Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać z czarnym psem

Margot napisała dosadnie i celnie i przypomniała mi, że ta notka leży w archiwum i że zabieram się do niej jak pies do jeża od miesięcy. No to chyba pora wziąć łopatę i odkopać zalegające w cieniu repozytorium tematy. Tak, będzie widać, że inspirował nas ten sam komiks i że do podobnych wniosków doprowadził. Tak, obie też czytałyśmy co poniektórych specjalistów medycyny ludowej i mądrości powszechnej pod wywiadem z Justyną Kowalczyk o jej zmaganiach z chorobą (ktoś na gazeta.pl i wyborcza.pl powinien im ustawić bota strzelającego notką Margot za każdym razem, gdy się mądrzą).

 

Tymczasem rok temu wielki, wspaniały, genialny Stephen Fry napisał.

Ten artykuł jest zasmucający na wielu poziomach. Kiedy facet taki jak Stephen Fry mówi, że jest mu tak źle, że próbował się zabić, i uratował go tylko nadaktywny producent filmu, nad którym wówczas pracowali, to atakuje myśl, że przed depresją nie ma ani dobrego schronu za workiem z forsą, ani za bezpieczeństwem socjalnym, ani za twórczym życiem, ani za popularnością i sławą. Można tylko podpierać się bliskimi, którzy często (zazwyczaj? Prawie zawsze?) nie zdają sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja, no bo przecież – są pieniądze, jest sukces, jest popularność, talent, propozycje etc.

W zasadzie ta notka w zamiarze adresowana jest właśnie do ludzi, którzy dowiedzieli się, że ich bliska osoba choruje na depresję. Chorzy już te wszystkie rzeczy wiedzą i tak, ich bliscy stoją z rozdziawionymi ustami i chcą zaraz coś powiedzieć, coś, co pomoże i coś co wykaże ich dobre chęci.

Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pierwsze, co chcecie powiedzieć, brzmi: „Weź się w garść”. Zamiast tego siądźcie gołym tyłkiem na jeżu albo zjedzcie trochę tłuczonego szkła, to będzie mniej szkodliwe. „Weź się w garść” to najczęstsza, najgorsza rada, jaką chory może usłyszeć. „Weź się w garść” znaczy w zasadzie – co? Opanuj się? Zgarnij nerwy? Przestań mieć depresję? Depresja, choroba organiczna polegająca na zaburzeniu gospodarki serotoniną i endorfiną w mózgu, nie bierze się z braku motywacji do utrzymania tej gospodarki w porządku. Czy facetowi w gipsie poradzilibyście równie dziarsko, by się wziął i zrósł, zamiast leżeć i się mazgaić? Czy komuś w trakcie dializy zaproponowalibyście, żeby wreszcie przestał mieć chorą nerkę? Dlaczego uważacie, że depresja jest taką chorobą, którą da się wyleczyć za pomocą samego zmotywowania? Gdyby to było takie proste, chory pewnie sam by wpadł na taki doskonały pomysł.

(Pomijam drobniejsze dramaty zaszyte w takiej znakomitej radzie, jak: bagatelizowanie choroby, protekcjonalne traktowanie chorego jak małego dziecka, oraz demonstrowanie, że się kompletnie nie rozumie, że depresja to coś, czego nie da się ogarnąć prostym „wzięciem się w garść”. Cokolwiek to miałoby znaczyć)

Również serdecznie zniechęcam do wymyślania naprędce złotych terapii w rodzaju: „nie martw się, pójdziemy na zakupy, kupimy ci buty/kurtkę/torebkę/motocykl/lody/dziwki, od razu ci przejdzie”, ponieważ, hm, to nie działa w ten sposób*. Owszem, zakupy zwykle wyzwalają mały strzał endorfinowy, ale, hm, u osób które wydzielanie endorfiny mają prawidłowe. U osób chorych niekoniecznie to zadziała zgodnie z planem. Osoba chora, która wyłącznie siedzi i się przygląda ścianom, być może zdobędzie się na wyjście z tobą. Ale z kompletną obojętnością przejdzie przez sklep z torebkami/lodami/dziwkami, bo jest jej wszystko jedno, czeka, aż twój entuzjazm się wypali, a ona będzie mogła znów siedzieć i patrzeć w ścianę. Jeśli proponujesz takie rzeczy, a one nie działają, możesz nadziać się na smutne własne reakcje – frustrację, gniew, rozczarowanie – bo czemu chory nie cieszy się jak powinien, czemu nie jest wdzięczny za twój wysiłek? Cóż, kot nie będzie ci wdzięczny za lekcje stepowania, najwyżej cię nie pogryzie. Ktoś chory po prostu postara się przeczekać twój pomysł i osunie się z powrotem w swoją dziurę w rzeczywistości.

Zachęcanie dobrymi przykładami. „Wujek Wiesiek też to miał, ale wziął się do ciężkiej pracy i mu przeszło”. Tu spojrzenie pełne zachęty i oczekiwania, że chory rach-ciach, wstanie, sięgnie po toporek i porąbie trzy sosny, po czym rozgrzany ruchem wykrzyknie – w rzeczy samej, drogi przyjacielu, jest mi znacząco lepiej, dziękuję. No więc nie. Owszem, zachęcanie do pewnych niezbędnych aktywności jest sensowne i pożądane, ale przy zaawansowanej chorobie dzień może w całości wypełnić plan składający się z podpunktów: otworzyć oczy – wstać – wysikać się w odpowiednim miejscu – napić się wody – trafić z powrotem do łóżka. Przy czym poszukiwanie wody może być wyczerpujące w sposób, który pochłonie kilka godzin rekonwalescencji na podłodze w kuchni.

