decyduje, czy chce swój przypadek zgłaszać i w jakiej formie.
  • za każdym razem, gdy piszecie, że pokrzywdzone powinny były zrobić to czy tamto – wbijacie je we wtórną traumę. Sytuacje molestowania mają to do siebie, że nie da się na nie przygotować i zareagować optymalnie. Sprawca zastrasza, zawstydza, wpędza w poczucie winy, wmawia sama tego chciałaś, nikt ci nie uwierzy. Wymądrzanie się anonimowo po fakcie, że gdyby pokrzywdzone zrobiły coś tam, to sprawy potoczyłyby się inaczej tylko utrwala stres i traumę. Pouczając zza klawiatury ofiarę molestowania nie pomagacie ani jej, ani nikomu innemu, tylko poprawiacie sobie nastrój złudzeniem, że was to nie spotka, bo jesteście tacy przewidujący/ce.

To nie jest pierwsza sytuacja, gdy ktoś znany, szanowany, ze środowiskowym prestiżem i autorytetem przekracza granice. Nie jest też ostatnia, niestety, są inni i będą następni. Jest to pierwsza taka akcja, w której widzę, jak środowisko umie się przełamać i przyznać, że nie widziało przez lata złych rzeczy, również dlatego, że nie chciało widzieć. Dzięki tej akcji ostrzegawczej łowisko wreszcie się skurczyło nie tylko dla tego jednego seksualnego napastnika. W świat poszedł sygnał, że molestowanie nie jest dobrze widziane nawet, jeśli uprawia je jeden ze swoich. Jeśli choć paru stalkerów i macaczy w tej chwili poczuło się mniej pewnie i zawahało się, czy ktoś nie patrzy im z dezaprobatą na ręce, to akcja odniosła już sukces.

Nie wystarczy komentować w internetach pod artykułami o gwałtach gdzieś daleko w świecie. Skomentowanie zachowania własnego znajomego, który pcha się z łapami do koleżanki wymaga więcej odwagi. Dziękuję wszystkim, którzy ją mieli. Dzięki wam zrobiło się bezpieczniej.

Edycja: justowanie i literówka.

Reklamy

44 thoughts on “Granat w stawie, kręgi na wodzie

  1. Reakcja sporej czesci naprawde byla taka, jakiej oczekuje. Wiara w nasze historie, wsparcie.
    Przepraszam, ze pojade tandeta i ulubionym poeta prawicy, ale mialam odczucie, ze to mniej wiecej tak bylo:
    „a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
    ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”

    Nie podoba mi sie natomiast pojawiajacy sie tu i owdzie trend, w ktorym mamy dobrego zioma, ktory w sumie sie troche zle zachowal, ale on sie poprawi, przeprosi, powie ze nie bedzie wiecej tak robic, a wtedy moze wrocic, bo to spoko ziom jest.
    Nie. Przebaczyc, zaakceptowac moze ofiara i to jej uczucia sie maja liczyc.

    Tu drugi kawalek prawackiej tandety:
    „i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
    przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”

    Ja na ten przyklad nie zycze sobie wiecej ogladac go na oczy. Nie po tym wszystkim co zrobil.
    Dziewczyna ktora skrzywdzil najbardziej ma potworna traume, zwiazana ze sprawca. Bedzie ja to przesladowac do konca zycia w koszmarnych snach i na jawie, gdy bedzie sie bala wejsc w jakiejs miejsce, gdzie moze go spotkac.
    I tulac zioma do piersi szczerej, tak naprawde wklepujecie starannie i wymierzony potezny policzek w twarz ofiary. A potem dajecie jej kopa na rozped, zeby wiecej sie nie pojawila, psujac atmosfere swoja krzywda.
    Bo ona teraz juz nie bedzie miala zadnej opcji, zeby zapewnic sobie komfort psychiczny, bo przeciez ucichlo, on jest juz milym misiem, przeprosil i o co ci w ogole chodzi?
    No nie przesadzaj. Histeryczka jestes
    I ofiara sie wycofa, bo przeciez ma nizszy status w grupie, nie jest taka zajebiscie fajna i nie znamy jej od 20 lat, w ogole jej prawie nie znamy, mala strata a zal krotki.
    I tu jest to miejsce dla grupy – posluchac ofiary. Zapytac ja, czy ma ochote przebywac w towarzystwie sprawcy i uszanowac jej odpowiedz.
    Stosujac marna analogie z napadem – raczej nie chcielibyscie isc na impreze z gosciem, ktory dal wam w morde, skroil z kasy i nakopal na pozegnanie.
    Dlaczego oczekujecie ze my mamy?

  2. O nic nie obwiniam ofiar, ale moim zdaniem cała ta „panika moralna” jest bardzo wątpliwa. Nie wiem, o jaką konkretnie osobę chodzi, bo nigdzie to nie zostało ujawnione, a nie zamierzam zniżać się do plotkowania na takie tematy. Widzę jednak, że mechanizm był taki:
    1) osoby pokrzywdzone zostały skrzywdzone przez jakiegoś faceta,
    2) osoby, które bezpośrednio nie były pokrzywdzone, ujawniają ten fakt, przy czym przytaczają tylko ogólnie zarzuty i nie podają publicznie nazwiska faceta, ale ujawniają je przez czat na fejsie i w tym podobne sposoby.

    Jaki jest tego skutek? Nagonka na człowieka, który nie ma się jak bronić, prowadzona przez osoby, które osobiście nie zostały pokrzywdzone. Obrzydliwe.

    Dokładanie do tego takiego taniego szantażu, jaki jest w tym artykule „gdy wyrażacie wątpliwość, czy taki koleś faktycznie to zrobił, przecież go znamy/słyszeliśmy o nim – zarzucacie kłamstwo ofiarom” nic nie zmieni. Nie podaliście co to za ofiary, nie podaliście, co to za facet. W takiej sytuacji „zarzucanie kłamstwa ofiarom” jest absurdalne, bo skąd w ogóle ktoś ma wiedzieć, że to nie jest fikcja literacka i faktycznie jest jakiś facet i jakieś pokrzywdzone? Na takim poziomie ogólności, to po prostu łańcuszek w Internecie.

