Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

To nie ja, proszę pani, to Szpro zaczęła.

Do kogo należy ciało? Oczywista intuicja jest taka, że do nosiciela/nosicielki, mieszkańca. Że to on lub ona podejmuje decyzje odnośnie serwisu tego ciała, jego wyglądu i sposobu użytkowania. W idealnym świecie jedyną instancją władną decydować o sposobie wykorzystania danego ciała byłby ten, kto w nim mieszka, i to on/ona używał/a/by go w sposób zgodny ze swoim wyobrażeniem i potrzebami.

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. Choć odeszliśmy niemal globalnie od przymusu militaryzowania wszystkich mężczyzn oraz od przymusu zawierania małżeństw, nasza kultura wciąż reprodukuje adekwatne do takiego podziału na żołnierzy i matki wzorce. W pewien niepisany sposób twierdzi, że ciała nasze należą do społeczeństwa/państwa i powinniśmy dbać o nie jak o powierzoną nam tylko przelotnie własność urzędową, pamiętając o celu nadrzędnym istnienia tych ciał. Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów. Kobiety odrzucające rolę inkubatorów miały co najmniej równie ciężką dolę – ich ciała miały służyć produkcji nowych żołnierzy i/lub rozkoszy zwycięzców. Wypisanie się z macierzyństwa biologicznego było możliwe za cenę wielu wyrzeczeń (ochrony finansowej i prawnej, szacunku społecznego i minimalnej władzy nad sobą i majątkiem przysługujących dzieciatym mężatkom), lecz z przyczyn presji społecznej i ekonomicznej taka buntowniczka często daleko nie uciekała: przez stulecia w Europie jej droga prowadziła wyłącznie do macierzyństwa symbolicznego – życia zakonnego, usługowego; lub pozostania „przy rodzinie”, gdzie pełniła za wyżywienie i dach usługi wychowawczo-opiekuńcze. Niezależna praca zawodowa przez długie lata była zupełnie niemożliwa, tak samo jak edukacja: ciało kobiety miało być dostępne rozrodowi bez zbędnych opóźnień i obstrukcji, przypisane ciału funkcje rodzicielskie, karmicielskie i wychowawcze nie wymagały samodzielności ekonomicznej ani prawnej. Ba, panowała ogólna zgodność, że wszelkie swobody i prawa do zarządzania sobą i majątkiem mogłyby kobietom ciałom kobiecym zaszkodzić w ich najistotniejszych funkcjach.

To nie jest aż tak kuriozalnie stara myśl, proszę publiczności, parę tysięcy kilometrów od nas krąży ona całkiem serio jako uzasadnienie ubezwłasnowolnienia kobiet:

Prowadzenie samochodu niszczy jajniki, kobiety, które to robią, rodzą chore dzieci – ostrzega saudyjski duchowny

(…)