Przekonywanie. „Jak możesz mieć depresję, zobacz, jaki jest piękny dzień”. Tak, jakby to miało jakikolwiek związek. Wariant drugi „jak możesz mieć depresję, przecież masz wszystko, masz gdzie mieszkać, masz co jeść, masz wspaniałych przyjaciół (O POPATRZ NA MNIE JAK ŚMIESZ MIEĆ DEPRESJĘ GDY JESTEM TWOIM PRZYJACIELEM JAK MOŻESZ MI TO ROBIĆ) i taką dobrą sytuację, tylu ludzi na świecie nie ma nawet połowy tego co ty i nie ma depresji!”. Czyli – wytłumacz się, dlaczego zachorowałeś, skoro moim osobistym przyczynometrem wykazuję niezbicie, że nie masz sensownych i dających się zaakceptować powodów.

Jak to powiedział sam Fry:

That’s the point, there is no “why?” That’s not the right question. There is no reason. If there was reason for it, you could reason someone out of it.

Jak twoje neurotransmitery śmią szwankować, gdy za oknem słońce a ja siedzę i uważam, że z tak rewelacyjnym przyjacielem jak ja nie masz prawa zachorować na smutek, abnegację i niechęć do wszystkiego.

Co można zatem bezpiecznie powiedzieć, by ani nie wykazać się arogancją, ani brakiem elementarnego zrozumienia?

W zależności od stanu chorego, można spytać, w jakim zakresie można mu pomóc. Czy chodzi o pomoc w znalezieniu dobrego lekarza i dotarcia do niego? (To są dwie trudne sprawy, depresja silnie wiąże się z prokrastynacją i abulią, poważnie chory popada w niemal katatoniczny bezwład i wówczas wymaga wsparcia również w takiej sprawie, jak dotarcie na umówioną wizytę lekarską) Czy trzeba pomóc mu w bieżącym życiu? W wyniesieniu śmieci, umyciu się, zrobieniu jedzenia? Czy trzeba mu pomóc wykupić leki? Zadzwonić do pracy/uczelni i pomóc wytłumaczyć nieobecności, załatwić sprawy formalne, by mógł zająć się zdrowieniem podczas gdy życie wokół nie będzie mu się zawalać systematycznie? Czy przejrzeć z nim rachunki za mieszkanie/prąd/telefony i upewnić się, że są opłacone i nie grozi choremu odcięcie od mediów albo komornik?

To są żmudne, irytujące zadania w towarzystwie kogoś, kto będzie snuł się i jęczał albo tępo gapił w ciebie lub w ścianę obok. To są przykre obowiązki związane z pielęgnacją pozornie fizycznie zdrowego człowieka, który zalega cały dzień w łóżku i nie odbiera telefonów, bo mu się nie chce. Bardzo dużo empatii i zdolności wyjścia poza swoje własne doznania wymaga zrozumienie, że to depresyjne „nie chce mi się” nie jest gówniarską fanaberią, a diagnozą: nie mam woli, potrzeby ani chęci. Leżę, bo grawitacja tak działa. Jakby działała inaczej, wisiałbym na haczyku lub stał na głowie, cokolwiek wymagałoby najmniej energii. Jestem zorganizowaną formą entropii i czekam na rozkład, ignoruję formy energii wokół, czekam aż przestaną. Nie podejmuję prób samobójczych, bo wymagałoby to wstania i zrobienia czegoś, a na taki wysiłek mnie nie stać.

(Lekka dygresja: Tu czai się pułapka. Osoba wychodząca z depresji, wydobywająca się z najgorszego dołka, czyli taka, wobec której nasze starania wreszcie WRESZCIE odniosły jakiś skutek, może popełnić samobójstwo. Lub chociaż spróbować. Bo, paradoksalnie, wreszcie może. Na dnie depresji nie jest najgorszy smutek czy rozpacz, bo są to jednak jakieś formy energii emocjonalnej, jakieś uczucia. Na dnie depresji jest odcięcie emocjonalne. Totalna zmartwiałość. Bezwład i bierność. Gdy chory wychodzi z tego stanu i wracają mu zarówno minimalne siły jak i uczucia, dociera do niego smutek, rozpacz, desperacja, przygnębienie, wyrzuty sumienia, lęki etc. I wreszcie, dzięki lekom i terapii, ma siły, by cokolwiek z nimi zrobić. A że czujność otoczenia jest uśpiona pierwszą od dawna poprawą, próbuje sobie poradzić ze swoim stanem w sposób radykalny i trudny do zrozumienia – kończąc wszystko. Bo poprawa jest powolna i towarzyszy jej wysiłek i cierpienie, a otoczenie – nawet jeśli dotąd wykazywało troskę i anielską cierpliwość – zaczyna poganiać, mieć oczekiwania, stawiać wymogi. I trochę trudno się dziwić – holowanie przez wiele miesięcy osoby chorej, branie na siebie całego ciężaru codzienności, amortyzowanie bezwładu chorego i solowa praca organizacyjna wykańczają; i nawet najbliższa osoba czuje się tym wyczerpana i wypatruje końca swojej jednoosobowej zmiany jak zbawienia. Łatwo i chętnie jej uwierzyć, że oto już nie musi pilnować, karmić, nosić i wyręczać, bo jest lepiej i można trochę odpuścić z czujnością. Niestety, praktyka pokazuje, że to bardzo ryzykowny moment na ulgę i spuszczenie chorego z oka. Wychodzenie z depresji to miesiące lub lata starań i potwornie żmudny wysiłek, by ustać w miejscu na osypującym się gruncie. Chęć przyspieszenia tego procesu, chęć pójścia na skróty wydaje się naturalna i zrozumiała, i trudno winić kogokolwiek, kto ma dość. Tyle tylko, że poluzowanie czujności tuż po pierwszej zauważonej reakcji na leki może się źle skończyć.)