    Chcecie napiętnować obleśnego typa? Świetnie, macie moje pełne poparcie. Ale wykażcie się chociaż podstawową odwagą cywilną: podajcie nazwisko własne i piętnowanej osoby. Inaczej to zwykła nagonka, prowadzona w sposób, który celowo ma uniemożliwić obronę.

  3. No więc nie.
    Nie mam prawa outować kogoś, kto już został skrzywdzony. Jeśli osoba pokrzywdzona będzie chciała i czuła się na siłach, sama się wypowie, ja nie będę tego robić za nią, wywlekać za włosy na środek metaforycznego pokoju i wykręcając rękę mówić: „A teraz głośno i wyraźnie opowiedz wszystkim jeszcze raz, co ten pan ci zrobił, tylko się nie jąkaj i nie mamrocz”.
    Czy ta metafora jest zrozumiała?

    Nazwisko nie pada zgodnie z tym, co osoby ujawniające aferę ustaliły z prawnikami. Nie będę udawać mądrzejszej od nich i wylatywać z nazwiskiem, ta notka zresztą wyraźnie nie jest o sprawcy. Jeśli nie znasz faceta i nie wiesz, o kim mowa – nie szkodzi. W notce chodzi o to, byś nie udawał, że nie widzisz, jak w twoim otoczeniu ktoś przekracza granice.

  4. W moim najbliższym otoczeniu – reaguję, ale nie wrzucam tego w internety i nie robię z tego pół-anonimowych łańcuszków. W ogóle też nie chodzi mi o weryfikowanie relacji pokrzywdzonych i ich wtórną wiktymizację. Pokrzywdzonym mogę wierzyć, wystarczy że za nie poręczy ktoś, kto ma odwagę się pod takim poręczeniem podpisać. Inaczej się robi jak w prawicowych mediach: „w Holandii prześladują katolików, a jak chcesz wiedzieć gdzie i jak, to też ich prześladujesz”.

    Chodzi mi o elementarną odwagę cywilną osób powielających łańcuszek. Nie publikujcie, co to za pokrzywdzone. Miejcie jednak elementarną odwagę podać kim Wy jesteście i komu zarzucacie takie zachowanie. Już to trochę robicie, ale w obrzydliwy sposób: panika moralna i łańcuszki internetowe publicznie, dane sprawcy – szeptem na czacie, żeby oskarżony nie mógł się obronić.

    To jak – gdy ten facet zacznie krzywdzić osoby, które nie zapytały się na privie o jego dane – to Waszym zdaniem będzie OK? Co tu w ogóle jest celem: puszczenie rzewnego łańcuszka, czy ochrona kobiet (w tym: nie znanych Wam osobiście) przed tym typem?

    Czy mogę się dowiedzieć, gdzie nastąpiło to „ujawnienie afery” przez „osoby ujawniające aferę”? Bo do mnie ciągle wpływają z różnych stron tylko te copypasty, a mam szczerą nadzieję, że tu nie chodzi o nie.

    Tak się składa, że jestem prawnikiem i wiem, że jakby mnie klient zapytał „jak kogoś pomówić, żeby nie ponieść odpowiedzialności”, to bym mu właśnie coś takiego doradził: łańcuszek na fejsie z mocną historią, wicie-rozumicie, że to chodzi o osobę X, ale żadnych podpisów i żadnych nazwisk, niech se pomówiona osoba pisze do Zuckerberga o usuwanie wpisów.

  5. No dobrze, nadal się nie rozumiemy.
    Tzn. miałam na początku podobne wrażenia co ty, ale przemyślałam i teraz wiem więcej. Otóż facet nie jest tajemniczym łobuzem w krzakach, facet jest całkiem inteligentny i działał w sytuacjach, gdzie nie było świadków a kontekst nie był jednoznaczny w rozumieniu generała publicznego (tzn. nie wylatywał na dziewczyny z nożem w ciemnym zaułku, bo tak publiczność rozumie „gwałt” czy „napastowanie” w którym nie ma winy ofiary). Na proces jest za mało danych, natomiast ryzyko procesu o zniesławienie jest duże. Artykuły o napastowaniu pojawiały się np. na Codzienniku Feministycznym, potem ruszyła akcja na społecznościówkach.
    Pierwotnie miała ona służyć głównie ostrzeżeniu znajomych z własnego kręgu, ludzie nie kojarzący sprawcy nie będą mieć z niej zysku – poza tym, że zaczną się czujnie rozglądać, czy wśród ich kumpli nie ma macacza/gwałciciela. To już będzie gigantyczny zysk. Właśnie to uczujnienie czytelników na to, co zachodzi przed ich nosem.
    A nazwiska? Na G+ i FB ludzie podpisują się swoimi nazwiskami.
    Jeśli nie rozumiesz potrzeby zachowania anonimowości przez pokrzywdzone ofiary, i żądasz potwierdzenia przez innych, to co ja mam powiedzieć ponad to, co w notce? Jeśli nie wystarczają ci wpisy w sieci, to oczywiście trudno przez sieć potwierdzić ich wiarygodność. Jeśli ja ci powiem, że znam ofiary, to zażądasz zaraz mojego peselu, żeby zweryfikować, czy istnieję i czy mi wierzysz. Jeśli uważasz, że to wszystko to tylko łańcuszek, to nie ma siły na świecie, która cię przekona, bo nawet jakbyś dostał wyniki obdukcji albo łzy poszkodowanych w jałowej fiolce, to mógłbyś kwestionować, czy dotyczą one tego konkretnego anonimowego sprawcy. Widzisz klincz?

  6. Jest parę rzeczy, o których warto pamiętać. Abstrahuję w tym momencie od tej konkretnej sprawy, bo pewne prawidłowości są powszechne.

    Cierpienie duszy jest tym szczególnym rodzajem krzywdy, że jeśli ktoś czuje się skrzywdzony, to znaczy, że został skrzywdzony. W ocenie stanu własnej duszy każdy człowiek jest ostateczną instancją. Krzywda może zajść niechcący, przypadkiem, pomimo dobrych chęci, niemniej zachodzi. Nawet najbardziej szlachetny człowiek może kiedyś musieć się z tym zmierzyć.