W 2011 r. członkowie państwowej rady religijnej ogłosili na łamach „The Telegraph”, że jeśli kobiety będą same prowadziły, spadnie liczba dziewic i przybędzie homoseksualistów. W 2005 r. ponad stu saudyjskich sędziów, naukowców i duchownych ogłosiło, że „pomysły zniesienia zakazu mają tylko wrogowie islamu, którzy chcą doprowadzić do zepsucia muzułmanek”.Są też głosy, że kobieta z prawem jazdy będzie miała więcej zachęt do porzucenia męża, bo będzie jej łatwiej uciec. Dziś, gdy Saudyjka zostaje złapana na nielegalnym prowadzeniu auta, policja wzywa jej męża lub krewnego, który w specjalnym oświadczeniu przysięga, że nigdy już do tego nie dopuści.
Tak oto widać, że ruch ograniczenia praw kobiet do władania własnym ciałem ma się dobrze, i nadal, gdy trzeba kobietę usadzić w miejscu, wyciąga się argument o trosce o jej funkcje rozrodcze. Ciało należy do społeczeństwa, do męża, do państwa  (zależy od lokalizacji ciała) lub do bóstwa (zależy od czasów), nigdy do żyjącej w nim osoby. Powolna ewolucja obyczajowa poluźniła smycze i kagańce na tyle, że wyłamanie się z dualizmu: obrona plemienia/pomnażanie plemienia nie jest już sankcjonowanie karnie w sensie prawnym.
Odejście jednak od realizowania przypisanej ciału funkcji nadal źle jest widziane. Nie mówię tu o sekowaniu singielek czy chłopców unikających siłowni, bo to już w dużej mierze niszowy sport i ograniczony do tortur przy rodzinnych spędach, mówię o stosunku do osób, które w sposób ostentacyjny domagają się samodzielności w korzystaniu ciała, wbrew niepisanemu prawu – o osobach LGBT. Związki homoseksualne są traktowane jak wynaturzenie, jak zbrodnia społeczna, jak zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na ciała walczące i ciała rodzące. Jeszcze straszliwsze jest w oczach społeczeństwa, gdy ktoś chce zmienić swoje ciało tak, by zgodne było z tym, kto w nim mieszka. Osoby transseksualne przechodzą gehennę od momentu, gdy po raz pierwszy zgłoszą potrzebę zmiany swojego ciała. Ich odczucia, ich niezależność i władza nad ciałem są kwestionowane, a prawo – w zależności od kraju – albo całkowicie zakazuje jakichkolwiek modyfikacji w zakresie płci, lub obwarowuje je poważnymi warunkami, niejednokrotnie upokarzającymi. Państwo w tej mierze mówi wyraźnie, że to ono jest właścicielem ciała, a ciała dzierżawca może tylko suplikować w sprawie generalnych przeróbek państwowej własności, dostarczając zaświadczenia, dokumenty i przeróżne, zbierane latami wnioski i referencje. Samo oświadczenie woli mieszkańca ciała niedawno nie wystarczało do przeprowadzenia zabiegu obezpłodnienia – a i obecnie kliniki oferujące takie zabiegi wykonują je tylko u osób, które dzieci już mają (w niektórych nawet jest minimalny limit dzieci dopuszczający do zabiegu – jak pięknie pokazuje to hierarchię celów człowieka ciała). Znalazłam również bardzo pięknie napisane opracowanie na ten temat, które mówi wręcz dosłownie:

Ocena moralna wazektomii jest złożona, gdyż  zabieg ten kumuluje w sobie kilka wykroczeń natury moralnej takich jak: okaleczenie, antykoncepcja czy masturbacja. Przystępując do niej (oceny) na pierwszym miejscu trzeba  zwrócić uwagę na to, że każdy człowiek odpowiada przed Bogiem i przed społeczeństwem za integralność swego życia i ciała w związku z tym nie może on dowolnie, według swoich egoistycznych zachcianek rozporządzać tymi wartościami.

Tu źródło, oczywiście religijne. Nasi, krajowi specjaliści od władania ciałami mówią wprost, że najważniejszą fukcją ciała jest robienie następnych ciał, a nie – dostarczanie komfortowego schronienia tej ulotnej konstrukcji, jaką sobie wymyślili i nazwali duszą:

Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne. Naruszają bowiem porządek moralny ustanowiony przez Boga i stanowią wyraz sprzeciwu wobec Boga. Kiedy małżonkowie – jak nauczał Jan Paweł II – poprzez antykoncepcję odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną  zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga, władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Boga, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia.