To nie jest notka zmierzająca do jakiejś celnej, literacko zaskakującej czy błyskotliwej pointy; depresja w żaden sposób nie jest błyskotliwa. To jest notka edukacyjno-postulująca, jedna z wielu krążących po sieci w ostatnich miesiącach. Notka edukująca (mam nadzieję) wszystkich, dla których dotąd depresja była tematem odległym, czysto medialnym lub wątpliwym; notka postulująca pewną dawkę empatii i zrozumienia dla chorych na coś, co nie ma objawów tak łatwo widocznych jak przy otwartym złamaniu piszczeli i nie dających się wytłumaczyć osobie z zewnątrz. Jeśli macie w otoczeniu chorego na depresję, nie radźcie mu, żeby się pozbierał, ogarnął czy stanął na nogach i przestał piszczeć. Nie musicie go zrozumieć, raczej to się wam nie uda, jeśli sami nie macie za sobą epizodu depresji. Wystarczy, jeśli nie będziecie tłumaczyć choremu/chorej, że wcale nic mu nie jest, bo tak wynika z waszych doświadczeń.

Jeśli mimo komiksu, notki Fry’a, tego wpisu – nadal ktoś z was uważa, że bliskiemu zmagającymu się z depresją najlepiej zrobi potrząśnięcie i energiczne żądanie wzięcia się w garść, to hmm, Margot napisała, co może z tymi postulatami.

 

Edycja: literówka.

____________________________________________________________________

* Uwaga również na złote rady z kategorii medycyny ludowej na depresję. W przypadku choroby o ciężkim przebiegu same ziółka i wysypianie się nie wniosą za wiele, a mogą przynieść to samo zło, co inne rodzaje leczenia pozornego: zaniedbanie i zapuszczenie choroby. Leczenie samym placebo w przypadku depresji powoduje nie tylko brak poprawy, powoduje również dodatkową frustrację brakiem efektów, utrzymywaniem się złego stanu, oraz zupełnie realne sypanie się różnych dziedzin życia chorego, który nie zdrowiejąc po prostu nie nadąża za załatwianiem swoich spraw. Leczenie technikami ziołowo-naturalnymi może być stosowane, gdy chory jest w stosunkowo dobrym stanie ogólnym, depresja ma lekki przebieg a na leczenie ma się dużo czasu – co powinien zawsze oszacować lekarz, a nie pełny najlepszych intencji sąsiad czy kuzynka.

Reklamy

67 thoughts on “Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać z czarnym psem

  1. Totalnie #wpunkt, dziękuję.
    Oraz zdanie „Jestem zorganizowaną formą entropii i czekam na rozkład, ignoruję formy energii wokół, czekam aż przestaną.” zapożyczam do słownika.

  2. bardzo dzięki za ten wpis. sama prawda i tylko prawda. im więcej takich wywiadów jak ten z Justyną Kowalczyk, takich notek jak Twoja tym większa szansa, że może ludzi zaczną coś rozumieć i pytać jak pomóc, a nie mówić, by wziąć się w garść.

  3. Myślę, że się bardzo może przydać taki poradnik „Jak nie postępować z chorym na depresję”. Bardzo by mi się przydał wiele lat temu, nie popełniłabym wszystkich błędów, których teraz żałuję i których się wstydzę.

  4. Samo piękno i dobro, a fraza ze zorganizowana formą entropii jest genialna.
    Tutaj jest taka, hmm, komiksonotka (niestety w lengłydżu), która niesamowicie celnie streszcza, co czuje człowiek w depresji:
    http://hyperboleandahalf.blogspot.com/2013/05/depression-part-two.html
    (stwierdzenie, że się nie umie odczuwać czegokolwiek tak jak dorosły nie umie już bawić się zabawkami, jest przerażająco celne).

  5. A, sorry, uświadomiłam sobie, że posty z linkiem trafiają do spamołapa – mam nadzieję, że w wolnej chwili zrobisz porządek.

  6. Mysle, sobie (na ludowo) ze ludzie po pierwsze – oczekuja (szybkich) skutkow swoich dzialan, stad zakladaja, ze jak poklepia po ramieniu, to sie poprawi i fakt ze sie nie poprawia, zaklada celowe, negatywne dzialanie chorego, lenistwo i zla wole. Mamy tez swietne leki – zadzialaja jak w szpitalu „w Lesnej Gorze”.
    Poniekad to domena chorob przewleklych- kolezanka z kolanem po operacji twierdzi, ze spotykalo ja to samo – otoczenie oczekiwalo, ze jej sie poprawi po miesiacu w lozku, wiec to ze po dwoch miesiacach nadal nie moze chodzic uznawano niejako za jej wine, wredote i paskudny charakter.
    Druga rzecz to brak „namacalnych” objawow i wytlumaczalnych przyczyn – jak sobie skrece kostke, to jest spuchnieta, jak mam zlamana reke – jest rentgen. Tu siedzi sobie smutas (albo len).
    W chorobie jest tez przyczyna – wirus, uraz – wiec jak nie ma powodu, to przeciez mamy tu symulanta i lenia, do roboty!
    Do tego dochodzi stygmatyzacja (pacjent psychiatry to obowiazkowo agresywny wariat), brak opieki (terapia, leki) o ile nie ma sie pieniedzy (a jak ma sie depresje, to czesto traci sie prace, wiec sie nie ma pieniedzy), depresja jest uznawana za wymysl z Zachodu i fanaberie, a w przypadku osob szczegolnie z mniejszych miejscowosci czy niezorientowanych (ubozszych, niewyksztalconych) nie ma swiadomosci, ze to choroba i ze to sie leczy.