    Sprawy karne w takich przypadkach są na końcu, a nie na początku, ponieważ obowiązujący standard dowodu jest, ze zrozumiałych względów, wysoki. Dowody rzeczowe na ogół nie istnieją, chyba że ktoś ma żelazną wolę lub znaczną przytomność umysłu i np. zrobi sobie obdukcję albo zarchiwizuje swoje SMS-y. Nie żyjemy w szwedzkim kryminale i nie chodzimy na randki z kamerami (na pytanie, czy powinniśmy zacząć, niech każdy sobie odpowie sam). Kluczowe są zeznania ofiary, ale ofiara nie jest robotem, tylko człowiekiem, i to człowiekiem, który przeżył coś upokarzającego. Żeby zeznawać, trzeba przełamać znaczny dyskomfort psychiczny. Ofiary zazwyczaj najpierw odnajdują w sobie zdolność do opowiadania o swoim przeżyciu prywatnie, osobom zaufanym i wtedy też otoczenie zyskuje możliwość interwencji.

    Gotowość do zeznań przychodzi później i to tylko pod pewnymi warunkami, wśród których dość dużą rolę pełni poczucie bezpieczeństwa ofiary. To jest trochę błędne koło, bo żeby ofiara poczuła się bezpiecznie, musimy jej uwierzyć, a żeby jej uwierzyć, musi nam powiedzieć co się stało, a żeby nam powiedzieć, co się stało, musi poczuć się bezpiecznie w naszym towarzystwie. Stąd widać, że publicznie wyrażana niewiara kreuje samospełniającą się przepowiednię. Im bardziej ludzie podważają wiarygodność ofiary, tym większe ryzyko, że nie doczekają się relacji, która podniesie tę wiarygodność. Potrzebny jest, mówiąc potocznie, kredyt zaufania.

    Osobiście w takich sytuacjach daję kredyt zaufania i osobie pokrzywdzonej, i osobie posądzonej, a to, że ten kredyt potem się zużywa w różnym tempie, to już osobna kwestia (bardzo bym nie chciał nawiązywać do tej konkretnej sprawy, ale w ogólnym przypadku mają znaczenie takie rzeczy jak argumentacja, której używa osoba posądzona, liczba osób pokrzywdzonych oraz spójność ich relacji; nie powinno mieć znaczenia stężenie emocji w dyskusjach internetowych).

    Zresztą sprawa karna to jest, wiecie, wisienka na torcie. Pewne czyny mają swoje formalne definicje i według tych definicji można przeprowadzić proces, który ustali, czy czyn spełnia daną definicję, czy nie. Ale docelowo tak naprawdę chodzi o to, żeby ludzie nie musieli cierpieć, tymczasem cierpienie wymyka się definicjom. Można komuś zrobić krzywdę nie podpadając pod paragrafy. Na przykład prawdopodobnie każdemu z Was zdarzyło się, że ktoś Was kiedyś próbował wpędzać w poczucie winy, odbierać pewność siebie, krytykować na każdym kroku i ogólnie poniewierać werbalnie. Większość ludzi ma takie nauczycielki, niektórzy mają takich kolegów, a bywa też, że w tej roli występują rodzice. Paragrafu na to nie ma, a jednak ocena zachowania jest jednoznaczna.

    Mi się kiedyś zdarzyło, że grałem z kumplami z klasy w papierowe RPG i koleżanka, która była mistrzem gry, zmusiła moją postać do erotycznych interakcji, na które nie miała ochoty ani ta postać, ani ja. To jest oczywiście tak zwany lajcik, ale i tak, przypominając sobie to zdarzenie po latach (jutro będę miał o nim notkę), odczułem naprawdę dużą wewnętrzną przykrość. Porównałbym ją do sytuacji, w której ktoś ma się stawić w sądzie w sprawie o pobicie, ale ponieważ został pobity, to nie może wstać z łóżka. Różnica polega na tym, że pobicie przynajmniej widać, więc lekarz może wystawić zwolnienie. Rany na duszy diagnozuje się trudniej.

    Kolejną rzeczą jest to, że umówmy się, utrudnianie życia konkretnemu sprawcy nie jest najważniejszym celem w tym wszystkim. Najważniejsze w sensie doraźnym jest udzielenie wsparcia ofiarom. Najwięcej dobrego można zrobić „za kulisami” (np. ułatwić ofiarom kontakt z psychologiem i prawnikiem), ale gesty publiczne również mają znaczenie. Chcę, żeby ktoś, komu zdarzyło się coś takiego, wiedział, że mu wierzę, że akceptuję uczucia tej osoby, że jej nie obwiniam i że uważam, że jest w porządku (oraz: że mówienie o takich sprawach jest w porządku). Z kolei w sensie długoterminowym najważniejsze jest wypracowanie profilaktyki. To że się powkurzam, ponarzekam w Internecie, ba, może nawet przeczytam od deski do deski ewentualny wyrok w takiej czy innej sprawie, to może troszkę pomoże mi, ale nikomu poza tym. Ale jeśli nauczę następne pokolenie, czego unikać, na co uważać i kiedy interweniować (profilaktycznie, a więc bez stygmatu potępienia sprawcy), to skorzysta wiele osób, które nie będą musiały potem leczyć swoich traum.

  7. Czyli to całe „ujawnienie afery” to był ten jeden wpis blogowy na Codzienniku?
    http://katarzynapaprota.codziennikfeministyczny.pl/2015/03/30/on-tylko-tak/
    (Z Codziennikiem nie jestem na bieżąco od czasu, gdy poparł „operę” Bratkowskiej, więc musiałem specjalnie szukać.)
    Ten wpis to też strzelanie zza węgła, bo nie podano w nim nazwiska osoby, której się zarzuca takie zachowanie.

    Dla mnie w całej tej sprawie „śliskie” jest to, że wbrew stawianym tu tezom, w tej sprawie da się dużo zrobić, jeśli tylko się tego chce. A do tego pierwszym krokiem jest postawienie jasno sprawy: pan taki-a-taki molestuje, powinien być napiętnowany. Nie przez pokrzywdzone – one już dość zrobiły – wystarczy że zrobi to jedna z osób klejących copypasty.

    Czego konkretnie się boicie? Sprawy o pomówienie? Przecież w tych przeklejkach na fejsie jest napisane, że planujecie zawiadamiać jakichśtam organizatorów eventów, w których sprawca ma uczestniczyć. Jeśli to zrobicie (i prawidłowo!) to sprawa o pomówienie i tak będzie. Sprawy o ochronę dóbr osobistych? Przecież to nie do wygrania przez molestatora (zapytajcie tych prawników).