Jak widać, kościół katolicki otwartym tekstem twierdzi, że nie wolno nam robić z ciałami nic według własnej woli – możemy prokreować lub żyć w celibacie, ponieważ ciało nie należy do nas i bawić się nim bez zgody i kościelnego certyfikatu nie należy. (Pominę tu cały wywód o herezji gnostyckiej i manichejskiej, kto ciekaw, może sobie doczytać na własną rękę o ideologicznych roztrząsaniach, czy ciało jest całkiem złe, czy tylko w zakresie płci, i czy mnożyć się to dobrze czy grzesznie, bo nie wnosi to wiele do zagadnienia obecnie – chyba że wśród czytelników zgłoszą się manichejczycy lub gnostycy, to zapraszam). Jako że dziś parlamentarzyści i władze publiczne nie ośmielają się myśleć ni uchwalać czegokolwiek inaczej, niż sądzi kościół, cały wysiłek umysłowy wkładany jest w uzgodnienie protokołów i wyszukanie uzasadnień laickich dla kościelnej wykładni władzy boskiej nad ludzkimi ciałami (część roboty za parlamentarzystów odwaliły poprzednie kadencje, robiąc preambułę z wezwaniem Boga jako źródła prawa, reszta leci już z automatu).
Wracając do pierwotnego pytania o prymat władzy nosiciela ciała nad roszczeniami władz państwowych i duchownych względem tego ciała zastosowań i użyć – rewolucja wciąż trwa. Od czasów niewolnictwa, pańszczyzny, ubezwłasnowolnienia kobiet, przymusowego leczenia aberracji seksualnych jak też i niedoszłych samobójców – niemożność legalnego zakończenia własnego życia to kolejny dobry przykład na to, że wciąż tylko wynajmujemy nasze ciała od większej władzy; lub karania więzieniem za homoseksualizm lub choćby noszenie ubrań przypisanych płci przeciwnej dochodzimy do czasów coraz większego równouprawnienia, swobody podróżowania (ciał europejskich) i większości antykoncepcji (rozumianej również jako wolność rodzenia dzieci w takiej ilości, jakiej się chce), swobody orientacji seksualnej. Gdzieniegdzie następuje legalizacja związków homoseksualnych, wzmocniona prawem do wychowywania dzieci własnych i przysposobionych. Aparaty prawne powoli wypuszczają z państwowych, formalnych szponów nasze ciała i niechętnie zwracają je nam. ludziom w środku. Znacznie wolniej to przebiega w przypadku obyczaju i konwenansu społecznego: tu nadzór obywatelski trzyma się mocno i odszczepnieńcy są szykanowani od ręki. Ciało pozostaje własnością tej anonimowej grupy wokół, która karci i potępia, gdy lokator ciała ubierze się niezgodnie z konwenansem lub płcią, gdy obierze styl życia odmienny od zaplanowanego w chwili narodzin, gdy odmówi bijatyki lub rodzenia dzieci i będzie dumny/a ze swojej decyzji zamiast ją opłakiwać i szukać dla niej wymówek. (Obserwacja podpowiada, że im ściślejsze, bardziej zamknięte grupy społeczne, tym intensywniej i restrykcyjniej władają one ciałami swoich ludzi. Pomyślcie o amazońskiej indiance, która odmawia zamążpójścia i rodzenia dzieci. Pomyślcie o dresiarzu, który olewa nawalanki z kibicami kontrklubu i proponuje im wspólne wyjście do fryzjera i maniukiurzysty. Pomyślcie o Masaju, który nie chce być wojownikiem, lecz zajmować się opieką nad dziećmi, i Masajce, która chce mieć włócznię i tarczę. Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski gdzieś na polskiej prowincji [edycja na prośbę komentatorów – n.] ) Lokator ciała zostaje brutalnie przywołany do porządku i na swoje miejsce, gdy zbuntuje się przeciw normom piękna przypisanym dla jego/jej kategorii ciała i poprzestanie na cieszeniu się tym ciałem na swój własny sposób, ozdabiając je według własnej fantazji, jedząc co chce, uprawiając dowolny wysiłek czy ruszając ciałem wyłącznie w stanie absolutnej konieczności, gdy będzie żyć ascetycznie lub łapczywie będzie zbierać wszelkie doznania zmysłowe. Czasy lub środowiska, w których ciało będzie po prostu służyło swojemu nosicielowi, a reszta nie będzie się czuła władna wtrącać i ingerować, wydają mi się bardziej przyjazne niż to, co teraz. Marzę trochę o czasach, w których postrzeganie ludzi będzie wykraczało przez te funkcje ciał, do których państwo lub społeczeństwo intensywnie rości sobie prawa. Gdy będzie jak w notce Kyi, która napisała lepiej i zwięźlej, i dużo zabawniej.
Advertisements

23 thoughts on “Lokatorzy bez prawa do remontu i wyburzeń

  1. W zupełnie innym kontekście Majakowski wykrzykiwał „Jedinica nul’!”. Mimo życia w kraju już nie rządzonym przez partię i tyranię, ciągle my – zbiór jednostek – jesteśmy zerem. Ciągle „jednostka niczym, jednostka zerem”, przynajmniej pod względem władzy nad własnym ciałem.
    Bardzo ładnie zauważone zjawisko, którego jakoś nie dostrzegałam.