  7. @Kowalczyk skoro hart ducha i siła woli nie mają żadnego znaczenia w tej chorobie, to jak jest możliwe, że przez ten cały czas tak zaskakująco dobrze (biorąc pod uwagę okoliczności) sobie radziła?

  8. @gajowy:
    Możliwe w depresji jest skupienie, wzmożenie energii na krótki dystans, na konkretne zadania, tyle że strasznym kosztem. To takie zaciąganie wielkiego emocjonalnego debetu na rzecz zrywu (wyścig, start, turniej), gdzie spłacasz tygodniami. Dopóki depresja nie jest bardzo ciężka, obezwładniająca, człowiek się może zmusić do obowiązków, tylko koszt tego zmuszenia i wysiłek jest wielokrotnie wyższy niż u zdrowych.

  9. @gajowy: bo to przychodzi falami. Siedzisz jakiś czas (trzy dni, dwa tygodnie, miesiąc) gapiąc się w ściany, nagle wstajesz, golisz się, myjesz i robisz wszystko na raz. Nierzadko pedantycznie, na granicy karōshi. A potem, w środku tego wszystkiego, znowu siadasz i wszystko zaczyna być bezsensu albo brak sił. Jeśli ktoś ma tyle silnej woli, żeby ten ciąg, to skupienie w sobie pielęgnować – może długo. Ale to jest równie dobre, jak zajadanie stresu. I również nie działa (na dłuższą metę).

  10. Wyczynowy sport na takim poziomie to nie jednodniowy zryw, to codzienny morderczy trening 365 dni w roku. Miejmy nadzieję, że w tym przypadku natężenie choroby nie jest aż tak wielkie i pozwoli na skuteczną terapię. Czego Justynie z całego serca życzę.

  11. Przerażające.
    Stale spotykam ludzi z takimi epizodami (zwykle w przeszłości, nie z bieżącymi). Prawdopodobnie myśl „dobrze, że nie mnie to trafiło” świadczy o mnie jak najgorzej.

  12. @Prawdopodobnie myśl „dobrze, że nie mnie to trafiło” świadczy o mnie jak najgorzej.

    Dlaczego? To jest doskonały powód do radości.

  13. @Adam Gliniany
    Do radości to za dużo powiedziane. To raczej na zasadzie otrząśnięcia się ze snu, który mógłby być rzeczywistością.

  14. gajowy on 11 Czerwiec 2014 o 16:47 said:
    @Kowalczyk skoro hart ducha i siła woli nie mają żadnego znaczenia w tej chorobie, to jak jest możliwe, że przez ten cały czas tak zaskakująco dobrze (biorąc pod uwagę okoliczności) sobie radziła?

    bo nie zawsze trzeba siedzieć w brudnym dresie na łóżku patrząc się w ścianę. czasem można „normalnie” funkcjonować miesiącami, zaciągając jak to ktoś napisał dług. wstawać rano, iść do pracy, wracać, przesiedzieć wieczór jak debil, kłaść się spać, budzić się po 2 godzinach i nie spać do rana, wstawać rano… aż któregoś rano się nie wstaje. ale można tak długie miesiące.

  15. To jest coś, co nazywam „turlaniem się”. Turlasz się od zadania do zadania i zaklinasz, że jeszcze tylko ten tydzień, jeszcze tylko ta rzecz do zrobienia, a potem sobota w kocyku. A czasem zaiwaniasz, żeby nie myśleć. Moja depresja miała przyczynę, a przyczyna znikła i każdy rok ją ode mnie oddalał. Tak, że obyło się bez leków. Ale najczęściej tak samo z siebie nie znika.
    Zdarza się jeszcze „turlanie się” zimą, ale to raczej zwykłe zmęczenie sezonowe i z tym można sobie poradzić prostymi sztuczkami. Nauczyłam się też sobie odpuszczać i nie wszystko robić na 100%, bo to jest chyba najgorsze. Generalnie człowiek w depresji albo się snuje, albo zaiwania, często bez sensu, bo połowa roboty idzie do kosza. Najbardziej wkurzała mnie pewna bliska osoba, która na widoczne objawy dołka reagowała wspominaniem swojej mitycznej koleżanki z liceum, która to była ciągle przygnębiona i dlatego nikt jej nie lubił.

  16. Wiecie co jest najbardziej przejebane, jak się już wyjdzie z takiego depresyjnego kotła: że się człowiek cały czas zastanawia, czy ten gorszy dzień, gorszy tydzień, to nie jest powrót do full-blown depresji. Czy to, że nie pojechałem do biura i robię z domu to dlatego, że wolę se poklikać w spokoju bez bycia rozproszonym, czy po prostu nie jestem w stanie znieść ludzi dookoła, telefonów.

    Jestem dobrze 1,5 roku po ostatnim szczytowym rzucie depresyjnym. Cały czas się boję, że czyha za rogiem.

