Zaraz wracam

Dwa dni temu minął równo rok od pierwszej notki.

Moment na refleksję dość umowny, równie dobry jak każda inna data, więc czemu nie? Od pierwszego wpisu, powstającego z irytacji i gniewu (oraz wielkiej dyskusji na dziś powoli zamierającym Google Plus) przez kolejne frustracje, bolesne zdumienia i odkrycia blog się jakoś zdefiniował jako lewicowo-feministyczno-laicki głosik w bezmiarze polskich internetów.

Po roku mogę zaryzykować opinię, że nic w tych internetach nie zmienił.

 Sądząc po tendencji w komentarzach (zarówno tu, jak i w miejscach, gdzie niekiedy bywam linkowana), albo mam przyzerowe umiejętności językowe wspierane przez niezdolność wytłumaczenia swojego stanowiska w sposób zrozumiały i przekonujący, albo nadzwyczajny talent w przyciąganiu osób, które zrozumieć tego stanowiska stanowczo nie chcą, i wiedzą o tym z góry i na pewno. Co oczywiście cofa mnie do punktu wyjścia, czy aby na pewno wiem, co chcę powiedzieć i czy umiem to wyrazić zrozumiale.

I to jest ten moment, kiedy blog udaje się na emigrację wewnętrzną.

Na jakiś czas zawieszam działalność w tym miejscu; po części, by przemyśleć co dalej, po części, by zastanowić się nad tym, co do tej pory nie wychodziło zgodnie z wyobrażeniami. Ponieważ jednocześnie w tzw. offlajnie spiętrza mi się wiele rzeczy do opanowania, bieżące zniechęcenie do tej pisaniny wydaje mi się dobrym pretekstem do przeczekania, aż w życiu i na blogasku pewne rzeczy się powyjaśniają.

Dziękuję wszystkim, którzy tu przychodzili i przychodzą, bez względu na to, jak bardzo się nie zgadzali z treściami. Dziękuję też za to, że przez cały rok zdarzało mi się usuwać z komentarzy tylko wpisy pochodzące ewidentnie od spambotów i handlarzy rozkoszy doczesnych.

Do zobaczenia.

Advertisements