  2. „Kościół jednoznacznie naucza, że wszystkie techniki antykoncepcyjne są moralnie niegodziwe i niedopuszczalne.”
    Zawsze mnie bawią wykręty katolików, gdy w tym momencie ich pytam o kalendarzyk, który chujową, ale jednak antykoncepcją też jest.

    „Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał.”
    No te, co mają służyć produkowaniu (5 minut radości faceta można spokojnie pominąć), to nam niestety taka się natura przytrafiła. I chwała Jego Mackowatości, że potrafiliśmy w końcu wytworzyć kulturę (niezbyt jeszcze powszechną, niestety), która to pozwala odmówić tej roli narzucanej przez naturę. I że w niedalekiej przyszłości może uda się już rozmnażać bardziej sprawiedliwie (vide sztuczna macica).

  3. Ja się generalnie zgadzam i przyklaskuję, ale chciałbym tylko zwrócić uwagę na jedną kwestię. Proszę nie robić z Polski wschodniej jakiegoś jądra ciemności – to dosyć powszechne i, moim zdaniem, mocno krzywdzące. Sam (attention! Dowód anegdotyczny incoming!) mieszkam w Polsce B i nie dostrzegam jakichś rażących dysproporcji pomiędzy Tym Zacofanym Wschodem Kapliczkami Stojącym, a Otwartą I Tolerancyjną (hahahha) Polską Zachodnią. Mój ostrożny coming out wśród (licznych) bliższych i dalszych znajomych jeszcze ani razu nie doprowadził do negatywnej (nie mówiąc już nawet o upokarzającej) reakcji. Oczywiście, że dobrze nie jest – ale IMHO nie gorzej, niż na zachodzie Polski. A takie stygmatyzowanie Polski Wschodniej, wpisywanie jej w (bzdurną!) narrację konserwatywnej, acz sielankowej wsi spokojnej, wsi wesołej, na wpół baśniowych Wilkowyj czy innych Wojsławic – jest zwyczajnie krzywdzące.

  4. @ wraithofux
    I tak dalej….

    @ misiael 1
    No wiec takie „miejsca tolerancji” naprawde w Ameryce istnieja. Nie wszystkie te miejsca to polskie dzielnice. Moja na przyklad nie jest polska. Ale wszystkie polskie dzielnice to sa te „miejsca tolerancji”. Bradziej prozaicznie – kolonie artystow. Zdaje sie ze ten slynny Greenpoint jest w tej chwili jednym z najciekawszych miejsc w USA. Na dzien dzisiejszy to juz jest podrecznik. Jezeli chcecie wiedziec, to mialem na ten temat napisac ksiazke. Wlasnie 10 lat temu. Moja agentka podpisala juz kontrakt. Ale odmowilem. Bo wiedzialem ze i tak sobie poradzicie. Nie macie za bardzo wyboru. Pracy dla was nie ma i nie bedzie. Chyba ze sami/same ja sobie stworzycie. Rzeczy do zrobienia jest multum. A ten facio co te tolerancje wymyslil to pospolity pajac, ktory lubi dzielic ludzi.
    Podsumowujac – tacy wlasnie sa Polacy, tolerancyjni. Nieraz mowie ludziom ze gdy nie bylo Autralii, Kanady, USA, to byla Polska.