  17. Dobrze że ktoś napisał o tym, że ziółka i ludowa medycyna to jednak na depresję się nie nadają. Zawsze powinno się to skonsultować z lekarzem, nawet gdy się wydaje ze dopiero coś zaczyna się źle dziać… Zabrakło mi tej uwagi u Margot

  18. Gdybym już musiała wybierać, wolałabym zachorować po 20. roku życia, a najlepiej po studiach. Kiedy diagnozują u ciebie depresję i fobię społeczną w momencie, gdy jesteś nastolatkiem, masz bolesną okazję doświadczyć tego, jak wraz z wiekiem zmienia się nastawienie otoczenia (mam tu na myśli twoją „magiczną granicę” 18 lat, przy której każdemu się wydaje, że teraz powinieneś już zapierdalać bez niczyjej pomocy 24 h na dobę). Osoby, które zachorowały już jako dorośli, nie mają takiego porównania. Po 18. urodzinach masz się sam sobą zajmować, nikt ci tak nie współczuje (albo nie udaje, że ci współczuje), bo nie jesteś już małym dzieckiem „z problemami, których niejeden dorosły by nie uniósł”, więc twoje dolegliwości psychiczne są nieważne. Zero taryfy ulgowej. Ludzie nie mają pojęcia, z jak wielkim zawodem i frustracją się to wiąże. Jasne, przed osiemnastką też było kiepsko, też co chwilę ktoś truł ci dupę – ale potem jest o wiele gorzej (no i poczucie winy i wstydu jest coraz większe). Ludzie – czy to w rodzinie, czy w szkole – którzy byli trochę bardziej wyrozumiali i spuszczali z tonu, nagle pragną wylać ci na łeb kubeł zimnej wody (a raczej kwasu). Przykład tylko z ostatnich dni: w czasie prywatnej rozmowy, usłyszałam od jednej z nauczycielek, której dość ufałam, słowa: „Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, jako z człowiekiem, jeżeli zamierzasz się tak poddawać”. Naprawdę. Mistrzostwo świata – nie można mnie już bardziej dobić (zanim padły te słowa, walnęła oczywiście gadkę, że jestem przecież zdrowa, ładna, mam duże możliwości i potencjał, więc nie powinnam się tak dołować życiem – mogłabym dołować się życiem, gdybym była np. fizycznie niepełnosprawna, ale tak? To przesada. A problemy rodzinne? „Przecież każdy jakieś ma!”). W rodzinie słyszę dokładnie te same androny. Obawiam się, że nawet osoby z epizodem depresji nie zrozumieją położenia kogoś, kto nigdy nie żył jak nastolatek, lata między 13. a 19. rokiem życia przesiaduje w czterech ścianach, łyka prochy odkąd ma 14 lat, nie posiada znajomych, boi się telefonów/dzwonków/domofonów, ludzi, otwartych przestrzeni, środków komunikacji miejskiej, nie śpi i żyje jak jebany wampir. Also, NIENAWIDZĘ tego pierdolenia, że im częściej wychodzisz, tym lepiej, bo „praktyka czyni mistrza”. Nikt nie rozumie, ile kosztuje mnie zmuszenie się do wyjścia z domu. To nie sprawia, że czuję się lepiej – np. po dwóch czy trzech tygodniach regularnego wychodzenia (to dla mnie wyczyn) nie wpadam w żaden mityczny „rytm”, o którym tyle pierdolą. Każdego dnia wracam tak samo zmęczona psychicznie, przygnębiona, załamana sobą; tym, jak się zachowywałam, a jak powinnam się zachować; przekonana, że wszyscy źle mnie ocenili i gapili się na mnie; chce mi się wyć, chcę się tylko schować pod kołdrą i jedyna myśl, jaka zaprząta mi głowę, to „nie chcę jutro wychodzić, nie chcę jutro wychodzić”. Chcę siedzieć sama w bezpiecznym, ciemnym pokoju, z zasłoniętymi oknami, bez raniącego mnie światła, bez dźwięków i bez ludzi. Nie chce mi się nawet zabić, ale żyć też nie.

  19. Ja tylko w sprawie ziółek. Otóż ziółka i witaminy bardzo pomagają „wziąć się w garść”. Zwyczajnie daje się organizmowi siłę do walki z chorobą. To czasem właśnie dzięki nim człowiek jest wstanie się zebrać i pójść do lekarza. To jest szałwia, to jest multiwitamina w tabletkach, to jest witamina D. Wiele stanów depresyjnych ma swój początek w niedoborze tej ostatniej. Depresja nie bierze się z choinki, ma bardzo wiele przyczyn i czasem wystarczy odstawić czynnik depresogenny, by od razu poczuć się lepiej (stres, niedobory snu, przemęczenie, presja otoczenia itd.). I tak, choruję na depresję (mniej więcej od 17 roku życia, wtedy omal się nie zabiłam), nawroty mam co kilka lat i tak, dzięki ziółkom i witaminie i odpowiedniej diecie oraz pewnych innych działaniach mających na celu wzmocnienie organizmu udało mi się uniknąć lat na prochach, które niestety nie na każdego działają dobrze, a czasem nie działają w ogóle. Warto również dodać, że udanie się do specjalisty to także walka, bo rzadko się zdarza trafić na dobrego za pierwszym razem. Czasem trzeba spędzić parę lat, zanim trafi się na odpowiednią osobę. I tu się właśnie przydaje pomoc bliskich, którzy nadzorują pracę lekarza, organizują opiekę psychologiczną, reagują gdy trzeba załatwić szpital (czasem mimo terapii lekami jest konieczny). No i pilnują, bo chorego na depresję trzeba pilnować, żeby się nie zabił. W mojej szkole był klub samobójców, dwójki nie udało się upilnować, reszta rodziców jakoś się kapnęła po pierwszych zgonach i nie zostawiała klubowiczów samych na minutę. Czasami mam wrażenie, że to był jakiś wirus. Ja miałam o tyle gorzej, że mam chorą psychicznie matkę (obecnie również brata, który ma na szczęście wyrobioną niepełnosprawność z tego powodu) i depresja przy ich chorobie to małe miki. Lekarka jak poszłam do niej w liceum i opowiedziałam, jak wygląda moje życie na co dzień, stwierdziła tylko, że nie dziwi się mojemu stanowi, że sama na moim miejscu czułaby się podobnie. No cóż, nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