    Podkreślam raz jeszcze – od pokrzywdzonych (nie piszmy o „ofiarach”, OK?) to ja niczego nie oczekuję, bo one mają pełne prawo decydowania o swoich sprawach. Oczekuję od osób, które nakręcają wzmożenie moralne. Nie podoba mi się nakręcanie spirali egzaltacji (ach jak pięknie pomogliśmy, bo zglanowaliśmy na fejsie znaną osobę – i to tak, że nie ma nas jak pozwać) i robienie nagonki.

    Żeby nie było – ja pomagam ofiarom przemocy domowej, zarówno zawodowo jak i pro bono. Ale za każdym razem podpisuję własne pisma, chociaż nieraz potem słyszę, że prokuratorowi i sądowi (od których zależą moje inne sprawy) się zrobiło przykro, że im po raz kolejny zawracam głowę jakimiś „znętami”, które przecież są do umorzenia.

  8. Miałam w swoim życiu zawodowym do czynienia z przypadkiem zachowania, które przez ofiary zostało uznane za molestowanie. Naczalstwo zareagowało błyskawicznie i skutecznie, molestujący wyleciał z hukiem z roboty, zawiadomiono prokuraturę – ale część współpracowników i zwłaszcza współpracowniczek utrzymywała, że ofiary sobie to wymyśliły, że pewnie miały jakiś inny żal, że „to dziwki” (bo, prawda, jeśli dziewczyna założy krótszą spódniczkę lub bluzkę z dekoltem, to sama się prosiła o zmacanie, prawda?). Proces, OIMW, jeszcze trwa, ale ja się cieszę, ze kolega z pracy jest już byłym kolegą, nawet jeśli wobec mnie osobiście zachowywał się bez zarzutu.

  9. Podstawowa zasada jest taka:
    1) doprowadzić do tego, żeby ktoś został skazany za stalking czy zgwałcenie (w sytuacji, która dla polskiego wymiaru sprawiedliwości jest niepojęta, czyli przekroczenia granic zgody przez osobę znaną pokrzywdzonej, a nie w typowej sytuacji „nóż-noc-krzaki-Łódź”) jest bardzo trudno,
    2) napiętnować sprawcę (imiennie!) i nie ponieść za to konsekwencji jest łatwo, bo to wtedy on musi „atakować” w sądzie osobę ujawniającą i wystarczą naprawdę poszlakowe dowody (choćby SMS-y, nawet nie zeznania pokrzywdzonej), żeby wykazać, że denuncjacja była zgodna z prawdą.

    Dlatego jeśli ktoś twierdzi, że się źle dzieje, ale nie chce mu się nawet ujawnić sprawcy, to prawdopodobnie nie chodzi o realną pomoc, tylko o powzruszanie się nad swoją gotowością do pomocy.

  10. Pozwolę sobie zabrać głos, ponieważ antybohatera tej historii znam od kilkunastu lat (aczkolwiek w ostatnich latach nasze światopoglądy, zainteresowania i kręgi towarzyskie się mocno rozeszły, więc i kontakty stały się sporadyczne) i – podobnie jak wielu innych znajomych – byłem zdumiony i pełen niedowierzania, gdy dowiedziałem się, że to o nim mowa w tych dwóch notkach:
    http://codziennikfeministyczny.pl/nie-byl-prawdziwy-gwalt/
    http://katarzynapaprota.codziennikfeministyczny.pl/2015/03/30/on-tylko-tak/
    Niestety, wątpliwości się szybko rozwiały – jedną z kobiet, o których traktuje ten drugi tekst, znam
    osobiście, dwie inne znajome przyznały, że były werbalnie lub fizycznie napastowane, znam też (osobiście i z nazwiska) wypowiadającą się powyżej Shigellę, a wreszcie, Kaja Mikoszewska, do której mam olbrzymie zaufanie, ogłosiła, że wspólnie z Witkiem Witaszewskim i innymi osobami zbadali sprawę i potwierdzają fakty, oraz że sprawa nie ogranicza się do zdarzeń opisanych we wspomnianych notkach. To oczywiście nie wystarczy sądowi (i nie powinno, jak słusznie zauważa powyżej Jacek Wesołowski), natomiast w zupełności wystarcza mi, żeby nie chcieć mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.
    Piszę to pod własnym nazwiskiem, więc proszę mi nie zarzucać anonimowości; również Kaja, Jacek i inne osoby zaangażowane w sprawę (w tym moi znajomi, którzy rozpowszechnili dalej oświadczenie Kai) podpisują się nazwiskami, w odróżnieniu od Pawła Z., anonimowego prawnika…

    Co do meritum sprawy, wydaje mi się, że miał miejsce klasyczny przypadek gotowania żaby. Krąży taki mem (nie wiem, na ile prawdziwy), że żaba nie wykrywa powolnych zmian temperatury – wrzucona do gorącej wody wyskoczy, ale jeśli jej będziemy pomalutku podgrzewać wodę w zbiorniku, w którym pływa, to nie zauważy tego i da się żywcem ugotować. Padły w różnych miejscach pytania, dlaczego znajomi tego człowieka nie reagowali na jego różne niezgodne z normami społecznymi zachowania. Ano dlatego, że to były incydenty pojedyncze. Niezbyt poważne. Raczej budzące niesmak niż oburzenie. Wiadomo, ludziom się zdarzają gorsze dni, alkohol też luzuje hamulce, komu nigdy się nie zdarzył ryzykowny żart, nietaktowna uwaga, nadmierna poufałość, niech pierwszy rzuci kamieniem – ja na pewno nie rzucę. Nawet kobiety, które – jak teraz przyznają – doświadczyły takich zachowań, odbierały je jako mało istotne, niewarte robienia afery, w ogóle to kto tego będzie słuchał, przecież to człowiek lubiany i szanowany w środowisku. Nikt nie spodziewał się, że to nie są pojedyncze incydenty, a modus operandi, że w końcu może dojść do czynów, które nie są tylko towarzyskimi faux pas, ale czymś znacznie gorszym.