  5. @misiael1:
    „Polska ściana wschodnia” robi tu za figurę reprezentującą prowincję, mogę to odwołać i napisać Podkarpacie, jeśli wolisz. Niestety, w mniemaniu o specyfice wschodniej Polski mnie mocno utwierdza cykl newsów o Białymstoku i lokalnych lotnych brygadach normalizujących. Ale oczywiście nie zakładam, że wszystkie miejscowości na wschód od DC to klony Białegostoku i bardzo się cieszę, gdy zaręczasz, że tak właśnie nie jest.

  6. „bardzo się cieszę, gdy zaręczasz, że tak właśnie nie jest.”

    No więc, incydenty się zdarzają, jak wszędzie. Generalnie widać też, niestety, nielekkie zapóźnienie rozwoju gospodarczego… ale ludzie wchłaniają te same media, śledzą te same ściągane z torrentów seriale, czytają tego samego Harry’ego Pottera i oglądają ten sam Tefałen. Powiedziałbym nawet, że większe, niż średnia krajowa stężenie cerkwi prawosławnych i wpływów ze Wchodu wprowadza namiastkę pluralizmu religijnego i ogólnie kulturowego, Może i wishful thinking, ale… Tymczasem odnoszę wrażenie, że Polska na Wschód od wszystkiego to dla reszty kraju jakaś dzicz zlewająca się z krajami byłego bloku wschodniego w jakąś szarą masę.

    „bardzo się cieszę, gdy zaręczasz, że tak właśnie nie jest.”

    No więc zaręczam, że nie jest tak źle, jak w Białymstoku, który jest raczej brzydką anomalią, niż jakimś miarodajnym przykładem reprezentacyjnym dla całego regionu.

  7. @audionerd
    Co to znaczy “nalezy”?

    Co to znaczy „co”, „to” oraz „znaczy”?

    Podsumowujac – tacy wlasnie sa Polacy, tolerancyjni. Nieraz mowie ludziom ze gdy nie bylo Autralii, Kanady, USA, to byla Polska.

    Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

  8. @audionerd:
    myślę, że na razie wystarczy twojej radosnej twórczości tutaj.
    Na razie nie napisałeś ani jednego merytorycznego komcia na temat, za to zacząłeś niegrzecznie się zachowywać wobec innych komentatorów. Od tej chwili twoje posty zaczną trafiać do poczekalni, i tylko te, w których mówisz na temat trafią do publikacji.

  9. Myślę, że lepiej pisać podkarpacie i małopolska bo są kwity ;-)
    Według Głównego Urzędu Statystycznego najwięcej nieślubnych dzieci rodzi się województwach zachodniopomorskim – 37,5 proc. i lubuskim – 36,4 proc., a w niektórych tamtejszych powiatach odsetek ten wynosi nawet 47 proc.

    Najmniej maluchów poza małżeństwami rodzi się w województwach małopolskim (10,7 proc.) i podkarpackim (11 proc.).

  10. Bardzo podoba mi się ten wpis. Właściwie mogę powiedzieć, że chyba zgadzam się z całością.
    Bo co mogłoby być przeciwko? Przeciwnicy w tym miejscu wspomnieliby o pieniądzach, wykazaliby może, że człowiek, który zaniedba swoje zdrowie może kosztować państwo więcej i jeszcze sam sobie zaszkodzi (z tym w części mogę się zgodzić, bo zachęcanie do zadbania o zdrowie wcale nie musi być złe, tym bardziej, że teraz widzę, że zachęca się do tego i mężczyzn i kobiety), o emeryturach, albo o szklance wody podanej na starość, wreszcie o tym, że takie „zepsucie” doprowadzi do zagłady państwa, o tym, że człowiek nie powinien żyć dla własnego zadowolenia, ale dla dobra wspólnoty, rodziny i coś tam jeszcze było, jęczą też nad tym, że mężczyźni nie chcą być stereotypowi, więc każdy sobie z takim państwem poradzi podczas walki, kraj i społeczeństwo będzie osłabione. Mnie takie tłumaczenia (nawet rozbudowane) nie przekonały.

  11. @naima:
    Niestety, w mniemaniu o specyfice wschodniej Polski mnie mocno utwierdza cykl newsów o Białymstoku i lokalnych lotnych brygadach normalizujących.