  20. „Otóż ziółka i witaminy bardzo pomagają „wziąć się w garść”. Zwyczajnie daje się organizmowi siłę do walki z chorobą.”

    chyba ze sprawdzimy ich faktyczna zawartosc, albo zawartosc substancji, ktore moga na comolwiek pomoc i sie okaze, ze zniknely w procesie suszenia albo w trakcie przechowywania, albo sprawdz sobie przyswajalnosc witamin;

    pierdolisz lavinka, pierdolisz

  21. Ale gorzej jest, jak nie zniknęły i wejdą w interakcję z lekami…

  22. przez chwilę myślałam, że ktoś napisał coś rzeczowego o chorobach psychicznych ale skoro autor już na początku podaje przykład Stephena Fry to nie chce mi się czytać dalej…
    nie wszystkie choroby wrzuca się do jednego wora tylko dlatego, że komuś jest źle i chciał się zabić…

  23. @Finka: a przykład Zdzicha z Pipidówy Górnej byłby lepszy i bardziej dla Ciebie miarodajny, ponieważ….?

  24. @Finka:
    Przez chwilę myślałam, że ktoś chciał wytknąć błędy merytoryczne notki, ale skoro komentatorka już w pierwszym zdaniu myli płeć autorki notki, to nie chce mi się czytać tego dalej.
    (delicious copypasta mode off)
    Auch, z ciekawości: dlaczego opinia o depresji napisana przez Fry’a, który z depresją zmaga się od lat, jest bezwartościowa i służy podważaniu wpisu? Również: jakie inne choroby poza depresją są omawiane przeze mnie (por: wrzucane do jednego wora), bo nie dostrzegłam?
    Następnie, bez ironii: komentarze logicznie niezorganizowane i zawierające wyłącznie strumień emocji są tu niemile widziane. Weź to pod rozwagę zanim skomciasz znowu.

  25. gdyby tekst był o chorobie dwubiegunowej to byłby to adekwatny przykład, są różne jednostki chorobowe, pozornie do siebie podobne

  26. @Finka

    Notka, z tego co udało mi się załapać, NIE jest na temat psychiatrii klinicznej, przyczyn bipolara i depresji oraz tego, czym się różnią i jak chujowym pomysłem jest leczenie jednego lekami na drugie.

    Notka jest o tym, jak chujowym pomysłem jest namawianie osoby kontemplującej jak farba schnie, bo na nic więcej już jej nie stać, by się wzięła w garść. Niezależnie od tego, jak nazywa się choroba, która ją zżera i co powinien takiej osobie przepisać kompetentny specjalista. Większość osób ma jednak do czynienia z depresją, plus temat jest nośny z powodu wspomnianego wywiadu pani Kowalczyk. To, na co choruje pan Fry nie ma znaczenia dla puenty, „dół” bipolara dla potrzeb niniejszej notki jest wystarczająco podobny. Psychiatrzy oczywiście nie powinni owym podobieństwem się kierować (niestety, robią to), ale ta notka nie jest w moim odczuciu adresowana do psychiatrów.

  27. Czy jest jakiś poradnik o „profilaktyce” przeciw depresji? Czego unikać, co pomaga nie ześlizgnąć się w depresję, jakie czynności wręcz zapraszają tę chorobę?

  28. Nie znam żadnego poradnika, ale czynniki ryzyka to między innymi: wysoka reaktywność (wrażliwość emocjonalna), perfekcjonizm, wysoka neurotyczność (rozumiana jako jedna z pięciu „dużych” cech osobowości). Także, paradoksalnie, nieumiejętność rozpoznawania własnych emocji albo wyuczona strategia tłumienia ich. Brak pracy, traumatyczne wydarzenia życiowe takie, jak opieka nad ciężko chorym, doświadczenie mobbingu, przewlekłe przepracowanie, bycie „kozłem ofiarnym” w klasie za młodu. No trochę tego jest i spora lista by się zebrała, czasem się te cechy wykluczają, bo wiele dróg prowadzi do tego paskudztwa.
    Na łagodne depresje i małe doły faktycznie pomaga ruch i regularne spanie, a przede wszystkim łapanie słońca, brak witaminy D jest jednak notoryczny w naszym klimacie. Człowiek z łagodną depresją może się stopniowo wytoczyć do życia i do pewnych rzeczy zmusić, aż zaczyna się robić lepiej, dwa kroki w przód, jeden w tył. To trochę jak próba „przechodzenia” grypy, ale czasem się udaje. Może przebudować trochę swoją osobowość, tak żeby stać się mniej podatnym (wyrobić inne strategie radzenia sobie z lękiem, błędnym kręgiem zamartwiania się, i w ogóle wszystkim – długa robota i jednak polecam na to psychologa). Sam tego nie zrobi, tylko przy wsparciu otoczenia, nawet jeśli to wsparcie jest nieumiejętne, bo czasem wystarczy, że ktoś jest obok. Po takim doświadczeniu w głowie zawsze zostają jakieś blizny – jak z chronicznym zapaleniem zatok, podatność jest. Ale w bonusie dostaje się wrażliwość na problemy innych.
    Co do depresji o średnim nasileniu i ciężkiej, pojęcia nie mam, proces pewnie jest podobny, tylko z lekami i większą ilością fachowego wsparcia.