  11. @Paweł Z. Otoz boimy sie tego, ze po wpierdolu mentalnym lub fizycznym jaki spuscil nam sprawca, czesc srodowiska, tzw. anonimowi komcionauci i reszta publicznosci, wpierdol w najlepszym stylu slut shaming i victim blaming spusci nam wymiar sprawiedliwosci.
    Ja podejrzewam ze dam rade. Inne dziewczyny nie wiem.
    W kwestii ujawniania – radzilismy sie znanych nam prawnikow a nie anonimowego Pawla Z.
    Czolko.

  12. Tak jak Paweł Z., zjeżyłam się bardzo początkowo na kwestię „za każdym razem, gdy wyrażacie wątpliwość […] zarzucacie kłamstwo ofiarom”. Dociera do mnie jednak po chwili, że jest różnica między odczuwaniem wątpliwości i trzymaniem się na uboczu sprawy, a pchaniem tych wątpliwości w oczy poszkodowanym. Rozumiem, że chodzi o wariant drugi.

  13. „Nie wiem, o jaką konkretnie osobę chodzi, bo nigdzie to nie zostało ujawnione”

    Trudno, będziesz musiał się brandzlować do własnej wyobraźni.

    „Nagonka na człowieka, który nie ma się jak bronić, prowadzona przez osoby, które osobiście nie zostały pokrzywdzone.”

    Jakiego człowieka? Znasz go?

    „wykażcie się chociaż podstawową odwagą cywilną: podajcie nazwisko własne i piętnowanej osoby”

    Ale skąd ci przyszło do głowy, że ktoś będzie karmił nazwiskami twoją nieokiełznaną wyobraźnię seksualną?

    Spójrz na to tak:
    Albo ta historia jest prawdziwa, a wtedy personalia są nieistotne.
    Albo jest zmyślona, a wtedy nie ma personaliów, tylko literacka historia o gwałcicielu (ale wtedy: czemu tak się podniecasz?).

  14. „Tak się składa, że jestem prawnikiem i wiem, że jakby mnie klient zapytał „jak kogoś pomówić, żeby nie ponieść odpowiedzialności”, to bym mu właśnie coś takiego doradził: łańcuszek na fejsie z mocną historią, wicie-rozumicie, że to chodzi o osobę X, ale żadnych podpisów i żadnych nazwisk, niech se pomówiona osoba pisze do Zuckerberga o usuwanie wpisów”
    No i widzisz. Podawanie nazwiska tego człowieka, jeśli pójdzie w zaparte, wiąże się z możliwością długotrwałego procesu cywilnego, a może i karnego, dla osób to nazwisko podające. Ponadto osoby wówczas pozwane, żeby udowodnić, że nie pomawiają, musiałyby wskazać osoby pokrzywdzone, które miałyby potwierdzić, że tak, to prawda, a ci ludzie nie kłamią. I znowu wtórna wiktymizacja.
    A to, że Paweł Z., prawnik z internetu, nie pozostaje przekonany co do prawdziwości i właściwości takiego postępowania… potrafię wyobrazić sobie większe tragedie.

  15. Dzięki, dobry tekst i potrzebny, bo dla wielu osób nie jest jasne jak powinni się w takiej sytuacji zachować — bo zwyczajnie nigdy tego nie mieli okazji przemyśleć.
    Ale napisany od środka.
    A większość ludzi, którzy trafiają na tę sprawę, widzi ją z zewnątrz.
    To co piszesz jest de facto postulatem pewnego savoir vivre takich sytuacji. Byłoby dobrze, gdyby taki istniał, właśnie po to, żeby oszczędzić pokrzywdzonym dodatkowych przykrości.
    Ale nie istnieje i na razie sytuacja przypomina dowolną akcję PR. Mamy pewną wiedzę, musimy ją sprzedać.
    Czy umiesz sobie wyobrazić reakcję osoby, która o temacie dowiaduje się z flejma u Czesia na buniu? (nie polecam zaglądania nikomu)
    Na razie bez zastrzeżeń wierzą głównie ludzie znający osobiście jedną z osób zaangażowanych w wyjaśnianie. A jak powiedział mi znajomy, zaufanie nie jest przechodnie.
    To co piszę, to nie są rady, tylko luźne przemyślenia. Ta sprawa nie jest teoretyczna, nie chcę jej traktować jak ciekawego tematu. To jest dość smutny temat.

  16. Oczywiście, słuchanie moich anonimowych porad byłoby skrajnie nierozsądne, radzę zasięgnąć rzetelnej opinii profesjonalnego pełnomocnika. Nie zamierzam tu się przedstawiać, m.in. dlatego, że przy takich grupowych wzmożeniach moralnych bardzo łatwo jest samemu oberwać łatką „obrońcy gwałcicieli”. Już zresztą Gammon No.82 dał piękny przykład takiej obrony przez atak (z projekcją w gratisie: człowieku, przy takich czynach chodzi o głównie o władzę / dominację, a nie o seks).

    Człowieka, o którego chodzi pewnie nawet mogę znać, bo się obracam w kręgach zbliżonych do osób piętnujących, tyle że nie zamierzam się zniżać do wypytywania na privie o nazwiska. Tu nie chodzi o to, żebym ja wiedział kto to, tylko o to, że wszyscy się tak ładnie ustawiają w kolejkę do zbiorowego glanowania (z poklepywaniem po plecach), a ani jedna z tych osób nie ma odwagi, żeby podać publicznie, komu stawia zarzuty.

    Ponownie: powyższe nie dotyczy osób bezpośrednio pokrzywdzonych, one nic nie muszą i od nich niczego oczekiwać nie należy. Ale od nakręcających wzmożenie moralne pomagierów – już tak.

    Jedni widzą piękną akcję obrony przed molestującym facetem, ale z zewnątrz tego Waszego kółka piętnujących wygląda to jak klasyczny cyberbullying.

  17. @nosiwoda
    „Podawanie nazwiska tego człowieka, jeśli pójdzie w zaparte, wiąże się z możliwością długotrwałego procesu cywilnego, a może i karnego, dla osób to nazwisko podające.”

    Fajnie, tylko że nie. Słyszałeś kiedyś o czymś takim jak Facebook? Wiesz jak się ustala dane osobowe kogoś publikującego na Facebooku? Wcale. Nawet w sprawie karnej, jeśli chodzi o czyn kalibru pomówienia.