    W mniemaniu o specyfice mieszkańców zachodniej Polski utwierdza mnie nie kończąca się seria pogardliwych i deprecjonujących internetowych komentarzy w wykonaniu mieszkańców wyżej wymienionej (na temat Polski wschodniej i jej mieszkańców, oczywiście).

  12. @Naima

    „Pomyślcie o traswestycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie wschodniej Polski.”

    Pomyśl o transwstycie lub transseksualiście w małej wiosce na ścianie zachodniej i powiedz, czy spotkałaby się z mniej brutalnym przyjęciem. Bo ja byłbym bardzo, bardzo ostrożny w takiej generalizacji.

  13. Pingback: O pięknie

  14. Dlaczego tylko mała wioska? Dlaczego prowincja? Dlaczego w ogóle trzeba wrzucić „tych złych” do jakiejś bezpiecznej szuflady w swojej głowie?

  15. Bardzo błyskotliwa płaszczyzna argumentacyjna (kto jest właścicielem swojego ciała) dotycząca problemu tolerancji. Doprawdy, gratuluję tak banalnego, a jednak genialnego, postawienia kwestii, co (obawiam się) będzie nie do przełknięcia dla miłośników debat o zabarwieniu głęboko teologicznym, społecznym, filozoficznym itd. Brak argumentów na normalne pytanie wyrażą waleniem piąstką w stół, besztaniem, biczowaniem.

    Jestem dziecięciem bożym, więc wiem od Ojca, co mam ze swoim ciałem zrobić – bez instrukcji obsługi z kościoła, jednostki administracji państwowej lub nawet szefa w robocie. Zostałem obdarowany nie tylko biologiczną masą, ale i zdolnościami postrzegania, dedukcji, dociekania, samodoskonalenia się, wchłaniania wiedzy – wszystko dzięki łasce niebios! Ktokolwiek staje na drodze wykorzystania przeze mnie, wręczonych mi – osobiście przez Stworzyciela – darów, reprezentuje automatycznie ciżbę rebeliantów, sprzeciwiających się woli Pana.

    Ludzie wciskający bliźnich w schematy zachowań, poglądów, wyglądu fizycznego są zakałą jakiegokolwiek postępu. Takie właśnie indywidua są kreowane nie przez Boga, ale przez sztuczne ideologie bądź przepisy. Wytyczne ich definiują: dają im wiarę w siebie, władzę, samozwańcze prawo do gnębienia innych w imię zaspokojenia egoistycznych manii. Z czasem pojęcie pschopatii znacznie się rozszerzy…

    Ależ się wygadałem! Dziękuję za odświeżający wpis!

  16. @Meejin:
    Ponieważ mówię o małych, zamkniętych społecznościach. Małe wioski są, hm, z definicji, małymi społecznościami. Dużo bardziej restrykcyjnymi w kwestii własnych kanonów zachowań niż rozmyte, duże społeczności, np. wielkomiejskie. Nie chodzi o bezpieczne szuflady, naprawdę, nie o tym jest ten tekst.

  17. Meeijn – Coś w tym jest. W mieście transwestytę też może spotkać coś złego. Może to stereotypy, które krzywdzą. Ludzie z małych wiosek też są w porządku. Są lepsi i są gorsi. Ale też chyba nie do końca zostało to rzucone bez powodu. Jak komuś będzie chciało się odszukać badania, w których pytano ludzi o poglądy to tam zauważy, że jeśli chodzi o wieś i miasto to procentowo liczba osób o danych poglądach różni się. Wsie są bardziej konserwatywne z tego co wiem. Również ma znaczenie to, że w miastach jest więcej obcych sobie ludzi. To daje większą swobodę i mniej czepiactwa. W małych wioskach z założenia każdy zna każdego i to też wpływa na życie mieszkających tam ludzi. Zrobisz coś to łatwiej o to żeby wszyscy o tym wiedzieli.

  18. @ Naima
    A dlaczego ty wymagasz od innych, zamiast wymagac od siebie? Masz jakas fantazje, to ja zrealizuj. Co daje ci prawo stawiania takich oczekiwan?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s