  29. @Jan Rudziński
    Myślę, że profilaktyka niewiele zda, bo nigdy nie wiemy, czy życie nam się któregoś dnia nie zawali… Poza tym skłonność do depresji to chyba bardziej cecha wrodzona albo przynajmniej bardzo trudna do zmiany. Leki działają ale to leczenie objawowe, zresztą niestety także oparte też mocno na efekcie placebo – danie choremu nadziei że coś zmieni go bez jego aktywnego udziału bo w możliwość zmuszenia się do normalnego życia nie wierzy.

    Czytałam o badaniach o istnieniu grupy ludzi ktorych nie da się złamać – oni po prostu w depresję nie wpadają, a nawet, jak się załamują, to z tego wychodzą po czasie. Witkowski o nich pisał, zachodnia psychologia nazywała tą cechę chyba „toughness” czyli twardością. I niestety wszystko wskazuje że to jest cecha trwała, raczej wrodzona.

    „polecam na to psychologa”
    Z moich doświadczeń wynika że psycholog niewiele może. Człowiek idzie do psychologa na fali optymizmu gdy ma np. epizod submaniakalny chodobuy dwubiegunowej, a potem to wszystko wraca i tylko dodatkowo wyrzuca sobie, że za mało się stara i zmarnował psychoterapię. Bez sensu.

  30. Nic nie chroni przed depresją, to prawda. Nie chcę robić gradacji, tylko zaznaczyć, że tym, którzy nie mają pieniędzy na lekarza i psychologa, jest jeszcze trudniej próbować wyjść z choroby. Utrata pracy to jedno, bieda wyniesiona z domu – drugie. Takiej osobie jest jeszcze trudniej, też dlatego, że nie dość, że wszyscy bagatelizują i proponują rumianek, to jeszcze państwo delikatnie, słowami „najbliższy termin za 3 miesiące” mówi „giń”.

  31. De-presja serotonina i endorfina. Kowalczyk oczywiście musi mieć depresję, bo cały czas musi dbać o linię i się w głupi sposób odchudzać. Bo przecież jeśli głodujemy, organizm wszystko co zjemy przetwarza na produkty do odżywiania podstawowych organów ciała a na resztę czyli związki produkujące serotoninę i endorfinę mu nie staje. I jak to odchudzanie trwa i trwa i musisz, bo wyniki, kochający mąż, albo zawistne koleżanki, wpadamy w depresję. Wniosek prosty: trza zmienić dietę. Na taką, która dostarcza wszystkie elementy układanki, a od której się nie tyje.
    Zapraszam.

  32. Prezio, opublikuj te jakże przełomowe wyniki badań w jakimś renomowanym, branżowym czasopiśmie medycznym, przecież to pozwoli na znaczną poprawę jakości leczenia wszystkich dotkniętych chorobą! A i nobel jakby w zasięgu ręki bardziej…

  33. To ciekawe, że tzw. depresja prawie zawsze dopada różnego rodzaju celebrytów, lewactwo, gejów, transseksualistów, emo nastolatków i innych słabych psychicznie. Normalni ludzie jakoś sobie radzą.

  34. Adamie. Spokojnie.
    Ja tej diety nie wymyśliłem. Ona już jest opublikowana, Tylko wiesz, ta głupia dieta ma poparcie w prawie każdym czasopiśmie, radiu i tv, bo przyszła z USA. Tej głupiej diety uczą nawet w polskich szkołach.
    Oczywiście nie mam depresji.

  35. Preziu, dajesz tę dietę. Z przyjemnością pożegnam antydepresanty, które muszę brać, żeby w ogóle jakoś funkcjonować. Podarowały mi cały wachlarz całkiem fizycznych dolegliwości, z pierdutnym przyrostem wagi na czele. Tak że wiesz, być może jesteś moim wybawieniem. (sarkazm mode off) Naimo, czy mówiłam Ci już, że jak już o czymś napiszesz, to nie ma co zbierać? Podziwiam i zazdraszczam klarownego pióra.

  36. Leczenie depresji dietą jest tak samo skuteczne jak leczenie raka dietą; a pierdolenie o tym, że tylko lewactwo ma problemy z biochemią mózgu to jest coś tak durnego, że nie zasługuje nawet na myśl o rzeczowym debunku.

  37. Ninawum. No dieta optymalna. 15 lat bez depresji. Pozdrawiam.
    Eli.wurman. Poczytaj trochę i nie kpij. To, że rak mózgu żywi się wyłącznie cukrem odkrył noblista niemiecki już bodajże w 1936 roku. A p… lenie znaczy, że się podniecasz.

  38. Eli, bo ci prawicowi silni ludzie zaiste nie miewają depresji. Oni sami nigdy by tak tego nie określili, Toż to Niemęskie. Na własne życzenie pozbawieni pozbawieni lepszych metod, po prostu strzelają sobie w pewnym momencie w łeb. Względnie – i to jest, jak wynika z moich obserwacji, sposób pieruńsko popularny – stopniowo zapijają się na śmierć.

  39. @odkrył noblista niemiecki już bodajże w 1936 roku

    Nazwisko niemieckiego noblisty, miejsce publikacji odkrycia (albo pędź na słodki bambus).

  40. (Interesuje mnie też zależność między cukrem, rakiem mózgu i depresją.)