    Ja, anonimowy łoś z internetów, zaręczam: albo macie kiepskich tych prawników, albo coś kręcicie.

    „Ponadto osoby wówczas pozwane, żeby udowodnić, że nie pomawiają, musiałyby wskazać osoby pokrzywdzone, które miałyby potwierdzić, że tak, to prawda, a ci ludzie nie kłamią. I znowu wtórna wiktymizacja.”

    Bzdura nr 2. Są podobno SMS-y, maile itd. Nie trzeba korzystać z dowodów z zeznań.

  18. „Jedni widzą piękną akcję obrony przed molestującym facetem, ale z zewnątrz tego Waszego kółka piętnujących wygląda to jak klasyczny cyberbullying.”

    To ciekawe, bo ja będąc właściwie na zewnątrz (choć znam parę osób osobiście z kręgu udostępniania, być może są wśród poszkodowane) widzę tu gest wsparcia poszkodowanych.

  19. „Oczywiście, słuchanie moich anonimowych porad byłoby skrajnie nierozsądne”

    Podpisane porady nie zrobią się bardziej rozsądne.

    „radzę zasięgnąć rzetelnej opinii profesjonalnego pełnomocnika”

    Ustanowiłeś pełnomocnika? Przedstaw nam go.

    „Nie zamierzam tu się przedstawiać”

    Nie musisz, wystarczy, że przestawisz pełnomocnika.

    „Już zresztą Gammon No.82 dał piękny przykład takiej obrony przez atak”

    Zapewniam cię, że jeśli zostaniesz zaatakowany, będzie to oczywiste dla wszystkich obserwujących.

    „Człowieka, o którego chodzi pewnie nawet mogę znać, bo się obracam w kręgach zbliżonych do osób piętnujących”

    Nie chwal się, to nie twoja zasługa. Świat jest tak skonstruowany http://en.wikipedia.org/wiki/Six_degrees_of_separation

    „wszyscy się tak ładnie ustawiają w kolejkę do zbiorowego glanowania”

    Glanowania KOGO KONKRETNIE?

    „ani jedna z tych osób nie ma odwagi, żeby podać publicznie, komu stawia zarzuty”

    Zaraz, to ty twierdzisz, że ktoś jest glanowany. Zatem może okaż odwagę i podaj publicznie, kogo bronisz.

    „Ponownie: powyższe nie dotyczy osób bezpośrednio pokrzywdzonych, one nic nie muszą i od nich niczego oczekiwać nie należy. Ale od nakręcających wzmożenie moralne pomagierów – już tak.”

    To są jakieś „osoby bezpośrednio pokrzywdzone”, czy ich nie ma?

    „klasyczny cyberbullying”

    SERIO?
    http://en.wikipedia.org/wiki/Cyberbullying

  20. „Bzdura nr 2. Są podobno SMS-y, maile itd. Nie trzeba korzystać z dowodów z zeznań.”

    Nie wiem, do czego prawnikiem jesteś, ale jeśli uważasz, że dzięki temu nie będzie wzywania ofiar to chyba jaja sobie robisz.

    No i stawiasz sprawę na głowie, żeby jakiś koleś nie czuł pokrzywdzony odfriendowaniem na fejsie i spadkiem liczby zaproszeń na imprezy, to parę poszkodowanych ma się wywnętrzać przed wymiarem sprawiedliwości?

  21. Też tak to widziałem (i taka była moim zdaniem wymowa tekstów na Codzienniku), aż do pierwszych wpisów typu: „nazwisko dam znać na priw.”

    W takiej sytuacji oskarżony nawet się nie może bronić. Pewnie na to zasłużył, ale nie wiem, czy takie powielanie mechanizmu bullyingu w „zbożnym celu” jest właściwe.

  22. Drogi anonimowy prawniku Pawle – piszesz „jedni widzą piękną akcję obrony przed molestującym facetem, ale z zewnątrz tego Waszego kółka piętnujących wygląda to jak klasyczny cyberbullying.”

    Pozwól, że coś wyjaśnię.

    Otóż mniej lub bardziej publiczna widoczność tej sprawy, podobnie jak jej odbiór w oczach postronnych widzów, są kompletnie nieistotne.

    Istotne są osoby skrzywdzone przez sprawcę, istotne jest, dlaczego tak długo sprawcy udawało się funkcjonować w otoczeniu bez większych problemów, istotne jest udzielenie pomocy skrzywdzonym i istotna jest taka zmiana zachowań i kultury, żeby w podobnej sytuacji osoby skrzywdzone nie obawiały i nie wstydziły się szukać pomocy.

    To, jak rzecz odbiera anonimowy prawnik, któremu brakuje odwagi cywilnej, żeby odezwać się do znanych z imienia i nazwiska osób publikujących na ten temat, ale który ma wystarczająco dużo hucpy, żeby szukanie informacji nazywać „zniżaniem się” (do czego, właściwie?), jest kompletnie nieistotne.

    HTH, TIA.

  23. @rpyzel
    „Nie wiem, do czego prawnikiem jesteś, ale jeśli uważasz, że dzięki temu nie będzie wzywania ofiar to chyba jaja sobie robisz.”

    A kto je będzie wzywał? Sprawca wezwie świadków na własną niekorzyść? Proces jest kontradyktoryjny, jak ich pozwany ujawniający nie zawnioskuje, to ich nie będzie.

  24. „W takiej sytuacji oskarżony nawet się nie może bronić.”

    Na razie nie ma żadnego procesu i żadnego oskarżonego.

  25. @Robert Maron:
    Dziękuję za twoje uwagi. Pozwól, że wyjaśnię – nie piszę od środka. Wiadoma afera jest dla mnie punktem wyjścia, nie zakończenia. Notka nie skupia się na osobie sprawcy ani na moich czy czyichkolwiek z nim relacjach i tego bym się chciała trzymać: wniosków z całej sprawy.
    Dobrej reakcji środowiska, które MIMO ŻE znało gościa od lat, uwierzyło jednak poszkodowanym przez niego osobom, a nie aurze prestiżu. Atmosfery poparcia dla zgłaszających problem. Wyraźnego komunikatu o braku tolerancji dla molestowania. Z zachowaniem wszystkich proporcji, od pewnego momentu sprawa Rosy Parks przestała być sprawą jednego autobusu i jednej nieposłusznej Afroamerykanki; i do tej samej konkluzji chciałam zmierzać: abyśmy mieli jak najmniej miejsc, w których prześladowanie/molestowanie/nadużycia uchodzą sucho.

    @Paweł Z:
    Jak na faceta, który stoi ponad prostacką ciekawością personaliów, zdumiewająco uparcie tłuczesz swoje: Aaaaaale nie podaaaaliście naaaaazwiska. No nie podali. I ja też nie podam, bo dla mnie sprawa tego konkretnego faceta nie jest tematem do notki, tylko punktem wyjścia. Natomiast czy jesteś prawnikiem, księgowym, neurochirurgiem czy zamiataczem ulic – czemu widzisz nagonkę w akcji ostrzegania przed sprawcą złych rzeczy? Jeśli nie znasz faceta, nie do ciebie jest ostrzeżenie. Jeśli wyciągniesz z tego wniosek, by czujnie oglądać swoich kumpli – podwójny zysk dla wszystkich. Jeśli twoje serduszko krwawi na myśl o biednym, samotnym, oskarżonym sprawcy, i oburza się na te wstrętne molestowane i solidarnie wspomagających ich kolegów i koleżanki – to poddaję ten paradoks pod twój głęboki namysł.
    Gammon No.82 natomiast w brutalnej formie trafnie ci wyłuszczył: jeśli nie wystarcza ci wiary, by uznać, że dziewczyny wiedzą co mówią – przyjmij to jako historię z morałem i wyciągnij wnioski jak z innych przypowieści. Jeśli zaś jest to historia prawdziwego faceta i prawdziwych obrzydlistw popełnianych w kręgu znajomych, wówczas twoje wielkie szczęście, że nikt z twoich bliskich nie padł ofiarą.
    Podrzucam ci również do zastanowienia jedną obserwację prywatną: jakbyś był moim kumplem i teraz bym cię czytała w sieci – nie odważyłabym się po twoich wypowiedziach przyjść do ciebie i powiedzieć, że nasz wspólny znajomy zrobił mi coś złego. Gdyż, hm, twój stosunek do osób zgłaszających problem, twój daleko posunięty sceptycyzm i gorliwe domniemanie, że oto złe towarzystwo glanuje niewinnego (znaczy: kłamie i fałszywie oskarża, trochę nie ma miejsca tu na trzecie wyjście) każe mi przypuszczać, że mnie jako ofierze molestowania też byś nie uwierzył bez kwitów, smsów, maili, nagrania z CCTV i czego tam jeszcze twój prawniczy umysł żąda, byś zachował solidarność z pokrzywdzonymi, a nie sprawcą. Zastanów się, czy tak chcesz być odebrany przez swoich znajomych i znajome: jako osoba, której bez teczki z aktami nie mogą zgłosić swojej krzywdy.

  26. @naima online
    Ktoś tu chyba (zgadnij kto) naiwnie liczy, że zostaną podane nazwiska i będzie można zarobić na procesie o zniesławienie, z przerzuceniem ciężaru dowodu.

  27. @Jubal
    „Istotne są osoby skrzywdzone przez sprawcę, istotne jest, dlaczego tak długo sprawcy udawało się funkcjonować w otoczeniu bez większych problemów, istotne jest udzielenie pomocy skrzywdzonym i istotna jest taka zmiana zachowań i kultury, żeby w podobnej sytuacji osoby skrzywdzone nie obawiały i nie wstydziły się szukać pomocy.”

    I ja się z tym zgadzam. Tylko że temu przeczy podejście wszystkich ludzi urządzających piętnowanie. Jakby Wam serio zależało na „zmianie zachowań i kultury, żeby w podobnej sytuacji osoby skrzywdzone nie obawiały i nie wstydziły się szukać pomocy”, to byście faceta wystawili i nie bali się, że jednego z ujawniających (nie-pokrzywdzonych) pozwie. Co się stanie? W najgorszym wypadku przegracie sprawę o ochronę dóbr osobistych, zwrócicie 600 zł opłaty sądowej, opublikujecie przeprosiny na fejsie i zapłacicie 1000 zł na PCK. Naprawdę, w sprawach o zupełne duperele robionych pro bono ponosiłem większe koszty.

    „To, jak rzecz odbiera anonimowy prawnik, (…) jest kompletnie nieistotne.”

    Zgadza się. Mnie możecie (powinniście wręcz!) olać, po prostu wam chciałem uświadomić, że to wszystko słabo wygląda z zewnątrz.

  28. @Paweł Z:
    Widzisz, mnie zależy najbardziej, jak to wygląda nie z zewnętrznego zewnętrza zamieszkałego przez anonimowych internetowych prawników, których stać na 1600 (mniej więcej polska pensja minimalna na miesiąc, że tak przypomnę nieśmiało skalę problemu, panie stać mnie na większe akty odwagi pod internetowym pseudonimem); mnie zależy na tym, jak odbiorą akcję osoby, które przez lata obrywały od sprawcy. Tego i innych. I to dla nich pisałam tę notkę.

    Oraz, uprzejmie przypominam ponownie, że kłócisz się o kształt akcji na FB pod notką, która do samej sprawy nawiązuje w jednym akapicie, napisaną przez kogoś, kto nawet nie ma konta na fejsbuku. Więc jakby chyba szczekasz pod niewłaściwym drzewem, nie?

  29. @naima
    Dzięki za dłuższą odpowiedź. Już Wam wszystkim daję spokój, zwłaszcza że bez przedstawienia się i podania konkretnych kazusów dalej nie zajadę.

    „mnie zależy na tym, jak odbiorą akcję osoby, które przez lata obrywały od sprawcy. Tego i innych. I to dla nich pisałam tę notkę”

    Pewnie odbiorą to tak, że sprawców takich czynów należy się bać, bo samo ich ujawnienie ma tak straszliwe konsekwencje prawne, że się go boją nawet osoby trzecie. To jest moim zdaniem zły przekaz, ale mam nadzieję, że pokrzywdzone trafią w CPK na kogoś, kto im pokaże, że sprawcę da się rozliczyć za jego czyny, a nie się przed nim ukrywać.