  41. Optymalni: jedyna frakcja w polskim Internecie, która głupotą i prozelityzmem dorównuje Biosłonym.

  42. @ninawum:
    Dziękuję, bardzo się cieszę, że udało mi się to napisać w sposób, który trafia do czytelników.
    @raz_sierpem…:
    Fantastyczna teza, milordzie, niestety, nie bardzo chce mi się polemizować z trollingiem bądź wygłupem. No bo wiesz: ty jedno głupie zdanie, ja do debunku potrzebuję pięćdziesięciu, ty na to odpiszesz znów jakimś onelinerem od czapy i tak oto zmarnuję resztę niedzieli.
    @prezio:
    Gammon No.82 już cię poprosił o jakieś konkrety, możesz zacząć od noblisty albo od kwitów na zależność między cukrem (którym? glukoza? sacharoza? fruktoza?) a depresją, rakiem i innymi. Jak nie masz, to oddal się w kierunku pogłębionej refleksji w milczeniu. Bo wiesz, dowód z osobistego doświadczenia jest bardzo słabym dowodem, prawie tak samo jak próby dowodów negatywnych. Na przykład moglibyśmy dojść do wniosku, że pokarm dla gupików jest Dietą Optymalniejszą, bo nigdy dotąd nie zaobserwowano gupika z depresją. Also: artefakty statystyczne.

  43. @Paweł: jak to u mnie na wsi mawiajo: „nie samym chlebem człowiek żyje, przydałoby się masło”.

  44. Otto Heinrich Warburg. Pokarm dla gupików to zdaje się suszone rozwielitki lub krętki. Mięcho jak się patrzy. Prawie masz dowód, bo chyba nie słodzisz im wody. Pozdrawam. Gamon 82. Sam se pędź.

  45. @prezio
    Pieprzysz jak potłuczony, bo ci się nie chciało sprawdzić, co naprawdę twierdził Otto Heinrich Warburg, tylko przepisujesz bzdury z polskiej wikipedii. Dla twojej informacji – WSZYSTKIE komórki odżywiają się glukozą, sam tlen nie wystarcza. Jeżeli chcesz nas zaskoczyć, mam dla ciebie zadanie domowe – sprawdź, jak brzmi hipoteza Warburga

  46. No to pieprzę dalej. Wszystkie komórki (rakowe też) odżywiają się glukozą jak muszą. Jak nie muszą to z chęcią, nawet z miłością odżywiają się kwasami tłuszczowymi. Z miłością bo w pierwszej kolejności (rakowe też?). Koniec pieprzenia.

  47. Koniec pieprzenia.

    Kłamiesz, z pewnością będziesz pieprzył dalej. Jak potłuczony.

  48. @Gammon
    No jak mogłeś, przecież prezio może tego nie zrozumieć, bo to w jakiś obcych językach.

  49. „prawicowi silni ludzie […] nie miewają depresji”

    To prawda. Czasami zdarzają się chwile gorszego samopoczucia, ale trudno, żeby było inaczej, zważywszy na Zbrodnie Lewactwa i Złodziejstwo Systemu Podatkowego (na tych z wyższym „toughness” są już przygotowane chemtrialsy i HAARP). W przypadku prawicowych silnych ludzi-Polaków dokłada się do tego Wina Tuska.

  50. Z tego co wiem (z praktyki i książek) objawy depresyjne nie są jednoznacznie skorelowane ze światopoglądem, statusem materialnym itd.

    Najbardziej drastyczny z przejawów depresji, jakim jest wskaźnik samobójstw, jest największy w środowiskach pozbawionych fachowej pomocy. Osoby wywodzące się ze środowiska wiejskiego, mieszkające czy pracujące na wsi (zwłaszcza na Podhalu) dobrze o tym wiedzą – tradycja „wieszania się” w reakcji na niepowodzenia życiowe, czy po prostu po użyciu alkoholu jest tam ciągle żywa.

  51. O the mind, mind has mountains; cliffs of fall
    Frightful, sheer, no-man-fathomed. Hold them cheap
    May who ne’er hung there.

    To Gerard Manley Hopkins. Duchowny rzymskokatolicki, jezuita, poeta zmagający się z depresją przez długie lata. Tyle na temat prawicowych silnych ludzi.

  52. Globalny Śmietnik, Daniel:
    Zdanie: „prawicowi silni ludzie nie miewają depresji” to była ironia. Zgryźliwość taka. Wywołana czyjąś tam wyżej uwagą o rzekomej wyłącznej podatności środowisk lewicowych na zaburzenia nastroju.

  53. @Gammon No.82
    on 15 Czerwiec 2014 o 22:09 said:
    „Przystępne, to podlinkuję.
    http://anaximperator.wordpress.com/2012/09/13/sugar-depleted-diet-is-not-a-useful-cancer-cure/
    Cudowny link o tyle, że debunkuje następną bzdurę o diecie w/g pH (jeść zasadowo!!!). Jak się okazuje, to tez poklosie nadinterpretacji efektu Warburga.
    W częśći artykułu o podtytule:
    Other misunderstandings in alternative cancer therapy related to the Warburg effect. many:
    „The production of lactic acid leads to a low pH (acidic environment) in the vicinity of the cancer cells. This phenomenon has lead to the reasoning behind some alternative ideas, namely that cancer can’t thrive in an alkaline environment.”

    Pozdrawiam

  54. Niektórzy chwycili i po latach reklamuja „leki” na zakwaszenie organizmu..
    Dziekuje za tę notkę, z depresja zmagam się od dziecinstwa.

  55. No dobrze, przeczytałam czego nie powinno się robić. Zapamiętałam. A co powinno? Oprócz oferty pomocy przy płaceniu rachunków i zrobienia zakupów? (Załóżmy, że to i pokrewne kwestie organizacyjne – jest załatwione).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s