    Pa, pa, a teraz idę się brandzlować błyskotliwymi tekstami komcionauty Gammon No.82.

  30. „podejście wszystkich ludzi urządzających piętnowanie”

    Biorąc pod uwagę, że nie zostały podane żadne nazwiska, tym samym nikt nie jest piętnowany. Piętnowane jest zjawisko, co zresztą Autorka zaznaczyła na samym początku

    „to byście faceta wystawili”

    Ale czy obawiasz się o swoją cześć dziewiczą, że tak obsesyjnie dopytujesz się o jego tożsamość?

  31. „Pa, pa, a teraz idę się brandzlować błyskotliwymi tekstami komcionauty Gammon No.82.”

    Wiele obfitej satysfakcji życzę.

  32. „Pewnie odbiorą to tak, że sprawców takich czynów należy się bać, bo samo ich ujawnienie ma tak straszliwe konsekwencje prawne, że się go boją nawet osoby trzecie.”

    Już niech się kolega tak nie martwi, jak kto co odbierze.

  33. To ja tylko powtórzę to co napisałem na FB (tutaj jest większa szansa, że to dotrze do sprawcy): htttp://sa.org.pl.

  34. Bardzo fajna notka, daje do myślenia.

    Podzielam przynajmniej niektóre i przynajmniej częściowo wątpliwości Pawła Z.

    Reakcja Gammona/-y megasłaba (jak i to, że niektórzy podchwycili tę zupełnie zbędną retorykę).

  35. „Reakcja Gammona/-y megasłaba”

    Nie podzielam twojego poglądu, ale po wolterowsku pozwalam ci go zachować.

    „niektórzy podchwycili tę zupełnie zbędną retorykę”

    Dostosowałem się do poziomu rozmówcy i jego retoryki o „tanim szantażu” itd.

  36. „Fajnie, tylko że nie. Słyszałeś kiedyś o czymś takim jak Facebook? Wiesz jak się ustala dane osobowe kogoś publikującego na Facebooku? Wcale. Nawet w sprawie karnej, jeśli chodzi o czyn kalibru pomówienia.”
    Człowieku, o czym Ty piszesz? Przecież na facebooku ludzie udostępniają w dużej mierze pod własnymi nazwiskami, poza tym funkcjonują w pewnej (dużej) grupie osób towarzysko powiązanych – stąd w ogóle to wyszło, że miało się wspólne znajome z molestantem/gwałcicielem i chciało się je ostrzec przed nim. Molestant chcący pozwać wchodzi na fejsa, szuka po znajomych ludzi udostępniających opis z jego danymi i spisuje sobie tych, co mają prawdziwe dane. I idzie do sądu. I się potem ciągaj po salach rozpraw, nie chcąc powoływać jego ofiar na świadków po swojej stronie, żeby uniknąć wtórnej wiktymizacji.

    „Nie trzeba korzystać z dowodów z zeznań.” + „A kto je będzie wzywał? Sprawca wezwie świadków na własną niekorzyść? Proces jest kontradyktoryjny, jak ich pozwany ujawniający nie zawnioskuje, to ich nie będzie.” – ach, tak, oczywiście. A takiej opcji, że pełnomocnik pozywającego molestanta zgłosi dowód z ich zeznań, żeby w tej delikatnej kwestii dokładnie przepytać na okoliczność, czy się nie przyczyniła i dlaczego aż tak bardzo, to już w ogóle nie ma, prawda? I że sąd może dopuścić dowód niewskazany przez stronę – tak w karnym, jak i w cywilnym – tego też nie ma?

    „Nie wiem, o jaką konkretnie osobę chodzi, bo nigdzie to nie zostało ujawnione, a nie zamierzam zniżać się do plotkowania na takie tematy.” – i te 10 komentarzy z apelami o ujawnienie nazwiska miało to udowodnić?

  37. to nie jest cytat z Voltaire’a, tylko z autorki jego biografii

    „Se non è vero, è molto ben trovato” (czy jakoś tak).

  38. to byście faceta wystawili i nie bali się, że jednego z ujawniających (nie-pokrzywdzonych) pozwie

    Ty nie rozumiesz zaskakująco wiele rzeczy, jak na prawnika niepopełniającego błędów ortograficznych i niestawiającego spacji przed znakami przestankowymi.

    Po pierwsze, i bez podawania nazwiska wystarczająco wiele potencjalnych ofiar dowiedziało się, o kogo chodzi. I wystarczająco wiele środowisk zazębia się w tych kręgach, żeby mieć pewność, że gość nie zmieni po prostu łowiska.

    Po drugie, inicjatorom całej akcji nie chodziło o obywatelski ponadczasowy lincz. Nikt nie chciał, żeby po wpisaniu nazwiska sprawcy w Google wyskakiwało info o tym, że ma takie sprawy za uszami.

    Po trzecie, ryzyko pozwu istnieje i tak. To środowisko się zna, sprawca zna i personalia inicjatorów (on jest przynajmniej na tyle sprytny, żeby przeczytać je na Fejsie). Co więcej, zna ich adresy.

    Po czwarte, twoja idiotyczna i obraźliwa teza, że jest to „Nagonka na człowieka, który nie ma się jak bronić, prowadzona przez osoby, które osobiście nie zostały pokrzywdzone”, wynika z tego, że albo jesteś kompletnie spoza tego środowiska i postanowiłeś się wypowiedzieć, bo się nie znasz, albo z potrzeby trollowania poważnego tematu. Ani to nie jest nagonka, ani człowiek nie został pozbawiony metod obrony (po prostu z nich nie skorzystał, zamiast tego postanowił przeczekać, aż sprawa przycichnie), ani nie masz żadnej wiedzy, jakie stanowisko w tej sprawie zajmują osoby pokrzywdzone.

    Na szczęście reakcje takie jak twoja są w mniejszości, wszystkie środowiska, w których obraca się sprawca i jego ofiary, zareagowały wzorcowo. A że ze swoich norek wylezą jakieś trolle i popierdolą jakieś kocopoły, no cóż, to chyba naturalny koszt załatwiania sprawy publicznie.

  39. Przepraszam za nieogarnięcie, ale ta piosenka jest o Johnie Doe ze śpiewnika Latkowskiego, czy to jakiś nowszy przypadek?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s